Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorastanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorastanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2013

Gwiazd naszych wina - John Green



Hazel to szesnastolatka chora na raka, która według lekarzy powinna umrzeć już kilka lat temu, jednak wciąż trzyma się życia. Nie chodzi do szkoły, większość czasu spędza w domu, a poruszać musi się wraz ze zbiornikiem na tlen, który umożliwia jej oddychanie. Jedne z jej nielicznych aktywności to spotkania grupy wsparcia, na które bynajmniej nie chodzi z własnej woli. Zajęcia są co najmniej przygnębiające, gdy widzisz brak kolejnych osób, oto skutek uboczny umierania. Jednak pewnego dnia dziewczyna podczas spotkania poznaje intrygującego chłopaka, Augustusa. Towarzyszy on swojemu przyjacielowi, bo choć kiedyś również był chory, udało mu się zwalczyć raka.

Jeśli nieatrakcyjny chłopak uporczywie się w ciebie wgapia, to w najlepszym wypadku uznajesz jego zachowanie za krępujące, a w najgorszym za formę napastowania. Ale przystojny chłopak... no cóż.

„Gwiazd naszych wina” opisuje tworzącą się między dwojgiem nastolatków nić porozumienia, początkowa fascynacja przeradza się z czasem w głębsze uczucie. Ich historia jest piękna i wzruszająca, ale nie do przesady, bo miłość przeplata się z tragediami, walką z chorobą i refleksjami na temat sensu życia. Powieść Johna Greena nie jest kolejną przesłodzoną bajką o nastoletniej miłości, w której bohaterowie spijają sobie lukier z ust, lecz dużo bardziej prawdziwą i przemawiającą do czytelnika opowieścią. Charakteryzuje ją spora ilość ciętego humoru, za pomocą którego bohaterowie zamiast użalać się nad sobą, ironizują i kpią ze swojego życiowego pecha. Czyni to ich bardziej realnymi i ludzkimi, podczas lektury wytwarza się specyficzna więź między postaciami a czytelnikiem.

„Gwiazd naszych wina” charakteryzuje się nieprzewidywalnymi zwrotami akcji w różnych wątkach, jeden z nich jest szczególnie mocno powiązany z życiem bohaterów. Dotyczy ulubionej książki Hazel, która także opowiada o dziewczynie chorej na raka i jej bliskich. Hazel za wszelką cenę chce poznać zakończenie, a uwielbieniem do powieści zaraża Augustusa. Śledzenie losów nastolatków było dla mnie fascynującym doświadczeniem, łączące ich uczucie jest tak prawdziwe i naturalne, a Augustus to prawdziwy ideał. Jednocześnie wielką sympatią darzę Hazel, co jest zaskakujące, gdyż zwykle kobiece bohaterki po prostu mnie denerwują.


Hazel zna prawdę: prawdopodobieństwo, że zranimy wszechświat, jest takie samo jak to, że mu pomożemy, a nie możemy zrobić ani jednego, ani drugiego.

John Green opisując trudny temat jakim jest śmiertelna  choroba zachowuje równowagę między wyczuciem a dość bezpośrednimi uwagami, nie znajdziemy w jego powieści niepotrzebnego patosu, przy jednoczesnej głębi całej historii. Green przedstawia osoby walczące z rakiem w innym świetle, bohaterowie nie tworzą listy „100 rzeczy, które muszę zrobić przed śmiercią”, choć oboje, jak każdy człowiek, boją się zapomnienia i tego, że ich odejście nie odciśnie piętna na świecie.„Gwiazd naszych wina” to książka romantyczna, ale nie pusta, wzruszająca, ale też wywołująca szeroki uśmiech na twarzy, bajkowa, ale jednocześnie do bólu prawdziwa, a zapadającymi w pamięć cytatami z niej można by wytapetować pokój. Jednym słowem wspaniała! John Green trafił także do mojego serca i już trzymam w rękach kolejną jego powieść, licząc na równie fascynującą historię.

Moja ocena: 10/10!

wtorek, 26 marca 2013

Płatki na wietrze - Virginia Andrews



Po ucieczce z domu dziadków rodzeństwo Dollangangerów zmierza w kierunku Florydy, gdzie chcą rozpocząć karierę akrobatów cyrkowych. Ich plany koryguje życie – najmłodsza Carrie jest ciężko chora, pojawiają się u niej objawy zatrucia. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności dzieci spotykają w autobusie miłą kobietę, która widząc ciężki stan siostrzyczki Chrisa i Cathy, zabiera całą trójkę do doktora, w którego domu jest gospodynią. Paul Sheffield jest dobrym człowiekiem, więc zajmuje się rodzeństwem, które początkowo odrzuca jego pomoc. Z czasem jednak godzą się na adopcję i rozpoczynają w domu lekarza kolejny, tym razem szczęśliwy etap życia. Cathy realizuje marzenia o karierze primabaleriny, natomiast Chris wierzy, że przy wsparciu Paula uda mu się zostać lekarzem. Jednak długie życie na poddaszu pozostawia na rodzeństwie swoje piętno, które determinuje ich dalsze postępowanie.

„Kwiaty na poddaszu” to pierwsza część sagi o Dollangangerach autorstwa Virgini C. Andrews, czyli historia czworga rodzeństwa, które po śmierci ojca wraz z matką przeprowadzają się do domu niewidzianych nigdy dziadków. Skuszone obietnicą bogactwa dzieci zostają zamknięte na poddaszu aż do czasu śmierci dziadka, który nie może dowiedzieć się o ich istnieniu. Dni przemieniają się w miesiące, a te w lata, a Chris, Cathy, Cory i Carrie cierpią w samotności i zamknięciu, przeżywając te najważniejsze dla każdego lata bez światła słonecznego, ruchu, towarzystwa rówieśników i rodziny. Dopiero po śmierci Cory’ego dzieci całkowicie tracą nadzieję i wiarę w swoją matkę, decydują się na ucieczkę. I tutaj wkracza kontynuacja, w której możemy poznać dalsze losy rodzeństwa.

Kwiaty na poddaszu mnie rozczarowały, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, pomysł na książkę był bardzo obiecujący, ale już wykonanie i wprowadzenie niektórych wątków zniszczyły tę książkę. Chyba najgorszym błędem było przedstawienie kazirodczej miłości między Chrisem i Cathy. Rozumiem, że takie tematy się w powieściach pojawiają, ale gdy dotyczą dzieci to już jest przesada, podobnie jak wmawianie czytelnikowi, że taka sytuacja wynika z przeżyć dzieci, kilkuletniego zamknięcia ich na poddaszu i wpływu matki. Chyba miało być dramatycznie i wstrząsająco, może autorka miała nadzieję, że takim zagraniem przyciągnie czytelników? Bo o czym mieliby czytać, o dziewczynce tańczącej na poddaszu? Miało się dzięki temu więcej dziać, ale nie zadziałało to na mnie niestety, było jedynie niesmacznie i zmniejszało moją sympatię do bohaterów.

To nie jest recenzja poprzedniej części, lecz „Płatków na poddaszu”, a poprzedni akapit można w całości odnieść także do kontynuacji. Właściwie cała fabuła opiera się na uczuciach Chrisa i Cathy, a im dłużej się ten wątek ciągnął, tym większa ogarniała mnie irytacja. Może byłoby inaczej, gdyby o samą miłość chodziło, ale autorka przedstawiła to w taki sposób, że bohaterom szło głównie o doznania cielesne, co potęgowało moją niechęć. Cathy to niezła aparatka, jej nie wystarczy ciągłe uwodzenia, a następnie odpychanie brata. Jako piętnastolatka bezwstydnie zaleca się czterdziestoletniego mężczyzny, który zastępuje jej ojca. Zachowanie tej dziewczyny jest niewiarygodne, ledwo dziecko odrosło od podłogi, a już bezczelnie prowokuje swojego starszego o ponad 20 lat opiekuna prawnego, próbując wskoczyć mu do łóżka. A jej wypowiedzi towarzyszące tym staraniom sprawiają, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Najlepszy jest fakt, że to wszystko wina matki, pięknej kobiety, która wywierała ogromny wpływ na mężczyzn.  Stek bzdur, gdyby książka nie była pożyczona, to rzuciłabym nią o ścianę.  

Ale to nie koniec absurdów. Hitem są także teksty typu „Zawsze go kochałam, tylko o tym nie wiedziałam”. I nie tylko z jednym mężczyzną tak miała, wybaczcie, gubię się w uczuciach tej kobiety, która osiągnąwszy zaledwie około 30 lat życia już ma za sobą tak bogaty bagaż miłosnych doświadczeń, ma się tę praktykę od małego. W jej przypadku im bardziej partner jest martwy, tym miłość do niego większa. A większych głupot niż miłosne objawienia, które spadają na nią w najbardziej dramatycznych momentach niczym grom z jasnego nieba nie czytałam. Jednak zakończenie przebija wszystko. Z jednej strony wytłumaczenia autorki są absurdalne, a z drugiej… niczego nie wyjaśniają. Nie dla mnie takie trudne książki, chyba pogubiłam się w fabule! Zastanawia mnie, jak można opowiadać historię tej rodziny przez pięć tomów, może Cathy nawet na emeryturze będzie starała się odkryć tajemnice matki?

Ważnym wątkiem fabularnym jest chęć zemsty Cathy na matce. Wszelkie jej działania determinuje pragnienie odegrania się na kobiecie, którą oskarża o każdy błąd w swoim życiu. Jej pomysły są zadziwiające, tej bohaterki nie da się zrozumieć, nawet nie próbujcie. Jednak jakby było mało głupich wątków i sytuacji, bardzo dużą część książki zajmuje „robienie kariery” przez dziewczyną w świecie baletu. Podczas tych fragmentów powstrzymywałam się od zaśnięcia i brnęła przez kolejne mdłe strony licząc chyba tylko na Paula, który obok Carrie jest jedynym bohaterem ratującym tę powieść, jego udało mi się polubić. Ta książka jest tak absurdalna, że nie mam pojęcia, co mi się w niej spodobało, choć coś takiego było i dlatego nie oceniam jej najniżej jak to możliwe. Chyba przez te wszystkie głupoty było w miarę ciekawie, ale nie zawsze. 1/3 czasu przy niej spędzonej nudziłam się czytając o kolejnych porażkach w życiu zawodowym Cathy i związanym z nim życiem miłosnym. 1/3 czasu obserwowałam jak Cathy miota się między bratem, Paulem i Julianem. A przez resztę czasu dziewczyna się mściła na matce.

Plusem jest chyba tylko to, że dobrze mi się czytało, zadziwiająco szybko czas z nią zleciał. Paradoksalnie książka potrafi wykończyć opisami okresów życia rodzeństwa, w których nie dzieje się nic. "Płatki na wietrze" moim zdaniem na pewno nie są tak znakomite, jak się mówi. Mają masę niedoróbek i rzeczy, które mnie odrzucały. Ale większym grzechem jest nijakość, której tu nie znajdziemy. Mimo wszystko, po tym wszystkim, jestem ciekawa co wydarzy się dalej! Virginia Andrews zaskakuje, tego nie można jej odmówić, ale niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Moja ocena: 5/10

Saga o Dollangangerach:

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie...
4. Kto wiatr sieje...
5. Ogród cieni

sobota, 5 stycznia 2013

Zawsze przy mnie stój - Carolyn Jess Cooke




Margot umiera, a po śmierci staje się swoim aniołem stróżem i otrzymuje imię Ruth. Trafia do nieba, gdzie dowiaduje się o swojej misji, a potem wraca na ziemię. Będzie musiała z perspektywy obserwatora jeszcze raz przejść przez życie, pomagając Margot, którą kiedyś była. Jej zadaniem jest kochać, chronić, rejestrować, być. Anioł stróż nie ma zmieniać życia swego podopiecznego, tylko sprawiać, by miał on możliwość wyboru. Spoglądanie na wszystkie błędy, które się popełnia i brak możliwości ich naprawienie będzie bolesne i budzące sprzeciw wobec tych, którzy skazali ją na taki los. Podczas tej długiej drogi przyjdzie też zrozumienie, ale co przyniesie zakończenie? Czy Margot dowie się w końcu jak umarła, a może uda jej się temu zapobiec i sprawić, by jej podopieczna wiodła długie i szczęśliwe życie? Bo to, że anioł stróż nie powinien wprowadzać zmian nie znaczy, że życie nie może potoczyć się własnym torem, a wybory człowieka nie mogą być inne.

„Zawsze przy mnie stój” autorstwa Carolyn Jess- Cooke to piękna, a zarazem przerażająca opowieść, której nie potrafię jednoznacznie sklasyfikować. Wątek paranormalny, jakim są anioły żyjące wśród nas to wspaniały motyw służący przedstawieniu ludzkiego życia pełnego bólu i okrucieństwa, ale także dający nadzieję na istnienie czegoś dobrego, niewidocznego gołym okiem. Zagłębianie się w historię Margot i dowiadywanie się o tym, co ją spotkało byłoby nieporównywalnie trudniejsze, gdyby nie obecność anioła stróża, który zdaje się łagodzić najcięższe ciosy i odsuwać śmierć na bok. Można się jednak przekonać, że nikt nie jest w stanie nam pomóc, gdy sami tego nie chcemy, a wręcz z całych sił coraz bardziej się pogrążamy.

Historia Margot wstrząsa właściwie od samego początku, bo jedyne co spotyka ją od najmłodszych lat to zło. Nie da się przejść obok tej książki obojętnie, wywołuje ona mnóstwo emocji, niestety nie tych pozytywnych, jest bowiem niezmiernie smutna, przygnębiająca i przytłaczająca ogromem negatywnych scen. Przemoc, obojętność, dom dziecka, narkotyki, alkohol, nieudane małżeństwo to wszystko, co na przestrzeni lat spotyka Margot. Najważniejszym pytaniem i zagadką dla mnie było to, czy kobiecie jako aniołowi stróżowi uda się cokolwiek zmienić w swoim życiu: może nie umrze, może jej syn nie zostanie skazany na dożywocie za morderstwo?

Książka w głównej mierze zasmuca i przytłacza, jednak pojawiają się też sceny, słowa, uczucia, przy których można się wzruszyć. Nie jest ich wiele, bo brutalność i przemoc bynajmniej wzruszające nie są, ale choć mogłoby się zdawać, że życie Margot to samo zło, pojawia się tam jakiś promyczek nadziei. Szczególnie wtedy, gdy Ruth uświadamia sobie z pełną wyrazistością swoje błędy. Bohaterowie są pełnokrwiści i bliscy czytelnikowi, szczególnie Margot w postaci swojego anioła stróża. Bo już Margot żyjąca na ziemi i sukcesywnie niszcząca swoje życie i relacje z wszystkimi bliskimi jej ludźmi wywoływała we mnie różnorodne uczucia, od wściekłości po rozpacz.

„Zawsze przy mnie stój” nie wciąga w taki typowy sposób, kiedy to chcemy poznać dalszy ciąg akcji i nigdy nie wiemy, czego możemy się za chwilę spodziewać. Książka nie jest tak „szybka”, ale jednak w jakiś sposób nie pozwala się od siebie oderwać, porusza, skłania do zastanowienia i chciałoby się przy niej spędzić jak najwięcej czasu. Pokazuje też, że problemy w dorosłym życiu nie biorą się znikąd, lecz mają źródło w przeszłości, która może przerażać. Uważam, że to niezwykła i rewelacyjna powieść, którą każdy powinien poznać. Ogrom emocji, które wzbudza podczas lektury to najlepsza rekomendacja.

 Moja ocena: 9/10



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Kwiaty na poddaszu - Virginia Andrews


Rodzina Dollangangerów, nazywana przez życzliwych „Drezdeńskimi lalkami”, żyje szczęśliwie, nie narzekając na brak wygód i dóbr materialnych. Dzieci chodzą do szkoły, bawią się z młodszym rodzeństwem, matka spędza czas na salonach i u kosmetyczki, pracujący ojciec często przebywa w rozjazdach. Jednak regularnie przyjeżdża do swej stęsknionej rodziny, przywożąc liczne prezenty i wywołując swą obecnością radość na twarzach żony i dzieci. Można by powiedzieć – familia idealna i byłoby to stwierdzenie zgodne z prawdą, jednak do czasu, bowiem pewnego dnia ojciec nie wraca do domu. Dnia szczególnego warto wspomnieć. Jak na ironię są to urodziny taty, z okazji których żona i dzieci urządzili mu przyjęcie niespodziankę. Oczekiwanie na jubilata zakłóca straszna wiadomość –Chris Dollanganger, głowa rodziny, zginął w wypadku samochodowym. Ale przecież ludzie tacy jak on nie umierają! Ludzie w sile wieku,  o dobrym sercu, zdolni zawsze rozbawić towarzystwo. To nie wydaje się być możliwe, ale jednak. Mimo wszystko dzieci nawet nie podejrzewają, że śmierć ojca aż tak bardzo wpłynie na ich życie. Zmieni ich w usychające kwiaty na poddaszu…

„Kwiaty na poddaszu” to bestsellerowa powieść, stanowiąca pierwszą częścią sagi o Dollangangerach, wznawianej aktualnie przez wydawnictwo Świat Książki. Virginia Andrews przedstawia nam historię czworga dzieci, które po stracie ojca wraz z matką przeprowadzają się do jej rodzinnego domu. Od samego początku mnożą się pytania bez odpowiedzi, a cierpliwość młodzieży wystawiana jest na próbę przez ich matkę, która ukrywa fakt ich istnienia. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby uwięzić swoje pociechy na strychu, zamknąć za nimi drzwi, a wyrzuty sumienia zaspokajać drogimi prezentami i krótkimi odwiedzinami? Jak długo można karmić ludzi nadzieją, która okazuje się zgubna? Zadaję sobie pytanie: czy matka nigdy nie kochała swoich dzieci i troszczyła się tylko o własne dobro, czy to jej rodzinny dom, w którym pozbawiona była jakiegokolwiek oparcia, uczynił ją tak samolubnym i pozbawionym uczuć człowiekiem? Pewnie odpowiedzi nie poznam nigdy, ale mimo to nie potrafię sobie takiej sytuacji wyobrazić. 

Nie tylko egoistyczna, próżna i rozpieszczona matka dzieci wzbudziła moją niechęć. Właściwie to za mało powiedziane. Czułam do niej pogardę i odrazę za każdym razem, gdy pojawiała się w pokoju, mamiąc swoje dzieci obietnicami bez pokrycia i snując przed nimi wizję lepszej przyszłości. Liczyły się dla niej tylko pieniądze, ale winę za to ponoszą również jej rodzice. Wydaje mi się, że nienawidzili oni swojej córki, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć  ich zachowania. Mimo usprawiedliwiania swoich czynów wątpliwymi argumentami, kierowała nimi czysta złośliwość i chęć wyżycia się. Więc nie, nie wzbudzili mojej sympatii. Ale irytację wzbudzili we mnie także młodzi bohaterowie. Byli bardzo naiwni wierząc niezachwianie w swoją matką, która myślała tylko o sobie i ich oszukiwała. Ponadto wątek kazirodczego uczucia dodatkowo mnie do nich zraził. Polubiłam za to Cory’ego, najmłodszego chłopca, który był dzieckiem i miał prawo do wierności swym ideałom wbrew wszelkich przesłankom, a mimo to okazywał instynkt samozachowawczy. 

Historia, którą wymyśliła Virginia Andrews była sama w sobie ciekawym pomysłem, jednak zawiniło tutaj wykonanie. Działo się zbyt mało, brakowało mi zaskakujących zwrotów akcji, jakiegoś dreszczyku niepokoju czy spektakularnych zdarzeń. Liczyłam na porywającą, trzymającą w napięciu powieść, a tymczasem wcale mnie ona nie wciągnęła. Owszem, czytałam w miarę szybko, bo styl autorki jest przyjazny czytelnikowi i ułatwia lekturę, ale nie nadrobi on braków w fabule. Prawie cała książka ukazuje kolejne poczynania dzieci na poddaszu, nie przybliżają się one w żadnym stopniu do rozwiązania tajemnic domu i historii ich rodziny. Przyznaję, nudziłam się. Dopiero pod koniec mają miejsce poruszająca zdarzenia i rozwiązania zostaje ujawnione. Jednak nie było ono całkowicie zaskakujące, bo znacznej części domyśliłam się sama. 

„Kwiaty na poddaszu” to książka przedstawiająca historię dzieci całkowicie odciętych od świata, pozbawionych możliwości normalnego rozwijania się i dojrzewania. Jak bardzo możemy zostać skrzywdzeni przez ludzi, którzy za nas odpowiadają? Trudno sobie wyobrazić to, co zaprezentowała Virginia Andrews, fabuła tej powieści była doprawdy bardzo obiecująca. Niestety, rozczarowałam się brakiem przesiąkniętej niepokojem atmosfery oraz powolnym rozwojem akcji. W gruncie rzeczy jest to opis kolejnych dni z życia dzieci, dopiero sam koniec ujawnia prawdę i odpowiedzi na wiele pytań, która towarzyszą nam podczas lektury. Zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią sagi o Dollangangerach, ale nie liczcie na zbyt wiele, a już na pewno nie na trzymającą w napięciu powieść z mknącą naprzód akcją, bo wtedy możecie być zawiedzeni. To całkiem niezła saga rodzinna z zagadkami w tle, choć mało zajmująca i monotematyczna.
 
Moja ocena: 7/10

Saga o Dollangangerach:                   

1. Kwiaty na poddaszu
2. Płatki na wietrze
3. A jeśli ciernie
4. Kto wiatr sieje
5. Ogród cierni

Z dedykację dla Sophie <3






wtorek, 24 lipca 2012

Nadzieja - Katarzyna Michalak


Kobieta stoi na środku mostu, wpatrując się w ciemną toń przepływającej poniżej Wisły. Pozbywa się wszelkich śladów dawnego życia, które mogłyby do niej doprowadzić niepożądane osoby. Kolejno wrzuca do wody laptop, telefon, karty kredytowe. Rozkoszuje się poczuciem wolności, jakiego nie doświadczyła od tak dawna. Teraz jej jedynym celem jest odnalezienie drogi do domu – tego najukochańszego, w którym znalazła się tylko raz i to lata temu. Ale to tam przebywają ludzie, których kocha najbardziej na świecie.

W ten jakże tajemniczy sposób zaczyna się najnowsza powieść autorstwa Katarzyny Michalak. Na pierwszych stronach dowiemy się także kim jest zdesperowana kobieta, uciekająca przed nieznanym. Podczas lektury „Nadziei” poznamy historię Lilki począwszy od najmłodszych lat, kiedy to spędzała dzieciństwo zupełnie samotnie, z żadnej strony nie doznając miłości. Nawet własny ojciec nie interesował się dziewczynką, obwiniając ją o śmierć żony, za to chętnie bił ją pod byle pretekstem. Mała Lilka była więc zdana tylko na siebie, jednak do czasu, gdy na jej drodze pojawił się dwa lata straszy Aleksiej. Po tym, jak uratowała mu życie, stali się najlepszymi przyjaciółmi na śmierć i życie, a dziewczynka znalazła miłość także w osobie przybranej matki chłopca. W przeciągu lat drogi Aleksieja i Lilki wciąż się schodziły i rozchodziły, a mimo to oboje nie mogli znaleźć szczęścia. Jak wyglądało życie dziewczyny od czasu, kiedy do jej życia wkroczył Aleksiej? Jak dalej potoczyły się losy tych dwojga, prowadząc ich ku dorosłości? Czy uda im się naprawić dawne błędy i wybaczyć wyrządzone krzywdy?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie sięgając po „Nadzieję”, czyli wzruszającą opowieść o dorastaniu, sile przyjaźni i miłości, gdzie młodzieńcze marzenia nie zawsze się spełniają, ukochani ludzie odchodzą, a koniec końców zostajemy sami. Jednak nie zawsze jest tak źle jak mogłoby się wydawać, a to od nas zależy jak pokierujemy swoim życiem, czy popełnimy tak wiele błędów, zdradzimy tych, których kochamy i stchórzymy na drodze do szczęścia. Czytałam już kilka powieści autorstwa Katarzyny Michalak, poznałam serię „poczekajkową”, „owocową” i „Sklepik z niespodzianką”. Każda z nich mi się spodobała i miała w sobie element, który mnie zauroczył, jednak „Nadzieja” stanowi ich połączenie i uważam, że jest jak dotąd najlepszą książką pani Kasi. Ta historia jest zupełnie inna od poprzednich, znanych ze swej bajkowości, szczypty magii, szczęśliwych miłości i happy endów. „Nadzieja” jest o wiele bardziej realistyczna, w tej książce rzadko coś dzieje się po myśli bohaterów, zwykle wszystko idzie nie tak, a szczęście tylko chwilami przebłyskuje zza ciemnych chmur.  Jest za to bardzo wzruszająca i emocjonalna, trudno nie uronić przy niej łez, a czasem nie uśmiechnąć się pod nosem. 

Przede wszystkim książka wciąga niesamowicie już od pierwszych stron, cechuje ją nieprzewidywalność, a zaskakujące zwroty akcji każą nam połykać kolejne strony w zastraszającym tempie. Dodatkowo lekturę umila język, który jest bardzo obrazowy, a może nawet poetycki? W każdym razie odebrałam go bardzo pozytywnie, uwielbiam styl Katarzyny Michalak i jej lekkie pióro. Bohaterowie zostali świetnie wykreowani, są charakterystyczni i na pewno nie wyidealizowani, bowiem wciąż popełniają błędy, za które potem drogo płacą. Czasem ich kochamy, czasem nienawidzimy, ale nie możemy ich na długo zostawić. 

Książka rozkłada na łopatki i długo nie daje o sobie zapomnieć. Jest nie tylko wciągająca, napisana przyjemnym językiem i dająca do myślenia, ale też zupełnie inna od poprzednich powieści Katarzyny Michalak. Nie jest taka baśniowa i cukierkowa, ale pełna realizmu, samotności i cierpienia, a uczucia te udzielają się także czytelnikowi, wyzwalając w nim wiele emocji. „Nadzieja” to cudowna i wartościowa opowieść przeznaczona głównie dla kobiet, którą gorąco polecam nie tylko fanom Kejt Em, ale także wielbicielom ciekawych historii o przyjaźni i miłości.

Moja ocena: 10/10

środa, 13 czerwca 2012

Ostatnia piosenka - Nicholas Sparks


                Zaczęły się wakacje, a siedemnastoletnie Ronnie musi je spędzić w najgorszy z możliwych sposobów, czyli w zapadłej dziurze gdzieś w Karolinie Północnej. Wraz z bratem będzie mieszkała u ojca, co traktuje jak karę za grzechy. Wolałaby bawić się z przyjaciółmi w klubach na Manhatanie, a tymczasem przez 2 miesiące będzie na każdym kroku spotykać ojca, którego nienawidzi. Co jest powodem tak skrajnych uczuć z jej strony? Obwinia Steva za rozpad rodziny, w końcu większą część roku spędzał w trasie koncertowej, aż w końcu porzucił ich, wyprowadzając się do małego miasteczka, w którym przyszło mu dorastać. Nie widziała ojca od 3 lat, nie czytała też listów, jakie do niej pisał. Wcześniej był nauczycielem muzyki w szkole Juilliarda, a swoją pasją- grą na fortepianie, zaraził córkę, która odnosiła zresztą znaczące sukcesy. Teraz jednak nie może patrzeć ani na instrument, ani na ojca. A przymusowe zesłanie zamierza spędzić jak najdalej od niego, najlepiej gdzieś na plaży z nowymi znajomymi, niekoniecznie o dobrej reputacji. Zbuntowana dziewczyna staje się specjalistką od ładowania się w kłopoty, a niespodziewanie odnaleźć się w sytuacji pomaga jej ojciec. Te długie wakacje będą dla Ronnie niezłą szkołą życia, podczas której nie zabraknie problemów z policją, opieki nad żółwiami i pierwszej prawdziwej miłości. 

                Jeśli macie ochotę spędzić niezapomniane dwa miesiące wraz z Ronnie, sięgnijcie po powieść zatytułowaną „Ostatnia piosenka”, której autorem jest Nicholas Sparks, amerykański pisarz cieszący się wielką popularnością i bogatym dorobkiem literackim. Wiele z jego powieści zostało zekranizowanych, a wśród nich znalazła się także wydana w 2009 roku „Ostatnia piosenka”. Powieść ta opowiada o zbuntowanej nastolatce, która nie może pogodzić się z rozpadem rodziny i rozwodem rodziców. Sytuacja ta staje się powodem jej braku porozumienia z cały światem, a szczególnie z bliskimi jej dotąd ludźmi. Porzuca także swą dotychczasową pasję, byleby zrobić na złość ojcu, nieustanie popada też w konflikty z matką, a nawet prawem, zostaje bowiem przyłapana na kradzieżach. Wakacje, które spędzi w Wrightsville Beach odmienią jej życie i sprawią, że przemyśli wiele spraw i jej spojrzenie na świat się zmieni. Co wpłynie na jej przemianę i na czym będzie ona polegać? Przekonajcie się sami sięgając po urokliwą i zapadającą w pamięć powieść Sparksa. Historię, którą pisarz przedstawił w książce może odnieść do siebie wiele nastolatków, jej przesłanie jest bowiem uniwersalne. Mówi o przyjaźni, miłości, rodzinie, spełnianiu marzeń i pogodzeniu się z trudnymi sytuacjami, pokonywaniu przeciwności losu.

                „Ostatnia piosenka” była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Nicholasa Sparksa, o której słyszałam wiele dobrego, a ta powieść była jedną z najczęściej polecanych. Często zastanawiałam się nad  fenomenem tej i innych jego książek, a teraz mogłam przekonać się na własnej skórze, czy naprawdę było warto zmierzyć się z tą historią. Jak się okazało, było, bowiem „Ostatnia piosenka” już po chwili wciągnęła mnie w swój świat. Co prawda po pierwszych stronach byłam nastawiona trochę sceptycznie, gdyż język był prosty i zwyczajny, ale dałam się porwać fabule. Nie wiem, co ma w sobie ta książka, bowiem pod względem właśnie języka i stylu ustępuje wielu innym powieściom, a fabuła z początku była historią normalnej, trochę zbuntowanej dziewczyny, a jednak porwała mnie i wciągnęła, nie wypuszczając aż do samego końca. Książka Sparksa ma w sobie wiele uroku, a nastrój towarzyszący lekturze jest niepowtarzalny i przesycony uczuciami, zarówno bohaterów, jak i czytelnika. „Ostatnia piosenka” bawi i wzrusza, przy zakończeniu polało się z mojej strony sporo łez. Jednym z nielicznym mankamentów było to, że pewnego elementu zakończenia domyśliłam się po przeczytaniu zaledwie kilkunastu stron.

                Plus należy się pisarzowi za bohaterów, choć Ronnie czasem irytowała mnie swoją egoistyczną postawą i podejściem do innych ludzi, ostatecznie jednak kibicowałam tej dziewczynie i polubiłam ją. Bardzo sympatycznym bohaterem był młodszy brat Ronnie, dialogi z jego udziałem bardzo mnie bawiły ze względu na jego ciekawość świata, wnikliwość i dojrzałość jak na jego wiek. Często wzruszało mnie postępowanie ojca dzieci, Steve’a, który był dobrym i oddanym rodzicem. Na wyróżnienie zasługuje także osoba Willa, ale więcej dowiecie się o nim po przeczytaniu książki.

                „Ostatnia piosenka” to piękna i wzruszająca opowieść o miłości, przyjaźni, rodzinie i odnajdywaniu siebie dzięki pomocy bliskich. Jestem pewna, że nie pozostaniecie obojętni na tę historię, a skłoni ona Was do refleksji nad życiem. Powinniśmy postępować zgodnie ze swym sumieniem, w taki sposób, by pod koniec swoich dni nie żałować podjętych decyzji i straconych szans. 

                Moja ocena: 8/10