Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 stycznia 2014

Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick





Nowy rok to okazja do spisywania postanowień na nadchodzące miesiące, zwykle obiecujemy sobie, że od stycznia będziemy więcej ćwiczyć, zdrowo się odżywiać, czytać dużo mądrych książek i mieć pozytywne nastawienie do świata. W zależności od siły naszej woli postanowienia udaje się zrealizować lub nie, czasem brakuje wystarczającej dawki motywacji i samozaparcia. O Pacie nie można powiedzieć, że ma ich za mało, wręcz przeciwnie, jest na tyle uparty, by codziennie rano wstawać wcześnie, wykonywać morderczy trening przez wiele godzin, a przy tym jeszcze poznawać wybitne dzieła literatury i mieć pozytywne nastawienie do życia. W dodatku nie potrzebuje do tego rozpoczynającego się roku, ma za to inną motywację. Pat doszedł do wniosku, że jeśli całkowicie się zmieni, jego żona Nicki wróci do niego, czas rozłąki dobiegnie końca i będą żyli razem długo i szczęśliwie.

„Poradnik pozytywnego myślenia”- bestseller książkowy, film na miarę Oscarów. O obu wersjach mówi się wiele, zwykle pozytywnych rzeczy. Najpierw obejrzałam ekranizację, która nie wzbudziła mojego zachwytu, choć muszę przyznać, że aktorzy ją ratują. Dzisiaj jednak skupię się na wersji książkowej, która bardzo różni się od filmu, na inne wątki został tu nacisk położony, wydarzenia też potoczyły się inaczej. A „Poradnik” opowiada o młodym mężczyźnie, który na odpowiedzialność matki zostaje wypisany ze szpitala psychiatrycznego i wraca do domu rodzinnego, by tam pracować nad sobą i czekać na spotkanie z żoną. Nie pamięta z jakiego powodu trafił do szpitala, mówią, że wyparł to wydarzenie z pamięci. Ojciec nie rozmawia z nim w ogóle, matka niechętnie mówi o jego nieobecności w domu, ale każdy zdaje się uważać, że nie ma szans na zakończenie Rozłąki.

Miałam nadzieję, że „Poradnik” w wersji książkowej okaże się lepszy od filmu, ale niestety się przeliczyłam. Fabuła skupia się na przedstawieniu codziennego życia Pata, jego nadziei na powrót Nicki, pracy nad sobą. Mężczyzna poznaje Tiffany, która tak jak on straciła kogoś bliskiego, a teraz próbuje znaleźć w Pacie przyjaciela. Poza tym w powieści ogromną rolę odgrywa futbol, sport ten przewija się przez kolejne strony nieustannie, bohaterowie albo właśnie oglądają mecz, albo na nim są, albo o nim rozmawiają. Nie rozumiem jaki jest cel tego zabiegu, oprócz zanudzenia czytelnika na śmierć, oczywiście. Tak samo irytowało mnie bardzo myślenia głównego bohatera. Wiem, że miał on problemy psychiczne, w końcu jakoś znalazł się w tym szpitalu, ale jego niezachwiane przeświadczenie, że Nicki do niego wróci było irytujące, szczególnie gdy czytelnik doskonale wie, że nic takiego się nie wydarzy.

Książka jest na tyle nijaka, że kompletnie nie zapadła mi w pamięć, sceny z filmu zlewają się w mojej głowie z wydarzeniami książkowymi, zakończenie pamiętam jak przez mgłę i nawet nad tym nie boleję. „Poradnik pozytywnego myślenia” to historia nad wyraz nudna, strony bogate w opisy członków drużyny piłkarskiej bynajmniej nie wciągają, a bohaterowie są równie nijacy co fabuła. Pewnie powinnam się tu doszukiwać jakiegoś głębszego sensu, że niby książka promuje pozytywne nastawienie do życia i nakłania do walki z przeciwnościami losu, ale na mnie to nie zadziałało, niestety.

Moja ocena: 5/10
 

czwartek, 5 września 2013

Zegarek z różowego złota - Richard Paul Evans




Historia miłosna pewnego milionera i jego sekretarki rozpoczęła się w Ameryce na początku XX. stulecia. David Parkin poszukiwał asystentki, a na jego ofertę odpowiedziała młoda kobieta pochodząca z arystokracji Wielkiej Brytanii. Mężczyznę od początku zauroczyła powaga, duma i uroda Mary Anne Chandler. Do tego stopnia, że postanowił ją zdobyć. Przystojny David także nie był obojętny dziewczynie, więc ich związek nie był wielkim zaskoczeniem, nie dla czytelnika, który od początku widzi, co się kroi między tym dwojgiem. Ich miłość rozkwita, ale zostaje wystawiona na wiele prób i cierpienia, z którymi oboje będą musieli się zmierzyć.

Richard Paul Evans znany jest mi już z książki „Obiecaj mi”, która była dość przyjemna, ale wrażenia na mnie nie zrobiła. „Zegarek z różowego złota” postanowiłam przeczytać jakby przypadkiem, nie miałam co do niego wielkich oczekiwań ani nadziei. Nawet nie znałam zarysu fabuły, więc sięgnęłam po lekturę całkowicie w ciemno. Trudno powiedzieć o czym książka jest, gdyż nie ma w sobie nic na tyle charakterystycznego, żeby o tym wspominać. Ot taka historia o miłości sprzed stu lat, o której przypomina będący prezentem ślubnym wielki zegar. Motyw zegarów i czasu odgrywa w książce Evansa ważną rolę, gdyż główny bohater zbiera i sprzedaj te urządzenia. Jednak po co autor porusza taki temat, czemu to ma służyć? Nie mam zielonego pojęcia. Chyba po to, żeby zrobić wrażenie na czytelniku, skłonić go do zamienienia się w małego filozofa i wzdychania nad upływem czasu i marnością ludzkiego istnienia. Zawsze jak Evans o czymś pisze wydaje mi się, że robi to dlatego, że powinno się poruszyć jakiś temat, bo inaczej nie będzie o czym pisać.

No bo po co opisywać historię miłości Mary Anne i Davida Parkina? Dwoje ludzi poznaje się, zakochuje w sobie, bierze ślub i ma dziecko, nie omijają ich problemy, choroby, nawet przestępstwo w tle się przeplata. Ale takich książek jest mnóstwo, więc po co kolejna? Evans podkreśla dar życia, czasu i inne takie czym w ogóle mnie nie przekonuje, a wręcz irytuje, taka pseudo-filozofia. W dodatku książka ma zaledwie 200 stron, więc już kompletnie nie widzę sensu jej napisania, a czytania tym bardziej, nic ciekawego tutaj czytelniku nie znajdziesz. Bohaterowie są nijacy, doskonali, wyidealizowani. Ich miłość jest piękna i kryształowa, poświęcają się dla dobra przyjaciół, wybaczają wrogom. Takie ideały są bardzo mało realne i ciekawe. Bohaterowie nie są mocną stroną powieści, ale  w sumie żądnych dobrych stron tu nie znalazłam.

A zakończenie to w ogóle jest najlepsze. Mętne i niezrozumiała słowa z pierwszych stron doczekują się równie dziwnego i bezsensownego wyjaśnienia, z cyklu „klub młodego filozofa”. Przeraża mnie przenikliwość wykreowanego przez autora bohatera. Zakończenie z czasów bliższych współczesnym jeszcze bardziej mnie zdezorientowało i zirytowało. Cała historia i wplatanie nie wiadomo po co motywu zegarów okazała się niewypałem. Przeczytałam ją tylko dla tego, że szybko się czytało i język był prosty w odbiorze, więc nie musiałam się za bardzo wysilać. Bieg wydarzeń można było z góry przewidzieć, co jest kolejną wadą książki. Nie polecam, bo nie znajdziecie w niej nic ciekawego i wartego uwagi, „Zegarek z różowego złota” to historia jakich wiele.

Moja ocena: 5/10

sobota, 27 lipca 2013

Ósemka wygrywa - Janet Evanovich



Stephanie Plum pracuje jako łowczyni nagród w firmie poręczycielskiej, czyli zajmuje się aresztowaniem i  doprowadzaniem do sądu osobników, którzy w odpowiednim terminie nie doprowadzą się sami. Oznacza to bójki i zabawę w podchody z typami spod ciemnej gwiazdy. Aktualnie jeden szczególnie daje jej się we znaki, po tym jak przeszkodziła mu w lanchu. Poza tym Stephanie podjęła się zlecenia powierzonemu przez sąsiadkę. Córka i wnuczka starszej pani zaginęły, a tej sytuacji miało zapobiec zabezpieczenie w postaci domu. Teraz chce go zabrać były mąż Evelyn. Stephanie musi więc jak najszybciej dowiedzieć się o miejscu pobyty kobiety i jej córki. Jej przeciwniczką jest stojąca po drugiej stronie barykady Kobieta- Kot, czyli świetna tropicielka, a przy tym była partnerka pociągającego Komandosa. Stephanie jest z nim w bliskich stosunkach, ale nie obraziłaby się, gdyby były one jeszcze bliższe.

„Ósemka wygrywa” autorstwa Janet Evanovich to ósma część serii o przygodach Stephanie Plum. Książka, nazywana przez wtajemniczonych „Śliwką” to humorystyczno- detektywistyczna opowieść, a przynajmniej takie zaklasyfikowanie jest najbliższe prawdzie. Zabawne perypetie głównej bohaterki i jej przyjaciół okraszone są zagadką kryminalną, inną w każdej części. Oczywiście nie jest ona tak rozbudowana i nieprzewidywalna jak w prawdziwym kryminale, ale jakiś motyw przewodni fabuły musiał być. Bo w gruncie rzeczy książka nie oferuje więcej niż kilka zabawnych zdarzeń.

„Ósemka wygrywa” należy do grupy powieści „o niczym”, która śmieszy i odpręża, ale nie ma żadnego przesłania i nie porusza tematów typu miłość, przyjaźń, nie promuje odpowiednich wartości. Bo trudno mówić o miłości, gdy chodzi o flirty Stephanie Plum. Przeszkadzało mi to spłycenie historii, bo jednak wolę książki, których fabuła do czegoś prowadzi. Nawet w przypadku „52 powodów” mogłam być zadowolona z zakończenia, uśmiechnąć się pod nosem i uznać, że nie zmarnowałam czasu. Natomiast jeśli chodzi o Śliwkę, zabrakło mi czegoś, dzięki czemu historię Stephanie bym zapamiętała. Niby niedawno skończyłam lekturę, a już wiele z niej nie pamiętam. Język powieści jest potoczny, aż za bardzo, ale dobrze wpisuje się w klimat książki.

Czytelnicy lubią serię autorstwa Janet Evanovich ze względu na specyficzny humor. Według mnie jest to typowy humor seriali, w którym śmiech w tle ma przypominać o tym, że my też powinniśmy być rozbawieni. Albo raczej humor komedii, w których śmieszyć nas mają brzydkie słowa i niewybredne porównania. Niestety, takie są moje odczucia. Oczywiście książka potrafiła mnie rozśmieszyć, ale pozostało niemiłe wrażenie, bo taki humor do mnie nie trafia. Rozumiem, że jest to typowe czytadło, które nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego, ale jednak rozczarowało mnie, że książka nie ma żadnej wartości, nawet takiej podstawowej, emocjonalnej. Była dla mnie po prostu „pusta”. Chyba komedie bez puenty nie są moim powołaniem.

Moja ocena: 5/10

sobota, 13 lipca 2013

Finale - Becca Fitzpatrick



Finale to czwarta część serii autorstwa Becci Fitzpatrick, opowiadającej o zwykłej dziewczynie, na której drodze pewnego dnia pojawia się niezwykle przystojny i tajemniczy upadły anioł. Odwieczny konflikt między tym gatunkiem a Nefilami, wielka miłość i przeciwności losu, czyli typowy paranormal romance. Nigdy nie pałałam miłością do tej serii, a poprzednie tomy średnio mi się podobały, ale jak już coś zaczęłam to skończę. Tym samym postanowiłam zapoznać się z tomem czwartym, w którym po śmierci Czarnej Ręki Nora przejmuje dowodzenie nad armią Nefilów. Ma to związek ze złożoną przez nią przysięgą, według której musi poprowadzić swoją rasę na wojnę. Sprawę komplikuje fakt, że chłopak Nory jest upadłym aniołem, a ich związek uznawany jest za bratanie się z wrogiem.

Seria „Szeptem” podbiła serca wielu nastolatków, niestety ja nie znam powodów jej popularności. Przy wysypie paranormali na rynku mało który potrafi pozytywnie zaskoczyć i się wyróżnić. Historia opowiedziana w pierwszym tomie jest bardzo schematyczna i przewidywalna. Miałam wrażenia, że autorka w miarę pisania kolejnych części wymyśla dalszy jej ciąg. Fabuła robi się więc ciekawsza, a punkt kulminacyjny następuje na przełomie trzeciej/czwartej części. Wtedy przynajmniej coś się dzieje, bo początkowo głównym tematem serii były przypadkowe spotkania bohaterów w różnych sceneriach, a Nora oczywiście nie znała tajemnicy Patcha.

Widać jak seria zapadła mi w pamięć po tym, że zaczynając czwartą część nie miałam pojęcia co działo się wcześniej i o ile zwykle narzekam na przypominanie fabuły poprzednich tomów przy okazji innych serii, w tym wypadku by się ono przydało. Po pewnym czasie zorientowałam się już kto jest czyim ojcem, kto kogo zabił, kto jest dobry czy zły. Mogłam więc względnie swobodnie kontynuować lekturę. Jak zwykle w „Szeptem” mają miejsce jakieś treningi, tajemnice i wyznania miłości, choć nic konkretnego się nie dzieje. Pozytywem jest, że o ile fabuła specjalnie się nie wyróżnia to i tak dość wciąga i nie trzeba się z historią męczyć. Jednak tak jest chyba w przypadku większości książek i szkoda, że szybkość czytania nie ma nic wspólnego z wartością książki…

Głównym tematem Finale jest uczucie łączące Norę i Patcha. Jego przedstawienie może irytować, szczególnie deklaracje typu „umrę gdy ciebie zabraknie” albo ciągłe zwracaniu się do Nory „aniele”. Nie kupuję takiej miłości, jest ona sztuczna w porównaniu do innych książkowych par. Denerwuje też główna bohaterka, swoimi podejrzeniami, zazdrością, ale też nijakością. Nora to typowa szara myszka, której życie nabiera sensu dzięki wspaniałemu chłopakowi. Ciekawszą postacią jest Vee i inni poboczni bohaterowie. Podsumowując, Finale to pod względem fabularnym chyba lepsza część sagi o ile mogę to stwierdzić nie pamiętając dokładnie poprzednich tomów. To że książka w pewnym momencie wciąga i nie wymęczyłam się przy niej zbytnio nie zmienia faktu, że jest to bardzo przeciętna powieść dla nastolatków. A co do zakończenia, byłam bardzo zaskoczona, że autorka z taką łatwością zamknęła fabułę. Nie jest to bynajmniej komplement, nawet koniec serii nie robi dobrego wrażenia i spłyca całą historię.

Moja ocena: 5/10

Saga Szeptem:
1. Szeptem
3. Cisza
4. Finale

czwartek, 2 maja 2013

Mroczny sekret - Libba Bray



Gemma to szesnastolatka, która wraz z rodziną mieszka w Indiach. Nie przepada jednak za tym miejscem i usilnie prosi rodziców o pozwolenie na wyjazd do Londynu, gdzie wychowała się jej matka. Jej wściekłość z powodu braku zgody na wyprowadzkę osiąga swą kulminację podczas wyprawy na targ. Dziewczyna ucieka matce i spotyka tajemniczego chłopaka. Doświadcza także przerażającej wizji, w której jej matka jest ścigana przez potwora, a zanim ten ją dorwie, odbiera sobie życie. Kilka chwil później okazuje się, że Gemma widziała to, co wydarzyło się naprawdę. Kilka miesięcy później dziewczyna przybywa do londyńskiej szkoły i zostaje tam kompletnie sama, ze wspomnieniem popadającego w nałóg ojca, nierozumiejącego jej brata i umierającej matki. Próbuje otrząsnąć się po katastrofie, ale znalezienie przyjaźni przychodzi jej z trudem, angażuje się bowiem w niewłaściwe znajomości. Gemma jest świadoma swojej mocy, ale cały czas uczy się, jak nią władać.

„Mroczny sekret” to pierwsza część trylogii Magiczny krąg autorstwa Libby Bray. Pisarka przedstawia życie dziewczyny osieroconej przez matkę i oddanej do szkoły dla młodych dam u schyłku XIX wieku. W fabułę wplata się wątek paranormalny, Gemma i jej przyjaciółki zaczynają bowiem przenosić się do innego świata, co jest możliwe dzięki mocy dziewczyny. Ważną rolę w tej historii odgrywa pamiętnik Mary, która była członkinią tajemniczego kręgu, teraz dziewczyny dla zabawy idą w jej ślady i zakładają własny krąg. Nie spodziewają się jednak, że pragnienie władzy potrafi objąć kontrolę nad człowiekiem. Libba Bray przedstawia świat, którym rządzą konwenanse, a główna bohaterka nie chce im się poddać. Kobieta jest uważana za własność mężczyzny, a zanim jakiegoś poślubi o wszystkim decydują jej rodzice, mogą nawet zmusić ją do zamążpójścia i wybierają jej przyszłego męża. Fakt, iż rodzina Gemmy była pod tym względem mniej konserwatywna przyczynił się do jej sprzeciwu wobec takiego porządku świata.

Autorka pokazuje nam zwyczaje i prawa ówczesnego świata w bardzo ograniczonym zakresie, ponieważ miejsce akcji to przede wszystkim usytuowana na uboczu szkoła dla dziewcząt. Trudno przy takiej scenerii przedstawić całe bogactwo kulturalne czy bolączki i przede wszystkim codzienne życie społeczeństwa. Pod tym względem „Mroczny sekret” jest dużo uboższy od znakomitych „Wróżbiarzy”, gdzie przedstawienie Nowego Jorku jest rewelacyjne i bardzo prawdziwe, na ile może to stwierdzić laik. „Mroczny sekret” to książka głównie rozrywkowa, nie należy przy niej liczyć na większe wrażenie artystyczne tudzież estetyczne. Styl Bray, którym przy okazji Wróżbiarzy zdążyłam się pozachwycać, przy pisaniu tej książki widać nie był jeszcze tak wyrobiony i określony, ponieważ trudno o nim powiedzieć coś więcej niż zwyczajny. Oczywiście autorka używa języka charakterystycznego dla opisywanych przez nią czasów. Według mnie ciężko jest w ogóle wczuć się w jej prozę i uwierzyć w tę historię.

Jednak nie tylko pod względem stylu i kreacji świata przedstawionego „Mroczny sekret” nie dorasta do pięt „Wróżbiarzom”, tych książek nie da się porównywać. Ich jedyną wspólną cechą jest przynależność gatunkowa do paranormal romance i nazwisko autorki na okładce. „Mroczny sekret” to kwintesencja schematyczności. Wiem, że książka powstała 10 lat temu i przez ten czas przybyło mnóstwo podobnych powieści, więc to nie Libba Bray wzorowała się na innych pisarzach. Nie zmienia to faktu, że w tej książce nie znajdziecie nic oryginalnego, a ogrom powtarzalności motywów wydał mi się wręcz niewiarygodny. Nie mogłam się nadziwić podobieństwu do  Proroctwa sióstr z 2008 roku, te książki są niemal identyczne! Wydarzenia jedno po drugim skopiowane od Libby Bray, nawet pogoda w odpowiednich momentach była ta sama, ludzie, to jest straszne. Nie ma w tym winy autorki „Mrocznego sekretu”, ale jednak wypłynęło to na mój negatywny odbiór tej książki, której świetność według mnie po prostu przeminęła.

Absurdalne podobieństwo do Proroctwa sióstr bardzo rzutuje na „Mroczny sekret”, ale nawet gdyby tego podobieństwa nie było, byłabym zawiedziona. Cała historia wprowadza może mroczny klimat, specyficzną atmosferę niepokoju, ale jest tak do bólu przewidywalna, że nie ma szans na element zaskoczenia. Pomysł na przeniesienie do innego świata, w którym łąki są wiecznie zielone, króliczki skaczą pod nogami przybysza, z boku szemrze strumyk i jeszcze można tam spotkać ukochaną osobę- nuda, nuda, nuda. Zakończenia domyśliłam się pół książki wcześniej. Ale bohaterowie także szału nie robią, tylko główna bohaterka jest znośna, ale zakompleksiona, brzydka dziewczynka czy przemądrzała, trzęsąca szkołą bogini to przeżytek. Nie oceniam tej książki najgorzej jak się da tylko dlatego, że coś tam się dzieje i dało się to czytać. Nawet szybko mi lektura poszła i nie chciało się „Mrocznego sekretu” na bok odłożyć. Ale to jedyna zaleta, innych nie ma. Nie polecam, bo schematyczność zabija.

Moja ocena: 5/10

Magiczny krąg:
1.Mroczny sekret
2.Zbuntowane anioły
3.Studnia wieczności


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Światła września - Carlos Ruiz Zafon



Po śmierci męża pani Sauvelle wraz z dziećmi nadal mieszkała w Paryżu, ale poziom ich życia stale spadał, gdyż rodzina tonęła w długach. Najpierw dzięki staremu przyjacielowi otrzymali skromne mieszkanie w zamian za pomoc Doriana w posyłkach. Z czasem pojawiła się dużo lepsza oferta: zamożny fabrykant zabawek, Lazarus Jann, oferował pani Sauvelle pracę polegającą na zarządzaniu jego posiadłością. Trzyosobowa rodzina przeniosła się więc z dala od Paryża i przykrych wspomnień do małego miasteczka, Błękitnej Zatoki, gdzie zamieszkali w domu na klifie. Matka Doriana i Irene rozpoczęła pracę, dzieci zaczęły się aklimatyzować i poznawać przyjaciół. Pozorny spokój zburzyło morderstwo, które było tylko zwiastunem nadciągających wydarzeń. 

„Światła września” to kolejna powieść Zafona skierowana do młodego czytelnika, choć wyraźnych ograniczeń wiekowych nie ma. Akcja powieści rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku we Francji, w miasteczku Błękitna Zatoka. Głównym motywem jest historia sprzed lat, mająca wszelkie cechy wątku nadprzyrodzonego. Upiorne mechaniczne zabawki, wielki romans i bardziej współczesna miłość pomiędzy dwojgiem nastolatków, na tych elementach w głównej mierze opiera się fabuła. Niebagatelną rolę odgrywają młodzi ludzie, którym przyjdzie ocalić bliskich przez wielkim niebezpieczeństwem ze strony nadprzyrodzonych sił, mających we władaniu rezydencją Lazarusa. Czy w historii o latarni i topielicy kryje się ziarenko prawdy?

Pierwszym moim spotkaniem z Zafonem była „Marina”, która kompletnie mnie oczarowała. To się nazywa genialna książka, do dziś bardzo miłą ją wspominam i polecam wszystkim. Później przyszła pora na kolejne tytuły z dorobku autora, głównie te młodzieżowe. Kiedyś próbowałam czytać bodajże „Cień wiatru”, ale niestety już początek mnie znudził i książkę porzuciłam. Poznałam jednak „Księcia mgły”, „Pałac północy”, a teraz „Światła września”. I coraz wyraźniej zauważałam to, przed czym inni już wcześniej ostrzegali – Zafon lubi się powtarzać. Bardzo mnie to rozczarowało, ale niestety taka jest prawda, wszystkie jego książki są oparte na tych samych schematach: zawsze dwoje nastolatków przeciwnej płci, którzy się w sobie zakochują i muszą razem pokonywać przeciwności, często zostają brutalnie rozłączeni, ale pamięć o ich miłości trwa latami. 

Tym razem zakochaną parą byli Irene i Ismael. Po raz kolejny dziewczyna była bardziej rezolutna i interesująca, z kolei chłopiec wydał mi się nieco dziecinny, ale w powieściach Zafona zawsze odnoszę to samo wrażenie. Ciekawiej by było poczytać o starszych, dojrzalszych bohaterach. Innym powtarzalnym motywem jest oczywiście jakaś mroczna, magiczna historia. Tym razem chodziło o fabrykanta zabawek i jego przeszłość, która wraca niczym złowrogi bumerang, gotowy za jeden dawny błąd zrujnować całe życie Lazarusa i jego przyjaciół. Wiecie, za pierwszym razem to było fascynujące. Ale czytać po raz czwarty inną, ale bardzo podobną i opartą na tej samej zasadzie historię, to już lekka przesada. Ostatnie 50 stron, które powinny być najbardziej fascynującą i wciągającą częścią, po prostu porzuciłam, bo nie czułam potrzeby poznania zakończenia. Wróciłam do nich dopiero po miesiącu, bo nie lubię zostawiać książek niedokończonych, tylko to mną powodowało.

Bardzo żałuję, że ta książka mnie znudziła, ale naprawdę schematyczności i powtarzalności nie mogę ścierpieć. Tym większa szkoda, bo Zafon ma ogromny talent do sprawnego posługiwania się piórem. Jego styl jest wybitny, potrafi tworzyć barwne, realistyczne opisy i czarować słowem. W jego powieściach powtarza się mroczny klimat, jednak nawet on potrafi się przejeść, gdy już wiemy czego się spodziewać. Jedyną zaletą „Świateł września” jest to, że nie wiemy, czy tym razem zakończenie będzie tragiczne, czy może autor pójdzie w stronę happy endu. Ale na tym i doskonałym, przyjemnym dla duszy języku zalety się kończą. Chciałabym, żeby Zafon wymyślił coś zupełnie innego i przestał bazować na tych samych elementach. Wtedy mogłabym liczyć na świetną lekturę, ale po tej jestem bardzo rozczarowana. Nie polecam, chyba że jako pierwsze spotkanie z autorem.

Moja ocena: 5/10

wtorek, 26 marca 2013

Płatki na wietrze - Virginia Andrews



Po ucieczce z domu dziadków rodzeństwo Dollangangerów zmierza w kierunku Florydy, gdzie chcą rozpocząć karierę akrobatów cyrkowych. Ich plany koryguje życie – najmłodsza Carrie jest ciężko chora, pojawiają się u niej objawy zatrucia. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności dzieci spotykają w autobusie miłą kobietę, która widząc ciężki stan siostrzyczki Chrisa i Cathy, zabiera całą trójkę do doktora, w którego domu jest gospodynią. Paul Sheffield jest dobrym człowiekiem, więc zajmuje się rodzeństwem, które początkowo odrzuca jego pomoc. Z czasem jednak godzą się na adopcję i rozpoczynają w domu lekarza kolejny, tym razem szczęśliwy etap życia. Cathy realizuje marzenia o karierze primabaleriny, natomiast Chris wierzy, że przy wsparciu Paula uda mu się zostać lekarzem. Jednak długie życie na poddaszu pozostawia na rodzeństwie swoje piętno, które determinuje ich dalsze postępowanie.

„Kwiaty na poddaszu” to pierwsza część sagi o Dollangangerach autorstwa Virgini C. Andrews, czyli historia czworga rodzeństwa, które po śmierci ojca wraz z matką przeprowadzają się do domu niewidzianych nigdy dziadków. Skuszone obietnicą bogactwa dzieci zostają zamknięte na poddaszu aż do czasu śmierci dziadka, który nie może dowiedzieć się o ich istnieniu. Dni przemieniają się w miesiące, a te w lata, a Chris, Cathy, Cory i Carrie cierpią w samotności i zamknięciu, przeżywając te najważniejsze dla każdego lata bez światła słonecznego, ruchu, towarzystwa rówieśników i rodziny. Dopiero po śmierci Cory’ego dzieci całkowicie tracą nadzieję i wiarę w swoją matkę, decydują się na ucieczkę. I tutaj wkracza kontynuacja, w której możemy poznać dalsze losy rodzeństwa.

Kwiaty na poddaszu mnie rozczarowały, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, pomysł na książkę był bardzo obiecujący, ale już wykonanie i wprowadzenie niektórych wątków zniszczyły tę książkę. Chyba najgorszym błędem było przedstawienie kazirodczej miłości między Chrisem i Cathy. Rozumiem, że takie tematy się w powieściach pojawiają, ale gdy dotyczą dzieci to już jest przesada, podobnie jak wmawianie czytelnikowi, że taka sytuacja wynika z przeżyć dzieci, kilkuletniego zamknięcia ich na poddaszu i wpływu matki. Chyba miało być dramatycznie i wstrząsająco, może autorka miała nadzieję, że takim zagraniem przyciągnie czytelników? Bo o czym mieliby czytać, o dziewczynce tańczącej na poddaszu? Miało się dzięki temu więcej dziać, ale nie zadziałało to na mnie niestety, było jedynie niesmacznie i zmniejszało moją sympatię do bohaterów.

To nie jest recenzja poprzedniej części, lecz „Płatków na poddaszu”, a poprzedni akapit można w całości odnieść także do kontynuacji. Właściwie cała fabuła opiera się na uczuciach Chrisa i Cathy, a im dłużej się ten wątek ciągnął, tym większa ogarniała mnie irytacja. Może byłoby inaczej, gdyby o samą miłość chodziło, ale autorka przedstawiła to w taki sposób, że bohaterom szło głównie o doznania cielesne, co potęgowało moją niechęć. Cathy to niezła aparatka, jej nie wystarczy ciągłe uwodzenia, a następnie odpychanie brata. Jako piętnastolatka bezwstydnie zaleca się czterdziestoletniego mężczyzny, który zastępuje jej ojca. Zachowanie tej dziewczyny jest niewiarygodne, ledwo dziecko odrosło od podłogi, a już bezczelnie prowokuje swojego starszego o ponad 20 lat opiekuna prawnego, próbując wskoczyć mu do łóżka. A jej wypowiedzi towarzyszące tym staraniom sprawiają, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Najlepszy jest fakt, że to wszystko wina matki, pięknej kobiety, która wywierała ogromny wpływ na mężczyzn.  Stek bzdur, gdyby książka nie była pożyczona, to rzuciłabym nią o ścianę.  

Ale to nie koniec absurdów. Hitem są także teksty typu „Zawsze go kochałam, tylko o tym nie wiedziałam”. I nie tylko z jednym mężczyzną tak miała, wybaczcie, gubię się w uczuciach tej kobiety, która osiągnąwszy zaledwie około 30 lat życia już ma za sobą tak bogaty bagaż miłosnych doświadczeń, ma się tę praktykę od małego. W jej przypadku im bardziej partner jest martwy, tym miłość do niego większa. A większych głupot niż miłosne objawienia, które spadają na nią w najbardziej dramatycznych momentach niczym grom z jasnego nieba nie czytałam. Jednak zakończenie przebija wszystko. Z jednej strony wytłumaczenia autorki są absurdalne, a z drugiej… niczego nie wyjaśniają. Nie dla mnie takie trudne książki, chyba pogubiłam się w fabule! Zastanawia mnie, jak można opowiadać historię tej rodziny przez pięć tomów, może Cathy nawet na emeryturze będzie starała się odkryć tajemnice matki?

Ważnym wątkiem fabularnym jest chęć zemsty Cathy na matce. Wszelkie jej działania determinuje pragnienie odegrania się na kobiecie, którą oskarża o każdy błąd w swoim życiu. Jej pomysły są zadziwiające, tej bohaterki nie da się zrozumieć, nawet nie próbujcie. Jednak jakby było mało głupich wątków i sytuacji, bardzo dużą część książki zajmuje „robienie kariery” przez dziewczyną w świecie baletu. Podczas tych fragmentów powstrzymywałam się od zaśnięcia i brnęła przez kolejne mdłe strony licząc chyba tylko na Paula, który obok Carrie jest jedynym bohaterem ratującym tę powieść, jego udało mi się polubić. Ta książka jest tak absurdalna, że nie mam pojęcia, co mi się w niej spodobało, choć coś takiego było i dlatego nie oceniam jej najniżej jak to możliwe. Chyba przez te wszystkie głupoty było w miarę ciekawie, ale nie zawsze. 1/3 czasu przy niej spędzonej nudziłam się czytając o kolejnych porażkach w życiu zawodowym Cathy i związanym z nim życiem miłosnym. 1/3 czasu obserwowałam jak Cathy miota się między bratem, Paulem i Julianem. A przez resztę czasu dziewczyna się mściła na matce.

Plusem jest chyba tylko to, że dobrze mi się czytało, zadziwiająco szybko czas z nią zleciał. Paradoksalnie książka potrafi wykończyć opisami okresów życia rodzeństwa, w których nie dzieje się nic. "Płatki na wietrze" moim zdaniem na pewno nie są tak znakomite, jak się mówi. Mają masę niedoróbek i rzeczy, które mnie odrzucały. Ale większym grzechem jest nijakość, której tu nie znajdziemy. Mimo wszystko, po tym wszystkim, jestem ciekawa co wydarzy się dalej! Virginia Andrews zaskakuje, tego nie można jej odmówić, ale niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Moja ocena: 5/10

Saga o Dollangangerach:

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie...
4. Kto wiatr sieje...
5. Ogród cieni

wtorek, 20 listopada 2012

Nevermore. Cienie - Kelly Creagh


„Nevermore. Cienie” to kontynuacja mrocznego romansu paranormalnego autorstwa Kelly Creagh, w którym świat snów miesza się z rzeczywistością. Na skutek wydarzeń, które miały miejsce jakiś czas temu Isobel zostaje bez ukochanego, odcięta od krainy marzeń na zawsze. Ale czy aby na pewno? Czirliderka nie zamierza odpuszczać i podejmuje walkę o odzyskanie Varena. Sprawę ułatwia fakt, że mroczne siły nie chcą zostawić jej w spokoju, a dawni wrogowie znów się odzywają. Zachowanie Isobel budzi niepokój jej rodziców i otoczenia, dziewczyna zdaje się być zobojętniała na wszystko. Jej życie nabiera sensu, gdy ustala plan działania, a do gry włącza się jej serdeczna przyjaciółka.

Poprzednia część przygód Varena i Isobel bardzo mi się podobała, zauroczył mnie mroczny świat snów i jego magia. Ciekawa byłam, jak autorka poprowadzi dalej akcję i tak jak się spodziewałam, główny bohater prawie w ogóle się w książce nie pojawiał. Przypomniało mi to sytuację z „Księżyca w nowiu” Stephenie Meyer. Gdy zabrakło tam Edwarda, powieść stała się nudna i odebrałam ją dużo gorzej od pozostałych części. W przypadku Nevermore było podobnie, bo mimo że nie lubię takiego typu chłopaka, to Varen mnie oczarował i zaciekawił. Gdy zabrakło jego aury, spokojnych, refleksyjnych wypowiedzi i tajemnic z przeszłości, całość utraciła blask. Miałam do towarzystwa tylko Isobel i choć zdążyłam kiedyś obdarzyć ją sympatią, to przy ciągłym obcowaniu z jej depresyjnym nastrojem, kłamstwami i głupimi pomysłami, miałem jej serdecznie dość.

Styl autorki nie zmienił się od poprzedniego tomu, wciąż pisze przystępnym, młodzieżowym językiem, jednocześnie nie spłycając go do poziomu sieczki rodem z ulicy. Słowa spod jej pióra czyta się przyjemnie i bez większego wysilania umysłu. Wysiłek pojawia się, gdy zaczynamy się nudzić, a chcemy książkę skończyć. Tak, fabuła jest nudna i chyba nie do końca przemyślana. Dalsze pociągnięcie akcji nie przyniosło Nevermore korzyści. Gdyby tylko Kelly Creagh miała lepszy pomysł na tę część! Ale niestety, nie wprowadza on absolutnie nic nowego do tego, co już wiemy. Ciągle tylko sny, nachodzenie przez zjawy, rozterki sercowe i kłótnie z rodzicami, płycizna i banał. I jeszcze to zakończenie, które nie ma moim zdaniem sensu i właściwie przywraca nas do punktu wyjścia. Jak na mój gust ta część mogłaby w ogóle nie powstać, po prostu jest niepotrzebna. Chociaż pewnie fanom spodoba się możliwość powrotu do świata książki, ale ja samym spotkaniem z bohaterami się nie zadowolę, aż tak tej książki nie kocham, żeby się zadowolić byle czym.

Tak więc jedynego bohatera, który ożywia tę historię zabrakło, ale jako namiastka ciekawej postaci wystarczyć musi Gwen, najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki. Jej rola w książce jest dosyć znaczna, dziewczyna weryfikuje poglądy Isobel, miesza się we wszystkie sprawy i rozśmiesza czytelnika. Poza tym reszta bohaterów nie ma w sobie nic niezwykłego, nie są wybitni, ale też nie straszą złą kreacją. Tak więc, niestety, jestem srogo rozczarowana brakiem pomysłu na fabułę tej części. Chcę jednak przeczytać kolejny tom, ponieważ poziom nie spadł, bohaterowie się nie zmienili, tylko tego jednego znaczącego zabrakło. A mam nadzieję, że ciekawie będzie, jakoś rozsądnie wypada to zakończyć!

 Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję: