Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 stycznia 2014

Zdobycze styczniowe

No, może nie do końca zdobycze, bo żadna z pokazanych książek nie trafia do mnie na własność. Za to wszystkie są świetne i naprawdę zależało mi, żeby móc je przeczytać co po raz kolejny umożliwiła mi... biblioteka. Chwała za katalog online i możliwość rezerwowania upragnionych tytułów! Przepraszam za jakość, ale takie uroki aparatu w moim telefonie. Książka z samej góry, której chyba nie widać, to "Życie Pi". Jak widać zamierzam najpierw czytać, a potem oglądać :) W sumie to wszystko oprócz "Złodziejki książek" i "Życia Pi" już przeczytałam, recenzje wkrótce, jak znajdę chwilę na naskrobanie czegoś sensownego. Trzymajcie się i do napisania! 


niedziela, 1 grudnia 2013

Filmowa niedziela: W pierścieniu ognia


Po zakończeniu Głodowych Igrzysk zwycięzcy wracają do swojego dystryktu, gdzie mają zapewnione spokojne i dostatnie życie. Niestety, tak tylko się mówi, bo naprawdę Katniss i Peeta znajdują się stale w świetle reflektorów, a szczegóły z ich prywatnego życia chłonie całe Panem. Prezydent Snow obawia się Katniss, która dla wielu ludzi stała się symbolem powstania i sprzeciwu władzy, dlatego pragnie ją zmusić do posłuszeństwa, a w najgorszym razie wyeliminować. W dystrykcie 12. dzieje się coraz gorzej, zostają tam sprowadzeni nowi strażnicy, którzy sieją terror i spustoszenie. Tymczasem Katniss i Peeta udaję się w tournee po kraju, podczas którego mają ostatnią szansę na przekonanie społeczeństwa o prawdziwości swoich uczuć, a przez to uratowania bliskich. 


Zwiastun pokazuje praktycznie najważniejsze sceny i mówi wiele o filmie, dlatego miałam pojęcie, jak bardzo emocjonująca będzie ekranizacja w „Pierścieniu ognia”. W sali kinowej zasiadłam dopiero, gdy prawie wszyscy go obejrzeli i przedstawili swoje zdanie na jego temat. Co tu dużo mówić, film od początku był świetny. Tak jak w poprzedniej części charakteryzacja bohaterów i scenerie stały na najwyższym poziomie. Twórcom udało się uchwycić zarówno przepych Kapitolu jak i biedę panującą w poszczególnych dystryktach. W drugiej części pojawiło się kilku nowych aktorów, ja najlepiej zapamiętałam Finnicka, którym chyba wszyscy się teraz zachwycają i ja również powiem, że był super oraz Johanne, bardzo charakterystyczną postać.




Słynny trójkąt znowu występuje w pełnym składzie. W tej części, o ile wcześniej Gale też lubiłam, jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan Peeta i zalety jego charakteru oraz miłość do Katniss. Nie wiem jak ktoś może przedkładać Gale’a nad Peetę, biorąc pod uwagę nie tylko różnicę w ich postępowaniu w tym filmie, ale też wiedzę o tym, co wydarzy się w kolejnej części, chyba tylko ze względu na urodę aktora. Peeta jest uroczy, jego uczucia w stosunku do Katniss szczere, jest zdolny do aktów największego poświęcenia, a i zachowanie dziewczyny względem niego ulega zmianie. Osoby, które nie lubią jego postaci czy tez w ogóle wątku miłosnego uspokoję, że było stanowczo za mało scen z ich udziałem i o ile sama uważam, że ten film nie jest o miłości tylko o większych rzeczach, to i tak mi ich brakowało.

Prawie półtorej godziny zajęło przedstawienie zdarzeń w 12. Dystrykcie i całym Panem, a dopiero ostatnia godzina przenosi widza na arenę, co według mnie jest bardzo rozsądną porcją. O ile wydarzenia podczas Igrzysk są na pewno ciekawe i znaczące, to obawiałam się, że nie zostanie w pełni przedstawiona waga sytuacji na zewnątrz, a w książce właśnie te elementy lubię najbardziej. Myślę, że nie ma osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia sceny brutalnego chłostania, zabijania prowodyrów buntu, przemówienie Katniss i Peety podczas tournee. Takie obrazy wzbudzają ogromne emocje, na mnie szczególnie zadziałały sceny rozmowy Katniss z Prim, uniesienia palców w górę w symbolu zjednoczenia z trybutami (i wszelkie rozdzierające spojrzenia Peety). 
„W pierścieniu ognia” było 10 razy lepsze od pierwszej części. Dopiero kontynuacja w pełni oddała realia panujące w Panem, sylwetki bohaterów, pozwoliła dostrzec tragedię sytuacji. Scen między Katniss i Peetą nie było tak wiele jak się spodziewałam, ale wszystkie były bardzo emocjonalne. Jednak to nie one mnie wzruszały, bo największe wrażenie wciąż robi odwaga bohaterów, ich niezłomność, nadzieja ludzi na wyzwolenie. Film jest rewelacyjny, mogłabym go oglądać jeszcze wiele razy. Co zaskakujące, udało się mu wywołać u mnie podobne emocje jak książka, a to duże osiągnięcie. Już nie mogę się doczekać „Kosogłosa”, a jednocześnie boję się jak zniosę kolejną, w końcu dużo tragiczniejszą część.

Moja ocena: 10/10

PS. Czy ja też podczas filmu nie usłyszałam ŻADNEJ z piosenek wymienionych w soundtracku do filmu? Dopiero na koniec przy napisach pojawiło się Imagine Dragons. Może tak mnie akcja zaaferowała, że na nic więcej nie zwracałam uwagi?



niedziela, 24 listopada 2013

Filmowa niedziela: Carrie (2013)


Carrie to samotna, zamknięta w sobie dziewczyna, wyśmiewana przez rówieśników i nazywana dziwadłem. Mieszka sama z matką, która jest religijną fanatyczką, a atmosfera panująca w domu i zachowania rodzicielki odbijają się na Carrie. Momentem kulminacyjnym w jej życiu jest epizod w szkole, kiedy to dziewczyna staje się pośmiewiskiem. Jednak Carrie odkrywa w sobie niezwykłą moc telekinezy, czyli przenoszenia przedmiotów siłą umysłu, która dodaje jej pewności siebie, odwagi, ale też poczucie władzy. Dziewczyna jest bardzo nieszczęśliwa do czasu, gdy chłopak, który skrycie jej się podoba, zaprasza ją na bal maturalny. Co prawda ma dziewczynę i Carrie węszy podstęp, ale dla udanego wieczoru oddałaby wszystko.

Już zwiastun filmu zdradza bardzo wiele, pokazując wszystkie najważniejsze sceny, co może się nie podobać, gdyż psuje element zaskoczenia. Jednak z drugiej strony u mnie dokładniejsze pokazanie fabuły wzbudziło ciekowość, bo nie wiedziałam, jak dojdzie do poszczególnych zdarzeń. Koniec końców moje wyobrażenie na temat filmu różniło się od faktycznego przebiegu akcji. Toczy się ona szybko, każda scena ma jakiś cel, wprowadza widza w odpowiedni nastrój niepokoju i podnosi napięcie. Już pierwsza minuta filmu sprawiła, że moja ręka z popcornem zamarła w połowie drogi do ust i stwierdziłam, że może skończę przy… e, mniej krwawej scenie.



Na pierwszy plan wysuwa się genialna gra Julianne Moore, wcielającej się w rolę matki Carrie. Udało się jej zagrać fanatyczną wariatkę, której sam widok budził u mnie dreszcz zgrozy. Przy każdej scenie z jej udziałem zastygałam w bezruchu czekając, kiedy w końcu zrobi coś szalonego. Najstraszniejszym miejscem akcji jest dom Carrie, z którego aż bije atmosfera strachu i szaleństwa. Jak można dorastać w takim otoczeniu? Grozy dodaje jeszcze muzyka i zawodzący śpiew, a cytaty z Biblii wymawiane przepełnionym szaleństwem głosem Margaret to już w ogóle. W takich elementach przejawia się atmosfera filmu, tego horroru nie tworzy przelewająca się krew (choć paradoksalnie tej jest mnóstwo), lecz emocje bohaterów, myśli skrywające się w zakamarkach ich głów.

Przed obejrzeniem filmu nie czytałam książki, więc nie dane mi było ich porównać, podobnie jak nie znam starszej ekranizacji. Wiem jedno, ta bardzo mi się podobała. Lubię horrory, choć się ich boję, a przy każdym gwałtownym ruchu strasznej Margaret White podskakiwałam w fotelu (inni widzowie tak nie reagowali). Julianne Moore jest gwiazdą tej ekranizacji, ale Chloë Moretz, wcielająca się w rolę Carrie także bardzo dobrze sobie poradziła, choć słyszałam głosy, że książkowa Carrie była mniej urodziwa. Film jest dość przewidywalny, co jednak nie odbiera mu straszności. Tylko zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało, bo widok Carrie w krwi był bardziej obrzydliwy niż przerażający, a poza tym końcówka była trochę mniej logiczna, ale mimo to szczerze polecam. Warty obejrzenia, trzymający w napięciu horror.



niedziela, 1 września 2013

Filmowa niedziela: Miasto kości




W ciągu ostatniego tygodnia blogosfera zapełniła się opiniami na temat najpopularniejszego ostatnio filmu, czyli „Miasta kości”. Każdy miał okazję wtrącić swoje trzy grosze, więc ja także z niej skorzystam, oczywiście ostatnia. A to wszystko dlatego, że wcale nie zamierzałam oglądać tego filmu, powstałego na podstawie mojej ukochanej serii. Przynajmniej od czasu, gdy poznałam obsadę. Przecież Jace’m powinien być Alex Pettyfer! W końcu to jego podobizna zdobi okładkę pierwszej części Darów Anioła i tak właśnie wyobrażałam sobie głównego bohatera. Tymczasem w rolę Jace Waylanda w filmie wciela się Jamie Campbell Bower, co było mi bardzo nie w smak, w końcu Jace miał być przystojny, a Jamie kompletnie mi się nie podoba, łagodnie mówiąc. Do tego Lily Collins, która wydała mi się dziwna i trochę nie ma miejscu, ale z nią to akurat najmniejszy problem. Jak zobaczyłam Aleca to padłam! Kevin Zegers w ogóle nie przypomina postaci książkowej, przede wszystkim wygląda dużo za staro.



Trwałam więc w swoim postanowieniu nie obejrzenia filmu, jednak zaledwie kilka dni po premierze przeczytałam parę pozytywnych recenzji i nagle zechciałam wybrać się do kina, co też kilka dni później uczyniłam. Pierwsze minuty filmu bardzo mi się spodobały, ze względu na ładne zdjęcie i przyjemnych bohaterów (w pierwszej scenie występowali Clary, Jockelyn i Luke). Wszystko razem bardzo mi pasowało do klimatu książki, więc stwierdziłam, że może nie będzie tak źle. Mój entuzjazm trwał do czasu, gdy na scenę wkroczyli Jace, Alec i Isabelle. Jamie Campbell Bower nie podobał mi się z wyglądu w ogóle, co do tego zdania nie zmienię, jednak nie ukrywam, że swoją rolę zagrał chyba dobrze. Za to taka Isabelle była kompletnie nietrafiona i nijaka. Postać książkowa miała być piękna i nieustraszona, zupełnie inaczej wyglądała też relacja Clary-Isabelle, przecież te dziewczyny za sobą nie przepadały! Tymczasem w filmie niemal od początku zostają przyjaciółkami. Aleca w filmie było mało i pełnił funkcję takiego zapychadła, żeby było. Sceny z nim były śmieszne, ta niechęć do Clary i słowa „Zostaw Jace w spokoju” wypadały sztucznie. Za to pozytywnie zaskoczyła mnie Lily Collins, która była IDEALNĄ Clary już od pierwszej sceny filmu! Zagrała wyśmienicie i gładko wcieliła się w postać książkowej bohaterki. Na uwagę zasługuje także cudowny, uroczy Simon. W książce ta postać jest nudna i wkurzająca, ale w filmie nie da się go nie lubić! Oczywiście w książce nie był też takim przystojniakiem. Robert Sheehan został świetnie wybrany do tej roli.


Kończę rozwodzić się nad bohaterami i przechodzą do fabuły. Już na początku można zauważyć rozbieżności między filmem a książką. Nie obejdzie się tutaj bez małych spoilerów. Szczególnie raziła mnie jedna scena. Kiedy Clary walczy z demonem w swoim domu, podpala wybuchową ciecz, znajdując się kilka centymetrów od niej, niemal ze stopą w kałuży. Wybuch rozsadza kuchnię, szyby wypadają z okien, ale Clary oczywiście nic się nie dzieje, bo schowała się w lodówce za otwartym drzwiami. Śmieszne trochę. I nierealne. A co do rozbieżności, jest ich mnóstwo i to w bardzo ważnych kwestiach. Szczególnie przy końcu filmu jest to widoczne, nie miałam bladego pojęcia, co tam się wyprawia. Może dlatego, że książkę czytałam kilka lat temu, ale nie sądzę. Jestem pewna, że osoby, które nie czytały książki będą miały problemy ze zorientowaniem się o co chodzi, w sumie ja dalej nie jestem tego pewna. A wszystko przez pędzącą na złamanie karku akcję. Film trwa ponad 2 godziny, a mimo to wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko. Została przez to spłycona relacja Clary- Jace. Uczucie między nimi wydaje się pojawiać znikąd, być trochę nierealne i przesłodzone. Zresztą filmowego Jace odbierałam zupełnie inaczej niż książkowego.



Przedstawienie relacji między bohaterami i ich osobowości ucierpiało na rzecz szybkiej akcji. Z historii Nocnych Łowców i urzekającego romansu zrobiono film akcji, w którym na każdym kroku ma miejsce kolejna rozróba. Nie podobało mi się to! Bohaterowie cały czas się lali, naprawdę cały czas. Szczególnie pod koniec filmu, wtedy to już się wyłączałam i czekałam, aż przestaną, nudne trochę to było. Film mimo wszystko przypadł mi do gustu, a jest to zasługą świetnej gry aktorskiej, wyłączając niektóre przypadki i doborem obsady. Poza tym zdjęcia i scenerie są urzekające! Instytut i pomieszczenie w nim przepiękne, cudowne! Można patrzeć i patrzeć. Efekty specjalne też są dość realistyczne w porównaniu do innych produkcji. Na koniec zamieszczam podsumowanie, jakie rzeczy mi się podobały, a jakie nie. Film nie jest bardzo dobry jeśli liczy się na podobieństwo do książki, zgadza się jedynie ogólny zarys fabuły, a zakończenie zmieniono kompletnie. Mnóstwo szybkiej akcji jednym się spodoba, innych znudzą bijatyki. Za to wizualnie wszystko jest zrealizowane pięknie i idealnie, tak właśnie wyobrażałam sobie świat Nocnych Łowców.





Na plus:

-Lily Collins(Clary) i Robert Sheehan (Simon) świetnie pasowali do swoich ról!

-Instytut Nocnych Łowców został przepięknie przedstawiony

-mrożąca krew w żyłach scena, gdy Clary znajduje cały pokój obwieszony dziwnymi znakami, fajne!

-Madame Dorothea, jej mieszkanie i sceny z jej udziałem

-Luke i Jocelyn, bardzo dobrze zagrali

-spięcia między Simonem a Jace’m

-świetnie przedstawiony Magnus





Na minus:

-nierealistyczna scena walki z demonem

-Jace ze swoimi kolczykami w uszach wyglądał jak pirat/przemytnik, a nie Nocny Łowca

-zakończenie nie ma nic wspólnego z książką

-Valetine wyglądał jak Dothracki dzikus z „Gry o tron”, a nie elegancki Valetine z białymi włosami z książki

-mało zabawnych, znanych tekstów Jace’a

-spłycenie relacji Clary-Jace

-Śpiąca królewna(?!)

-Cisi Bracia bardziej śmieszni niż straszni


Moja ocena: 7/10


sobota, 23 lutego 2013

#1. Zdobycze styczniowe i lutowe.

Mam przyjemność zaprezentowac Wam pierwszy w tym roku stos :D Nie wszystkie książki są tu przedstawione, bo większość już zrecenzowałam i po co je tutaj pokazywać ;) Zdecydowana większość to egzemplarze recenzenckie. Kupowanie udało mi się ograniczyć :)  A więc patrzcie i radujcie oczy swe.



Od góry:

1. Mistrz - Katarzyna Michalak; od Filii i Upadłych, już 50 stron za mną :D
2. Circus Maximus, czyli druga część Strażników Historii; pierwszej nie czytałam, ale mam nadzieję, że jakoś to będzie! Od Egmontu, dziękuję :)
3. Insygnia; także od Egmontu.
4. Sprawa trzech desperados; nie wiem czego się spodziewać po tej książce, ale jakoś miło mi się kojarzy :) j.w.
5. Czarne sekundy; już przeczytana, wkrótce recenzja ;) Od Papierowego Księżyca, dziękuję :>
6. Ostatnia spowiedź; przeczytana i zrecenzowana; dziękuję Panu Tomaszowi, który zajmuje się promocją :) RECENZJA
7. Baśniarz; od Wydawnictwa Dreams i Upadłych, recenzja już jest, powinna się wkrótce pojawić na blogu
8. Klątwa tygrysa; prezent od Magdy, dzięki!
9. I nie było już nikogo; od Grupy Publicat RECENZJA
10. Zatruty tron; już miesiąc czytam... Także od Grupy Publicat, dziękuję :)
11. Wyrzutki; już zaczęta, od Jaguara :)
12. Blask; świetna książka, której recenzja już jakiś czas na blogu sobie wisi :) Także od Jaguara, dziękuję :> RECENZJA

Uff, jest co czytać, nie? :)