Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Drzazga - Ewa Nowak



Marta i Jagna to siostry, które całkowicie się różnią, nie potrafią się dogadać, wręcz się nienawidzą. Obie mieszkają z matką, gdyż ojciec odszedł lata temu i jest teraz szczęśliwy z Olgą. Jagna jest nieposłuszna i zbuntowana, nigdy nie słucha matki i robi wszystko inaczej niż ta by chciała. Z drugiej strony matka wiecznie narzeka na dziewczynę, uważa ją za „tą gorszą” i wychwala pod niebiosa Martę, która zresztą jest córeczką mamusi. Nigdy jej się nie sprzeciwi, złego słowa nie powie, zawsze jest grzeczna, miła i dobra, dla innych ludzi też. Biedna, że ma taką okropną siostrę, która wszystko musi psuć. Bez niej ich życie byłoby przecież piękniejsze.

Drzazga to należąca do serii miętowej powieść Ewy Nowak, która tym razem porusza temat problemów w rodzinie, związanych z faworyzowaniem jednego dziecka. Pokazuje uczucia dzieci, rodziców i to, że w takiej sytuacji każdy jest poszkodowany. Z jednej strony Jagna, wiecznie odrzucana i niechciana przez najbliższą rodzinę, swoją udawaną obojętność na tę sytuację przedstawia za pomocą buntu i wrogości, choć w głębi duszy cierpi. Jednak również Marta, mimo aprobaty matki czuje się źle, znienawidzona przez siostrę i odpychana przez rówieśników. Czy to zamknięte koło uda się jakoś przerwać? Ewa Nowak to jedna z moich ulubionych polskich autorek, w ciemno sięgam po jej książki. Gdy poruszy ona ciekawy temat to nie ma mowy, by potraktowała go po macoszemu. Widać, że angażuje się w jak najdokładniejsze oddanie uczuć nastoletnich bohaterów.

Ewa Nowak ma wielu fanów, o czym świadczy chociażby wielka kolejka do jej stoiska na targach książki. Stałam długo, ale zdecydowanie było warto, bo nie dość, że mam „Drzazgę”, to jeszcze z dedykacją! „Drzazga” to jedna z najlepszych książek serii miętowej, a czytałam wszystkie tomy oprócz pierwszego. Jej siłą jest poruszenie trudnego tematu, a jego przedstawienie udało się autorce wyśmienicie. Narracja jest trzecioosobowa z perspektywy Marty. Niby uwagi i przemyślenia są jej, ale opisy sytuacji nie pozostawiają złudzeń w kwestii emocji pozostałych bohaterów. Ewa Nowak nie ogranicza się do kilku głównych postaci, znaczącą rolę odgrywają też ojciec dziewczyn i jego partnerka, znajomi ze szkoły. Wszyscy są bardzo realni i bliscy czytelnikowi, tylko z Martą raczej nie da się zgodzić. Zastanawiałam się, jak wiele czasu zajmie jej dotarcie do prawdy. Jest to osóbka tak idealna(albo próbująca taką być), że aż nudna. Nie docierają do niej głosy rozsądku przyjaciół i znajomych, wciąż uważa, że w domowej sytuacji to ona jest pokrzywdzona.

Jagna to zdecydowanie ciekawsza bohaterka, która ma charakter i osobowość, w przeciwieństwie do swojej mdłej siostry. Bardzo jej współczułam, wściekałam się na matkę i siostrę. „Drzazdze” nie można zarzucić, że nie oddziałuje na czytelnika. Najlepsze jest to, że wywołuje masę emocji i nie da się przejść obok niej obojętnie. Przy świetnych bohaterach i rewelacyjnym, lekkim stylu Ewy Nowak, książka okazuje się być idealną pozycją dla młodzieży i nie tylko. Od „Drzazgi” wręcz nie mogłam się oderwać, nawet w myślach wracałam do życia Jagny i Marty. Ewa Nowak jak zwykle wykonała kawał dobrej roboty, ale tym razem przeszła samą siebie, bo książka jest naprawdę świetna! Gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Seria miętowa:
1. Wszystko, tylko nie mięta
2. Diupa
3. Krzywe 10
4. Lawenda w chodakach 
5. Drugi
6. Michał Jakiśtam
7. Ogon Kici
8. Kiedyś na pewno 
9. Rezerwat niebieskich ptaków 
10. Bardzo biała wrona
11. Niewzruszenie
13. Drzazga 

wtorek, 26 marca 2013

Płatki na wietrze - Virginia Andrews



Po ucieczce z domu dziadków rodzeństwo Dollangangerów zmierza w kierunku Florydy, gdzie chcą rozpocząć karierę akrobatów cyrkowych. Ich plany koryguje życie – najmłodsza Carrie jest ciężko chora, pojawiają się u niej objawy zatrucia. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności dzieci spotykają w autobusie miłą kobietę, która widząc ciężki stan siostrzyczki Chrisa i Cathy, zabiera całą trójkę do doktora, w którego domu jest gospodynią. Paul Sheffield jest dobrym człowiekiem, więc zajmuje się rodzeństwem, które początkowo odrzuca jego pomoc. Z czasem jednak godzą się na adopcję i rozpoczynają w domu lekarza kolejny, tym razem szczęśliwy etap życia. Cathy realizuje marzenia o karierze primabaleriny, natomiast Chris wierzy, że przy wsparciu Paula uda mu się zostać lekarzem. Jednak długie życie na poddaszu pozostawia na rodzeństwie swoje piętno, które determinuje ich dalsze postępowanie.

„Kwiaty na poddaszu” to pierwsza część sagi o Dollangangerach autorstwa Virgini C. Andrews, czyli historia czworga rodzeństwa, które po śmierci ojca wraz z matką przeprowadzają się do domu niewidzianych nigdy dziadków. Skuszone obietnicą bogactwa dzieci zostają zamknięte na poddaszu aż do czasu śmierci dziadka, który nie może dowiedzieć się o ich istnieniu. Dni przemieniają się w miesiące, a te w lata, a Chris, Cathy, Cory i Carrie cierpią w samotności i zamknięciu, przeżywając te najważniejsze dla każdego lata bez światła słonecznego, ruchu, towarzystwa rówieśników i rodziny. Dopiero po śmierci Cory’ego dzieci całkowicie tracą nadzieję i wiarę w swoją matkę, decydują się na ucieczkę. I tutaj wkracza kontynuacja, w której możemy poznać dalsze losy rodzeństwa.

Kwiaty na poddaszu mnie rozczarowały, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, pomysł na książkę był bardzo obiecujący, ale już wykonanie i wprowadzenie niektórych wątków zniszczyły tę książkę. Chyba najgorszym błędem było przedstawienie kazirodczej miłości między Chrisem i Cathy. Rozumiem, że takie tematy się w powieściach pojawiają, ale gdy dotyczą dzieci to już jest przesada, podobnie jak wmawianie czytelnikowi, że taka sytuacja wynika z przeżyć dzieci, kilkuletniego zamknięcia ich na poddaszu i wpływu matki. Chyba miało być dramatycznie i wstrząsająco, może autorka miała nadzieję, że takim zagraniem przyciągnie czytelników? Bo o czym mieliby czytać, o dziewczynce tańczącej na poddaszu? Miało się dzięki temu więcej dziać, ale nie zadziałało to na mnie niestety, było jedynie niesmacznie i zmniejszało moją sympatię do bohaterów.

To nie jest recenzja poprzedniej części, lecz „Płatków na poddaszu”, a poprzedni akapit można w całości odnieść także do kontynuacji. Właściwie cała fabuła opiera się na uczuciach Chrisa i Cathy, a im dłużej się ten wątek ciągnął, tym większa ogarniała mnie irytacja. Może byłoby inaczej, gdyby o samą miłość chodziło, ale autorka przedstawiła to w taki sposób, że bohaterom szło głównie o doznania cielesne, co potęgowało moją niechęć. Cathy to niezła aparatka, jej nie wystarczy ciągłe uwodzenia, a następnie odpychanie brata. Jako piętnastolatka bezwstydnie zaleca się czterdziestoletniego mężczyzny, który zastępuje jej ojca. Zachowanie tej dziewczyny jest niewiarygodne, ledwo dziecko odrosło od podłogi, a już bezczelnie prowokuje swojego starszego o ponad 20 lat opiekuna prawnego, próbując wskoczyć mu do łóżka. A jej wypowiedzi towarzyszące tym staraniom sprawiają, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Najlepszy jest fakt, że to wszystko wina matki, pięknej kobiety, która wywierała ogromny wpływ na mężczyzn.  Stek bzdur, gdyby książka nie była pożyczona, to rzuciłabym nią o ścianę.  

Ale to nie koniec absurdów. Hitem są także teksty typu „Zawsze go kochałam, tylko o tym nie wiedziałam”. I nie tylko z jednym mężczyzną tak miała, wybaczcie, gubię się w uczuciach tej kobiety, która osiągnąwszy zaledwie około 30 lat życia już ma za sobą tak bogaty bagaż miłosnych doświadczeń, ma się tę praktykę od małego. W jej przypadku im bardziej partner jest martwy, tym miłość do niego większa. A większych głupot niż miłosne objawienia, które spadają na nią w najbardziej dramatycznych momentach niczym grom z jasnego nieba nie czytałam. Jednak zakończenie przebija wszystko. Z jednej strony wytłumaczenia autorki są absurdalne, a z drugiej… niczego nie wyjaśniają. Nie dla mnie takie trudne książki, chyba pogubiłam się w fabule! Zastanawia mnie, jak można opowiadać historię tej rodziny przez pięć tomów, może Cathy nawet na emeryturze będzie starała się odkryć tajemnice matki?

Ważnym wątkiem fabularnym jest chęć zemsty Cathy na matce. Wszelkie jej działania determinuje pragnienie odegrania się na kobiecie, którą oskarża o każdy błąd w swoim życiu. Jej pomysły są zadziwiające, tej bohaterki nie da się zrozumieć, nawet nie próbujcie. Jednak jakby było mało głupich wątków i sytuacji, bardzo dużą część książki zajmuje „robienie kariery” przez dziewczyną w świecie baletu. Podczas tych fragmentów powstrzymywałam się od zaśnięcia i brnęła przez kolejne mdłe strony licząc chyba tylko na Paula, który obok Carrie jest jedynym bohaterem ratującym tę powieść, jego udało mi się polubić. Ta książka jest tak absurdalna, że nie mam pojęcia, co mi się w niej spodobało, choć coś takiego było i dlatego nie oceniam jej najniżej jak to możliwe. Chyba przez te wszystkie głupoty było w miarę ciekawie, ale nie zawsze. 1/3 czasu przy niej spędzonej nudziłam się czytając o kolejnych porażkach w życiu zawodowym Cathy i związanym z nim życiem miłosnym. 1/3 czasu obserwowałam jak Cathy miota się między bratem, Paulem i Julianem. A przez resztę czasu dziewczyna się mściła na matce.

Plusem jest chyba tylko to, że dobrze mi się czytało, zadziwiająco szybko czas z nią zleciał. Paradoksalnie książka potrafi wykończyć opisami okresów życia rodzeństwa, w których nie dzieje się nic. "Płatki na wietrze" moim zdaniem na pewno nie są tak znakomite, jak się mówi. Mają masę niedoróbek i rzeczy, które mnie odrzucały. Ale większym grzechem jest nijakość, której tu nie znajdziemy. Mimo wszystko, po tym wszystkim, jestem ciekawa co wydarzy się dalej! Virginia Andrews zaskakuje, tego nie można jej odmówić, ale niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Moja ocena: 5/10

Saga o Dollangangerach:

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie...
4. Kto wiatr sieje...
5. Ogród cieni

czwartek, 1 listopada 2012

McDusia - Małgorzata Musierowicz


 
Jeżycjadę zaczęłam czytać w 6 klasie podstawówki. Na rynku znajdowało się wtedy już chyba 16 tomów, które pochłaniałam w tempie zawrotnym. Ciepła atmosfera, panująca w domu Borejków, zachęcała do przebywania tam jak najdłużej. Obserwowałam jak bohaterowie zmieniają się, odchodzą, pojawiają się nowi. Wciąż z niezmiennym entuzjazmem i radością otwierałam kolejne tomy. Aż w końcu nadszedł czas, gdy trzeba było czekać, chociażby na „Sprężynę”, która teraz spogląda na mnie z półki. Przeczytałam szybko i pozostała tylko odległa perspektywa nowej książki. Na „McDusię” przyszło mi czekać prawie 4 lata, a przez ten czas nie raz wracałam do Jeżycjady i wspomnień z nią związanych. Jednak w końcu nadeszła chwila, gdy mogę zakrzyknąć „Już jest!”.


Z przyjemnością wkroczyłam do ośnieżonego Poznania, a potem do ciepłego domu Borejków, w którym szykowano się akurat do zbliżającego się wielkimi krokami ślubu Laury. Tak, Tygrys zmienił się w grzecznego kotka i znalazł miłość swojego życia. Jednak każdy kto zna Borejków  wie, że nad ślubami w tej rodzinie ciąży fatum, dające o sobie znać w najmniej pożądanych chwilach. Tym razem ma być perfekcyjnie i bez żadnej wpadki... Wy też w to nie wierzycie, prawda? A co jeszcze się zmieniło? Do Poznania przybyła córka Kreski, McDusia, która od początku będzie zabiegała o względy Józinka, a tą z kolei zauroczony będzie Ignacy Grzegorz. Przyjazd Trolli, zapomniany prezent i człowiek, który nie umiał kochać, to przedsmak wspaniałej przygody. Nie zabraknie wybuchów śmiechu, wzruszeń i refleksji, tak charakterystycznych dla Jeżycjady. Aż łza się w oku zakręci i nie tylko z sentymentu do bezkonkurencyjnej serii. 


Trochę szkoda, że podróż dobiegła końca tak szybko, że trzeba zacząć żyć własnym życiem, a nie perypetiami Borejków. Oby „Wnuczka do orzechów”, pojawiła się wcześniej, niż za 4 lata. A co jeszcze na temat „McDusi” mogę powiedzieć? Podobała mi się bardziej niż poprzednia część i uważam, że warto było tyle czekać. Musierowicz skupiła się na moich ulubionych bohaterach: Józinku, Laurze, Gabrieli. Za Ignacym Grzegorzem nie przepadam, a zdarzeń z jego udziałem było sporo, ale nie można mieć wszystkiego. Tytułowa bohaterka także mnie do siebie zniechęciła na początku, co trochę zmieniło się z czasem. Podczas lektury uśmiech pojawiał się na mojej twarzy za każdym razem, gdy na scenę wkraczał Bernard, ten sympatyczny brodacz nie ma sobie równych. Oczywiście było kilka scen odrobinę smutnych i skłaniających do zastanowienia się, są one nieodłącznym elementem Jeżycjady i silnie na mnie działają. Chyba każdy wielbiciel serii wie, że „McDusia” to lektura obowiązkowa, która znowu wciąga do cudownego świata, gdzie ludzie wysyłają sygnały dobra, sztuka czytania nie zanika, a miłość do końca życia istnieje. Polecam z całego serca, a Ci, którzy jeszcze nie mieli żadnego tomu w rękach, niech czym prędzej zabierają się za „Szóstą klepkę”.


"Bije zegar godziny, my wtedy mawiamy: - Jak ten czas szybko mija! A to my mijamy."