Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Dom zbrodni - Agata Christie



Charles Hayward po latach spędzonych na obczyźnie wraca do Anglii, gdzie spotyka się ze swoją dobrą przyjaciółką, do której żywi głębsze uczucia. Dowiaduje się o śmierci dziadka Sophii i o wątpliwościach co do naturalnych przyczyn zgonu. Okazuje się, że Arystydes Leonides został otruty, a cień podejrzenia pada na jego młodszą o ponad 40 lat żonę. Brakuje jednak dowodów potwierdzających jej winę, a w tej sytuacji zła sława może zaciążyć na rodzinie. Jest to powód, dla którego Sophia odmawia związania się z Charlesem, namawia go jednak, by odwiedził jej dom rodzinny i zaangażował się w śledztwo. Mężczyzna ma o tyle ułatwiony start, że jego ojciec jest policjantem zajmującym się tą sprawą. Charles przybywa więc do siedziby Leonidesów i rozpoczyna dyskretną obserwację.

Jak sama Agata Christie pisze we wstępie, pisanie niektórych książek jest przyjemnością, innych pracą, a „Dom zbrodni” szczęśliwie należy do tej pierwszej kategorii. Jak nieskromnie stwierdza, jest jedną z jej najlepszych książek, a do słów tych podeszłam z dystansem, bo choć książki autorki uwielbiam i przeczytałam ich sporo, o tym tytule nigdy nie słyszałam i w czołówce nie jest on wymieniany. W dodatku nie mamy tu do czynienia z postacią sławnego detektywa Herkulesa Poirota czy chociażby panną Murple, której jeszcze nie poznałam. Najlepszą powieścią Christie jest według mnie „Morderstwo w Orient Expressie”, które nieodmiennie polecam, ale „Dom zbrodni” plasuje się na niewiele dalszej pozycji.

Tym razem brak zapatrzonego w siebie, pompatycznego Poirota wychodzi książce na dobre, dzięki mniej rzucającej się w oczy sylwetce głównego bohatera czytelnik bardziej skupia się na kolejnych wydarzeniach, niż na przechwałkach detektywa. Zamiast starać się zrozumieć zagadkowe wypowiedzi Herkulesa, wraz z Charlesem obserwujemy rozwój akcji i pojawia się nawet złudzenie, że mamy szansę sami rozwiązać tę tajemnicę. Przy każdej kolejnej książce powtarzam sobie, że tym razem się uda, ale autorce zawsze udaje się mnie zszokować, tak było i tym razem. Takie rozwiązanie w życiu nie przyszłoby mi do głowy, ale po wyjaśnieniu sprawy wszystko okazuje się logiczne i oczywiste.

„Dom zbrodni” faktycznie jest jedną z najlepszych książek Agaty Christie. Niby zbrodnia jest dość pospolita, ot starszy pan został otruty przez któregoś z członków rodziny, jednak dążenia głównego bohatera do rozwikłania zagadki są niecodzienne, a finał powieści przechodzi najśmielsze oczekiwania czytelnika. Kryminał idealny, można by powiedzieć i polecić, koniecznie polecić, bo nawet nie wiesz, Drogi Czytelniku, co Cię omija.

Moja ocena: 8.5/10

sobota, 30 listopada 2013

Bogowie i wojownicy - Michelle Paver




Hylas i jego siostra są Osobnymi co oznacza, że urodzili się poza wioską, nie mają Przodków i traktowani są przez resztę społeczności z pogardą. Po ataku czarnych wojowników, którzy najwyraźniej szukają im podobnych, Hylas musi uciekać, by ocalić życie, a przede wszystkim odnaleźć swoją siostrę Issi. Z pomocą przyjaciela udaje mu się ujść pościgowi, a jego dalszą drogą i kolejnymi wydarzeniami zdaje się kierować przeznaczenie. Jednocześnie Pirra, która od zawsze mieszkała w Domu Bogini, zostaje wysłana do Lykonii, aby wyjść za mąż za syna tamtejszego wodza i przypieczętować sojusz między krajami. Dziewczyna była okłamywana przez matkę, że w końcu będzie mogła zakosztować wolności, więc decyzja o podróży jest dla niej szokiem i powodem do buntu.

„Bogowie i wojownicy” to pierwsza część cyklu o przygodach Hylasa i Pirry w starożytnej Grecji sprzed 3.5 tysiąca lat, czyli w czasie trwania epoki brązu. Książka skierowana jest głównie do nastoletniego odbiorcy, ale może spodobać się zarówno dzieciom, ze względu na wartką akcję i wciągające perypetie bohaterów, jak i dorosłym, którzy lubią oryginalne konstrukcje świata przedstawionego, bo taką tu znajdą. Autorka przenosi czytelnika do czasów, które rzadko są opisywane w książkach i przedstawia historię, która łączy w sobie realny świat prawdziwych ludzi, wojowników, ze światem kierujących ich losem bogów.

„Bogowie i wojownicy” zaczyna się w samym środku zdarzeń, czytelnik nie wie ani o czym jest książka, ani co się przed chwilą wydarzyło. Oceniając powieść po kilkunastu stronach wydawało mi się, że wiem czego mogę się z grubsza spodziewać: typowej przygotówki dla młodszych dzieci, która raczej nie ma szans zrobić odpowiedniego wrażenia na osobie niemal dorosłej. Jednym słowem, byłam dość sceptyczna, jak często mi się zdarza przy początku książki. Jednak w miarę pokonywania kolejnych stron moje myśli zmieniły się w dopingowanie bohaterów i pouczanie ich, bo w końcu czytelnik zawsze jest mądrzejszy od postaci książkowej i lepiej wie, co powinna uczynić. Tak czy inaczej, bardzo zaangażowałam się w poczynania Hylasa, Pirry i mojego ulubionego bohatera, uwaga, uwaga, delfina!

Nie spodziewałam się po książce dla dzieci tak fantastycznego i zgrabnego poprowadzenia akcji. Autorka przedstawia wydarzenia z perspektywy kilku bohaterów, a jednym z nich jest zwierzę, czyli delfin. Może się to wydawać dziwne, ale wypadło świetnie, gdyż umożliwia spojrzenie na świat ludzi z zupełnie innej perspektywy. Poza tym nadaje klimatu tajemniczości, gdyż rozgrywające się wydarzenia mają głębszy, na razie nam nie znany sens. Nawet zakończenie nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, a wręcz sprawia wrażenie, że to był dopiero początek przygody. Michelle Paver ma oryginalny pomysł na cykl i kreuje zupełnie nowy świat przedstawiony, który może wydać się miłą odmianą na tle wielu współczesnych powieści. Jednak siła książki tkwi przede wszystkim w tajemniczym, magicznym nastroju, jaki spowija czytelnika podczas lektury. Polecam, nie tylko najmłodszym.

Moja ocena: 8/10

sobota, 3 sierpnia 2013

Pretty little liars. Pożądane - Sara Shepard



Wszyscy w Rosewood mogą odetchnąć z ulgą, gdyż morderca Ali został w końcu zatrzymany i odsiedzi swoje w więzieniu. Niektórych dziwi, że sprawcą okazał się mężczyzna przez nikogo nie podejrzewany, ba! nieznany przez bliskich dziewczyny. Ale kiedy wszystko się wyjaśniło, nie pora na rozterki i podejrzliwość. Niczym grom z jasnego nieba na miasteczko spada kolejna sensacja. Okazuje się, że Ali miała siostrę bliźniaczkę, która wcześniej leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, a teraz zdecydowała ujawnić i rozpocząć naukę w liceum w Rosewood. Courtney to wypisz wymaluj Ali i wszystko wskazuje na to, że pragnie zaprzyjaźnić się z koleżankami nieżyjącej siostry.

Pretty little liars autorstwa Sary Shepard to popularna seria młodzieżowa, która doczekała się nawet stworzenia na jej podstawie serialu, na szczęście znaczenie różniącego się od oryginału. Sama go oglądam i ze względu na klimat i dreszczyk emocji polecam, choć im dalej, tym bardziej scenarzyści kombinują, niekoniecznie w pozytywnym sensie. A książki opowiadają o grupie przyjaciółek i ich zmaganiach z tajemniczym A., które zdaje się wiedzieć o nich wszystko. Poszukują też zabójcy Ali i choć od jej morderstwa minęło kilka lat, wciąż nie są ani o krok bliżej prawdy. W ósmej części autorka po raz kolejny serwuje wiele tajemnic, zaskakujących zwrotów akcji i… nowych podejrzanych.

Nigdy nie wiem czego powinnam spodziewać się po Pretty little liars, bo niektóre tomy rozczarowują i pozostawiają niedosyt, jak to było głównie na początku serii, a inne zaskakują i okazują się świetną rozrywkę. Tom ósmy na szczęście należy do tej drugiej kategorii. Świetnie bawiłam się poznając kolejne przygody dziewczyn i już wydawało mi się, że jestem o krok przed nimi na drodze do rozwiązania zagadki, gdy okazało się, że autorka wodzi mnie za nos. I tu pojawiają się dwie możliwości, jej pomysły można uznać za idiotyczne albo genialne. Część Was powie, że kolejne teorie Sary Shepard są absurdalne i nierealne (sama tak pisałam w recenzji poprzedniej części), ale tutaj wyjątkowo mi się to podobało. Zakończenie jest świetne, po prostu „wow”! Te emocje, dreszczyk na plecach i mroczny klimat, znakomita mieszanka. A ostatnie strony pozostawiają z uczuciem niedosytu i już wiem, że w dziewiątym tomie będzie zupełnie inaczej niż dotychczas. Nawet znalazłam taki podział serii na trzy etapy i ten ostatni zaczyna się właśnie na dziewiątym tomie.

Oczywiście nie obeszłoby się bez zirytowania mniepowtarzaniem po raz setny tych samych wątków. Autorka nie ufa pamięci czytelnika i woli mu przypomnieć dokładnie wszystko co wydarzyło się na trzy lata wstecz. A pierwsze strony książki, na których w każdym tomie opisane są wydarzenia z przeszłości dziewczyn, w niewielkim stopniu zmienione, są w moim TOP najmniej lubianych fragmentów. To akurat drobnostka, ale wspomnieć warto. No i jeszcze głupiutkie bohaterki i ich pseudo-problemy, ale to autorce wybaczymy, ze względu na świetną resztę. Język jakim posługuje się Sara Shepard jest bardzo prosty i potoczny, ale na ten element chyba nikt specjalnej uwagi w jej książkach nie zwraca. Wolimy się cieszyć wartką akcją i mnóstwem tajemnic. Tom ósmy uważam za jeden z lepszych, a może nawet najlepszy w tej serii. Plusem jest nowa bohaterka i niesamowicie pomysłowe zakończenie. Polecam całą serię!   

Moja ocena: 8/10


Seria Pretty little liars:
1. Kłamczuchy
2. Bez skazy
3. Doskonałe
4. Niewiarygodne
5. Zepsute
6. Zabójcze
7. Bez serca
8. Pożądane
9. Uwikłane
10. Bezlitosne
11. Olśniewające
12. Rozpalone
13. Crushed
14. Deadly

poniedziałek, 8 lipca 2013

Pretty little liars. Bez serca - Sara Shepard



Pretty little liars to seria autorstwa Sary Shepard, opowiadająca o grupie czterech przyjaciółek. Kiedyś było ich pięć razem z przewodzącą paczce Alisson. Dziewczyna była szkolną pięknością i osobistością, każdy liczył się z jej zdaniem i chciał być taki jak ona. Jednak pewnego dnia Ali zaginęła, a jakiś czas później znaleziono jej ciało. Wydarzenie było ogromnym szokiem i odcisnęło swoje piętno na przyjaźni dziewczyn, które oddaliły się od siebie. Dopiero po pewnym czasie zaczęły znowu trzymać się razem, nie ze względów sentymentalnych, połączyła je bowiem dużo bardziej prozaiczna rzecz. Zaczęły otrzymywać wiadomości od tajemniczego nadawcy, podpisującego się A., który zdawał się wiedzieć na ich temat wszystko, znał nawet sekrety, które powierzyły tylko Ali.

Tak w skrócie przedstawia się początek fabuły serii i osobom, które nie miały z PLL nic do czynienia te informacje powinny wystarczyć. Natomiast czytelnikom, którzy znają poprzednie tomy wyjawię trochę więcej. Wydarzenia opisane w „Bez serca” zaczynają się w chwili, gdy kończy się poprzedni tom, czyli już po rozpętaniu się pożaru w lesie przylegającym do posiadłości Hastingsów. Różnica jest taka, że dziewczyna łudząco przypominająca Ali zniknęła, a lekarze wmawiają przyjaciółkom, że była to jedynie halucynacja. Całe Rosewood zmawia się przeciw Kłamczuchom, uznając je za oszustki. Trudno się dziwić, ich historia brzmi szaleńczo. A jak potoczą się losy dziewczyn? Emily wyjedzie szukać prawdy w społeczności amiszów, Spencer pozna mroczne sekrety rodzinne i zbliży się do rodziców, Hanna wyląduje w ośrodku psychiatrycznym, a Aria znajdzie nowego chłopaka i zacznie rozmawiać z duchami. Zapowiada się na to, że A. nieźle wywiedzie dziewczyny w pole.

Seria PLL jest bardzo znana i na ogół zbiera pozytywne opinie. Trudno się temu dziwić, autorka nie tylko porusza bliskie nastolatkom tematy i opowiada o życiu ich rówieśników, ale też łączy codzienność z mroczną zbrodnią i tajemnicami. Dużo wątków poświęconych jest takim tematom jak młodzieżowe miłości, przyjaźń, popularność, imprezowanie, homoseksualizm czy problemy z odżywianiem. Na te zagadnienia trzeba patrzeć z przymrużeniem oka, gdyż świat bogatych dzieciaków z Rosewood nijak ma się do naszej rzeczywistości, co jednak nie przeszkadza nam zaangażować się w życie bohaterek. Jeśli chodzi o ich kreacje nie należy wymagać zbyt wiele, są to dość płaskie i głupiutkie postacie, których nie można porównywać z dobrymi literackimi bohaterami. Podobnie jest z językiem powieści i stylem autorki, wiele osób potrafiłoby w taki sposób napisać książkę, w PLL doznania literackie schodzą na dalszy plan.

Za to nie każdy wpadłby na tak dobry pomysł. Morderstwo dziewczyny i prześladowanie jej przyjaciółek przez tajemniczych osobników zagwarantowało serii popularność, a nawet ekranizację. Swoją drogą jest ona na początku dość dobra, choć w trzecim poziomie zaczyna mijać się z celem, gdyż wszelka logika i spójność zanika, dlatego też serial przestałam oglądać. Trzeba jednak przyznać, że ma on swój klimat i pewnie gdybym go wcześniej nie obejrzała, nie wyobrażałabym sobie Rosewood w ten sposób, bo język książek nie jest zbyt obrazowy. Poza tym w powieściach może zniechęcać mnóstwo pojawiających się nazw marek, które tylko podkreślają snobizm bohaterów. Jest to pomysł beznadziejny, bo jeśli na każdej stronie autorka pisze jakiej firmy jest torebka czy buty staje się to denerwujące.

Jak na tle innych przedstawia się część siódma? „Bez serca” wciąż jest dobre, a perypetie bohaterek zaskakują. Na szczęście akcja nie skupia się jedynie w Rosewood, pojawiają się nowe scenerie. Przez to, że  oglądałam serial książka nie była dla mnie tak nieprzewidywalna jak mogłaby być, co nieco psuje efekt. O serii i serialu mówi się wiele, nie da się czasem uniknąć spoilerów, a potem książki nie zaskakują nas tak jakbyśmy chcieli. Nie w smak było mi też zakończenie. Po pierwsze dlatego że autorka serwuje rozwiązanie z kosmosu. Nie zostawiała nam odpowiednich wskazówek, więc czytelnik nie miał szans, żeby samemu spróbować kombinować. Wydaje mi się, że poprzednie tomy były bardziej logiczne. Poza tym zakończenie w połowie sprowadza się do zakończenie tomu szóstego! Zagranie z przedłużeniem tego samego wątku o kolejną książkę było nie tylko irytujące, ale też nie fair. Mimo to wciąż lubię tę serię i już zaczęłam kolejny tom. Do Rosewood wciąż chce się wracać.

Moja ocena: 7/10

Seria PLL:

1. Kłamczuchy
2. Bez skazy
3. Doskonałe
4. Niewiarygodne
5. Zepsute
6. Zabójcze
7. Bez serca
8. Pożądane
9. Uwikłane
10. Bezlitosne
11. Olśniewające
12. Rozpalone
13. Crushed
14. Deadly

sobota, 27 kwietnia 2013

Nowa Ziemia - Julianna Baggott



Kiedy nastąpił Wybuch doszło do pogromu ludzkości, większa część populacji zginęła, a część odniosła straszne obrażenia i nie chodzi tu o poparzenia, rany, utratę kończyn. Wielu ludzi zostało stopionych z przedmiotami, z którymi akurat mieli kontakt, na przykład ze słuchawkami do telefonu, lalką, kuchenką. Niektórzy w ten sposób są złączeni ze zwierzętami, a jeśli stali się przez to niebezpieczni i nieludzcy, nazywa się ich Bestiami. Niektóre osoby stąpiły się z innymi ludźmi, tworząc niebezpieczne Grupony, jak sama nazywa wskazuje poruszające się w grupach, co ułatwia im walkę i przetrwanie. Z kolei Pyły, chyba najbardziej groźne, złączyły się z ziemią i bytują ukryte pod nią, gotowi schwytać i pożreć każdego, kto znajdzie się w ich zasięgu. Te wszystkie groźne stwory żyją poza kopułą, wśród nieszczęśników, którzy każdego dnia mogą spodziewać się śmierci. Negatywnie wpływa na nich też wpływ szkodliwego promieniowania. Inaczej wygląda życie w kopule, w której przetrwała tylko elita. Wiedzie ona bezpieczne, zupełnie normalne życie, lecz jak głosi propaganda, chcą pomóc „nieszczęśnikom”. Jednak od czasu Wybuchu sprzed 9 lat, nie podjęli ku temu żadnych kroków.

Właśnie taki świat przedstawia Julianna Baggott w swojej trylogii Świat po wybuchu, której pierwszą część stanowi „Nowa Ziemia”.  Apokaliptyczna wizja świata w tej powieści jest niezwykle prawdziwa i przemawia do wyobraźni. Tylko nielicznych Czystych nie dosięgły jej skutki, ale reszta ludzkości na zawsze nosić będzie swoje piętno. Wykreowany przez autorkę świat poznajemy z perspektywy Pressii, żyjącej poza kopułą wraz z dziadkiem. Zbliżają się jednak 16. urodziny dziewczyny, kiedy to będzie ona musiała oddać się w ręce OPR i rozpocząć walkę przeciw mieszkańcom kopuły. Z kolei Partridge jest Czystym, ale nie podobają mu się poczynania ojca tyrana. Przeżywa śmierć matki i brata, chciałaby opuścić kopułę i poznać świat poza nią.

Nowa Ziemia to doskonała antyutopia, która już od pierwszych stron wprowadza czytelnika w inną rzeczywistość. Z jednej strony akcja cały czas się rozwija i nie można narzekać na zbyt wolne tempo, a z drugiej ważną rolę odgrywają opisy świata współczesnego i tego sprzed wybuchu oraz historie bohaterów. Wszystkie elementy są świetnie zrównoważone, dzięki czemu nie czekałam na ciekawsze fragmenty, ponieważ każdy akapit miał swoją wartość i przesłanie. Podczas czytania książki nie miałam chwil zwątpienia ani zastrzeżeń co do niej. Możecie powiedzieć, że takich historii jest mnóstwo, ale ta naprawdę wyróżnia się spośród nich, czego nie da się stwierdzić po samym opisie fabuły, trzeba po prostu przeczytać. Może i wątek kopuły się już pojawiał, choćby w GONE, u Kinga i zapewne też innych twórców, ale tutaj został przedstawiony w Inny sposób. Przede wszystkim kopuła została stworzona przez człowieka, ale też nie odgrywa aż tak ważnej roli, pełni przede wszystkim funkcję oddzielającą od siebie dwie grupy ludzi.

Do fabuły i akcji nie mam żadnych uwag, zostały one zgrabnie i ciekawie poprowadzone. A co ze stylem autorki? Otóż Julianna Baggott sprawnie posługuje się piórem, pisze ciekawie i obficie, ale też z klasą, czyli używa bogatego słownictwa i ładnie wyraża swoje myśli, oczywiście jak na taki gatunek powieści. Opisy łączą się z historią w taki sposób, że trudno je uznać za osobny element, przez który trzeba przebrnąć. Są częścią fabuły i podobnie jak ona wciągają i składają się na doskonałą lekturę. A fabuła niesie ze sobą mnóstwo tajemnic, autorka lubi na każdym kroku zaskakiwać czytelnika. Pojawiają się nowe wątki i odpowiedzi, których nawet nie podejrzewaliśmy. Nawet wątek miłosny nie jest w tej powieści tak oczywisty, spodziewałam się tego, co lubią czynić prawie wszystkie autorki, a jednak nie. Nawet trójkąta nie było! Podejrzewam, że zachęci to bardzo wielu potencjalnych czytelników.

Ogromną zaletą powieści są jej bohaterowie i to nie tylko ci główni, którzy zrobili na mnie nawet mniejsze wrażenie niż drugoplanowi. Ciężko mi oceniać Pressię, bo wzbudzała we mnie różne odczucia, za to Partridge’a bardzo polubiłam. Ale najbardziej zaciekawił mnie El Capitan, czyli dowódca, który stopił się podczas Wybuchu ze swoim bratem Helmudem, noszonym teraz przez niego na plecach. Polubiłam też dziadka Pressi, dziewczynę Partridga i szereg postaci, o których nie mogę wspomnieć z uwagi na to, że dopiero później pojawiaj się w powieści. Julianna Baggott stworzyła rewelacyjną historię, w której zachwyt budzą pomysł na świat przedstawiony, ciekawi bohaterowie i częste zaskakiwanie czytelnika. Polecam serdecznie, a sama nie mogę się doczekać „Nowego przywódcy”. Całe szczęście, że premiera już wkrótce.

Moja ocena: 9.5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Egmont.

Świat po wybuchu:
1.Nowa Ziemia
2.Nowy Przywódca
3.Nowe Jutro

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Światła września - Carlos Ruiz Zafon



Po śmierci męża pani Sauvelle wraz z dziećmi nadal mieszkała w Paryżu, ale poziom ich życia stale spadał, gdyż rodzina tonęła w długach. Najpierw dzięki staremu przyjacielowi otrzymali skromne mieszkanie w zamian za pomoc Doriana w posyłkach. Z czasem pojawiła się dużo lepsza oferta: zamożny fabrykant zabawek, Lazarus Jann, oferował pani Sauvelle pracę polegającą na zarządzaniu jego posiadłością. Trzyosobowa rodzina przeniosła się więc z dala od Paryża i przykrych wspomnień do małego miasteczka, Błękitnej Zatoki, gdzie zamieszkali w domu na klifie. Matka Doriana i Irene rozpoczęła pracę, dzieci zaczęły się aklimatyzować i poznawać przyjaciół. Pozorny spokój zburzyło morderstwo, które było tylko zwiastunem nadciągających wydarzeń. 

„Światła września” to kolejna powieść Zafona skierowana do młodego czytelnika, choć wyraźnych ograniczeń wiekowych nie ma. Akcja powieści rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku we Francji, w miasteczku Błękitna Zatoka. Głównym motywem jest historia sprzed lat, mająca wszelkie cechy wątku nadprzyrodzonego. Upiorne mechaniczne zabawki, wielki romans i bardziej współczesna miłość pomiędzy dwojgiem nastolatków, na tych elementach w głównej mierze opiera się fabuła. Niebagatelną rolę odgrywają młodzi ludzie, którym przyjdzie ocalić bliskich przez wielkim niebezpieczeństwem ze strony nadprzyrodzonych sił, mających we władaniu rezydencją Lazarusa. Czy w historii o latarni i topielicy kryje się ziarenko prawdy?

Pierwszym moim spotkaniem z Zafonem była „Marina”, która kompletnie mnie oczarowała. To się nazywa genialna książka, do dziś bardzo miłą ją wspominam i polecam wszystkim. Później przyszła pora na kolejne tytuły z dorobku autora, głównie te młodzieżowe. Kiedyś próbowałam czytać bodajże „Cień wiatru”, ale niestety już początek mnie znudził i książkę porzuciłam. Poznałam jednak „Księcia mgły”, „Pałac północy”, a teraz „Światła września”. I coraz wyraźniej zauważałam to, przed czym inni już wcześniej ostrzegali – Zafon lubi się powtarzać. Bardzo mnie to rozczarowało, ale niestety taka jest prawda, wszystkie jego książki są oparte na tych samych schematach: zawsze dwoje nastolatków przeciwnej płci, którzy się w sobie zakochują i muszą razem pokonywać przeciwności, często zostają brutalnie rozłączeni, ale pamięć o ich miłości trwa latami. 

Tym razem zakochaną parą byli Irene i Ismael. Po raz kolejny dziewczyna była bardziej rezolutna i interesująca, z kolei chłopiec wydał mi się nieco dziecinny, ale w powieściach Zafona zawsze odnoszę to samo wrażenie. Ciekawiej by było poczytać o starszych, dojrzalszych bohaterach. Innym powtarzalnym motywem jest oczywiście jakaś mroczna, magiczna historia. Tym razem chodziło o fabrykanta zabawek i jego przeszłość, która wraca niczym złowrogi bumerang, gotowy za jeden dawny błąd zrujnować całe życie Lazarusa i jego przyjaciół. Wiecie, za pierwszym razem to było fascynujące. Ale czytać po raz czwarty inną, ale bardzo podobną i opartą na tej samej zasadzie historię, to już lekka przesada. Ostatnie 50 stron, które powinny być najbardziej fascynującą i wciągającą częścią, po prostu porzuciłam, bo nie czułam potrzeby poznania zakończenia. Wróciłam do nich dopiero po miesiącu, bo nie lubię zostawiać książek niedokończonych, tylko to mną powodowało.

Bardzo żałuję, że ta książka mnie znudziła, ale naprawdę schematyczności i powtarzalności nie mogę ścierpieć. Tym większa szkoda, bo Zafon ma ogromny talent do sprawnego posługiwania się piórem. Jego styl jest wybitny, potrafi tworzyć barwne, realistyczne opisy i czarować słowem. W jego powieściach powtarza się mroczny klimat, jednak nawet on potrafi się przejeść, gdy już wiemy czego się spodziewać. Jedyną zaletą „Świateł września” jest to, że nie wiemy, czy tym razem zakończenie będzie tragiczne, czy może autor pójdzie w stronę happy endu. Ale na tym i doskonałym, przyjemnym dla duszy języku zalety się kończą. Chciałabym, żeby Zafon wymyślił coś zupełnie innego i przestał bazować na tych samych elementach. Wtedy mogłabym liczyć na świetną lekturę, ale po tej jestem bardzo rozczarowana. Nie polecam, chyba że jako pierwsze spotkanie z autorem.

Moja ocena: 5/10

czwartek, 4 kwietnia 2013

Wybrani - C. J. Daugherty



Allie ze znajomymi włamują się do szkoły i malują sprayem po drzwiach gabinetu dyrektora, za co dziewczyna zostaje aresztowana po raz trzeci w tym roku. Rodzice stwierdzają, że nie dają sobie z nią rady i postanawiają podjąć środki zaradcze, żeby dziewczyna do reszty nie zmarnowała sobie życia. Wysyłają ją do szkoły z internatem, czyli Akademii Cimmeria poleconej przez jednego z policjantów. Wkrótce dziewczyna stoi przed bramą i spogląda na trochę przerażający, gotycki budynek. Na szczęście dyrektorka okazuje się bardzo miłą i elegancką kobietą, która pragnie pomóc Allie w zaaklimatyzowaniu się. Już pierwsze dni w szkole obfitują w wiele wrażeń i nie chodzi tylko o dwóch przystojnych chłopaków, których dziewczyna poznaje. Szkoła skrywa sekrety i Allie coraz częściej zastanawia się nad prawdziwym powodem, dla którego tu trafiła.

„Wybrani” to pierwsza część trylogii C. J. Daugherty, która powstała z fascynacji kobiety naturą przestępców. Z początku nie wydaje się, żeby książka miała wiele wspólnego z tym tematem, po prostu niegrzeczna dziewczyna trafia za karą do szkoły z internatem. Panują tu ciekawe zasady: nie wolno używać żadnych urządzeń elektronicznych takich jak telefony komórkowe i komputery, ani oglądać telewizji. Uczniowie skupiają się na nauce, większość czasu spędzają w bibliotece i świetlicy. Allie zaskakująco szybko przeistacza się z buntownika w potulną, trochę zagubioną personę, która jednak odnajduje sie w szkolnym życiu, sporo się uczy i znajduje nowych przyjaciół. Jest to związane z tym, że wcześniejsze wybryki dziewczyny były spowodowane przez zaginięcie jej ukochanego brata, a teraz powraca do równowagi i dawnego „ja”.

„Wybrani” to powieść młodzieżowa, którą chwali się nie bez powodu. Autorka wykonała naprawdę kawał dobrej roboty, gdyż od pierwszych stron udaje jej się zaintrygować czytelnika. Przedstawienie szkoły szczególnie się autorce udało, sama chciałabym się uczyć w takim miejscu. O ile byłabym bezpieczna i nikt nie chciałaby mnie dorwać. W każdym razie opisy budynku i otoczenia są bardzo plastyczne, dzięki czemu można z łatwością wyobrazić sobie wszystkie scenerie. Ale najlepsze jest to, że niemal przez cały czas czytelnikowi towarzyszy napięcie związane z tym, co za chwilę się wydarzy. W szkole dzieją się dziwne, mroczne rzeczy, a początek to dopiero wstęp do większej rozgrywki. Były momenty przerażające, wywołujące u mnie szok i bardzo realne. W tę historię nie da się nie uwierzyć.

Najlepsze oczywiście było to, że nie mogłam odłożyć książki na bok na dłużej niż chwilę. Dawno żaden tytuł aż tak mnie nie wciągnął. Ale ciekawi są także bohaterowie, a ich największa zaleta to nieprzewidywalność. Nigdy nie byłam pewna, po której są stronie i szczerze, dalej tego nie wiem. Osławiony trójkąt miłosny w ogóle nie kłuł mnie w oczy przede wszystkim dlatego, że Allie nie miała idiotycznego problemu pod tytułem „Którego wybrać?”. Scenariusz do jej decyzji napisało samo życie, dlatego cała sytuacja wydaje się bardzo realna, a nie schematyczna. Także postacie drugoplanowe odgrywają w powieści ważną rolę i nie są jedynie statystami, podkreślającymi działania głównych bohaterów.

Oczywiście bez wad się nie obyło, nad czym ubolewam. Po przeczytaniu około 300 stron byłam zdania, że książka jest genialna, nic mnie w niej nie raziło, czytało się błyskawicznie, kolejne zwroty akcji zaskakiwały. Jednak potem miałam wrażenie, że autorka przedobrzyła. Z dnia na dzień, każdej nocy bohaterowie podejmowali jakieś misje, których cel był nie do końca sprecyzowany. Wcześniej ich zachowanie nie było takie pochopne, dlatego mnie to dziwiło. Odnosiłam wrażenie, że autorka stara się w książce jak najwięcej upchać przed ostatecznym rozwiązaniem. Zbiegło się to w czasie z ustabilizowaniem sytuacji miłosnej głównej bohaterki. Wcześniej wątek uczuciowy był w tle, a teraz przysłonił tajemnice szkoły, co mnie zniechęciło. Miałam trochę dość tego miłosnego bełkotu, przez który bohaterowie zrobili się głupi i patetyczni. Kompletnie inni ludzie. Z tego też powodu gdzieś schowały się pozostałe, drugoplanowe postacie. Szkoda, bo wcześniej było naprawdę genialnie.

Nie do końca usatysfakcjonowało mnie rozwiązanie, spodziewałam się czegoś bardziej wyszukanego, a nie tak banalnego. Przez całą książkę trwało wmawianie czytelnikowi, że wszyscy kłamią i są źli, a ostatecznie autorka jakby temu zaprzeczyła. No nic, przecież jeszcze dwie części przede mną więc myślę, że rozwiązanie zmieni się jeszcze wiele razy i ostateczna wersja mnie zszokuje. Sporo tego tekstu poświęciłam tym wadom, ale nie są one bardzo ważne. Po prostu to, że książka bardzo mi podobała nie sprawia, że jestem ślepa na jej niedociągnięcia. Mimo wszystko uważam „Wybranych” za świetną propozycją dla młodzieży, szczególnie tej znudzonej wątkami paranormalnymi, tutaj ich nie znajdziecie. Tak dobrego początku nie da się zapomnieć i to nic, że zakończenie trochę mnie rozczarowało, a przewidywalności w pewnym momencie nie udało się uniknąć. Niech tylko miłosne świergotanie bohaterów nie gra pierwszych skrzypiec, to będzie dobrze. 

Moja ocena: 8/10

Trylogia Akademia Cimmeria:
1. Wybrani
2. Legacy
3. Fracture


wtorek, 26 marca 2013

Płatki na wietrze - Virginia Andrews



Po ucieczce z domu dziadków rodzeństwo Dollangangerów zmierza w kierunku Florydy, gdzie chcą rozpocząć karierę akrobatów cyrkowych. Ich plany koryguje życie – najmłodsza Carrie jest ciężko chora, pojawiają się u niej objawy zatrucia. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności dzieci spotykają w autobusie miłą kobietę, która widząc ciężki stan siostrzyczki Chrisa i Cathy, zabiera całą trójkę do doktora, w którego domu jest gospodynią. Paul Sheffield jest dobrym człowiekiem, więc zajmuje się rodzeństwem, które początkowo odrzuca jego pomoc. Z czasem jednak godzą się na adopcję i rozpoczynają w domu lekarza kolejny, tym razem szczęśliwy etap życia. Cathy realizuje marzenia o karierze primabaleriny, natomiast Chris wierzy, że przy wsparciu Paula uda mu się zostać lekarzem. Jednak długie życie na poddaszu pozostawia na rodzeństwie swoje piętno, które determinuje ich dalsze postępowanie.

„Kwiaty na poddaszu” to pierwsza część sagi o Dollangangerach autorstwa Virgini C. Andrews, czyli historia czworga rodzeństwa, które po śmierci ojca wraz z matką przeprowadzają się do domu niewidzianych nigdy dziadków. Skuszone obietnicą bogactwa dzieci zostają zamknięte na poddaszu aż do czasu śmierci dziadka, który nie może dowiedzieć się o ich istnieniu. Dni przemieniają się w miesiące, a te w lata, a Chris, Cathy, Cory i Carrie cierpią w samotności i zamknięciu, przeżywając te najważniejsze dla każdego lata bez światła słonecznego, ruchu, towarzystwa rówieśników i rodziny. Dopiero po śmierci Cory’ego dzieci całkowicie tracą nadzieję i wiarę w swoją matkę, decydują się na ucieczkę. I tutaj wkracza kontynuacja, w której możemy poznać dalsze losy rodzeństwa.

Kwiaty na poddaszu mnie rozczarowały, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, pomysł na książkę był bardzo obiecujący, ale już wykonanie i wprowadzenie niektórych wątków zniszczyły tę książkę. Chyba najgorszym błędem było przedstawienie kazirodczej miłości między Chrisem i Cathy. Rozumiem, że takie tematy się w powieściach pojawiają, ale gdy dotyczą dzieci to już jest przesada, podobnie jak wmawianie czytelnikowi, że taka sytuacja wynika z przeżyć dzieci, kilkuletniego zamknięcia ich na poddaszu i wpływu matki. Chyba miało być dramatycznie i wstrząsająco, może autorka miała nadzieję, że takim zagraniem przyciągnie czytelników? Bo o czym mieliby czytać, o dziewczynce tańczącej na poddaszu? Miało się dzięki temu więcej dziać, ale nie zadziałało to na mnie niestety, było jedynie niesmacznie i zmniejszało moją sympatię do bohaterów.

To nie jest recenzja poprzedniej części, lecz „Płatków na poddaszu”, a poprzedni akapit można w całości odnieść także do kontynuacji. Właściwie cała fabuła opiera się na uczuciach Chrisa i Cathy, a im dłużej się ten wątek ciągnął, tym większa ogarniała mnie irytacja. Może byłoby inaczej, gdyby o samą miłość chodziło, ale autorka przedstawiła to w taki sposób, że bohaterom szło głównie o doznania cielesne, co potęgowało moją niechęć. Cathy to niezła aparatka, jej nie wystarczy ciągłe uwodzenia, a następnie odpychanie brata. Jako piętnastolatka bezwstydnie zaleca się czterdziestoletniego mężczyzny, który zastępuje jej ojca. Zachowanie tej dziewczyny jest niewiarygodne, ledwo dziecko odrosło od podłogi, a już bezczelnie prowokuje swojego starszego o ponad 20 lat opiekuna prawnego, próbując wskoczyć mu do łóżka. A jej wypowiedzi towarzyszące tym staraniom sprawiają, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Najlepszy jest fakt, że to wszystko wina matki, pięknej kobiety, która wywierała ogromny wpływ na mężczyzn.  Stek bzdur, gdyby książka nie była pożyczona, to rzuciłabym nią o ścianę.  

Ale to nie koniec absurdów. Hitem są także teksty typu „Zawsze go kochałam, tylko o tym nie wiedziałam”. I nie tylko z jednym mężczyzną tak miała, wybaczcie, gubię się w uczuciach tej kobiety, która osiągnąwszy zaledwie około 30 lat życia już ma za sobą tak bogaty bagaż miłosnych doświadczeń, ma się tę praktykę od małego. W jej przypadku im bardziej partner jest martwy, tym miłość do niego większa. A większych głupot niż miłosne objawienia, które spadają na nią w najbardziej dramatycznych momentach niczym grom z jasnego nieba nie czytałam. Jednak zakończenie przebija wszystko. Z jednej strony wytłumaczenia autorki są absurdalne, a z drugiej… niczego nie wyjaśniają. Nie dla mnie takie trudne książki, chyba pogubiłam się w fabule! Zastanawia mnie, jak można opowiadać historię tej rodziny przez pięć tomów, może Cathy nawet na emeryturze będzie starała się odkryć tajemnice matki?

Ważnym wątkiem fabularnym jest chęć zemsty Cathy na matce. Wszelkie jej działania determinuje pragnienie odegrania się na kobiecie, którą oskarża o każdy błąd w swoim życiu. Jej pomysły są zadziwiające, tej bohaterki nie da się zrozumieć, nawet nie próbujcie. Jednak jakby było mało głupich wątków i sytuacji, bardzo dużą część książki zajmuje „robienie kariery” przez dziewczyną w świecie baletu. Podczas tych fragmentów powstrzymywałam się od zaśnięcia i brnęła przez kolejne mdłe strony licząc chyba tylko na Paula, który obok Carrie jest jedynym bohaterem ratującym tę powieść, jego udało mi się polubić. Ta książka jest tak absurdalna, że nie mam pojęcia, co mi się w niej spodobało, choć coś takiego było i dlatego nie oceniam jej najniżej jak to możliwe. Chyba przez te wszystkie głupoty było w miarę ciekawie, ale nie zawsze. 1/3 czasu przy niej spędzonej nudziłam się czytając o kolejnych porażkach w życiu zawodowym Cathy i związanym z nim życiem miłosnym. 1/3 czasu obserwowałam jak Cathy miota się między bratem, Paulem i Julianem. A przez resztę czasu dziewczyna się mściła na matce.

Plusem jest chyba tylko to, że dobrze mi się czytało, zadziwiająco szybko czas z nią zleciał. Paradoksalnie książka potrafi wykończyć opisami okresów życia rodzeństwa, w których nie dzieje się nic. "Płatki na wietrze" moim zdaniem na pewno nie są tak znakomite, jak się mówi. Mają masę niedoróbek i rzeczy, które mnie odrzucały. Ale większym grzechem jest nijakość, której tu nie znajdziemy. Mimo wszystko, po tym wszystkim, jestem ciekawa co wydarzy się dalej! Virginia Andrews zaskakuje, tego nie można jej odmówić, ale niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Moja ocena: 5/10

Saga o Dollangangerach:

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie...
4. Kto wiatr sieje...
5. Ogród cieni

środa, 2 stycznia 2013

Potem - Rosamund Lupton



Nikt nie przeczuwa, że w ten piękny, słoneczny dzień, gdy na szkolnym boisku rozgrywają się zawody sportowe dla dzieci, może dojść do katastrofy. Nastoletnia Jenny pracuje tego dnia jako pielęgniarka szkolna i znajduje się w budynku Sydley House w chwili, gdy wybucha pożar. Jej matka Grace wbiega do płonącej szkoły, by uratować córkę, ale kto ochroni ją przed szalejącymi płomieniami? Obydwie lądują w szpitalu, gdzie walczą o życie, a sprawa pożaru staje się pożywką dla reporterów. Kobiety są w śpiączce, ale spotyka je coś dziwnego – oddzielają się od swojego ciała i niewidzialne dla wszystkich poza sobą mogą wędrować po szpitalu, słyszeć rozmowy mijanych ludzi i porozumiewać się. Pojawia się podejrzenie, że pożar został spowodowany celowo, a informacja ta zapoczątkowuje prowadzone przez Grace śledztwo.

„Potem” to kolejna znakomita historia spod pióra Rosamund Lupton. Podobnie jak w „Siostrze” w tej książce również możemy zobaczyć silną więź między bliskimi osobami, tym razem matką i córką. Miłość i poświęcenie determinują wszystkie sytuacje i zachowania, możemy je ujrzeć na każdym kroku. „Potem” niesamowicie działa na czytelnika, wywołując całą masę emocji, prowokując do zastanowienia, zaskakując niespodziewanymi zwrotami akcji. Łapie za gardło i nie puszcza aż do ostatniej strony. Uwielbiam książki tej autorki za to, że nie pozwalają o sobie zapomnieć i na długo zostają w głowie. „Potem” wzrusza, obrazując nie tylko sytuacje ekstremalne, kiedy to oddanie i okazywanie miłości są jak najbardziej oczywiste i naturalne, ale też przedstawiając sceny z życia codziennego, a ich całościowy obraz przyprawia o łzy.

Książka ma formę pamiętnika, w którym Grace zwraca się do swojego męża, opowiadając mu co przeszła wraz z córką, jak zdarzenia te na nią wpłynęły i do jakich doszła wniosków. Styl Lupton jest przyjazny czytelnikowi, lekki, a czasem trochę poetycki. W książce znalazłam sporo ciekawych i trafnych przemyśleń i sentencji, które bardzo mi się spodobały. „Potem” to niezwykle wzruszająca historia, ale też mroczny, trzymający w napięciu i mrożący krew w żyłach thriller. Nic nie jest tu jednoznaczne, tropy mieszają się i raz po raz upadają, a ostateczne rozwiązanie szokuje i bulwersuje. Akcja książki rozgrywa się stosunkowo wolno, ponieważ pojawia się bardzo dużo retrospekcji z przeszłości bohaterów, które wiele wnoszą do fabuły. Nie sprawia to jednak w żadnym razie, że historia staje się nudna, wręcz przeciwnie, bardzo wciąga i nie sposób się od niej oderwać przed poznaniem rozwiązania.

Powiedziałeś mi kiedyś, że zmysłem, który w chwili śmierci przestaje działać jako ostatni, jest słuch. Mylisz się. Ostatnia jest miłość.

Rosamund Lupton doskonale poradziła sobie z kreacją bohaterów. Ich portrety psychologiczne są świetnie zarysowane, postaci są jak najbardziej żywe, cielesne i nam bliskie, a ich uczucia przekładają się na nasze. Bohaterowie nie są idealni, każdy ma swoje wady, a autorka korzysta z tego zwodząc czytelnika i wystawiając jego nerwy na próbę, bo tak naprawdę nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, każdy jest podejrzewany o najgorsze. Lupton bardzo wyraźnie i emocjonalnie przedstawiła więź pomiędzy Grace i jej mężem, któremu kobieta stara się wszystko opowiedzieć, choć on nie może jej usłyszeć. Miłość i poświęcenie to uczucia, które w tej książce są niemal namacalne, a bohaterowie nieraz muszą przejść długą drogę, by spojrzeć w przeszłość i dostrzec swoje błędy.

„Potem” to kolejna rewelacyjna książka Rosamund Lupton, która rzuca czytelnika na kolana i długo po zakończeniu lektury nie pozwala o sobie zapomnieć. Zaskakuje, wzrusza i daje nadzieję. Uwielbiam tę książkę i chyba więcej nie muszę dodawać. Nie znalazłam co prawda informacji na temat tego, czy autorka szykuje dla nas kolejną powieść, ale bardzo bym się ucieszyła, gdyby się tak zdarzyło. „Potem” było moim drugim spotkaniem z twórczością Rosamund Lupton i drugą rewelacyjną przygodą, pełną emocji i czających się w mroku cieni. Polecam z całego serca!

 Moja ocena: 10/10


czwartek, 27 grudnia 2012

Wiśniowy dworek - Katarzyna Michalak



Dwie młode kobiety, Danka i Danusia, których nie łączy nic, a wiele różni. Jedna jest przebojową mieszkanką stolicy, żyje w ciągłym biegu i pracuje dla korporacji. Druga mieszka na wsi, gdzieś koło granicy z Litwą i pracuje jako nauczycielka. Jest jeszcze tajemniczy mężczyzna, który obserwuje kobiety i spisuje swoje spostrzeżenia na ich temat. A pewnego dnia, zbiegiem, nie-zbiegiem okoliczności, Danka i Danusia lądują na weekend w tym samym ekskluzywnym hotelu…

Wiśniowy Dworek. Chyba w każdej powieści Katarzyny Michalak jest takie magiczne miejsce: mały domek lub dworek, otoczony ogródkiem, w którym kwitną róże i poziomki, a przed wejściem wygrzewają się w słońcu pies czy kot. Za płotem rozciąga się las, do którego można udać się na grzyby czy spacer. Słowem, raj na ziemi dla każdego, kto o takim własnym zakątku marzy. Dlatego tak kochamy książki Pani Kasi, bo przedstawiają to, za czym tęsknimy, czego pragniemy, pozwalają na chwilę oderwać się od tego co nas otacza i marzyć, marzyć. Ale Ta Michalak się wyrabia i daje się poznać z zupełnie innej strony, czego przykładem jest „Nadzieja”, gdzie nie pokazuje tych szczęśliwych kolei ludzkiego losu. Na szczęście dla tych, którzy wolą książki pozytywne i optymistyczne, w Wiśniowym Dworku nie zabraknie magii i odrobiny marzeń. Chociaż problemy naszych bohaterów nie ominą, a wręcz wszystkie naraz sprzymierzą się przeciw nim.

Im bardziej zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej zmieniały się moje poglądy na to, czego powinnam się spodziewać dalej. Gdy pojawił się tajemniczy osobnik śledzący kobiety i piszący listy do czytelnika, które wydawały się trochę szalone ze względu na styl, poczułam specyficzny dreszczyk grozy i emocji. Początek zapowiada zupełnie coś innego, niż dostajemy później. Nie jest to żaden kryminał, thriller czy coś w tym stylu, choć tego się spodziewałam i troszkę się pierwotnie rozczarowałam. Ale jak Katarzyna Michalak pokazuje w swojej najnowszej książce, nie trzeba się bać i spoglądać podczas lektury ze strachem za siebie, żeby otrzymać sporą dawkę tajemnic. I świetnie się przy tym bawić.

Tak więc są tajemnice, rodzinne sekrety, przystojni obcokrajowcy, a nawet mafia i strzelaniny, nudzić się nie sposób. Czasem jest przewidywalnie i moje domysły wyprzedzają fabułę, ale to drobiazg. Najważniejsze jest to, jak można się zżyć z bohaterami, polubić nawet tych z początku denerwujących takich jak Danka, a koniec końców i tak z całych sił trzymamy za nich kciuki. Może nawet łzy na koniec polecą, kto to wie. Zakończenie nie jest dosłowne i za to brawa dla autorki, bo książka została mi w głowie i przypominała o sobie jeszcze przez pewien czas. I to nie jest tak, że znajdziecie tu same tajemnice i sensacyjne sceny, bo jest też miejsce dla miłości, której obserwowanie cieszy serce i duszę. Poza tym książka gra bardzo mocno na emocjach, wzrusza i trzyma w napięciu jednocześnie.

Myślę, że Wiśniowy dworek to lektura obowiązkowa dla wiernych czytelników Katarzyny Michalak. Jeśli już znacie i lubicie tę autorkę, to jej nową powieścią z serii owocowej na pewno się nie rozczarujecie! Nie daje po głowie tak mocno jak „Nadzieja”, ale i losy bohaterów są tu mniej dramatyczne. A osobom, które książek Pani Kasi jeszcze nie znają, „Wiśniowy dworek” również szczerze polecam, poznajcie tę piękną historię i zacznijcie marzyć.

 Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję serdecznie autorce!



sobota, 22 grudnia 2012

Pretty little liars. Niewiarygodne - Sara Shepard



   Witajcie moi drodzy. Mam wrażenie, że nasze przyjaciółeczki dawno się porządnie nie przestraszyły. Przynajmniej od czasu, gdy musiałam uciszyć jedną z nich. Obawiam się, że Hanna już nie zdradzi moich tajemnic. Taka ładna dziewczyna, tylko trochę zbyt dociekliwa, a to niebezpieczna cecha, jeśli ma się do czynienia ze mną. I nie zapominamy o jej sekretach, takich jak zwracanie posiłków, byle nie przytyć. Dziwne, że jeszcze ma chłopaka, może to zmienię. W porównaniu z leżącą w szpitalnym łóżku Hanną, jej przyjaciółkom powodzi się zdecydowanie zbyt dobrze. Ale rodzicom Emily chyba nie podobają się dziewczyny, z którymi się całuje. Oby nie wyrzucili jej z domu! Co do wyrzucania z domu, biedna Aria podrywaczka zdaje się mieć podobne problemy. Ale zawsze może zamieszkać z kochanką swojego ojca, bo czemu nie? Tylko czy mama i braciszek się z tego powodu ucieszą… Spencer z kolei znowu próbuje być lepsza od swojej siostry, co  jakoś jej nie wychodzi. Co będzie, gdy komisja konkursowa i rodzice dowiedzą się, że nasza Pani Doskonała ukradła pracę Melissy? Dowiedzą się albo się nie dowiedzą, wszystko zależy ode mnie. Jak zwykle. Szkoda, ze złote dzieci z Rosewood nieustannie wpadają w kłopoty. Zabawa się dopiero zaczyna. Całuski!        
                                                                                                                                                                                                     - A.

                Seria Pretty Little Liars ma całe mnóstwo wiernych fanów, jednak czy zjawisko to ma faktycznie jakieś logiczne uzasadnienie? Kiedyś wydawało mi się, że nie, bo pierwsze dwa tomy do mnie rozczarowały i sprawiły, że na jakiś czas porzuciłam szczytny cel poznania kolejnych. Jednak fanką serialu zdecydowanie jestem, nic nie może się równać z jego mrocznym klimatem, aktorami na właściwych miejscach i ciągłym nastrojem grozy. Choć ostatnio scenarzyści zaczęli za bardzo mieszać, co mi się nie podoba. Ale przechodząc do meritum, w emisji serialu nastąpiła przerwa, od listopada aż do stycznia. Ja tyle czekać nie mogłam, zaczęło mi brakować intryg -A. Także gdy pojawiła się okazja, zdobyłam tomy kolejne. I zaczęła się jazda…

                Pamiętam, że dotychczas narzekałam na zbyt wiele podobieństw między serialem a książkami, bo znając ten pierwszy nudziłam się przy lekturze. Przez tom pierwszy trzeba przebrnąć, w drugim już pojawiają się zmiany. W trzecim jest dobrze, a co z „Niewiarygodnymi”? Mogę powiedzieć tyle, wciąga, a nawet bardzo. Główny motyw intryg i podejrzani pokrywają się z serialem, ale jest też wiele nowych sytuacji, pomysłów, zabiegów. Poza tym wszystkie sceny serialowe są wymieszane, dlatego nie ma co narzekać na nudę. Odkąd zaczęłam czytać trzeci tom wpadłam w jakiś nałóg, bo cały czas chcę dalej czytać o kolejnych intrygach –A i perypetiach dziewczyn, skutkiem czego następne dwa tomy już posiadam.

                W PLL zawsze raził mnie słaby styl pisania pani Shepard. Mam na myśli, że jest on totalnie zwyczajny, jakby osoba, która nie zna się na pisaniu zabrała się do napisania książki, bo ma ciekawy pomysł. Żadnych wrażeń literackich tu doznać nie można, a dialogi bywają czasem tak głupawe i puste, że aż coś się człowiekowi dzieje. Gwoli prawdy, nie wiem czy w „Niewiarygodnych” też tak jest, bo się zaczytałam i wszystko mi się podobało, a tamtą niepokojącą tendencję zauważyłam w poprzednich tomach. Tak więc PLL to nie seria dla wymagających czytelników, którzy chcą się rozkoszować językiem i głębszą wartością, ale za to można się przy niej świetnie bawić i dać się wciągnąć w świat intryg. W końcu każdy potrzebuje czasem chwili odprężenia i relaksu, a te książki to umożliwiają. A. poleca!

                Moja ocena: 8/10



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Kwiaty na poddaszu - Virginia Andrews


Rodzina Dollangangerów, nazywana przez życzliwych „Drezdeńskimi lalkami”, żyje szczęśliwie, nie narzekając na brak wygód i dóbr materialnych. Dzieci chodzą do szkoły, bawią się z młodszym rodzeństwem, matka spędza czas na salonach i u kosmetyczki, pracujący ojciec często przebywa w rozjazdach. Jednak regularnie przyjeżdża do swej stęsknionej rodziny, przywożąc liczne prezenty i wywołując swą obecnością radość na twarzach żony i dzieci. Można by powiedzieć – familia idealna i byłoby to stwierdzenie zgodne z prawdą, jednak do czasu, bowiem pewnego dnia ojciec nie wraca do domu. Dnia szczególnego warto wspomnieć. Jak na ironię są to urodziny taty, z okazji których żona i dzieci urządzili mu przyjęcie niespodziankę. Oczekiwanie na jubilata zakłóca straszna wiadomość –Chris Dollanganger, głowa rodziny, zginął w wypadku samochodowym. Ale przecież ludzie tacy jak on nie umierają! Ludzie w sile wieku,  o dobrym sercu, zdolni zawsze rozbawić towarzystwo. To nie wydaje się być możliwe, ale jednak. Mimo wszystko dzieci nawet nie podejrzewają, że śmierć ojca aż tak bardzo wpłynie na ich życie. Zmieni ich w usychające kwiaty na poddaszu…

„Kwiaty na poddaszu” to bestsellerowa powieść, stanowiąca pierwszą częścią sagi o Dollangangerach, wznawianej aktualnie przez wydawnictwo Świat Książki. Virginia Andrews przedstawia nam historię czworga dzieci, które po stracie ojca wraz z matką przeprowadzają się do jej rodzinnego domu. Od samego początku mnożą się pytania bez odpowiedzi, a cierpliwość młodzieży wystawiana jest na próbę przez ich matkę, która ukrywa fakt ich istnienia. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby uwięzić swoje pociechy na strychu, zamknąć za nimi drzwi, a wyrzuty sumienia zaspokajać drogimi prezentami i krótkimi odwiedzinami? Jak długo można karmić ludzi nadzieją, która okazuje się zgubna? Zadaję sobie pytanie: czy matka nigdy nie kochała swoich dzieci i troszczyła się tylko o własne dobro, czy to jej rodzinny dom, w którym pozbawiona była jakiegokolwiek oparcia, uczynił ją tak samolubnym i pozbawionym uczuć człowiekiem? Pewnie odpowiedzi nie poznam nigdy, ale mimo to nie potrafię sobie takiej sytuacji wyobrazić. 

Nie tylko egoistyczna, próżna i rozpieszczona matka dzieci wzbudziła moją niechęć. Właściwie to za mało powiedziane. Czułam do niej pogardę i odrazę za każdym razem, gdy pojawiała się w pokoju, mamiąc swoje dzieci obietnicami bez pokrycia i snując przed nimi wizję lepszej przyszłości. Liczyły się dla niej tylko pieniądze, ale winę za to ponoszą również jej rodzice. Wydaje mi się, że nienawidzili oni swojej córki, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć  ich zachowania. Mimo usprawiedliwiania swoich czynów wątpliwymi argumentami, kierowała nimi czysta złośliwość i chęć wyżycia się. Więc nie, nie wzbudzili mojej sympatii. Ale irytację wzbudzili we mnie także młodzi bohaterowie. Byli bardzo naiwni wierząc niezachwianie w swoją matką, która myślała tylko o sobie i ich oszukiwała. Ponadto wątek kazirodczego uczucia dodatkowo mnie do nich zraził. Polubiłam za to Cory’ego, najmłodszego chłopca, który był dzieckiem i miał prawo do wierności swym ideałom wbrew wszelkich przesłankom, a mimo to okazywał instynkt samozachowawczy. 

Historia, którą wymyśliła Virginia Andrews była sama w sobie ciekawym pomysłem, jednak zawiniło tutaj wykonanie. Działo się zbyt mało, brakowało mi zaskakujących zwrotów akcji, jakiegoś dreszczyku niepokoju czy spektakularnych zdarzeń. Liczyłam na porywającą, trzymającą w napięciu powieść, a tymczasem wcale mnie ona nie wciągnęła. Owszem, czytałam w miarę szybko, bo styl autorki jest przyjazny czytelnikowi i ułatwia lekturę, ale nie nadrobi on braków w fabule. Prawie cała książka ukazuje kolejne poczynania dzieci na poddaszu, nie przybliżają się one w żadnym stopniu do rozwiązania tajemnic domu i historii ich rodziny. Przyznaję, nudziłam się. Dopiero pod koniec mają miejsce poruszająca zdarzenia i rozwiązania zostaje ujawnione. Jednak nie było ono całkowicie zaskakujące, bo znacznej części domyśliłam się sama. 

„Kwiaty na poddaszu” to książka przedstawiająca historię dzieci całkowicie odciętych od świata, pozbawionych możliwości normalnego rozwijania się i dojrzewania. Jak bardzo możemy zostać skrzywdzeni przez ludzi, którzy za nas odpowiadają? Trudno sobie wyobrazić to, co zaprezentowała Virginia Andrews, fabuła tej powieści była doprawdy bardzo obiecująca. Niestety, rozczarowałam się brakiem przesiąkniętej niepokojem atmosfery oraz powolnym rozwojem akcji. W gruncie rzeczy jest to opis kolejnych dni z życia dzieci, dopiero sam koniec ujawnia prawdę i odpowiedzi na wiele pytań, która towarzyszą nam podczas lektury. Zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią sagi o Dollangangerach, ale nie liczcie na zbyt wiele, a już na pewno nie na trzymającą w napięciu powieść z mknącą naprzód akcją, bo wtedy możecie być zawiedzeni. To całkiem niezła saga rodzinna z zagadkami w tle, choć mało zajmująca i monotematyczna.
 
Moja ocena: 7/10

Saga o Dollangangerach:                   

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie
4. Kto wiatr sieje
5. Ogród cierni

Z dedykację dla Sophie <3






czwartek, 5 lipca 2012

Dom sióstr - Charlotte Link



Z okazji zbliżających się czterdziestych urodzin Ralpha, jego żona postanawia zorganizować dwutygodniowy wyjazd do położonego na odludziu domu w Yorkshire. Na ten czas przypadają święta Bożego Narodzenia, które małżeństwo prawników zwykło spędzać w rodzinnym gronie. Tym razem nieustępliwa Barbara doprowadziła do wyłamania się z owej tradycji, rozpowiadając wszem i wobec, że odpoczynek w tej okolicy był od zawsze marzeniem Ralpha. Tylko ich dwoje jest świadomych faktu, że wyjazd stanowi próbę ratowania ich małżeństwa, które od dłuższego czasu znajduję się na krawędzi. Odizolowanie od reszty świata i świąteczna atmosfera ma sprzyjać wzajemnej bliskości i poprawie łączących ich relacji. Zapewne żadne z nich nie podejrzewało, że izolacja będzie tak całkowita i groźna, bowiem wkrótce po przybyciu do Westhill House gwałtowne opady śniegu odcinają dom od świata. Nie ma prądu, ogrzewania, ciepłej wody, brakuje nawet drewna na opał, a gruba warstwa puchu uniemożliwia opuszczenie domu. Najgorszy jednak jest brak pożywienia. Barbara i Ralph nie zdawali sobie sprawy z groźby zasypania, dlatego też nie zaopatrzyli się w produkty mogące starczyć na dłużej niż jeden dzień. Teraz przebywają sami w jednym domu pozbawieni elementarnych udogodnień, musząc stanąć sobie naprzeciw i zacząć rozmawiać po raz pierwszy od długiego czasu. Czy uda im się uratować małżeństwo? A może coś stanie na przeszkodzie, kierując ich uwagę na zupełnie inne tory? 

Możecie przekonać się o tym sięgając po powieść „Dom sióstr” autorstwa Charlotte Link. Kobieta ta należy do najpopularniejszych niemieckich pisarek, każda jej powieść staje się bestsellerem, a ów sukces należy przepisać nie tylko lekkiemu pióru Link, ale także jej zadziwiającej wszechstronności: odnajduje się ona zarówno w kryminałach, sagach rodzinnych i powieściach obyczajowych z tłem psychologicznym. „Dom sióstr” to połączenie sagi rodzinnej z powieścią psychologiczną i niewielkim, podkreślam niewielkim, wątkiem kryminalnym. W żadnym wypadku nie ufajcie opisowi na okładce, sławiącemu dzieło Charlotte Link jako „mrożący krew w żyłach kryminał”, gdyż tylko się rozczarujecie. Zastanawiam się, czy autor tych słów w ogóle książkę przeczytał, z jego winy czuję się bowiem oszukana. Uwielbiam ten gatunek, więc po lekturze opisu nie namyślając się długo, książkę nabyłam i zabrałam się do czytania. Czekałam i czekałam, kiedy ten kryminał się w końcu zacznie i tak, doczekałam się! Po 550 stronach, gwoli ścisłości. Więc nie, to nie książka dla wielbicieli tajemnic i zagadek. Owszem, takie też się tutaj znajdą, ale nie w dużym wymiarze, a raczej jako dodatek do długiej opowieści. „Dom sióstr” to przede wszystkim saga rodzinna, która przypominała mi „Cukiernię pod Amorem”, aczkolwiek aż tak  mnie nie zauroczyła i porwała. Była jednak warta lektury, ponieważ te ponad 600 stron nie było może wędrówką łatwą, ale za to pouczającą, obfitą w ciekawe wydarzenia i wywołującą wiele emocji.

Tematyka powieści poświęcona jest w głównej mierze trzydziestu latom z życia Frances Grey. Skąd pojawił się taki wątek, skoro po opisie fabuły można oczekiwać problemów w małżeństwie prawników, a nie powrotu do przeszłości? Otóż podczas wypoczynku albo też walki z odcięciem od cywilizacji, jak kto woli, Barbara odnajduje ukrytą wiele lat temu autobiografię Frances Grey, napisaną przez nią samą jeszcze przed śmiercią. Kobieta ta była właścicielką domu, w którym obecnie przebywa małżeństwo, a przekazała je w spadku swojej gospodyni Laurze, która wynajęła go na okres dwóch tygodni Barbarze i Ralphowi. Podczas lektury „Domu sióstr” cofniemy się wraz z Frances do czasów jej młodości, aby przeżywać wraz z nią kolejne zmiany od chwili, gdy jako nastolatka uczęszczała do szkoły z internatem aż do schyłku jej życia. Ów wątek dotyczący Frances stanowi przeważającą część książki, pozostałe są zaledwie jego ułamkiem. Nie mogę powiedzieć, że zawsze było ciekawie, gwałtowne zwroty akcji zapierały mi dech w piersi, a od lektury nie mogłam się oderwać. Aż tak spektakularnie nie było, a jednak te 600 stron przeczytałam w oka mgnieniu i z przyjemnością, choć czasami musiałam odpocząć, gdyż nie jest to łatwa powieść. Dzięki sporej objętości mogłam zżyć się z główną bohaterką, dogłębnie przyjrzeć się jej życiu i poznać kierujące nią motywy oraz zobaczyć to, co ukształtowało jej charakter, tworząc z niej kobietę, którą się w ostateczności stała. Bardzo dobre studium psychologiczne postaci. Nie były to tylko czcze fakty, ale szereg różnych historii, mniej lub bardziej znaczących oraz wiele decyzji, przed którymi stawiał bohaterów los. 

Pisarce nie udało się jednak połączenie teraźniejszości z przeszłością, może jedynie pod koniec. Podczas reszty książki za bardzo skupiła się na historii Frances Grey, zostawiając współczesnych bohaterów samym sobie. Barbara co jakiś czas wracała do rzeczywistości, by potem zrobić sobie herbatkę i ponownie zabrać się do czytania zapisków, nie wspominając już o Ralphie, który w tym czasie rąbał drewno. A przecież przyjechali do Westhill House właśnie po to, by zbliżyć się do siebie i naprawić wzajemne relacje. Moim zdaniem pisarka nie podołała wątkowi małżeństwa prawników, a może po prostu nie przywiązywała do niego większej wagi, mnie jednak bardzo uderzyło to rozgraniczenie. Chętnie poczytałabym więcej o perypetiach Barbary i Ralpha. Poza tym wątek kryminalny mógłby zostać wprowadzony wcześniej, zamiast ni stąd ni zowąd pojawić się na sam koniec. Może dzięki temu odczuwałabym większe napięcie podczas lektury i nie mogła narzekać na brak akcji, która tymczasem nie była jak z moich marzeń.

Jak już wspomniałam, bohaterowie z przeszłości byli świetnie wykreowani i interesujący, mogłam bardzo dokładnie poznać ich życie i sposób myślenia, a także poczuć do nich sympatię. Tego samego niestety nie mogę powiedzieć o postaciach bardziej mi współczesnych. Barbara niezmiernie mnie irytowała, była tak wyniosła i perfekcyjna, a przy tym zamiast porozmawiać ze swoim mężem, jak to w końcu miała w planach, zaczytywała się w życiu innych ludzi. Bohaterów z Westhill House nie dane mi było dobrze poznać, za mało poświęcono im czasu. Język powieści nie zawiera specyficznych słów czy zwrotów, a jednak nie jest on prosty i łatwy. Dlatego też książki nie pochłania się szybko, trzeba się dokładnie wczytać i skupić na każdym zdaniu, żeby  zrozumieć całość. Nie brakuje przy tym opisów, zarówno otoczenia jak i rozmaitych zdarzeń z życia bohaterów. Ilość dialogów była natomiast znikoma, co dało się odczuć przy dłuższym czytaniu.

„Dom sióstr” polecam czytelnikom lubującym się w sagach rodzinnych z dodatkiem wątku rozgrywającego się w czasach współczesnych. Postacie są bardzo dobrze wykreowane pod względem psychologicznym, co jest zdecydowanie atutem powieści. Wątek kryminalny również się pojawia, ale jest wręcz minimalny, bowiem wkracza dopiero na samym końcu i jest jedynie skutkiem, a nie punktem zapalnym. Język powieści nie jest prosty w odbiorze, ze względu na dużą szczegółowość, znaczną ilość opisów, a stosunkową niewielką dialogów. Mimo kilku wad polecam „Dom sióstr” jako powieść pełną uczuć, wywołującą wiele emocji u czytelnika, dzięki swej realności i dogłębnemu poznaniu życia bohaterów. Nie jest to łatwa powieść, oddaje wszystkie ludzkie słabości i wątpliwości, naznaczona jest bólem i smutkiem, ciężkimi doświadczeniami takimi jak wojna czy walka o prawa kobiet, ale też przebłyskami nadziei. Z przewagą tych pierwszych.

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Mechaniczny książę - Cassandra Clare


               Po wydarzeniach, które miały niedawno miejsce, czyli nalocie na siedzibę wampirów, walce z automatami i ucieczce Mistrza, odbywa się podsumowująca rada Clave. Podczas niej zostaje zakwestionowane postępowanie głowy Instytut londyńskiego, Charlotte. U niej to znalazła schronienie zdradzona przez brata i poszukiwana przez Mortmaina, Tessa. Jednak Benedict Lightwood zgłasza się jako kandydat na zajmowane przez Charlotte stanowisko i żąda poparcia. Jednocześnie wytyka błędy Nocnej Łowczyni: niezauważenie szpiega we własnym domu, utrata Pyxis, popsucie stosunków z Podziemnymi. Konsul jest zmuszony dać kobiecie ultimatum: ma 2 tygodnie czasu na znalezienie Mistrza, a jeśli jej się to nie uda, straci Instytut. Wtedy też nie będzie on już domem dla Tessy, Willa, Jema i Jassamine.

                Rozpoczyna się dramatyczna, a z początku bezsilna, walka z czasem. Mieszkańcy Instytutu nie są w stanie znaleźć żadnych śladów Mortmaina, jednak z czasem wpadają na trop. Pojawia się coraz więcej tajemnic i przeciwności. Tymczasem Tessa coraz bardziej przekonuje się do Jema, który od początku okazywał jej wiele ciepła, a teraz coś się zmienia w jego stosunku do niej. Równocześnie próbuje zapomnieć o Willu, który przysporzył jej wiele cierpienia. Chłopak udaje się na wyprawę do słynnego czarownika, żeby prosić go o odszukanie demona. Czemu wydaje się to być dla niego tak ważne? Czy Tessa znajdzie szczęście u boku Jema? Jak potoczą się losy mieszkańców Instytutu?

                Odpowiedzi na te pytania poznacie po przeczytaniu drugiej części trylogii „Diabelskie maszyny”, noszącej tytuł „Mechaniczny Książę”. Jej autorką jest Cassandra Clara, znana głównie z „Darów Anioła”, które należą jednocześnie do moich ulubionych serii i są według mnie lekturą obowiązkową dla fanów młodzieżowej fantastyki. Ich prequelem są właśnie „Diabelskie maszyny”, rozgrywające się ponad 100 lat wcześniej. Wszystko ładnie się tutaj łączy z ich późniejszą wersją, pojawiają się nazwiska znane z DA: Wayland, Lightwood, miejsca takie jak Miasto kości, postaci typu Cisi bracia, przedmioty np. Miecz Anioła. Nie było na szczęście żadnych wpadek czy podania wzajemnie wykluczających się faktów, pisarka ma dokładnie opracowaną wizję świata Nocnych Łowców. Dla osób znających Dary Anioła oczywistym będzie, że obie serię łączy wiele podobieństw. Trudno się dziwić zważywszy na fakt, że to wciąż ten sam świat, tyle że w innym okresie czasu. Jednak bohaterowie są do siebie bardzo podobni: Jace jest pierwowzorem Willa, Tessa bardzo przypomina Clary, a Jessamine – Isabell. Oczywiście występują pewne różnica, na korzyść: podejrzewam, że nie tylko ja po przeczytaniu stwierdzę, iż Tessa jest osóbką o wiele bardziej sympatyczną niż Clary, która w DA z czasem zaczęła mnie irytować. Natomiast Jessamine była tak zarozumiała i głupia, że wolę jej poprzedniczkę Isabell, która dość podobna z charakteru, była jednak inteligentną i oddaną Nocną Łowczynią. Początkowo Jem bardzo przypominał mi Aleca, jednak z czasem przekonałam się, że nie można ich porównywać, ich podejście do świata i innych ludzi jest bowiem zupełnie różne. 

                Od dawna byłam zagorzałą fanką Darów Anioła i nie spodziewałam się, że równie bardzo przypadnie mi do gustu inna trylogia Cassandry Clare. Jednak gdybym teraz miała wybierać, opowiedziałabym się chyba za „Diabelskimi maszynami”. Wybór jest trudny, ponieważ każda seria ma swoje plusy i minusy. W „Mechanicznym księciu” spodobało mi się bardzo umiejscowienia i czas akcji, która rozgrywa się w moim ukochanym Londynie. Nie jest on tu przedstawiony jak miasto marzeń, bardziej jako wiecznie zamglone i zatłoczone miejsce z płynącą przez nie brudną rzeką, ale jednak podróż wraz z bohaterami jego ulicami ma swój urok. Poza tym warto zwrócić uwagę na czas, w którym rozgrywają się zdarzenia, czyli XIX wiek. Dzięki temu seria jest charakterystyczna i przyciąga uwagę nie tylko ciekawą fabułą, ale też możliwością przyjrzenia się życiu Nocnych Łowców w tamtym okresie. Były momenty, które mnie zaciekawiły, ale też śmieszne chwile. Przykładem jest sytuacja, gdy Tessa musiała przebrać się w strój mężczyzny, czyli spodnie i koszulę. Gdy do pokoju wszedł Jem zarumienił się i prędko wyszedł, a dziewczyna uświadomiła sobie, jak wielce niestosownie wygląda- przecież w spodniach widać jej kształt bioder i ud! Czasem ciężko jest nam sobie uświadomić, jak naprawdę wyglądał XIX wiek, a książka w tym pomaga, niekiedy w zabawny sposób. Mnie zauroczyły te wszystkie długie suknie, dorożki, bale, dżentelmeni prowadzący damy pod rękę. Nie można zaprzeczyć, iż „Mechaniczny Książę” posiada specyficzny klimat, który przyciąga czytelnika jak magnes. 

                Na tworzenie odpowiedniej atmosfery wpływ ma także język, jakim posługuje się pisarka. Jest on jednocześnie lekki i intrygujący, występują w nim zwroty charakterystyczne dla tamtych czasów. W powieściach Clare nie brak jest opisów, jednak są one hipnotyzujące, bowiem nie nudzą, a pomagają zobrazować sobie miejsca rozgrywających się zdarzeń: opuszczone dwory na wsi, katedry z iglicami strzelającymi ku niebu. Styl w jakim została napisana książka jest świetny. Nie brak też wartkiej akcji i jej niespodziewanych zwrotów. Początkowo było normalnie, czytałam w swoim tempie i nie spodziewałam się, że książka zrobi na mnie tak duże wrażenie. Jednak potem wciągnęła mnie tak, że nie potrafiłam się od niej oderwać, a te 500 stron minęło mi jak z bicza trzasnął. 

                W „Diabelskich maszynach” zauroczyli mnie bohaterowie, charakterystyczne dla XIX wieku elementy i fascynująca fabuła. Taką można też znaleźć w „Darach Anioła”, gdzie postaci, takie jak: Jace, Isabell, Magnus Bane skradły moje serce. Jednak czasy są bardziej współczesne, a miejsce akcji to Nowy Jork. Nie brak tam też irytującego Simona. Wybór między tymi dwiema seriami to sprawa problematyczne, czytajcie więc je obie. Tymczasem polecam Wam bardzo serdecznie „Mechanicznego Księcia”, w którym znajdziecie wiele intryg i jeszcze więcej tajemnic, choć prawdopodobne jest, że zakończenie złamie Wam serca tak jak mi, mam o nie pretensje zarówno do Cassandry Clare, jak i do głównej bohaterki. Tym bardziej muszę jednak przeczytać kolejną część, już nie mogę się doczekać premiery. Polecam! 

                Moja ocena: 10/10

Seria "Diabelskie maszyny":                    

1. Mechaniczny anioł
2. Mechaniczny książę
3. Mechaniczna księżniczka (Premiera planowana
    na marzec 2013 roku)










piątek, 8 czerwca 2012

GONE. Faza piąta: ciemność - Michael Grant


Wyobrażasz sobie, że pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, znajdujesz się w innym świecie? Nie, nie chodzi o przeniesienie się do innego wymiaru czy podróż w czasie. Znikają wszyscy dorośli, zostaje tylko młodzież do 15 roku życia, czyli właściwie dzieci. Muszą same radzić sobie w ciężkiej rzeczywistości. Opiekować się niemowlakami, gasić pożary, zarządzać miastem. Co właściwie się stało? Nad Perdido Beach pojawiła się wielka kopuła, otaczająca miasto i okolicę ze wszystkich stron, nawet pod ziemią. Nie ma żadnej możliwości ucieczki, trzeba skupić się na przeżyciu. Jak do tego doszło? Teraz, po tak długim okresie czasu, który spędzili w tym miejscu już wiedzą, kto zapoczątkował katastrofę, a może raczej – ratunek. Od tamtego pamiętnego dnia, w którym po raz ostatni ujrzeli swoich rodziców, przelało się wiele łez, a śmierć zebrała ogromny plon. Populacja miasta stale się zmniejsza. Czy ktokolwiek z dzieci ujrzy jeszcze dawny świat?

Przetrwali już tak wiele. Zmierzyli się z paniką, zaspokoili głód, zdobyli wodę, pertraktowali z krwiożerczymi zębakami, walczyli o elektrownię, uwalniali umysły spod wpływu Gaiaphage, uśmierzyli epidemię śmiertelnej choroby, uchronili się przez zgubnym wpływem prorokini. Mają świadomość, że zbliża się koniec i nie będę w stanie zrobić nic więcej. Któż bowiem może wygrać z ciemnością? Bez światła nie ma życia. Rośliny nie rosną, nie da się zdobyć pożywienia ani uchronić przed atakiem kojotów i Drake’a w całkowitej, wszechobecnej czerni, gdy nie widzisz nawet końca własnej ręki. Wiedzą, że nadciąga. ETAP w końcu znalazł sposób, by ich pokonać i pozbawić nadziei. W ciemności kryje się strach, rozpacz i śmierć. A temu, że bariera powoli powleka się  czernią, nie potrafi zaradzić nawet wszechmocny Sam-przywódca, król Caine czy Genialna Astrid.

„GONE. Faza piąta: ciemność” to jak sama nazwa wskazuje piąta już część serii autorstwa Michaela Granta, opowiadającej o życiu w zamkniętej społeczności ETAP-u, całkowicie oddzielonej od reszty świata. W kolejnych tomach przygód młodych bohaterów, zmagają się oni z nadprzyrodzoną siłą, zwaną Ciemnością lub Gaiaphage, co jest klasycznym przykładem walki dobra ze złem, jednak nie tak oczywistej, bo często ta granica między czarnym a białym się zaciera. Choć z pewnością mogłyby pojawić się głosy obalające moje stwierdzenia uważam, że Grant stworzył coś nowatorskiego i oryginalnego w literaturze młodzieżowej. Z założenia do tej grupy odbiorców kierowana jest książka jednak myślę, że mogłaby przypaść do gustu niejednego dorosłemu. Seria „GONE” jest miłą odskocznią od wciąż przewijających się przez półki księgarni powieści, w których królują wilkołaki, wampiry, demony czy zmiennokształtni. Zwykle wielką rolę odgrywają w nich romanse między bohaterami. W powieściach Granta też się takie pojawią, jednak nie grają one pierwszych skrzypiec, wciąż myślą przewodnią jest bowiem rozwikłanie tajemnic dotyczących ETAP-u. Oprócz tego znajdziemy tu wspomniane już przeze mnie wątki miłosne, przyjaźń, walkę o władzę, odkrywanie siebie. 

W „GONE” spotkacie szeroką gamę postaci, które stanowią wielki plus tej serii. Są one bardzo prawdziwe, zupełnie od siebie różne, a jednocześnie nieprzesadzone. Ot zwykli ludzie, tacy jak my. Na przełomie kolejnych tomów możemy doświadczać istotnych zmian w nich zachodzących. Wszystkie próby, które musieli przejść, przeszkody, które stanęły im na drodze i okrucieństwo, na które musieli patrzeć każdego dnia, spowodowały trwałe przemiany w ich psychice. Kiedyś beztrosko spędzali czas, opalając się na plaży czy surfując, nie musząc się martwić niczym oprócz nadchodzących sprawdzianów czy kłótni z rodzicami. A potem nieznana siła rzuciła ich na głęboką wodę, gdzie musieli walczyć, kierować innymi i zabijać. Część z nich załamała się i poddała, leżą w prowizorycznych grobach wykopanych przez Edilia. Inny próbowali walczyć, stracili oczy, nogi, rozum. Większość poddała się woli mądrzejszych i bardziej zdeterminowanych, żyją w strachu na łodziach, czekając aż Sam lub Caine powiedzą im, co powinni robić. Nieliczni dalej stoją w pierwszym rzędzie, choć byli torturowani, łamani i oskarżani przez wszystkich o całe zło. Nie ustają w wysiłkach, by je pokonać i wydostać się z tego piekła. O ile ETAP nie jest jeszcze gorszym miejscem.

To była bardziej analiza, a teraz powiem trochę o swoich uczuciach. Ta seria jest rewelacyjna. Podziwiam Granta za jego pomysł i inwencję. Za to, że po tych prawie 2 000 stron nadal potrafi mnie zaskakiwać. Kiedy wkraczam w świat Gone, za każdym razem czuję się uczestniczką tych zdarzeń, a nie zwykłym czytelnikiem. Skradam się po lesie wraz z Astrid, czołgam wąskim korytarzem w stronę Gaiaphage lub czekam w ciemności na przybycie Drake’a. Tak dobrze znam tych bohaterów i żałuję, gdy kolejny z nich ginie, ale właśnie taki jest świat ETAP-u. Okrutny, brutalny, straszny. Niektóre sceny są tak obrzydliwe, że nie da się tego opisać. A jednocześnie pobudzają wyobraźnię, podobnie jak cała ta książka. Czytelnik ciągle snuje teorie, bo tajemnic jest wiele, a wyjaśnień już mniej. 

A teraz o tym, co mi się nie podobało. Przede wszystkim zabrakło mi Diany i Caine’a, którzy są moimi ulubionymi bohaterami. W „Kłamstwach” i „Pladze” było sporo wspólnych scen z ich udziałem, natomiast w piątej części już mniej, a przynajmniej rzadko występowali razem. Pewnie osobie, która woli innych bohaterów nie będzie to przeszkadzać, ale ja uwielbiam akurat ich i chciałabym czytać o tej parze, nie-parze cały czas! Podczas lektury moje wyobrażenia na ich temat ciągle się zmieniało, aż nie wiedziałam, które z nich jest gorsze. Czasem myślę, że Caine to drań, innym razem, że Diana jest zbyt okrutna. Jednak uwielbiam momenty, w których postępują właściwie,  kiedy opada ta maska zła i chęci władzy. Oby takich więcej w kolejnym tomie. Najmniej chyba zmienił się Sam, od początku raz chce być przywódcą, potem stwierdza, że to nie dla niego. I tak w kółko, jestem ciekawa czy kiedyś to się skończy. 

Według mnie kiepskim pomysłem było pokazanie już w prologu obszaru zza bariery. Gdyby tak się nie stało, byłabym bardziej pobudzona do rozmyślań i snucia teorii. Z drugiej strony, kiedyś trzeba się dowiedzieć. Podobał mi się też zabieg, jakim było pokazanie ETAP-u z punktu widzenia Małego Pete’a, którego ciekawe spojrzenia na świat i niezwykłe umiejętności bardzo cenię. Zakończenie powaliło mnie na kolana, ta książka jest chora i kompletnie pokręcona. Cały czas staje mi przed oczami ostatni obraz, wyglądający w mojej wyobraźni groteskowo. Ale pozytywnie.

Mogę jeszcze sporo powiedzieć, ale chyba trochę przesadziłam, jest zbyt długo, ale może dotrwacie do końca. Jestem fanką serii, co przemawiało przeze mnie podczas pisania, mi podobało się wszystko. „Ciemność” to lektura obowiązkowa dla wszystkich zwolenników „GONE”, a dla osób jeszcze niezaznajomionych ze światem Etap-u również. Mam nadzieję, że książka porwie Was tak samo jak mnie, a owe 450 stron w zawrotnym tempie przeleci Wam przez palce. Polecam!

Moja ocena: 10/10 
 
Seria "GONE:                                                             
1. Faza pierwsza: niepokój  
2. Faza druga: głód
4. Faza czwarta: plaga
5. Faza piąta: ciemność
6. Faza szósta: światło (Premiera planowana na 2012 rok)