W ciągu
ostatniego tygodnia blogosfera zapełniła się opiniami na temat
najpopularniejszego ostatnio filmu, czyli „Miasta kości”. Każdy miał okazję
wtrącić swoje trzy grosze, więc ja także z niej skorzystam, oczywiście
ostatnia. A to wszystko dlatego, że wcale nie zamierzałam oglądać tego filmu,
powstałego na podstawie mojej ukochanej serii. Przynajmniej od czasu, gdy
poznałam obsadę. Przecież Jace’m powinien być Alex Pettyfer! W końcu to jego
podobizna zdobi okładkę pierwszej części Darów Anioła i tak właśnie wyobrażałam
sobie głównego bohatera. Tymczasem w rolę Jace Waylanda w filmie wciela się Jamie
Campbell Bower, co było mi bardzo nie w smak, w końcu Jace miał być przystojny,
a Jamie kompletnie mi się nie podoba, łagodnie mówiąc. Do tego Lily Collins,
która wydała mi się dziwna i trochę nie ma miejscu, ale z nią to akurat
najmniejszy problem. Jak zobaczyłam Aleca to padłam! Kevin Zegers w ogóle nie
przypomina postaci książkowej, przede wszystkim wygląda dużo za staro.
Trwałam więc
w swoim postanowieniu nie obejrzenia filmu, jednak zaledwie kilka dni po
premierze przeczytałam parę pozytywnych recenzji i nagle zechciałam wybrać się
do kina, co też kilka dni później uczyniłam. Pierwsze minuty filmu bardzo mi
się spodobały, ze względu na ładne zdjęcie i przyjemnych bohaterów (w pierwszej
scenie występowali Clary, Jockelyn i Luke). Wszystko razem bardzo mi pasowało
do klimatu książki, więc stwierdziłam, że może nie będzie tak źle. Mój entuzjazm
trwał do czasu, gdy na scenę wkroczyli Jace, Alec i Isabelle. Jamie Campbell
Bower nie podobał mi się z wyglądu w ogóle, co do tego zdania nie zmienię,
jednak nie ukrywam, że swoją rolę zagrał chyba dobrze. Za to taka Isabelle była
kompletnie nietrafiona i nijaka. Postać książkowa miała być piękna i
nieustraszona, zupełnie inaczej wyglądała też relacja Clary-Isabelle, przecież
te dziewczyny za sobą nie przepadały! Tymczasem w filmie niemal od początku
zostają przyjaciółkami. Aleca w filmie było mało i pełnił funkcję takiego zapychadła,
żeby było. Sceny z nim były śmieszne, ta niechęć do Clary i słowa „Zostaw Jace
w spokoju” wypadały sztucznie. Za to pozytywnie zaskoczyła mnie Lily Collins,
która była IDEALNĄ Clary już od pierwszej sceny filmu! Zagrała wyśmienicie i
gładko wcieliła się w postać książkowej bohaterki. Na uwagę zasługuje także
cudowny, uroczy Simon. W książce ta postać jest nudna i wkurzająca, ale w
filmie nie da się go nie lubić! Oczywiście w książce nie był też takim przystojniakiem.
Robert Sheehan został świetnie wybrany do tej roli.
Kończę
rozwodzić się nad bohaterami i przechodzą do fabuły. Już na początku można
zauważyć rozbieżności między filmem a książką. Nie obejdzie się tutaj bez
małych spoilerów. Szczególnie raziła mnie jedna scena. Kiedy Clary walczy z
demonem w swoim domu, podpala wybuchową ciecz, znajdując się kilka centymetrów
od niej, niemal ze stopą w kałuży. Wybuch rozsadza kuchnię, szyby wypadają z
okien, ale Clary oczywiście nic się nie dzieje, bo schowała się w lodówce za
otwartym drzwiami. Śmieszne trochę. I nierealne. A co do rozbieżności, jest ich
mnóstwo i to w bardzo ważnych kwestiach. Szczególnie przy końcu filmu jest to
widoczne, nie miałam bladego pojęcia, co tam się wyprawia. Może dlatego, że
książkę czytałam kilka lat temu, ale nie sądzę. Jestem pewna, że osoby, które
nie czytały książki będą miały problemy ze zorientowaniem się o co chodzi, w
sumie ja dalej nie jestem tego pewna. A wszystko przez pędzącą na złamanie
karku akcję. Film trwa ponad 2 godziny, a mimo to wydarzenia rozgrywają się
bardzo szybko. Została przez to spłycona relacja Clary- Jace. Uczucie między
nimi wydaje się pojawiać znikąd, być trochę nierealne i przesłodzone. Zresztą
filmowego Jace odbierałam zupełnie inaczej niż książkowego.
Przedstawienie
relacji między bohaterami i ich osobowości ucierpiało na rzecz szybkiej akcji.
Z historii Nocnych Łowców i urzekającego romansu zrobiono film akcji, w którym
na każdym kroku ma miejsce kolejna rozróba. Nie podobało mi się to! Bohaterowie
cały czas się lali, naprawdę cały czas. Szczególnie pod koniec filmu, wtedy to
już się wyłączałam i czekałam, aż przestaną, nudne trochę to było. Film mimo
wszystko przypadł mi do gustu, a jest to zasługą świetnej gry aktorskiej,
wyłączając niektóre przypadki i doborem obsady. Poza tym zdjęcia i scenerie są
urzekające! Instytut i pomieszczenie w nim przepiękne, cudowne! Można patrzeć i
patrzeć. Efekty specjalne też są dość realistyczne w porównaniu do innych
produkcji. Na koniec zamieszczam podsumowanie, jakie rzeczy mi się podobały, a
jakie nie. Film nie jest bardzo dobry jeśli liczy się na podobieństwo do
książki, zgadza się jedynie ogólny zarys fabuły, a zakończenie zmieniono
kompletnie. Mnóstwo szybkiej akcji jednym się spodoba, innych znudzą bijatyki.
Za to wizualnie wszystko jest zrealizowane pięknie i idealnie, tak właśnie
wyobrażałam sobie świat Nocnych Łowców.
Na plus:
-Lily
Collins(Clary) i Robert Sheehan (Simon) świetnie pasowali do swoich ról!
-Instytut
Nocnych Łowców został przepięknie przedstawiony
-mrożąca krew
w żyłach scena, gdy Clary znajduje cały pokój obwieszony dziwnymi znakami, fajne!
-Madame
Dorothea, jej mieszkanie i sceny z jej udziałem
-Luke i
Jocelyn, bardzo dobrze zagrali
-spięcia
między Simonem a Jace’m
-świetnie
przedstawiony Magnus
Na minus:
-nierealistyczna
scena walki z demonem
-Jace ze
swoimi kolczykami w uszach wyglądał jak pirat/przemytnik, a nie Nocny Łowca
-zakończenie
nie ma nic wspólnego z książką
-Valetine
wyglądał jak Dothracki dzikus z „Gry o tron”, a nie elegancki Valetine z
białymi włosami z książki
-mało
zabawnych, znanych tekstów Jace’a
-spłycenie
relacji Clary-Jace
-Śpiąca
królewna(?!)
-Cisi Bracia
bardziej śmieszni niż straszni
Moja ocena: 7/10