Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Złodziejka książek - Markus Zusak


Historia złodziejki książek zaczęła się pewnego mroźnego dnia, gdy dziesięcioletnia dziewczynka podróżowała pociągiem wraz z matką i braciszkiem do swojego nowego domu. Nagły atak kaszlu i wszystko skończyło się w oka mgnieniu, zostały tylko dwie postacie stojące w śniegu przy małej mogile. Wtedy stało się to po raz pierwszy, Liesel ukradła książkę, która miała jej potem przypominać o bracie. Trochę później dowiedziała się, że jej tytuł to „Podręcznik grabarza”, a jeszcze wiele czasu minęło, zanim udało się jej ją przeczytać. Matki dziewczynki nie było stać na utrzymanie dzieci, więc Liesel trafiła do rodziny zastępczej, czyli grubej kobiety miotającej na prawo i lewo przekleństwami i spokojnego, wysokiego człowieka. Człowieka, który grał na akordeonie, sprzedawał skręcane przez siebie papierosy, siedział przy dziewczynce, gdy nocne koszmary nie dawały jej zasnąć. Człowiek ten nazywał się Hans Hubermann.

„Złodziejka książek”, historia dziewczynki, która kochała słowa. Mieszkając w faszystowskich Niemczech wiele trzeba, by nie dołączyć do ślepo podążającego za Hitlerem narodu. Na szczęście są rodziny takie jak Hubermannowie, którzy wyciągają pomocną dłoń do zaszczutych i uciśnionych, ludzie odważni i dobrzy. Liesel wychowuje się w najlepszym możliwym dla siebie otoczeniu, choć może nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Jej światopogląd zmienia się, gdy poznaje prawdę o przyczynie porażek swojej rodziny i choć jest zaledwie nastoletnią dziewczynką, przeżyła więcej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Ale najważniejsze dla niej było poznanie prawdziwej przyjaźni, która została zapoczątkowana w ciemnej, zimnej piwnicy podczas II wojny światowej.   

Są książki ciekawe, które wciągają nas od pierwszej do ostatniej strony i możemy z radością napisać w recenzji, że „szybko się czytało”. Są książki z otwartymi zakończeniami, przy których walimy głową w ścianę, że nie przeżyjemy rocznego czekania na kontynuację. Są książki z przystojnymi, idealnymi męskimi bohaterami, którzy sypią jak z rękawa sarkastycznymi, aroganckimi uwagami i rzucają tym czytelniczki na kolana. Potem oglądają takie na tumblrze setki obrazków z postaciami bohaterów i wzdychają do ruchomych gifów. Sama taka jestem. Uważam, że jak książkę się czyta szybko to już jest dobrze, męscy bohaterowie są zawsze w cenie, a i zawsze nie mogę się doczekać następnego tomu. Ale są też książki większe niż to wszystko i napisanie na ich temat, „wciąga, zaskakuje, chcę kontynuacji (?!)” wydaje się tak bardzo niewłaściwe.


„Złodziejka książek” należy do tego nielicznego grona powieści niezwykłych. Napisanych tak pięknie, zarazem prosto i poetycko, że każde słowo niemal wzrusza i chciałoby się je smakować bez końca. Opisujących rzeczy tak straszne, że trudno sobie wyobrazić, jak wiele może przeżyć jeden człowiek. Mówiących o miłości jako o uczuciu, które może trwać mimo tego, że nie doczekuje się finału. Pokazujących przyjaźń, która nawiązuje się w najtrudniejszych momentach w życiu i nadaje mu sens. Opowiadających o ludziach, którzy są niczym cisi aniołowie i przywracają wiarę w dobro i piękno. O których nie da się pisać bez łez w oczach. To jest właśnie „Złodziejka książek”. Wielkie słowa, bo i książka wielka. 

Moja ocena: 10/10

niedziela, 1 grudnia 2013

Filmowa niedziela: W pierścieniu ognia


Po zakończeniu Głodowych Igrzysk zwycięzcy wracają do swojego dystryktu, gdzie mają zapewnione spokojne i dostatnie życie. Niestety, tak tylko się mówi, bo naprawdę Katniss i Peeta znajdują się stale w świetle reflektorów, a szczegóły z ich prywatnego życia chłonie całe Panem. Prezydent Snow obawia się Katniss, która dla wielu ludzi stała się symbolem powstania i sprzeciwu władzy, dlatego pragnie ją zmusić do posłuszeństwa, a w najgorszym razie wyeliminować. W dystrykcie 12. dzieje się coraz gorzej, zostają tam sprowadzeni nowi strażnicy, którzy sieją terror i spustoszenie. Tymczasem Katniss i Peeta udaję się w tournee po kraju, podczas którego mają ostatnią szansę na przekonanie społeczeństwa o prawdziwości swoich uczuć, a przez to uratowania bliskich. 


Zwiastun pokazuje praktycznie najważniejsze sceny i mówi wiele o filmie, dlatego miałam pojęcie, jak bardzo emocjonująca będzie ekranizacja w „Pierścieniu ognia”. W sali kinowej zasiadłam dopiero, gdy prawie wszyscy go obejrzeli i przedstawili swoje zdanie na jego temat. Co tu dużo mówić, film od początku był świetny. Tak jak w poprzedniej części charakteryzacja bohaterów i scenerie stały na najwyższym poziomie. Twórcom udało się uchwycić zarówno przepych Kapitolu jak i biedę panującą w poszczególnych dystryktach. W drugiej części pojawiło się kilku nowych aktorów, ja najlepiej zapamiętałam Finnicka, którym chyba wszyscy się teraz zachwycają i ja również powiem, że był super oraz Johanne, bardzo charakterystyczną postać.




Słynny trójkąt znowu występuje w pełnym składzie. W tej części, o ile wcześniej Gale też lubiłam, jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan Peeta i zalety jego charakteru oraz miłość do Katniss. Nie wiem jak ktoś może przedkładać Gale’a nad Peetę, biorąc pod uwagę nie tylko różnicę w ich postępowaniu w tym filmie, ale też wiedzę o tym, co wydarzy się w kolejnej części, chyba tylko ze względu na urodę aktora. Peeta jest uroczy, jego uczucia w stosunku do Katniss szczere, jest zdolny do aktów największego poświęcenia, a i zachowanie dziewczyny względem niego ulega zmianie. Osoby, które nie lubią jego postaci czy tez w ogóle wątku miłosnego uspokoję, że było stanowczo za mało scen z ich udziałem i o ile sama uważam, że ten film nie jest o miłości tylko o większych rzeczach, to i tak mi ich brakowało.

Prawie półtorej godziny zajęło przedstawienie zdarzeń w 12. Dystrykcie i całym Panem, a dopiero ostatnia godzina przenosi widza na arenę, co według mnie jest bardzo rozsądną porcją. O ile wydarzenia podczas Igrzysk są na pewno ciekawe i znaczące, to obawiałam się, że nie zostanie w pełni przedstawiona waga sytuacji na zewnątrz, a w książce właśnie te elementy lubię najbardziej. Myślę, że nie ma osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia sceny brutalnego chłostania, zabijania prowodyrów buntu, przemówienie Katniss i Peety podczas tournee. Takie obrazy wzbudzają ogromne emocje, na mnie szczególnie zadziałały sceny rozmowy Katniss z Prim, uniesienia palców w górę w symbolu zjednoczenia z trybutami (i wszelkie rozdzierające spojrzenia Peety). 
„W pierścieniu ognia” było 10 razy lepsze od pierwszej części. Dopiero kontynuacja w pełni oddała realia panujące w Panem, sylwetki bohaterów, pozwoliła dostrzec tragedię sytuacji. Scen między Katniss i Peetą nie było tak wiele jak się spodziewałam, ale wszystkie były bardzo emocjonalne. Jednak to nie one mnie wzruszały, bo największe wrażenie wciąż robi odwaga bohaterów, ich niezłomność, nadzieja ludzi na wyzwolenie. Film jest rewelacyjny, mogłabym go oglądać jeszcze wiele razy. Co zaskakujące, udało się mu wywołać u mnie podobne emocje jak książka, a to duże osiągnięcie. Już nie mogę się doczekać „Kosogłosa”, a jednocześnie boję się jak zniosę kolejną, w końcu dużo tragiczniejszą część.

Moja ocena: 10/10

PS. Czy ja też podczas filmu nie usłyszałam ŻADNEJ z piosenek wymienionych w soundtracku do filmu? Dopiero na koniec przy napisach pojawiło się Imagine Dragons. Może tak mnie akcja zaaferowała, że na nic więcej nie zwracałam uwagi?



środa, 27 listopada 2013

Gwiazd naszych wina - John Green



Hazel to szesnastolatka chora na raka, która według lekarzy powinna umrzeć już kilka lat temu, jednak wciąż trzyma się życia. Nie chodzi do szkoły, większość czasu spędza w domu, a poruszać musi się wraz ze zbiornikiem na tlen, który umożliwia jej oddychanie. Jedne z jej nielicznych aktywności to spotkania grupy wsparcia, na które bynajmniej nie chodzi z własnej woli. Zajęcia są co najmniej przygnębiające, gdy widzisz brak kolejnych osób, oto skutek uboczny umierania. Jednak pewnego dnia dziewczyna podczas spotkania poznaje intrygującego chłopaka, Augustusa. Towarzyszy on swojemu przyjacielowi, bo choć kiedyś również był chory, udało mu się zwalczyć raka.

Jeśli nieatrakcyjny chłopak uporczywie się w ciebie wgapia, to w najlepszym wypadku uznajesz jego zachowanie za krępujące, a w najgorszym za formę napastowania. Ale przystojny chłopak... no cóż.

„Gwiazd naszych wina” opisuje tworzącą się między dwojgiem nastolatków nić porozumienia, początkowa fascynacja przeradza się z czasem w głębsze uczucie. Ich historia jest piękna i wzruszająca, ale nie do przesady, bo miłość przeplata się z tragediami, walką z chorobą i refleksjami na temat sensu życia. Powieść Johna Greena nie jest kolejną przesłodzoną bajką o nastoletniej miłości, w której bohaterowie spijają sobie lukier z ust, lecz dużo bardziej prawdziwą i przemawiającą do czytelnika opowieścią. Charakteryzuje ją spora ilość ciętego humoru, za pomocą którego bohaterowie zamiast użalać się nad sobą, ironizują i kpią ze swojego życiowego pecha. Czyni to ich bardziej realnymi i ludzkimi, podczas lektury wytwarza się specyficzna więź między postaciami a czytelnikiem.

„Gwiazd naszych wina” charakteryzuje się nieprzewidywalnymi zwrotami akcji w różnych wątkach, jeden z nich jest szczególnie mocno powiązany z życiem bohaterów. Dotyczy ulubionej książki Hazel, która także opowiada o dziewczynie chorej na raka i jej bliskich. Hazel za wszelką cenę chce poznać zakończenie, a uwielbieniem do powieści zaraża Augustusa. Śledzenie losów nastolatków było dla mnie fascynującym doświadczeniem, łączące ich uczucie jest tak prawdziwe i naturalne, a Augustus to prawdziwy ideał. Jednocześnie wielką sympatią darzę Hazel, co jest zaskakujące, gdyż zwykle kobiece bohaterki po prostu mnie denerwują.


Hazel zna prawdę: prawdopodobieństwo, że zranimy wszechświat, jest takie samo jak to, że mu pomożemy, a nie możemy zrobić ani jednego, ani drugiego.

John Green opisując trudny temat jakim jest śmiertelna  choroba zachowuje równowagę między wyczuciem a dość bezpośrednimi uwagami, nie znajdziemy w jego powieści niepotrzebnego patosu, przy jednoczesnej głębi całej historii. Green przedstawia osoby walczące z rakiem w innym świetle, bohaterowie nie tworzą listy „100 rzeczy, które muszę zrobić przed śmiercią”, choć oboje, jak każdy człowiek, boją się zapomnienia i tego, że ich odejście nie odciśnie piętna na świecie.„Gwiazd naszych wina” to książka romantyczna, ale nie pusta, wzruszająca, ale też wywołująca szeroki uśmiech na twarzy, bajkowa, ale jednocześnie do bólu prawdziwa, a zapadającymi w pamięć cytatami z niej można by wytapetować pokój. Jednym słowem wspaniała! John Green trafił także do mojego serca i już trzymam w rękach kolejną jego powieść, licząc na równie fascynującą historię.

Moja ocena: 10/10!

niedziela, 13 października 2013

GONE. Światło - Michael Grant



W ostatniej części GONE będzie miało miejsce ostatnie starcie bohaterów z wrogą siłą, gaiaphage. Bariera w końcu stała się przezroczysta i teraz wszyscy dorośli mogą obserwować wydarzenia rozgrywające się w kopule i bynajmniej nie są zachwyceni obrazami, które ukazują się ich oczom. Początkowo uważali biedne dzieci za ofiary, teraz stały się one zagrożeniem, część społeczeństwa jest nawet za unicestwieniem ETAPu wraz z jego mieszkańcami. Inni głosują za przeprowadzeniem procesów i skazaniem prowodyrów. Na razie jednak bariera jeszcze istnieje, choć wszyscy przeczuwają nadciągający koniec. Większość nastolatków uważa, że nie wyjdzie z tego cało, a gaiaphage zatriumfuje.

Chyba każdy wie, o czym opowiada seria GONE autorstwa Michaela Granta, a jeśli nie, wystarczy zajrzeć do recenzji poprzednich tomów. Zyskała ona na świecie wielką popularność i grono oddanych fanów, do których i ja należę, polecając te książki zawsze i wszędzie. Za co tak uwielbiam GONE? Przede wszystkim za wspaniałych bohaterów. W kolejnych tomach pojawia się coraz więcej postaci, niektóre odchodzą, ale wszystkie są charakterystyczne, realne i nie wyidealizowane. Mają swoje wady i zalety, możemy ich potępiać lub podziwiać, a przede wszystkim nie pozostają tacy sami, lecz pod wpływem strasznych wydarzeń zachodzą w nich zmiany.

Książki Granta opowiadają o młodzieży i do takiego też grono odbiorców są skierowane, lecz mimo to nie są złagodzone i przymykające oko na pewne wydarzenia. Wręcz przeciwnie, autor nie unika brutalnych, strasznych scen, dzięki czemu do czytelnika w pełni dociera okrucieństwo świata ETAPu. Jednak historia ma jeszcze jedną zaletę, a mianowicie jest kompletnie nieprzewidywalna. Czytelnik w żadnym momencie książki nie może nawet w przybliżeniu spodziewać się tego, co wydarzy się za chwilę. Co do ostatniego tomu wszyscy fani mieli wielkie nadzieje, ale też odczuwali niepokój o losy swoich ulubionych bohaterów. Jak to więc jest z tym „Światłem”, czy warto było czekać?

Krótka odpowiedź, zdecydowanie tak. Historia dalej zaskakuje, a akcja mknie naprzód. Pojawiają się chwile refleksji, a przemyślenia bohaterów działają także na czytelnika, pobudzając jego wyobraźnię. Trup ściele się gęsto, Grant jest bezlitosny dla swoich postaci i uczuć odbiorcy. Niestety książka jest prawie o połowę krótsza od poprzednich części, choć tak jak zawsze nie można się od niej oderwać. Zakończenie jest dobre, choć nie tak spektakularne, jakie myślałam, że będzie. Oczywiście Michael Grant nie jest autorem, po którym można się spodziewać happy endów, ale zawsze powtarzam, że dzięki temu książki lepiej zapadają w pamięć i wywołują więcej emocji. Przy końcu można było się wzruszyć, współczuć swoim ulubieńcom, uronić łzy. Doczekałam się zakończenia wątku mojej ulubionej pary i jestem nim w pełni usatysfakcjonowana. Czegóż chcieć więcej? Polecam z całego serca tę cudowną serię!

Moja ocena: 10/10

niedziela, 29 września 2013

Gwiazdozbiór psa - Peter Heller



Hig i Jasper, dwaj przyjaciele, człowiek i pies. Samotny dom, bezludna przestrzeń w pobliżu gór, towarzystwo tej części przyrody, która przetrwała. Bangley, posiadający całą szafę broni, który mieszka zaraz obok i osłania nieskłonnego do przemocy Higa. Jedyni inni ludzie, którzy pojawiają się w okolicy są gotowi zabić cię, byle zdobyć jedzenie, schronienie i broń, Ty musisz więc być szybszy. Codziennie Hig lata  na patrol starym samolotem, Bestią. Zagląda wtedy do wioski zakażonych, którym z bezpiecznej odległości pomaga i przywozi potrzebne produkty. Tak wygląda życie w świecie, który pozostał. Zaraza zdziesiątkowała świat, populacja zmniejszyła się o 99.9 %, część zwierząt wyginęła. Hig stracił bliskich i wszystko, co była dla niego ważne, jednak mimo to stara się żyć zgodnie ze swoim sumieniem.

Gwiazdozbiór psa opowiada o samotności, tęsknocie za tym, co stracone, życiu po katastrofie. Książka nie obfituje w zaskakujące zwroty akcji, bardziej skupia się na umyśle głównego bohatera, na którego utrata żony i tego, co znane bardzo wpłynęła. W którymś momencie powieści przyznaje, że czasami ma wrażenie, iż „myśli mu uciekają, mieszają się ze sobą” i faktycznie jest to wyjaśnienie sposobu narracji. Książka ma postać dziennika pisanego przez Higa. W jego prozie da się zauważyć wielki chaos,  interpunkcja pozostawia wiele do życzenia, a żeby wychwycić sens wypowiedzi trzeba się nieco postarać.  Początkowo może to być kłopotliwe, ale tak naprawdę właśnie w nietuzinkowości narracji kryje się urok książki.

„Gwiazdozbiór psa” opowiada o postapokaliptycznym świecie, budzi w czytelniku melancholię i smutek, ale pomiędzy wierszami da się z niego wyczytać obietnicę nadziei i nowego życia, bo każdy koniec to także początek. Hig skupia się na bardzo prozaicznych, zwyczajnych rzeczach, którym dodaje niezwykłości. Pokazuje piękno codziennych czynności, radość z łowienia pstrągów, latania starym samolotem, czy wypraw na polowanie z czworonożnym przyjacielem u boku. Umysł głównego bohatera jest bogaty w wątpliwości i pytania na temat istoty człowieczeństwa. Tym, czego Hig pragnie najbardziej jest towarzystwo drugiej istoty ludzkiej, znalezienie zrozumienia i poczucie bliskości.

Gwiazdozbiór psa nie może się poszczycić szybką akcją  i zaskakującymi zdarzeniami. Jest to pięknie napisana opowieść o sensie ludzkiego życia. Sprawia, że człowiek cieszy się z istnienia takich tytułów i zastanawia, dlaczego tyle czasu poświęca innym, pozbawionym przekazu książkom. Ta historia jest tak wspaniała, że po jej zakończeniu miałam ochotę zacząć od początku i pewnie to zrobię, by na nowo odkrywać kolejne przesłania ukryte między wierszami. Książka wywołuje uśmiech na twarzy, częściej wzrusza i na pewno na długo zostaje w pamięci. Powieść Petera Hellera czyta się jak najlepszą poezję.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 8 września 2013

Filmowa niedziela: Nostalgia anioła




„Nostalgia anioła” przedstawia historię 14-letniej dziewczynki, która została brutalnie zamordowana. Pewnego dnia nie wróciła ze szkoły i mimo wszczęcia śledztwa nie znaleziono jej ciała ani nie oskarżono o zabójstwo właściwego człowieka. Susie znajduje się na granicy między niebem a ziemią, w pięknej kranie. Nie może jednak zaznać spokoju, zapomnieć i odejść do nieba, dopóki morderca nie zostanie ukarany, a jej rodzina nie pogodzi się ze stratą. Dziewczynka obserwuje rozpacz swoich rodziców, szukającego zemsty i popadającego w obsesję ojca, nie radzącą sobie z życiem matkę, młodszą siostrę i jej dorastanie, a także swojego ukochanego, który nie może o niej zapomnieć. Próbuje pomóc im zaznać spokój i dać nadzieję.



„Nostalgia anioła” to dramat z wątkiem nadprzyrodzonym. Wbrew pozorom nie jest to kryminał, nie zastanawiamy się kto jest mordercą i nie tropimy kolejnych wskazówek. Widz od początku zna jego tożsamość, w przeciwieństwie do filmowych bohaterów. Jednak nie na tym polega główny motyw filmu, ważniejsze jest życie rodziny Salmonów po śmierci ukochanej Susie, ich radzenie sobie ze stratą, rozpaczą, poszukiwanie prawdy. Opowiada bardzo smutną, ale też wzruszającą historię, ma wielką siłę oddziaływania. Wizja życia po śmierci i przedstawienie raju jest piękne i malownicze, a doznania wizualne ulepsza jeszcze wspaniale dobrana, melancholijna muzyka.


W główną rolę wciela się Saoirse Ronan, grająca Susie Salmon. Wielu widzom może być znana z goszczącego niedawno na ekranach kin filmu Intruz. Właśnie po jego obejrzeniu zapragnęłam zobaczyć aktorkę w innym wcieleniu i był to strzał w dziesiątkę. Saoirse Ronan jest doskonała w tym co robi, w bardzo przekonujący i wzruszający sposób zagrała dziewczynkę- anioła i przysporzyła mi wielu wzruszeń. Jednak reszta aktorów także dała radę, właściwie cała rodzina Salmonów bardzo przypadła mi do gustu, a szczególnie babcia, tata i siostra Susie. Ta ostatnia od początku ma podejrzenia co do mordercy i nie spocznie, póki nie pozna prawdy na temat tego, co przydarzyło się jej starszej siostrze.



Film nie jest przeznaczony dla miłośników szybkiej akcji, a bardziej dla widzów lubiących refleksyjne, emocjonalne i silnie oddziałujące obrazy. Poczynania rodziny Salmonów po zaginięciu Susie przeplatane są z retrospekcjami z przeszłości i dnia morderstwa. Reżyser P eter Jackson nie przedstawia brutalnie i bezpośrednio zabójstwa, a mimo to jego aluzje i pojedyncze migawki z czasu zdarzenia przerażają i pobudzają wyobraźnię. Czasem stosuje zabiegi, przez które nie wiemy, co dzieje się naprawdę, a co w wyobraźni dziewczynki, kiedy kończy się życie na ziemi, a zaczyna to pomiędzy. Akcja filmu toczy się w 1973 roku, a zdjęcia do niego rozpoczęto w roku 2007. Wizualnie film jest przepiękny, z przyjemnością śledziłam kolejne sceny i mimo braku szybkiej akcji film niesamowicie mnie wciągnął, a zwykle przy oglądaniu rozpraszam się na milion sposobów, przy „Nostalgii anioła” mi się to nie zdarzyło. Wzruszyłam się jakiś milion razy, ale nie za sprawą ckliwych, przesłodzonych scen, jakich nie cierpię. „Nostalgia anioła” to naprawdę cudowny, klimatyczny i zapadający w pamięć film, serdecznie polecam! Nie da się przejść koło niego obojętnie.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 3 marca 2013

Baśniarz - Antonia Michaelis




Pierwsze mroźne dni, drogi pokryte śniegiem, zamarznięte brzegi morza. Dziewczyna, która znajduje lalkę i w ten sposób nawiązuje znajomość z tajemniczym chłopakiem, który zupełnie nie pasuje do jej świata. Anna to dziewczyna z dobrego domu, która po skończeniu szkoły planuje wyjechać z miasta na studia. Natomiast Abel handluje narkotykami, nie rozmawia z ludźmi i wyróżnia się na ich tle także wyglądem. Jednak Annę coś do niego przyciąga i nie zraża się odpychającą postawą chłopaka. W końcu okazuje się, że może było warto, bo dziewczyna odkrywa drugie oblicze Abla – opiekuńczego brata i Baśniarza.


Baśniarz autorstwa Antonii Michaelis to opowieść o miłości, ale nie łatwej, idealnej i wiecznej, nawet nie wiem, czy ja bym to miłością nazwała. Przedstawiono także życie ubogiego chłopaka mieszkającego wraz z siostrą, który żeby się utrzymać musi prowadzić ciemne interesy. Słowem, pokazano szare, smutne i ciężkie życie, dla którego kontrastem jest Anna, której świat wygląda zupełnie inaczej. Główną rolę w książce odgrywa wątek kryminalny: czy uda się odkryć kto jest grasującym w mieście mordercą? Poza tym kluczowe znaczenie ma prowadzona w innym, baśniowym wymiarze opowieść Abla kierowana do jego młodszej siostry, która w zaskakujący sposób nawiązuje do rzeczywistości.


Czego się spodziewałam po tej książce? Cóż, po opisie z okładki, który jest dość skąpy i niewiele mówiący (ale to dobrze!), myślałam że sięgam po książkę o wilkołaku. Nie wiem skąd wzięło mi się to doprawdy teraz śmieszne skojarzenie, bo Baśniarz to nie żaden paranormal romance, ale dojrzała i wzruszająca powieść. Oryginalny pomysł na fabułę i wielowątkowość to zdecydowany plus tej pozycji. Z początku podchodziłam do niej z umiarkowanym entuzjazmem, ale gdy mnie więcej dowiedziałam się, czego mogę się spodziewać, książka wciągnęła mnie i w szaleńczym tempie dotarłam do ostatniej strony. Nie da się przewidzieć rozwiązania kryminalnej zagadki i zakończenia książki, które mocno mną wstrząsnęło, bo zupełnie się tego nie spodziewałam.


Kreacje bohaterów są ciekawe i dokładnie dopracowane pod względem psychologicznym, aczkolwiek Anna była moim zdaniem zbyt naiwna. Za łatwo przechodziła nad pewnymi wydarzeniami do porządku dziennego i za łatwo wybaczała… Nawet bohaterowie poboczni mnie zainteresowali i nie wiedziałam, czego się po nich spodziewać, ta książka jest naprawdę nieprzewidywalna. A jeśli chodzi o snutą przez Abla baśń, początkowo myślałam, że będzie mnie nudzić, bo to w końcu takie „dla dzieci”, jednak po kilku rozdziałach się przekonałam i czytałam te fragmenty z ciekawością. Bardzo polubiłam też siostrzyczkę chłopaka.


Baśniarz ma specyficzny klimat, sprawia, że spodziewamy się czegoś złego, co zaraz się wydarzy. Wywołuje uczucie smutku, przygnębienie, skłania do refleksji, czasem wzrusza. Przede wszystkim podczas lektury cały czas miałam przed oczami obrazy rozgrywających się wydarzeń, co jest z pewnością zasługą zgrabnego, obrazowego języka. Styl autorki wciąga i zachęca do dalszego czytania, a przy tym idealnie wpasowuje się w fabułę. Książka wzbudziła we mnie ogrom emocji i do niczego nie mogę się przyczepić, żałuję, że to już koniec niezwykłej przygody z Ablem, Anną i Michi. Książka dołącza do grona moich ulubionych, myślę też, że bohaterowie jeszcze długo będą żyli w mojej głowie. Chyba nie muszę mówić, że polecam?

Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję portalowi Upadli :)

czwartek, 24 stycznia 2013

Blask - Amy Kathleen Ryan



Empireum to statek kosmiczny, od wielu lat zmierzający w stronę nowej Ziemi, która ma zostać zaludniona i uzdatniona do zamieszkania na niej. Ponieważ na naszej planecie źle się dzieje, grupa wybrańców otrzymuje misję, która ma wpływ na przetrwanie ludzkości. Podczas podróży nie zabraknie problemów, jak chociażby ten z bezpłodnością. Na szczęście kryzys zostaje zażegnany, a na świat znów przychodzą dzieci. Waverly jest najstarszą dziewczyną na statku i wszyscy oczekują od niej, że wyjdzie za mąż i urodzi potomstwo. Jej ukochany Kieran jest natomiast następcą kapitana i cieszy się wielkim poważaniem. Gdy w końcu decyduje się oświadczyć swojej wybrance, ta zaczyna mieć wątpliwości: czy naprawdę chce, by tak wyglądało jej życie? Wkrótce jednak wszyscy będą mieć większe zmartwienia, bo podróżujący równolegle inny statek, Nowy Horyzont, dokonuje ataku na załogę Empireum. Jaki jest cel tej napaści i prawdziwe intencje oprawców?

Blask jest pierwszą częścią trylogii Gwiezdni wędrowcy autorstwa Amy Kathleen Ryan. To porywająca kosmiczna dystopia, której akcje rozgrywa się na statku przemierzającym przestworza w drodze do Ziemi Obiecanej, jaką dla jego załogi jest nowa planeta. Przyczyną tej eskapady jest katastrofalny stan Ziemi, która nie nadaje się już do użytku. Zgodnie z planem ekipa podróżująca Empireum i Nowym Horyzontem ma rozpocząć proces zasiedlania innej planety, a w przyszłości zostanie na nią sprowadzona reszta populacji. Takie jest założenie, jednak czy kiedykolwiek uda się dotrzeć do upragnionego miejsca? W książce pokazana jest wizja społeczeństwa całkowicie kontrolowanego przez samozwańczych przywódców, którzy uważają się także za wysłanników Boga. Wszelki bunt jest brutalnie tłumiony, a swoich poglądów lepiej nie wypowiadać na głos.

Ile już książek było porównywanych do Igrzysk śmierci? Podobna wzmianka znajduje się na okładce Blasku: „Fani Igrzysk Śmierci przemkną przez nią i będą czekać na kolejny tom”. I nie są to bynajmniej czcze przechwałki, bowiem świat powieści mimo tego, że jest osadzony w kosmosie, to jednak założenia ma całkiem podobne. Wymiar brutalności i okrucieństwa  jest tutaj mniejszy, jednak zdziwiło mnie, że Blask jest tak mocny i działający na czytelnika. Nie jest to kolejna młodzieżówka, która ma na chwilę zająć uwagę, zadowolić wyobraźnię i zaspokoić ciekawość. Blask jest zaskakująco mądry i dojrzały, porusza tematy, o których przy książce tego typu byśmy w ogóle nie pomyśleli. Gdzie leży granica wiarą a fanatyzmem? Co jest bardziej niebezpieczne: oszukiwanie ludzi, by sprawować nad nimi władzę, czy prowadzenie ich za pomocą słów, w które samemu się wierzy?

Ta powieść jest tak niejednoznaczna, fascynuje mnie. Siedzi mi w głowie i nie potrafię opowiedzieć się po jednej stronie. Tu nie chodzi o samo rozwiązanie akcji i kluczowe zdarzenia, a bardziej o to, co zostaje potem: wątpliwości. Nie potrafię stwierdzić kto ma rację, co jest kłamstwem a co prawdą, które zachowanie jest właściwe, a które prowadzi do zguby. Blask rodzi tyle pytań, na które ciężko jest odpowiedzieć, głęboko zapada w pamięć. Jego atutem obok niezwykłej fabuły jest właśnie ta problematyczność. Nawet uczucie między bohaterami nie zostało przedstawione schematycznie. Kathleen i Kieran. Wydaje się, że zależy im na sobie, ale podczas wielu prób ich poglądy się weryfikują, a uczucia zmieniają. Na szczęście autorka nie stworzyła miłości idealnej, którą próby tylko umacniają, bo przecież bohaterowie to tylko ludzie i nie jest możliwe, by wbrew swoim przekonaniom i przeżyciom dalej pozostawali tacy sami. Ponadto na ich drodze staje Seth, który od lat kocha Kathleen. Na pierwszy rzut oka standardowy trójkąt miłosny, ale to nie takie proste, bo nie wiadomo, kogo wybierze główna bohaterka i jak się sprawy potoczą, choć w każdej książce z takim wątkiem jest to widoczne jak na dłoni. Zwykle lubię czarne charaktery, szukam u nich dobrych stron i kibicuję im, gdy już stwierdzę, że są warci uwagi. Jednak tutaj Setha wręcz znienawidziłam, ciemna strona mocy to jedno, ale szaleństwo to zbyt wiele. Ale oczywiście autorka gra na psychice czytelnika i koniec końców nie wiem, co powinnam myśleć. Czy to, w co wierzyłam może okazać się kłamstwem?

Jeszcze zanim Blask ukazał się na rynku pojawiało się sporo dyskusji na temat tego, czy będzie przypominał „W otchłani”. Na szczęście jest tak tylko z pozoru, bo pokrywa się jedynie wątek podróży statkiem kosmicznym. „W otchłani” to bardziej młodzieżówka z wątkiem kryminalnym, opowiadająca o dzieciach, które dopiero poznają miłość i podejmują parę złych decyzji. Poza tym nie ma takiej siły przebicie i nie działa silnie na czytelnika, choć jest dość ciekawa. „Blask” to rewelacyjna i niesłychanie dojrzała historia, która porusza wiele ważnych tematów i nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Pozostawia z uczuciem niedosytu, przez co już nie mogę się doczekać kontynuacji, będę jej pilnie wypatrywać! Świat powieści jest dokładnie i w ciekawy sposób przedstawiony, bohaterowie są nieprzewidywalni i nie do końca poznajemy zakamarki ich umysłów. Pasjonująca lektura, która wciągnęła mnie tak, że przeczytałam ją w jeden dzień. Polecam z całego serca!

 Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu Jaguar



środa, 2 stycznia 2013

Potem - Rosamund Lupton



Nikt nie przeczuwa, że w ten piękny, słoneczny dzień, gdy na szkolnym boisku rozgrywają się zawody sportowe dla dzieci, może dojść do katastrofy. Nastoletnia Jenny pracuje tego dnia jako pielęgniarka szkolna i znajduje się w budynku Sydley House w chwili, gdy wybucha pożar. Jej matka Grace wbiega do płonącej szkoły, by uratować córkę, ale kto ochroni ją przed szalejącymi płomieniami? Obydwie lądują w szpitalu, gdzie walczą o życie, a sprawa pożaru staje się pożywką dla reporterów. Kobiety są w śpiączce, ale spotyka je coś dziwnego – oddzielają się od swojego ciała i niewidzialne dla wszystkich poza sobą mogą wędrować po szpitalu, słyszeć rozmowy mijanych ludzi i porozumiewać się. Pojawia się podejrzenie, że pożar został spowodowany celowo, a informacja ta zapoczątkowuje prowadzone przez Grace śledztwo.

„Potem” to kolejna znakomita historia spod pióra Rosamund Lupton. Podobnie jak w „Siostrze” w tej książce również możemy zobaczyć silną więź między bliskimi osobami, tym razem matką i córką. Miłość i poświęcenie determinują wszystkie sytuacje i zachowania, możemy je ujrzeć na każdym kroku. „Potem” niesamowicie działa na czytelnika, wywołując całą masę emocji, prowokując do zastanowienia, zaskakując niespodziewanymi zwrotami akcji. Łapie za gardło i nie puszcza aż do ostatniej strony. Uwielbiam książki tej autorki za to, że nie pozwalają o sobie zapomnieć i na długo zostają w głowie. „Potem” wzrusza, obrazując nie tylko sytuacje ekstremalne, kiedy to oddanie i okazywanie miłości są jak najbardziej oczywiste i naturalne, ale też przedstawiając sceny z życia codziennego, a ich całościowy obraz przyprawia o łzy.

Książka ma formę pamiętnika, w którym Grace zwraca się do swojego męża, opowiadając mu co przeszła wraz z córką, jak zdarzenia te na nią wpłynęły i do jakich doszła wniosków. Styl Lupton jest przyjazny czytelnikowi, lekki, a czasem trochę poetycki. W książce znalazłam sporo ciekawych i trafnych przemyśleń i sentencji, które bardzo mi się spodobały. „Potem” to niezwykle wzruszająca historia, ale też mroczny, trzymający w napięciu i mrożący krew w żyłach thriller. Nic nie jest tu jednoznaczne, tropy mieszają się i raz po raz upadają, a ostateczne rozwiązanie szokuje i bulwersuje. Akcja książki rozgrywa się stosunkowo wolno, ponieważ pojawia się bardzo dużo retrospekcji z przeszłości bohaterów, które wiele wnoszą do fabuły. Nie sprawia to jednak w żadnym razie, że historia staje się nudna, wręcz przeciwnie, bardzo wciąga i nie sposób się od niej oderwać przed poznaniem rozwiązania.

Powiedziałeś mi kiedyś, że zmysłem, który w chwili śmierci przestaje działać jako ostatni, jest słuch. Mylisz się. Ostatnia jest miłość.

Rosamund Lupton doskonale poradziła sobie z kreacją bohaterów. Ich portrety psychologiczne są świetnie zarysowane, postaci są jak najbardziej żywe, cielesne i nam bliskie, a ich uczucia przekładają się na nasze. Bohaterowie nie są idealni, każdy ma swoje wady, a autorka korzysta z tego zwodząc czytelnika i wystawiając jego nerwy na próbę, bo tak naprawdę nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, każdy jest podejrzewany o najgorsze. Lupton bardzo wyraźnie i emocjonalnie przedstawiła więź pomiędzy Grace i jej mężem, któremu kobieta stara się wszystko opowiedzieć, choć on nie może jej usłyszeć. Miłość i poświęcenie to uczucia, które w tej książce są niemal namacalne, a bohaterowie nieraz muszą przejść długą drogę, by spojrzeć w przeszłość i dostrzec swoje błędy.

„Potem” to kolejna rewelacyjna książka Rosamund Lupton, która rzuca czytelnika na kolana i długo po zakończeniu lektury nie pozwala o sobie zapomnieć. Zaskakuje, wzrusza i daje nadzieję. Uwielbiam tę książkę i chyba więcej nie muszę dodawać. Nie znalazłam co prawda informacji na temat tego, czy autorka szykuje dla nas kolejną powieść, ale bardzo bym się ucieszyła, gdyby się tak zdarzyło. „Potem” było moim drugim spotkaniem z twórczością Rosamund Lupton i drugą rewelacyjną przygodą, pełną emocji i czających się w mroku cieni. Polecam z całego serca!

 Moja ocena: 10/10


poniedziałek, 5 listopada 2012

Cukiernia pod Amorem. Hryciowie - Małgorzata Gutowska- Adamczyk


Cukiernia pod Amorem to miejsce, gdzie przeszłość i teraźniejszość łączą się ze sobą, tworząc historię. Wraz z ostatnimi dniami lata odchodzą w zapomnienie jagodzianki. Na stolikach pojawiają się rożki, będące specjalnością zakładu, a za oknami widać pierwszych przechodniów otulonych szalami dla ochrony przed wiatrem. Wraz z nadciągającą jesienią znikają z lady lekkie smakołyki, zastąpione czymś bardziej pożywnym, a równie smacznym i kuszącym. Na upływ czasu nie pozostają obojętni także właściciele cukierni i ich rodziny. Iga wyjeżdża na studia do Warszawy, obiecując sobie co jakiś czas odwiedzać rodzinne miasto, by pomagać ojcu i babci w prowadzeniu firmy. Celina Hryć wraca do siebie po chorobie i zaczyna snuć plany na przyszłość. Waldemar wciąż nieprzytomnie zakochany w Helenie, pragnie założyć z nią rodzinę. Ale do Gutowa wkrada się też przeszłość i wspomnienia dawnej miłości, bowiem do miasteczka przybywa Adam Toroszyn wraz ze swoim synem i wnukiem. A choć sprawa odnalezionego w podziemiach pierścienia schodzi na dalszy plan, wciąż są osoby, które pragną rozwikłać zagadkę.

Trudno mi uwierzyć, że trzecia część wspaniałej „Cukierni pod Amorem” już za mną. Pokochałam tę trylogię, zżyłam się z bohaterami, a każdy tom niósł ze sobą coś nowego. „Zajezierscy” kojarzą mi się z magią i zabobonami. „Cieplakowie” to przeniesienie się do miasta śladem drobnych złodziejaszków, ale też obserwowanie rozwijającej się kariery Giny Weylen. Z kolei „Hryciowie” ukazują czasy najbardziej nam współczesne, czyli II wojnę światową i rzeczywistość PRL-u. Który tom spodobał mi się najbardziej? Chyba „Zajezierscy”, zauroczyło mnie powolne życie na wsi, dalekie od tego zgiełku i wiecznego biegu za czymś. Kolejne części sagi były równie udane, po prostu czasy jakich dotyczą mniej do mnie przemówiły. Jeśli chodzi o „Hryciów”, jestem szczęśliwa, że w końcu dane mi było ich przeczytać. Małgorzata Gutowska przedstawiła wojnę z perspektywy znanych nam bohaterów, dzięki czemu codzienne życie zwykłych ludzi w tym okresie zapada w pamięć bardziej niż fakty historyczne.

Pięknie ubierając historię w słowa, autorka opisuje losy Giny Weylen, Adama Toroszyna, rodziny Cieślaków oraz hrabiego Zajezierskiego. Zawsze będzie mnie zachwycał sposób pisania Małgorzaty Gutowskiej, choćby ze względu na niego odwiedzę Cukiernię pod Amorem jeszcze niejeden raz. Ale na wyróżnienie zasługuje też fabuła, która wciąga i sprawia, że do książki chcemy wracać, nawet jeśli czas i obowiązki na to nie pozwalają. Hryciów przeczytałam w ciągu kilku dni, nie odkładając ich na półkę na zbyt długo. A jakie było moje zaskoczenie, gdy przeczytałam ostatnią stronę! Przewróciłam kartkę dalej, mając nadzieję na dalszy ciąg, ale niestety, przygoda dobiegła końca. A zakończenie nie na wszystkie pytania odpowiada, pozostawiając mnie z uczuciem niedosytu. Powiem tak: na początku fascynowała mnie zagadka pierścienia, czekałam na jej rozwiązanie, cieszyła mnie każda nowa wskazówka. Ale doszłam do wniosku, że cała ta tajemnica jest tylko pretekstem. Pretekstem do opowiedzenia nam historii życia tych wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek mogli mieć pierścień w rękach. Jest on łączącym ich elementem i nie liczy się, czy poznamy wszystkie odpowiedzi, czy dowiemy się, jak było naprawdę. Ważne, że odbyliśmy niezapomnianą podróż, poznając historię kilku pokoleń ludzi. Cukiernia pod Amorem zaprasza, czy znajdziecie czas, by do niej wstąpić?

 Moja ocena: 10/10

niedziela, 30 września 2012

Siostra - Rosamund Lupton


Beatrice prowadzi uporządkowane życie w Nowym Jorku u boku swojego narzeczonego. Ma porządną pracę, jest dość bogata, ubiera się elegancko i wszystko co jej dotyczy można by określić słowem „bezpieczne”. Nawet miłość w jej wydaniu nie jest szczera i spontaniczna, a oparta na przywiązaniu i stabilizacji. Podobne są uczucia którymi darzy siostrę: choć głębokie i silne, to jednak ograniczone przed dzielącą je odległość, zupełnie rożny styl życia i przekonania. Beatrice i Tess utrzymują kontakt telefoniczny i mailowy, dzielą się ze sobą każdą błahostką. Jednak pewnego dnia okazuje się, że być może sprawy ważne pozostawały w cieniu, a Bee nie znała swojej młodszej siostry tak dobrze, jak jej się wydawało. Pewnego dnia w mieszkaniu rozbrzmiewa telefon, który rujnuje uporządkowane życie Beatrice i wzywa ją do Londynu. Pewnego dnia Bee dowiaduje się, że jej siostra zaginęła.

„Siostra” to debiut autorstwa Rosamund Lupton, w którym elementy kryminału łączą się z psychologicznym thrillerem i wzruszającą opowieścią o miłości i stracie. Trochę mroczna, ale przede wszystkim zaskakująca książka podbiła Wielką Brytanię, a i wśród polskich czytelników zbiera pochwały. O tej pisarce i jej powieściach słyszał już chyba każdy, trudno przynajmniej raz na jakiś czas nie natknąć się na recenzję „Siostry” lub „Potem”, z reguły pozytywne. Już od długiego czasu intrygowała mnie nie tylko fabuła, ale też określenie „Siostry” jako thrillera, gdyż chętnie czytam ten gatunek. Już na wstępie przyznaję, że książka w pełni spełniła moje oczekiwania, a nawet uczyniła o wiele więcej. Jest to nie tylko doskonale skonstruowana powieść psychologiczna, ale też trzymający w napięciu, nieszablonowy kryminał.

Powieść Rosamund Lupton jest przepełniona uczuciami takimi jak miłość, rozpacz, tęsknota, smutek. Stanowi to przygnębiającą, ale zarazem niezwykle wzruszającą historię dwóch sióstr, połączonych szczególną zarezerwowaną dla rodzeństwa. Nawet gdy latami przebywają one z dala od siebie, widują się rzadko, a ich drogi mogłyby się rozejść, nadal utrzymują kontakt, dzieląc się szczegółami ze swojego życia. Nie jest to związek idealny, obie kobiety popełniają błędy na skutek których ich więź się nieco rozluźnia, nie znają się już tak dobrze. Właściwie to Beatrice nie zna już Tess, a okazuje się to dopiero po telefonie o zaginięciu. Bee nie zdawała sobie sprawy, jak wiele ukrywała przed nią młodsza siostra, a najważniejszym pytaniem staje się „dlaczego?”. Beatrice stara się nie poddawać rozpaczy i intensywnie poszukuje siostry, którą zawsze tak bardzo kochała, a czego nie zawsze była świadoma.

Książka została napisana w formie listu Beatrice skierowanego do zaginionej siostry. Kolejność nie jest chronologiczna i z początku nie jest tak łatwo połapać się w fabule, ale potem można się wczuć. Taka forma bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ lubię retrospekcje, dodają one odrobiny tajemnicy. „Siostra” ma mroczny klimat, nieraz podczas lektury może nam towarzyszyć uczucie niepokoju. Sporo zdarzeń rozgrywa się w nocy lub w odosobnionych miejscach, a zabiegi takie jak wrażenie kogoś skradającego się w cieniu, tworzą genialną atmosferę. Powieść zaskakuje, wątki kryminalne są tutaj nieprzewidywalne i nieszablonowe. Przez sporą część książki nie byłam w stanie wskazać winnego, dopiero pod koniec mi się to udało, jednak nie ujmuje to wiele, powieść i tak jest bardzo dobra, a zaskakuje pod innymi względami. Wbrew pozorom jej zadaniem nie jest tylko przestraszenie czytelnika, ona przede wszystkim daje nam do myślenia i czyni to genialnie. Zakończenie jest absolutnie niezwykłe i obraca w pył wszystko, co myśleliśmy wcześniej. Jestem pod wrażeniem pomysłu i emocji, jakie „Siostra” wywołuje. Mogę tylko polecić, bo debiutancka powieść Lupton zachwyciła mnie, stała się moją ulubioną i zmusiła, bym sięgnęła po inną książkę tej autorki. Koniecznie czytajcie, bo warto, bardzo warto!

 Moja ocena: 10/10