Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2014

Odessa i tajemnica Skrybopolis - Peter van Olmen




Odessa marzy o posiadaniu ojca, takiego który mógłby ją przytulić, przeczytać bajkę na dobranoc i po prostu być. Tymczasem mieszka z matką, która jest bardzo surowa, z nieznanych powodów nie pozwala dziewczynce opuszczać domu, a na wszelkie pytania o ojca nie odpowiada. Odessa jest uczona w domu przez matkę, która nocą zamyka się w bibliotece, gdyż kocha książki ponad wszystko, a wtedy dziewczynka może wyślizgiwać się przez okno i wędrować po okolicy. Świat obserwuje z góry, wszystkie dachy zna już jak własną kieszeń. Aż pewnego razu znajduje świecącą książkę, gonią ją świnie w pancerzach, a jej matka zostaje przez nie uprowadzona.

„Odessa i tajemnica Skrybopolis” to książka dla młodszych nastolatków autorstwa Petera van Olmena. Przedstawia miasto Skrybopolis, o którego istnieniu nie wiedzą zwyczajni ludzie. Jest zamieszkane wyłącznie przez pisarzy i młodzież uczącą się tego zawodu. Śladem matki i zaginionego ojca tam właśnie podąża Odessa. Na swej drodze spotyka wielu znanych autorów i literackich bohaterów, takich jak Szekspir, Dostojewski czy Kafka oraz Hamlet i Romeo. Widać, że powieść ma za zadanie zapoznać dzieci z wybitnymi twórcami i zachęcić ich do zgłębiania w przyszłości ich dzieł. Poza tym pojawiają się tu różne postaci mitologiczne, takie jak Orfeusz i Eurydyka.

„Odessę” czyta się bardzo przyjemnie, autor posługuje się prostym, a zarazem wyrazistym językiem, który idealnie trafia do czytelnika. Fabuła obfituje w mnóstwo zdarzeń, co jest charakterystyczne dla książki typowo przygodowej. Akcja biegnie wartko, przez co nie ma czasu na nudę, a obfitość bohaterów działa na korzyść powieści. Takie elementy, połączone na przykład z rozmowami Odessy ze zwierzętami wyraźnie wskazują na odbiorców powieści, którymi powinny być młodsi czytelnicy. W innym razie książka wyda się zbyt dziecinna, ja odniosłam właśnie takie wrażenie.

Ponadto „Odessa” jest bardzo przewidywalna. Głównym wątkiem jest poszukiwanie przez dziewczynkę ojca, ja jego tożsamości domyśliłam się bardzo wcześnie, bo nawet nie w połowie książki. Znacznie zepsuło mi to zabawę, gdyż mogłam tylko spoglądać na główną bohaterkę i zastanawiać się, jakim cudem ona tego jeszcze nie widzi. W książce bardzo spodobał mi się motyw miasta pisarzy i wykorzystanie znanych autorów jak bohaterów powieści. „Odessa i tajemnica Skrybopolis” może  się bardzo spodobać, owszem, ale dzieciom i młodszym nastolatkom, dlatego też temu gronu ją szczerze polecam.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 25 listopada 2013

Błękitny zamek - Lucy Maud Montgomery




Każdy zna „Anię z Zielonego Wzgórza”, na której wychowały się pokolenia młodych kobiet, jednak nie każdy słyszał o „Błękitnym zamku”, który również wyszedł spod pióra Lucy Maud Montgomery. O ile ta pierwsza, dużo bardziej znana książka, opowiada o dojrzewaniu kilkunastoletniej dziewczynki, o tyle w „Błękitnym zamku” mamy do czynienia z dorosłą bohaterką, Valancy Stirling. Dwudziestodziewięcioletnia kobieta, określana przez bliskich wstydliwym mianem „starej panny” nie ma szczęśliwego życia, od zawsze podporządkowuje się despotycznej, oschłej matce i znosi złośliwe docinki reszty krewnych. Wykonuje codzienne, bezsensowne obowiązki nie wkładając w nie serca i marzy o prawdziwej miłości, w wyobraźni ucieka do wymyślonego Błękitnego Zamku, gdzie czeka na nią kochający mężczyzna.

Pewnie Valancy do końca życia męczyłaby się jak ptaszek zamknięty w zbyt ciasnej klatce, jednak pewne zdarzenie odmienia jej dotychczasowe spojrzenie na świat. Gdy dowiaduje się, że nie pozostało jej tak wiele czasu, postanawia dobrze go wykorzystać i umrzeć w przeświadczeniu, że zrobiła co mogła, by uczynić swoje ostatnie chwile szczęśliwymi. Dlatego opuszcza rodzinny dom i udaje się do jaskini smoka, czyli domostwa odrzuconego przez religijnych, porządnych Stirlingów Ryczącego Abla, pijaka, który sam opiekuje się chorą córką. Valancy udziela im pomocy, nie przejmując się groźbami rodziny, a przy okazji coraz bardziej wikła się w znajomość z mężczyzną, cieszącym się w mieście złą opinią.

Dopiero po zerwaniu duszących więzów z rodziną Valancy pokazuje, jaki uparty, barwny charakterek w sobie skrywała. Kobieta wykracza poza swoje czasy, przeciwstawiając się fałszywości, powszechnej hipokryzji, osądzaniu ludzi po pozorach. W dowcipny sposób wyśmiewa zaściankowość społeczeństwa i wady swoich krewnych, kpiąc z ich nieskrywanego poczucia wyższości. Autorka w  „Błękitnym zamku” pokazuje się z zupełnie innej strony, powieść to udana satyra na ówczesne społeczeństwo. Nie sposób nie uśmiechnąć się pod nosem, czytając o zapatrzonych w czubek własnego nosa ludziach, którzy bulwersują się słysząc prawdę o sobie. Tak naprawdę Valancy to jedyna osoba mówiąca na głos to co myśli, za co określana jest mianem wariatki.

„Błękitny zamek” to powieść dla dziewcząt i kobiet z akcją rozgrywającą się między XIX a XX wiekiem, pod względem tematyki i klimatu można ją porównać do dzieł sióstr Bronte, jednak w przeciwieństwie do nich Montgomery wyśmiewa skrajnie konserwatywne poglądy. Zaskakuje jej dystans do praw rządzących światem, poczucie humoru i charakterek głównej bohaterki, one są największymi atutami książki. Jednocześnie „Błękitny zamek” opowiada o romantycznej miłości, o jakiej marzy każda kobieta, niosąc przy tym pełną dawkę optymizmu i przesłanie, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie.

Moja ocena: 7/10

sobota, 7 września 2013

Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs




Jacob od dziecka słyszał straszne historie o potworach, obrzydliwych bestiach, opowiadane mu przez dziadka, który chętnie wracał też do czasów, gdy mieszkał w sierocińcu w Walii. Opisywał tamtejsze osobliwe dzieci, niektóre z nich były niewidzialne, umiały lewitować, miały niezwykłą siłę, na tyle dużą, by przenosić potężne głazy. Chłopiec był zafascynowany opowieściami dziadka, jednak w miarę dorastania pojawiły się wątpliwości i Jacob przestał wierzyć w niesamowite historie. Jego dziadek, Abraham, cierpiał na manię prześladowczą, miał szafę pełną broni i spodziewał się ataku, co dla członków jego rodziny było niezrozumiałe. Uważali, że Abraham Portman jest po prostu chory psychicznie i należy mu się wyrozumiałość. Jednak pewnego dnia, który podzielił życie Jacoba na Przed i Po, chłopiec uwierzył w podstawność słów dziadka. Abraham Portman został wówczas zagryziony na śmierć przez dzikie psy, jak orzekli rozsądni, jednak chłopiec na własne oczy widział straszliwego potwora. Od tego czasu sam zmagał się z koszmarami i strachami, aż pewnego dnia postanowił wyruszyć do sierocińca, w którym wychował się jego dziadek i poznać prawdę.

„Osobliwy dom pani Peregrine” autorstwa Ransoma Riggsa interesował mnie już od dawna, pozytywne recenzje zachęcały, a książka wydawała się nietuzinkowa. Faktycznie taka jest, a chyba największą zaletą i wyróżniającym ją elementem są zamieszczone w książce fotografie. Przedstawiają one opisywane przez Abrahama Portera niezwykłe dzieci i nie tylko, ilustrują kolejne przygody Jacoba i spotykanych przez niego bohaterów. Zdjęcia są tajemnicze, mroczne, trochę niepokojące, wprowadzają tajemniczy klimat i idealnie uzupełniają tekst. A co do samej historii, akcja rozgrywa się jednocześnie w czasach współczesnych i podczas II wojny światowej. Nie należy wyrabiać sobie zdania, że jest to książka historyczna. Nie opisuje ona prawdziwych wydarzeń, a jedynie poczynania fikcyjnych postaci w tamtym okresie. Jest to trochę thriller, głównie powieść fantastyczna, opisująca świat niewidoczny dla przeciętnych śmiertelników oraz ma w sobie coś z powieści przygodowej dla młodzieży.

Obecnie fantastyka dla młodzieży kojarzy się głównie z istotami nadprzyrodzonymi, czyli wilkołakami, wampirami, aniołami czy demonami lub ludzkimi bohaterami, ale obdarzonymi paranormalnymi mocami. Pod tym względem powieść Ransoma Riggs’a jest oryginalna, gdyż główną rolę odgrywają w niej osobliwe dzieci. Więcej na ich temat nie zdradzę, historię ich pochodzenia i pozostałe tajniki ich ukrytego świata poznacie na kartach powieści. W „Osobliwym domu pani Peregrine” występuje nawet wątek podróżowania w czasie, co może dodatkowo zainteresować niektórych, tym bardziej że został potraktowany w ciekawy sposób. Bardzo spodobał mi się pomysł autora na powieść, jednak mam także co do niej pewne zastrzeżenia. Spodziewałam się, że książka będzie bardziej straszna, w końcu te zdjęcia robią wrażenia i sprawiają upiorne wrażenie. Tymczasem otrzymałam książkę dla nastolatków, łatwo można wyczuć, że jest ona skierowana właśnie do tego grona czytelników. Podobnie jak w młodzieżowych powieściach Zafona bohaterowie są bardzo młodzi, a ich sposób myślenia i postrzegania świata znacznie odbiega od tego oczekiwanego przeze mnie, wolałabym, gdyby książka była bardziej dojrzała. Wiek Jacoba to według mnie jej największy mankament.

Poza tym reszta bohaterów też nie zrobiła na mnie spodziewanego dużego wrażenia. Są oni ciekawi tylko dzięki swoim niezwykłym zdolnościom i historiom, jednak nie mają wyróżniających się charakterów, są dość nijacy. W powieści pojawia się też wątek miłosny, który jest bardzo młodzieżowy i może się nie spodobać starszym czytelnikom, dla mnie był nudny i odniosłam takie samo wrażenie jak czytając o miłościach w książkach Zafona, a za tymi elementami u niego nigdy nie przepadałam. Chyba tylko bohaterowie i ich niedojrzałość mi w „Osobliwym domu pani Peregrine” nie przypadły do gustu. Poza tym historia jest bardzo oryginalna i ciekawa. Początkowo akcja rozwija się dość wolno, ale gdy już się rozkręci, to nie można narzekać na brak nieprzewidzianych wypadków, autorowi udało się mnie zaskoczyć rozwojem historii. Myślałam też, że książka jest historią jednotomową, a pod koniec okazało się, że fabuła nie doczekała się zakończenia i mogę się spodziewać kontynuacji. Została ona już potwierdzona przez autora, druga część „Osobliwego domu pani Peregrine” pojawi się w 2014 roku.

Moja ocena: 7/10


piątek, 16 sierpnia 2013

Kwiat pustyni - Waris Dirie



Waris Dirie urodziła się w plemieniu nomadów i żyła wraz z rodziną na somalijskiej pustyni. Nikt spoza tej społeczności nie pojmie trudów codzienności: podróżowanie wraz ze stadami w poszukiwaniu wody; ciężka praca, którą musiał wykonywać każdy, nawet dzieci; niekiedy przymieranie głodem. Ale najbardziej szokujące są zwyczaje i tradycje dotyczące mieszkańców wielu afrykańskich krajów, a szczególnie jeden z nich, czyli obrzezanie. Ten okrutny zabieg nie ominął także Waris, która pragnie opowiedzieć światu swoją historię. Historię somalijskiej dziewczyny, która zawsze pragnęła dla siebie czegoś więcej, niż sprzedania się zgrzybiałemu starcowi w zamian za kilka wielbłądów i smutnej egzystencji. Dlatego w wieku 13 lat zdecydowała się uciec od rodziny i poszukać szczęścia w mieście, u siostry, która kilka lat temu wybrała podobną drogę. Potem nastąpił wyjazd do Europy, kariera w modelingu i show biznesie.

Kwiat pustyni to opowieść Waris Dirie o jej dzieciństwie i dorastaniu na somalijskiej pustyni oraz późniejszej wędrówce na szczyt. Jednak głównym przesłaniem książki bynajmniej nie jest pokazanie, że „chcieć to móc” i nawet afrykańska dziewczynka może stać się gwiazdą, wiele osiągnąć. Dlaczego więc Waris Dirie spisała swoją historię? „Kwiat pustyni” to pouczenie i rozpaczliwy apel do człowieka, zarówno afrykańskiej kobiety, która godzi się na kultywowanie barbarzyńskiego zwyczaju jak i do Europejczyka, która żyje w swojej strefie komfortu nie mając pojęcia, jakiemu cierpieniu poddawane są 2 miliony kobiet rocznie.  Celem autorki jest zwrócenie uwagi czytelnika, skłonienie go do refleksji i zachęcenie do wspomożenia walki z okaleczaniem kobiet, a jest to możliwe za pośrednictwem organizacji takiej jak FGM.

Zaletą książki Waris Dirie jest ciekawa, szokująca historia, którą kobieta miała do opowiedzenia. Widać, że nie jest pisarką, ale „Kwiat pustyni” broni się dzięki przedstawionym przez nią faktom. Bo nie oszukujmy się, styl jakim posługuje się autorka nie aspiruje do pisania książki, jest zwyczajny i niewyróżniający się. Wiemy już jednak w jakim celu książka powstała, by skłonić do zastanowienia i wpłynąć na opinię publiczną. I na tym polu Waris Dirie odniosła sukces. Jeszcze zanim przeczytałam książkę słyszałam o niej wiele dobrego, była mi polecana jako poruszająca lektura i faktycznie taka się okazała. Autorka nie ucieka się do ogólników, lecz nazywa rzeczy po imieniu i dokładnie, czasem brutalnie przedstawia rzeczywistość afrykańskiego świata. Książka wywarła na mnie spore wrażenie, przy niektórych scenach czułam ściskanie w gardle i trudno było nie płakać ze współczucia i bezsilności.

O ile autorka odniosła sukces, gdyż udało jej się przybliżyć problem okaleczania afrykańskim kobiet, niestety nie udało jej się zainteresować mnie opisami codziennego życia zamieszczonymi na początku książki. Wydaje mi się, że to język jakim posługuje się Waris nie zachęca do przebijania się do sedna historii, na początku trochę się zniechęciłam i nudziłam. Na szczęście dalsza część wynagradza wady, gdyż kto lepiej przedstawi dramat somalijskiej dziewczyny niż ona sama? Książka jest bardzo smutna i drastyczna, ale wywołuje oczekiwane emocje i być może skłoni niektórych do zainteresowanie się problemem.  

Moja ocena: 7/10

niedziela, 14 lipca 2013

Czerwone gardło - Jo Nesbo



Harry Hole zostaje awansowany na komisarza, a tak naprawdę odsunięty w kąt, po tym jak zastrzelił agenta ochrony, którego uznał za zagrożenie dla eskorty. Wkrótce wpada na trop sprawy pojawienia się w Norwegii bardzo rzadkiego i specjalistycznego karabinu, który jest bronią płatnych zabójców i terrorystów. Choć kierownictwo jest przeciwne angażowaniu się komisarza w sprawę, zaczyna on interesować się kręgami neonazistów, bo tam prowadzi go trop. Mające miejsce w niedługim czasie morderstwa dotyczą różnych spraw, ale jakiś element zdaje się je łączyć. Z teraźniejszymi wydarzeniami wiąże się też historia z II wojny światowej, a konkretnie losy kilku żołnierzy norweskich walczących po stronie Niemiec. Jeden z nich, Daniel zginął pewnej nocy w okopie, a reszta przetrwała, dezerterując lub lądując z poważnymi obrażeniami w szpitalu. Wydawałoby się, że historia jest zakończona, jednak nie do końca.

„Czerwone gardło” to trzecia powieść Jo Nesbo z cyklu o komisarzu Harry’m Hole. Jest to kryminał, jednak nie brakuje w nim wątków historycznych czy politycznych. Jest to dopiera druga książka tego autora z jaką miałam do czynienia, ale już zauważyłam, że nie lubi on prostej, współczesnej fabuły charakterystycznej dla większości kryminałów. Nie każdemu może się spodobać, że wplata do książek różne wątki, a historie nie opierają się na zbrodniach dotyczących pojedynczych ludzi. U Nesbo zagadki kryminalne mają drugie dno, są zwykle częścią większej historii i mają duże znaczenie,  poczynania bohaterów mogą mieć przykładowo wpływ na cały kraj i najwyższe władze. Poza tym przez takie nawiązania do historii i w gruncie rzeczy skomplikowaną fabułę, czytelnik może mieć problem z połapaniem się w tym wszystkim. W moim przypadku też tak było i trochę mnie to irytowało. Najgorzej jest na początku, kiedy pojawia się masa bohaterów i każdemu jest poświeconych kilka stron, ale wcale nie wiemy kim oni są i jakie mają znaczenie dla historii, jakie są powiązania między innymi.

Taki natłok bohaterów i skomplikowana fabuła ostudziły mój zapał do książki i byłam nią zniechęcona, mimo to konsekwentnie brnęłam dalej, na szczęście tylko początek był tragiczny. Bardzo przypadła mi do gustu historia rozgrywająca się podczas II wojny światowej, której poświęcono prawie tyle samo miejsca co współczesnej akcji. Niestety jest ona dużo ciekawsze niż rozgrywające się w teraźniejszości wydarzenia, co powoduje duży rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema historiami. Przez jakiś czas byłam przekonana, że wiem czego mogę się spodziewać po fabule i byłam zdziwiona, że to nawet nie jest zagadka kryminalna. Oczywiście moje poglądy się zmieniły, bo okazuje się, że Nesbo potrafi namieszać, po raz kolejny się o tym przekonałam.

Nesbo kreuje dość ciekawych bohaterów, szczególnie tych z przeszłości. Natomiast tworząc komisarza Harry’ego Hole posłużył się schematami właściwymi kryminałom, czyli główna postać miała trudne przejścia, a teraz boryka się z nałogiem alkoholowym i kolejnymi katastrofami w życiu osobistym i zawodowym, co nie zmienia faktu, że budzi sympatię czytelnika. Autor nie zakończył jednego wątku i choć nie jest to znacząca zagadka, zachęca do śledzenia dalszych losów policjanta. Natłok postaci i zbyt wiele wątków spowodowało, że książka nie trzyma w napięciu i czyta się ją ciężko, choć w pewnym momencie wciąga. Dobrze zrobiłoby jej skrócenie przesadnie rozwleczonej fabuły. „Czerwone gardło” to niezła powieść, ale ja nie jestem w pełni usatysfakcjonowana i liczę na więcej w kolejnych tomach.

Moja ocena: 7/10

Cykl o Harry'm Hole:
1.Człowiek nietoperz
3.Czerwone gardło
4.Trzeci klucz
5.Pentagram
6.Wybawiciel
7.Pierwszy śnieg
8.Pancerne serce
9.Upiory


poniedziałek, 8 lipca 2013

Pretty little liars. Bez serca - Sara Shepard



Pretty little liars to seria autorstwa Sary Shepard, opowiadająca o grupie czterech przyjaciółek. Kiedyś było ich pięć razem z przewodzącą paczce Alisson. Dziewczyna była szkolną pięknością i osobistością, każdy liczył się z jej zdaniem i chciał być taki jak ona. Jednak pewnego dnia Ali zaginęła, a jakiś czas później znaleziono jej ciało. Wydarzenie było ogromnym szokiem i odcisnęło swoje piętno na przyjaźni dziewczyn, które oddaliły się od siebie. Dopiero po pewnym czasie zaczęły znowu trzymać się razem, nie ze względów sentymentalnych, połączyła je bowiem dużo bardziej prozaiczna rzecz. Zaczęły otrzymywać wiadomości od tajemniczego nadawcy, podpisującego się A., który zdawał się wiedzieć na ich temat wszystko, znał nawet sekrety, które powierzyły tylko Ali.

Tak w skrócie przedstawia się początek fabuły serii i osobom, które nie miały z PLL nic do czynienia te informacje powinny wystarczyć. Natomiast czytelnikom, którzy znają poprzednie tomy wyjawię trochę więcej. Wydarzenia opisane w „Bez serca” zaczynają się w chwili, gdy kończy się poprzedni tom, czyli już po rozpętaniu się pożaru w lesie przylegającym do posiadłości Hastingsów. Różnica jest taka, że dziewczyna łudząco przypominająca Ali zniknęła, a lekarze wmawiają przyjaciółkom, że była to jedynie halucynacja. Całe Rosewood zmawia się przeciw Kłamczuchom, uznając je za oszustki. Trudno się dziwić, ich historia brzmi szaleńczo. A jak potoczą się losy dziewczyn? Emily wyjedzie szukać prawdy w społeczności amiszów, Spencer pozna mroczne sekrety rodzinne i zbliży się do rodziców, Hanna wyląduje w ośrodku psychiatrycznym, a Aria znajdzie nowego chłopaka i zacznie rozmawiać z duchami. Zapowiada się na to, że A. nieźle wywiedzie dziewczyny w pole.

Seria PLL jest bardzo znana i na ogół zbiera pozytywne opinie. Trudno się temu dziwić, autorka nie tylko porusza bliskie nastolatkom tematy i opowiada o życiu ich rówieśników, ale też łączy codzienność z mroczną zbrodnią i tajemnicami. Dużo wątków poświęconych jest takim tematom jak młodzieżowe miłości, przyjaźń, popularność, imprezowanie, homoseksualizm czy problemy z odżywianiem. Na te zagadnienia trzeba patrzeć z przymrużeniem oka, gdyż świat bogatych dzieciaków z Rosewood nijak ma się do naszej rzeczywistości, co jednak nie przeszkadza nam zaangażować się w życie bohaterek. Jeśli chodzi o ich kreacje nie należy wymagać zbyt wiele, są to dość płaskie i głupiutkie postacie, których nie można porównywać z dobrymi literackimi bohaterami. Podobnie jest z językiem powieści i stylem autorki, wiele osób potrafiłoby w taki sposób napisać książkę, w PLL doznania literackie schodzą na dalszy plan.

Za to nie każdy wpadłby na tak dobry pomysł. Morderstwo dziewczyny i prześladowanie jej przyjaciółek przez tajemniczych osobników zagwarantowało serii popularność, a nawet ekranizację. Swoją drogą jest ona na początku dość dobra, choć w trzecim poziomie zaczyna mijać się z celem, gdyż wszelka logika i spójność zanika, dlatego też serial przestałam oglądać. Trzeba jednak przyznać, że ma on swój klimat i pewnie gdybym go wcześniej nie obejrzała, nie wyobrażałabym sobie Rosewood w ten sposób, bo język książek nie jest zbyt obrazowy. Poza tym w powieściach może zniechęcać mnóstwo pojawiających się nazw marek, które tylko podkreślają snobizm bohaterów. Jest to pomysł beznadziejny, bo jeśli na każdej stronie autorka pisze jakiej firmy jest torebka czy buty staje się to denerwujące.

Jak na tle innych przedstawia się część siódma? „Bez serca” wciąż jest dobre, a perypetie bohaterek zaskakują. Na szczęście akcja nie skupia się jedynie w Rosewood, pojawiają się nowe scenerie. Przez to, że  oglądałam serial książka nie była dla mnie tak nieprzewidywalna jak mogłaby być, co nieco psuje efekt. O serii i serialu mówi się wiele, nie da się czasem uniknąć spoilerów, a potem książki nie zaskakują nas tak jakbyśmy chcieli. Nie w smak było mi też zakończenie. Po pierwsze dlatego że autorka serwuje rozwiązanie z kosmosu. Nie zostawiała nam odpowiednich wskazówek, więc czytelnik nie miał szans, żeby samemu spróbować kombinować. Wydaje mi się, że poprzednie tomy były bardziej logiczne. Poza tym zakończenie w połowie sprowadza się do zakończenie tomu szóstego! Zagranie z przedłużeniem tego samego wątku o kolejną książkę było nie tylko irytujące, ale też nie fair. Mimo to wciąż lubię tę serię i już zaczęłam kolejny tom. Do Rosewood wciąż chce się wracać.

Moja ocena: 7/10

Seria PLL:

1. Kłamczuchy
2. Bez skazy
3. Doskonałe
4. Niewiarygodne
5. Zepsute
6. Zabójcze
7. Bez serca
8. Pożądane
9. Uwikłane
10. Bezlitosne
11. Olśniewające
12. Rozpalone
13. Crushed
14. Deadly

czwartek, 4 lipca 2013

Spętani przez bogów - Josephine Angelini



Rozpoczyna się nowy rok szkolny, a wraz z nim na wyspę przeprowadza się liczna rodzina Delosów. Zamknięta społeczność mieszkańców skutecznie podchwytuje nowy temat plotek, co z niezrozumiałych powodów irytuje Helenę. Dziewczyna czuje niechęć na myśl o nowych sąsiadach, bynajmniej nie z zazdrości. Jej zachowanie staje się tym bardziej szokujące, gdy już pierwszego dnia w szkole rzuca się najprzystojniejszego chłopaka, jakiego kiedykolwiek widziały te mury. A co jeszcze dziwniejsze, próbuje go zabić gołymi rękami.

„Spętani przez bogów” to pierwsza część trylogii należącej do gatunku paranormal romance, której autorką jest Josephine Angelini. Pewnego dnia do miasteczka sprowadza się rodzina Delosów, a pierwsze ich spotkanie z Heleną przeradza się w walkę na śmierć i życie. Późniejsza sytuacja dziewczyny się nie poprawia, gdyż nie tylko narobiła sobie wrogów w szkole i przestraszyła ojca, ale też zaczęły ją dręczyć koszmary. Niby to tylko drastyczne sny, jednak okazują się aż nadto realne, tym bardziej że po każdej nocy pozostaje dziewczynie pamiątka…

„Spętani przez bogów” mogłoby być zwyczajnym paranormalem, jakich wiele na rynku. Książka na pierwszy rzut oka zupełnie się nie wyróżnia i jedynie bardzo pozytywne rekomendacje zachęciły mnie do zapoznania się z nią. Już po lekturze kilkudziesięciu stron miałam mocne odczucie, że książka bardzo przypomina mi inny tytuł, a jest nim „Zmierzch”. Doprawdy zaskoczyło mnie, jak świat przedstawiony, bohaterowie i poszczególne sceny były podobnie przedstawione w obu pozycjach. Już sam początek, gdy do akcji wkracza tajemnicza, doskonała i piękna rodzina. Oczywiście głównej bohaterce wpada w oko najprzystojniejszy chłopak o imieniu Ed… A nie, Lucas, przecież Edward był w „Zmierzchu”! Przypadek? Nie wydaje mi się, tym bardziej że pojawia się cała masa takich podobieństw. Helena oczywiście mieszka tylko z ojcem, nie lubi się  z bratem Lucasa, trenuje z jego rodzeństwem, ba! nawet próbuje uwieść przystojniaka, który odrzuca jej zaloty. A to wszystko już gdzieś było…

Nie jestem bardzo zrażona faktem podobieństwa do „Zmierzchu”, w sumie mnie ono bawiło. Z drugiej strony niektórym czytelnikom może się to bardzo nie spodobać, bo bez przesady, żeby na każdym etapie powieści można było porównać jej akcję z książką o krwiopijcach. Nawet już nie chodzi o wzorowanie się autorki na Zmierzchu, ale „Spętani przez bogów” jest bardzo schematyczne jeśli chodzi o ten gatunek, ponieważ znalazły się tam wszystkie elementy, o jakich myślimy, gdy pojawia się hasło „paranormal romance”. Stopniowo tworzy się uczucie między bohaterami, którzy początkowo się nienawidzą, ale każdy wie jak to się skończy. Znajomość bohaterów, znaczy się, bo już zakończenia powieści nikt nie jest w stanie przewidzieć. Mimo że „Spętani przez bogów” bazuje na pewnych schematach typowych dla gatunku, powieść jest nieprzewidywalna i trzymająca w napięciu, gdy już przebrnie się przez nudny początek.

Wrócę do zdania, które rozpoczęłam dwa akapity wcześniej. „Spętani przez bogów” mogłoby być zwyczajnym paranormalem, gdyby nie to, iż nie jest to powieść o wampirach czy wilkołakach. Za to pojawia się grecka mitologia w pięknym wydaniu. Fabuła jest skomplikowana i czasem trudno się w niej połapać, jednak ostatecznie greckie motywy zgrabnie się komponują i co najważniejsze, przedstawione są w interesujący sposób, bezpośrednio dotyczący bohaterów. Przy niektórych przewijających się po drodze elementach nie trudno stwierdzić, że odegrają one ważną rolę w historii i dziwimy się bohaterce, która nie dostrzega rzeczy oczywistych. Jednak mimo to powtarzam, książka jest nieprzewidywalna i wciągająca. Na początku trochę w to nie wierzyłam, bo czytałam na siłę, ale potem zostałam pozytywnie zaskoczona. W książce raziło mnie wiele rzeczy, chociażby te podobieństwa czy zbyt uproszczeni bohaterowie i tym zastrzeżeniom poświęciłam znaczną część recenzji, więc możecie myśleć, że książka mi się nie podobała. Ale ciekawie wpleciona w fabułę mitologia, która jest właściwie głównym motywem, rekompensuje braki.

Moja ocena: 7/10

Trylogia Spętani przez bogów:
1.Spętani przez bogów
2.Wędrówka przez sen
3.Bunt bogini

wtorek, 2 lipca 2013

Scarlet - Marissa Meyer



Kopciuszek już uciekł z pałacu od przystojnego księcia, zdążył zgubić stopę i rozwścieczyć złą królową. Teraz siedzi w więzieniu, ale nie należy się zbytnio niepokoić, gdyż lada chwila ucieknie na statek kosmiczny z przypadkowo poznanym nieznajomym. Skoro mamy Kopciuszka, gdzież podziewa się Czerwony Kapturek i zły Wilk? Znajdziemy ich gdzieś we Francji, a konkretnie w miasteczku Rieux. Rudowłosa Scarlet pracuje na farmie swojej babci, zajmując się głównie uprawą warzyw. Jej życie jest bardzo spokojne i jednostajne, aż do czasu gdy jej ukochana babcia zostaje porwana, bo cóż innego mogło się z nią stać, przecież z własnej woli nie zostawiłaby wnuczki i gospodarstwa. Policja nie znajduje żadnych tropów, a dziewczyna jest zrozpaczona. Gdy poznaje w karczmie młodego mężczyznę o przydomku Wilk znajduje wsparcie w poszukiwaniach i wraz z nowym znajomym planuje udać się Paryża.

„Scarlet” Marissy Meyer to druga część Sagi Księżycowej. Stanowi kontynuację opowieści o Cinder i rozgrywa się w tym samym świecie w zaledwie kilkudniowym odstępie czasu od poprzedniego tomu. Jednak tym razem pojawia się kolejna główna bohaterka, którą jest tytułowa Scarlet, mająca uosabiać baśniowego Czerwonego Kapturka. Faktycznie da się w historii Meyer znaleźć coś z baśni braci Grimm, bo choć całość stanowi metaforę popularnej opowieści, mamy bardzo dosłownego Wilka i „wędrówkę przez las”. Wydawało mi się, że ciężko będzie realnie przedstawić fabułę w taki sposób, by jednoznacznie kojarzyła nam się z baśnią ze względu na nowoczesność świata przedstawionego. Moje obawy były nieuzasadnione, bo jak widać nawet w cywilizowanym świecie nie brakuje agresji i zwierzęcości.

Autorka zgrabnie pozwala nam śledzić na zmianę losy Scarlet i Cinder. Początkowo nie byłam zachwycona tym zabiegiem, wydawało mi się, że bardziej zaciekawi mnie opowieść o Czerwonym Kapturku i będzie mi brakować scen z jego udziałem. Tymczasem dawka proponowana przez autorkę okazała się dobrze wyważona i przestałam mieć co do niej zastrzeżenia. Jeśli chodzi o główne bohaterki, mimo wszystko bardziej lubię Cinder, która jest zabawna i skora do działania, bo Scarlet była aż nadto energiczna i w gorącej wodzie kąpana, jej naiwność może razić. Za to Wilk jak Wilk, nieprzewidywalny, nie da się do końca odgadnąć jego zamiarów. I tu zaczynają się rozbieżności z baśnią i poprzednią częścią, gdyż „Scarlet” jest dużo bardziej nieprzewidywalna od poprzedniczki. Na szczęście historia poszła własnym torem i już od drugiej połowy działo się nieźle, zaskoczyło mnie jak dobry pomysł miała autorka. Historie Kopciuszka i Kapturka nie tylko łączą się ze sobą, ale też oddziałują na cały świat przedstawiony.

Trudno się o coś do książki przeczepić, jednak nie będę ukrywać, że męczyłam ją prawie 2 tygodnie. Około dwusetnej strony zacięłam się i nijak nie mogłam ruszyć dalej, na szczęście zawzięłam się i zmusiłam do dalszej lektury. Efektem tego jakieś 100 stron później się wciągnęłam i mogłam być pod wrażeniem pomysłowości i kunsztu autorki. Nie pałam do Sagi Księżycowej miłością jak niektórzy i nie uważam jej za arcydzieło, ale jednak pomimo słabszych momentów generalnie dobrze się przy niej bawię. Niniejszym ogłaszam drugą część lepszą od poprzedniczki, za bardzo ciekawy i rozwijający się wątek o Lunarach.

Moja ocena: 7/10

Saga Księżycowa:

1. Cinder
2. Scarlet



sobota, 15 czerwca 2013

Na dużym ekranie: Wielki Gatsby




Wielki Gatsby. Film ze świetnym, hipnotyzującym zwiastunem, który wręcz kazał mi udać się do kina i zobaczyć nową produkcję z najwspanialszym Leonardo DiCaprio( ach ta „Wyspa tajemnic”! A „Incepcja” to dopiero było coś). Więc posłuchałam, choć nie spieszyłam się zbytnio i w końcu w zeszłym tygodniu miałam okazję zobaczyć  Gatsby’ego na dużym ekranie. Relacja będzie krótka, gdyż o filmach nie umiem opowiadać tak dużo jak o książkach :P

Plus należy się za obsadę, genialna! Przede wszystkim DiCaprio, który idealnie pasował do roli bogatego romantyka Gatsby’ego. W każdym filmie ma inną twarz, a w tym również bardzo mi się spodobał. Rolę narratora pełni Nick Carraway (Tobey Maguire), który opowiada nam swoją historię. Może Daisy (Carey Mulligan) nie była idealna, coś tam zgrzytało chwilami, ale mimo to jestem zadowolona z aktorów, bo to dzięki nim film był tak dobry.

„Wielkim Gatsby’m” nie jestem zachwycona, a to wszystko z powodu samej fabuły, która nie wydała mi się zbyt fascynująca. Liczyłam na coś mocniejszego i zaskakującego, ale historia rozwijała się wolno i wielkich zwrotów akcji w niej zabrakło. Było jednak kilka robiących wrażenie scen. Aktorzy robili co w ich mocy, by z takiej w gruncie rzeczy sielankowej, zwyczajnej (dla mnie taka była) historii miłosnej wyciągnąć jak najwięcej i należą się im za to brawa. Film powstał na podstawie książki, więc nie należy zarzucać jego twórców, że ich pomysł do najciekawszych nie należał, widać tak było w wersji pisanej. Ktoś czytał? Bo może to jednak scenarzyści trochę spłycili tę historię? Ciekawa jestem Waszych opinii. Bo naprawili to w realistyczny sposób przedstawiając tamte czasy, kolorowe i szalone życie, jakie wiodła elita społeczna i choć mogło się ono wydawać fantastyczne, to jednak zachowanie ludzi mnie przerażało.

Całą historię uświetniał genialny soundtrack! Piosenki były przepiękne i dobrze dopasowane, w najważniejszych scenach pojawiały się odpowiednie nuty, które wzmacniały odbiór filmu. Teraz ich sobie słucham. :) Muzyka jest unowocześniona, niepasująca do tamtych czasów, ale taki zabieg wypadł tutaj bardzo dobrze. Jak zakończy się film można było przewidzieć dużo wcześniej, a przy końcu zabrakło mi wielkich emocji. Zapadła za to cisza, gdy już napisy leciały, a nikt się nie odzywał. Po wyjściu było ze mną podobnie. :) Podsumowując sama historia nie jest najciekawsza, ale twórcy doskonali odzwierciedlili życie w tamtych czasach, a i aktorzy dali radę. Więc polecam, warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Klątwa opali - Tamora Pierce



Rebecca Cooper właśnie rozpoczyna służbę w Gwardii Starościńskiej. Od pierwszego dnia zaczyna prowadzić dziennik, w którym spisuje kolejne dni mijające na ściganiu bandytów, wyłapywaniu grasujących po targu złodziejaszków i wsadzaniu za kratki agresywnych rodziców. Bowiem członkowie Gwardii, potocznie nazywani Psami, zajmują się walką z przestępczością w mieście. Pracują na kilka zmian, dlatego wyróżniamy Straż dzienną czy wieczorną, a także w różnych rejonach, Becca chce działać w Niższym Mieście. Jest to miejsce najbardziej niewdzięczne i niebezpieczne, ale dziewczyna się w nim wychowała i dobrze zna jego zakamarki. Teraz jest dopiero Szczenięciem, ale trafia pod opiekę wybitnych Psów, Tunstalla i Goodwin. Są to postacie specyficzne, budzące u niej lęk i respekt, ale ma nadzieję, że współpraca ułoży się dobrze. Tym bardziej że już wkrótce wpadają na trop większej afery, niż przeciętni kieszonkowcy.

Klątwa Opali autorstwa Tamory Pierce to książka trochę przygodowa, w głównej mierze detektywistyczna, a dodatkowo rozgrywająca się w czasach odpowiadających średniowieczu, aczkolwiek świat przedstawiony wygląda inaczej niż nasz. Nawet wątki fantastyczne się znajdą, a uosabia je postać głównej bohaterki, która nie dość, że pracuje w służbach odpowiadających naszej policji, to jeszcze zbiera informacje od gołębi i potrafi rozmawiać z Pyłami. Autorka miała duże pole do popisu, ponieważ połączyła ze sobą wiele różnych pomysłów, a i kryminalnych intryg nie zabrakło. W dodatku Klątwa Opali to dopiero pierwszy tom „Kronik Cortallu”.

Akcja powieści Tamory Pierce rozgrywa się w czasach średniowiecznych, więc język nie jest uwspółcześniony, ale też nie ma problemów z jego zrozumieniem. Czas akcje bardziej widoczny jest w opisach miasta i żyjących w nim mieszkańców, które są ciekawe i realistyczne, autorka skupiła się na prostych ludziach z najbiedniejszej dzielnicy. Kolejne dni służby w Gwardii opisywane są bardzo dokładnie w formie dziennika przez Beccę. Warto wspomnieć, że dziewczyna naprawdę cieszy się swoją pracą i pragnie osiągnąć w niej jak najwięcej. W przeciwieństwie do swoich rówieśników nie jest do niej zmuszana z braku lepszego zajęcia. Dziewczyna to robiąca pozytywne wrażenie bohaterka, jest odważna i silna, ma własne zdanie i konsekwentnie dąży do celu, choć z drugiej strony jest nieśmiała w kontaktach z ludźmi. Na uwagę zasługują jej szczególne zdolności, czyli porozumiewanie się z gołębiami i ulicznymi pyłami.

Jeśli chodzi o kryminalny aspekt książki, występują w niej dwie główne intrygi. O ile rozwiązanie pierwszej jest dość oczywiste, to równoległa już tak przewidywalna nie jest. Obstawione przeze mnie dwa typy niestety się nie sprawdziły, wyprzedziłam Beccę dopiero pod koniec o kilka stron. Natomiast codzienne zmagania Psów z przestępczością w Niższym Mieście nie są zagadką logiczną, a raczej scenami typowymi dla książki przygodowej. Poza Beccą wartymi uwagi bohaterami są jej opiekunowie Tunstall i Goodwin, bo już nastoletni przyjaciele dziewczyny specjalnie się nie wyróżniali i wrażenia na mnie nie wywarli.

Klątwa opali nie jest książką rewelacyjną, ale też się przy niej nie nudziłam. Stale coś się dzieje, życie bohaterki obfituje w wiele wrażeń. Intryga detektywistyczna jest dość ciekawa i w połowie nieprzewidywalna. Kilka postaci budzi pozytywne uczucia, wywołuje uśmiech na twarzy, oni się pisarce udali, choć niektórzy są przeciętni. Język powieści jest przystępny i zachęcający do lektury, jednak Klątwa opali nie wciągnęła mnie aż tak bardzo, żebym nie mogła się od niej oderwać. Podsumowując, całkiem niezła młodzieżówka z wątkiem detektywistycznym.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar

piątek, 10 maja 2013

Karaluchy - Jo Nesbo



Komisarz Harry Hole zostaje wytypowany do rozpracowania ściśle tajnej sprawy, której ujawnienie mogłoby wywołać skandal i niechęć do rządu. W tym celu policjant wyjeżdża z Norwegii do Tajlandii, gdzie w motelu pełniącym funkcję burdelu znaleziono zamordowanego przez pchnięcie nożem w plecy norweskiego ambasadora, przyjaciela premiera. Rozpoczynają się poszukiwania nieuchwytnego sprawcy, który nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Policja nie może znaleźć punktu zaczepienia, jedyne poszlaki łączą sprawę z przestępstwami na tle seksualnym, z których słynie Tajlandia. Śledztwo jest prowadzone w Bangkoku, mieście znanym z gigantycznych ulicznych korków, upałów i maksymalnie zanieczyszczonego powietrza. Powiązania ze sprawą wykazuje wiele środowisk takich jak mafia, politycy i dyplomaci. Jak Harry Hole poradzi sobie ze złapaniem zbrodniarza? Może nikt wcale tego po nim nie oczekuje?

Jo Nesbo to norweski pisarz kryminałów, znany z cyklu o komisarzu Harrym Hole. „Karaluchy” to jego druga część, a zarazem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Kryminały skandynawskie mnożą się jak grzyby po deszczu, nie zawsze niosąc ze sobą dobrą rozrywkę i dreszczyk grozy. Czy proza Nesbo jest warta uwagi? Pisarz zyskał oddane grono fanów z niecierpliwością oczekujących kolejnych powieści, a ja również jestem zadowolona z poziomu jego książki. „Karaluchy” to nie typowy kryminał, gdzie w małym miasteczku policja poszukuje mordercy i na tym skupia się cała akcja. Intryga w tej powieści zatacza szerokie kręgi i dotyczy całego kraju, środowisk takich jak najwyżsi urzędnicy państwowi, politycy, dyplomaci. Porusza temat pedofilii i pornografii dziecięcej, ale tak naprawdę nie do końca wiemy, czy mają one znaczenie w sprawie prowadzonej przez komisarza.

W książce ważny jest nie tylko wątek kryminalny, ale też społeczny, bo Nesbo nie wzbrania się przez przedstawieniem ludzi mieszkających w Bangkoku, ich stylu życia i poglądów. Szczególnie widoczne jest też zainteresowanie życiem osobistym bohaterów, czego przykładem jest Harry Holle. Komisarza dręczą wspomnienia z przeszłości: śmierć poprzednich partnerek, gwałt dokonany na jego siostrze przez nieznanego sprawcę. Harry nie może się pogodzić z tymi wydarzeniami i chce jeszcze raz poprowadzić zamknięte jakiś czas temu śledztwo, lecz nie dostaje na to pozwolenia. Wątek jego siostry i demonów przeszłości stale powraca, a Hole topi wspomnienia w butelce wódki i coraz bardziej popada w nałóg. Jest to ciekawa persona, tajemnicza i pełna kontrastów. Z jednej strony komisarz jest złośliwy, sarkastyczny i bezpośredni w rozmowach z kolegami po fachu czy przełożonymi, a z drugiej w rozmowach ze świadkami czy młodą dziewczyną związaną ze sprawą wykazuje delikatność, którą trudno z nim łączyć.

W książce mamy też kilku innych bohaterów, którzy są mocną stroną powieści, bo angażują czytelnika w swoje życie. Rekompensują też brak szybkiej akcji i chwile nudy, gdy mało co się dzieje. „Karaluchy” niestety nie mogą się poszczycić mnogością zdarzeń, przez większość czasu śledztwo stoi w miejscu. Przez to książki nie czyta się błyskawicznie, ale styl Nesbo ciekawi i zachęca do dalszej lektury. Mam wrażenie, że autor poświęcił więcej uwagi postaciom i psychologicznemu podłożu zbrodni. Podejrzanych mamy niewielu i zakończenie nie jest wielkim zaskoczeniem, choć na pewno nie domyślicie się przebiegu wypadków, Nesbo strasznie namotał. Pisarz stosuje klasyczne podwójne rozwiązanie, czyli drugie wytłumaczenia sprawy, czego się oczywiście spodziewałam.

„Karaluchy” to kryminał skandynawski, nie tak dobry jak niektóre tytuły z jego gatunku, ale oferuje nam całkiem przyzwoitą rozrywkę. Niektórych czytelników mogą zniechęcić polityczne aspekty sprawy oraz nie do końca zrozumiałe zagadnienia związane ze środowiskiem maklerów giełdowych. Tradycyjnie jak w tego typu książkach główny bohater boryka się ze wspomnieniami i nałogiem alkoholowym, jednak nie sposób go nie polubić. Akcja nie jest szybka i czasem przez długi czas nic się nie dzieje, jednak w odpowiednich momentach autor funduje czytelnikowi jazdę bez trzymanki i zaskakuje szokującymi powiązaniami. Mam nadzieję, że kolejne tomy cyklu będę jeszcze lepsze, w każdym razie z chęcią je poznam.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

sobota, 4 maja 2013

Trafny wybór - J.K. Rowling



Całe miasto powtarza już nowinę, szepcze ze zgrozą, wylewa łzy, ukrywa złośliwy uśmiech satysfakcji za fałszywym wyrazem współczucia: „Barry Fairbrother nie żyje”. Dla nielicznych to śmierć najlepszego przyjaciela, ukochanego męża i ojca, jednak dla większości miasta to smutne zdarzenie wiąże się ze zwolnieniem miejsca w radzie Pagford. Na wolny wakat zaczynają polować miastowe hieny, dla których polityka jest ważniejsza od rodziny. Do grona dołączają kolejne postaci: otyły właściciel sklepu, który prowadzi kampanię na rzecz syna; znienawidzony przez dzieci ojciec znęcający się nad rodziną; wicedyrektor sklepu, który każdego dnia budzi się ze strasznych snów marząc, by się nie ziściły. W ich wysiłkach kibicują kobiety, które nierzadko chowają nienawiść w sercach, czarniejszych od żałobnego stroju wdowy po Fairbrotherze. Pozory mylą, gdyż dopiero zaglądając za ściany ślicznych domków z zadbanymi ogródkami można dostrzec cały brud i zło panujące w tym miejscu. Zło rodzi się po cichu, w zemście wymierzonej w okrutnego rodzica, w nacięciach na nadgarstkach, w pragnieniu autentyczności, ale oczywistym jest, że wszystko zmierza ku nieuchronnej katastrofie.

Jest martwy jak kamień - powiedział Howard, jakby martwość była stopniowalna i ta, której nabawił się Barry Fairbrother, okazała się wyjątkowo paskudna.

Trafny wybór to najnowsza powieść obyczajowa J.K. Rowling, tym razem skierowana do dorosłego czytelnika. Z tym ograniczeniem wiekowym się zgadzam, niekoniecznie ze względu na brutalną zawartość, ta książka po prostu nie spodoba się nastolatkowi liczącemu na historię w stylu Harry’ego Pottera. Powieść nie ma nic wspólnego z przygodami czarodzieja, łączy je jedynie talent narracyjny Rowling. W „Trafnym wyborze” mamy przedstawioną z pozoru normalną, sielankową mieścinę, której mieszkańcy są dla siebie życzliwi, dbają o rozwój lokalnej społeczności, dzielą się ploteczkami. Dopiero po poznaniu każdego bohatera z bliska, po zajrzeniu do jego domu i umysłu otrzymujemy prawdziwy obraz mieszkańca Pagford. Zadawniony konflikt tylko roznieca niechęć w sercach ludzi. A czego on dotyczy? Otóż między Pagford a Yarvil znajduje się osiedle, które teoretycznie przynależy do Pagford, ale część jego mieszkańców usilnie próbuje się go pozbyć. Osiedle to jest bowiem zamieszkane przez najbiedniejszych, bezrobotnych, często patologiczne rodziny, a w jego pobliżu usytuowany jest ośrodek odwykowy. Żyjący bezpiecznie w swoich pięknych, bogatych domach mieszkańcy parford nie dostrzegają jego znaczenia, ale my możemy je ujrzeć dzięki rodzinie takiej jak Weedonowie.

Czy to już miłość, gdy ktoś zajmuje tak dużo miejsca w życiu drugiej osoby, że po jego odejściu powstaje niemożliwa do zapełnienia ziejąca pustka?

Rowling wprowadza całą masę bohaterów, z perspektywy których za pomocą narracji trzecioosobowej obrazuje rozgrywające się wydarzenia. Zwykle fragment dotyczący jednej postaci zawiera się na kilku stronach, aby potem przejść do następnej. Taki zabieg z początku utrudnia odnalezienie się w fabule i skojarzenie konkretnych nazwisk z ich czynami, ale po kilkudziesięciu stronach pamiętamy już prawie wszystko. Bohaterowie są dużą zaletą powieści, gdyż charakteryzuje ich różnorodność, a każdemu z nich co innego siedzi w głowie. Autorka dobrze poradziła sobie z psychologią postaci, dzięki niej wyraźnie widzimy motywy powodującemu postaciami. Mamy do czynienia zarówno z nastolatkami jak i osobami dorosłymi, choć ci pierwsi tak naprawdę są spiritus movens tej powieści. U czytelnika także budzą żywsze uczucia, a ich historia trafia do serca, choć przez większą część książki młodzi bohaterowie wydają się być dalecy nam i trochę nieosiągalni, a ich czyny budzą odrazę, złość, niechęć. To wszystko zmienia się przy zakończeniu, które wywołało u mnie trochę łez, ale też zaskoczyło.

Styl Rowling jest jak zawsze na poziomie i da się go rozpoznać znając Harry’ego Pottera, choć ze względu na całkowitą odmienność poruszanej tematyki wielu czytelników może się ze mną nie zgodzić. Faktem jest, że autorka podejmuje wiele kwestii, które kompletnie mnie nie zainteresowały, takie jak polityczne aspekty dotyczące sporu między miastami o osiedle Fields. Były to najnudniejsze fragmenty, ale jako że cała powieść opiera się na tej historii, wkradały się wciąż w codzienne życie bohaterów. Przez to zamiast skupić się na psychice postaci i ich codziennym życiu, byłam znudzona przez stale przewijający się w ich myślach i czynach temat Fields. Często z trudem brnęłam przez kolejne strony i miałam ochotę przerwać lekturę. Nie udawało mi się to, gdyż mimo wszystko byłam ciekawa, jak potoczą się dalej losy nastoletnich bohaterów, a szczególnie Krystal Weedon. Jest to pochodząca z patologicznej rodziny dziewczyna, która mieszka w Fields, a chodzi do szkoły wraz z mieszkańcami Pagford. Barry Fairbrother był wzorem dla Krystal i wpłynął znacznie na jej zachowanie, ale po jego śmierci dziewczyna wraca do dawnych nawyków i pakuje się w kłopoty. Zdecydowanie najlepsza postać tej powieści, choć z początku nacechowana bardzo negatywnie.

Ale Sukhvinder przeżywała katusze, leżąc tak i słuchając swojego oddechu, świadoma bezużytecznego ciężaru swego brzydkiego, odrażającego ciała na łóżku. Lubiła rozmyślać o utopieniu się, o utonięciu w chłodnej zielonej wodzie, i wyobrażać sobie, jak powoli wtula się w nicość...

Wiele osób mówi o ogromnej brutalności tej powieści. Coś w tym jest, zdecydowanie nie mamy do czynienia z sielankową opowieścią dla nastolatków. Moim zdaniem nie ma tutaj scen okrutnych w oczywisty sposób, częściej występuje psychiczne znęcanie, szeroko pojęte zło, patologia, ale sceny erotyczne są okrojone i jest ich niewiele. Oczywiście jest to powieść dla dorosłych i jestem pewna, że większości nastolatków by się nie spodobała. „Trafny wybór” potrafi zanudzić rozwlekłymi dyskusjami i tyradami na temat odwiecznego konfliktu i aspektów politycznych. Z drugiej strony powieść Rowling ma coś w sobie, bo pomimo tylu ciężkich stron chce się czytać dalej, byle poznać zakończenie. Tę powieść trzeba przede wszystkim zrozumieć. Nie polecam fanom Rowling wielbiącym Harry’ego Pottera, gdyż tylko się rozczarują. Za to jeśli liczycie na niełatwą powieść o miasteczku, w którym pod pozorami sielanki kryje się ludzkie okrucieństwo i bezmyślność, zajrzyjcie do Pagford. I rodzi się tu nieprzyjemne pytanie, czy nie tak wygląda nasz świat? Czy nie każde miasto jest takim Pagford, a my jeszcze nie widzimy prawdy, tego co za ścianą?

Moja ocena: 7/10

czwartek, 28 marca 2013

Jutro 2 - John Marsden

         
              Odkąd zaczęła się wojna, grupka przyjaciół wiele przeżyła. Znaleźli bezpieczne miejsce, które nazwali Piekłem. Przeprowadzili akcję dywersyjną, która częściowo sparaliżowała działania wroga. Jednak od kiedy Kevin pojechał wraz z ranną Corrie do zajętego przez żołnierzy miasta, wiele się zmieniło. Po stracie dwojga przyjaciół trudno jest wykrzesać z siebie optymizm. W dodatku ujawnione dzienniki Ellie doprowadziły do nieporozumień. Jednak po kilku tygodniach bezsensownego siedzenia w miejscu, przyjaciele postanowili działać i opracować plan. Najważniejsze to odnaleźć Kevina i Corrie, a co będzie dalej czas pokaże.

             „Jutro” to seria dla młodzieży autorstwa Johna Marsdena. Jest jednak zupełnie niepodobna do większości historii dla nastoletnich czytelników, w których zwykle znajdziemy problemy z rodzicami, przelotne miłości, bunt charakterystyczny dla wieku młodzieńczego i podobne sprawy, które może są nam bliskie, ale opowieści o nich nie przedstawiają większej wartości i oprócz krótkotrwałej rozrywki nie dają nic więcej. Na ich tle powieści Marsdena są dużo bardziej dojrzałe, choć też mówią o nastolatkach, którzy zachowują się podobnie do nas. Jednak życie postawiło przed nimi wyzwanie, które diametralnie zmienia to, kim byli wcześniej- zanim zaczęła się wojna. Jaki młody człowiek nie marzył nigdy o świecie bez dorosłych, w którym wszystko było dozwolone, w zasięgu ręki? Mieszkańcy Piekła, oni o tym nie marzą. Ich największe pragnienie, to by wszystko wróciło do normy, by mogli złożyć odpowiedzialność za świat w ręce rodziców, by mogli zając się tym co niegdyś było normalne: chodzeniem do szkoły, pomaganiem w domu, spotkaniami z przyjaciółmi. Bo zawsze chcemy tego, czego akurat nie mamy.


„Jutro” porusza temat wojny, ale nie tej odległej, o której uczymy się na lekcjach historii, czytamy w starych książkach i myślimy, że nigdy nas nie spotka. Uświadamia nam, że taka sytuacja może się zdarzyć teraz, za chwilę, jutro, a opisywane zdarzenia dotykają właśnie młodzież, zupełnie nieprzygotowaną na to co nadchodzi. Marsden przedstawia historię dzieci, które w ciężkich czasach muszą szybko dorosnąć. Zmieniają się nie do poznania w zdeterminowanych, odważnych i zdolnych do poświęceń ludzi. Wielką zaletą tej książki są właśnie bohaterowie, którzy podejmują działania dywersyjne, walczą z wrogiem, ale też pozostają nadal zwykłymi nastolatkami, którzy boją się, załamują, zamykają w sobie, zakochują. Każdy z nich jest inny i myślę, że nie sposób nie polubić Ellie, Lee, Fi, Homera, Robyn czy Chrisa.

Ze względu na tematykę i sytuacje spotykające bohaterów, „Jutro” porusza, bo mówi o wielkich rzeczach, wielkich aktach odwagi, poświęcenia i przyjaźni. Były momenty, które wycisnęły mi łzy z oczu, ale dużo częściej książka zmusza do zastanowienia, cichej refleksji. Znaczenie ma relacja pamiętnikowa Ellie, ponieważ przemyślenia dziewczyny są błyskotliwe, często smutne i poruszające, oddają grozę wojny i uczucia bohaterów, jako że dziewczyna jest dobrym obserwatorem. Dotychczas mówiłam, że nie przepadam za tą serią i nie mam zamiaru poznać jej kontynuacji. Dopiero gdy zupełnie nic do przeczytania mi nie zostało, sięgnęłam z pewnym oporem po tę książkę i teraz bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Nie dziwi mnie jednak moje wcześniejsze podejście do tej serii, ponieważ mimo rzeszy oddanych fanów, ma ona wielką wadę i nie jestem jedyną osobą, która to zauważyła.

Świetną historię, poruszające zdarzenia i udanych, realnych bohaterów, słowem wszystko co dobre w tej książce, psuje niestety styl autora. Nie wiem jak to możliwe, żeby książka była aż tak nudno napisana. I nie chodzi mi o to, że opisywane zdarzenia nie są ciekawe, że przemyślenia Ellie nie są ciekawe, po prostu strasznie trudno się to czyta. I nie dlatego, że jest to ambitna lektura, która wymaga skupienia, tylko „Jutro” naprawdę jest koszmarnie nudno napisane i dlatego jeszcze nie jestem fanką tej serii. Gdy zaczęłam czytać tą książkę nawet nie pamiętałam o tym, że już to kiedyś robiłam! Przez chwilę sobie przypominałam, czy przypadkiem całej nie znam, a o tym zapomniałam, ale okazało się, że przeczytałam tylko 50 stron. Czytanie na pewno szło mi lepiej niż przy poprzedniej części i pierwszym podejściu do kontynuacji. Jest lepiej, ale nadal jestem zdania, że nudny styl autora odejmuje tej serii mnóstwo uroku. Mam jednak nadzieję, że z części na część będzie lepiej, bo koniecznie muszę poznać dalsze losy Ellie i jej przyjaciół.

Moja ocena: 7/10


Seria Jutro:

2. W pułapce nocy
3. W objęciach chłodu
4. Przyjaciele mroku
5. Gorączka
6. Cienie
7. Po drugiej stronie świtu


środa, 20 marca 2013

Circus Maximus - Damian Dibben



Minęło zaledwie kilka tygodni od czasu, gdy Jake dowiedział się, że jego rodzice należą do tajnej organizacji Strażników Historii, która zajmuje się ochroną ludzkości. Podróżował wtedy sporo w czasie, a w przygodzie, którą przeżył w Wenecji stracił Topaz, którą darzył skrytym uczuciem. Teraz, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, czyli temu, że żaden strażnik nie był dyspozycyjny, Jake po raz kolejny bierze udział w misji. Dość prostej, ma tylko wraz z przyjaciółmi odebrać w Sztokholmie lat dziewięćdziesiątych osiemnastego wieku porcję atomium, czyli substancji umożliwiającej podróżowanie w czasie. Misja jest łatwa, ale bardzo ważna, ponieważ wytworzenie atomium trwa latami,  a jego brak byłby niepowetowaną stratą i koniec końców mógł zaszkodzić całej organizacji. Jak bardzo byliście wściekli, gdyby ktoś przez własną głupotę i niesłuchanie poleceń zepsuł całą misję i doprowadził do przejęcia bezcennej substancji przez wroga? Jake, nikt nie chciałby być w Twojej skórze.

Circus Maximus to druga część serii dla młodzieży autorstwa Damiana Dibbena. „Nadciąga burza” było debiutem tego pana, ale niestety na temat pierwszego tomu Strażników historii wiele powiedzieć nie mogę, bo jej nie czytałam! Tak się jakoś podziało, że dopiero kontynuację książki miałam okazję poznać. Ogarnęły mnie wątpliwości, czy to dobry pomysł, tak od środka zaczynać i czy odnajdę się w fabule. Wyda się to paradoksalne, ale na szczęście zdarzenia, które rozegrały się w przeszłości nie mają w powieści tak dużego znaczenia dla teraźniejszości. Przygoda w Wenecji jest tylko z grubsza omówiona i mam nadzieję, że jeszcze dowiem się o niej czegoś więcej, bo do „Nadciąga burza” zamierzam wrócić. Wracając do omówienia serii, Strażnicy Historii poruszają bardzo ostatnio popularny temat podróży w czasie. Wydaje się, że trudno jeszcze wymyślić coś nowego i oryginalnego w tej kwestii. Pomysł Dibbena mnie nie porwał, ale przynajmniej zawarł on w mechanizmie podróży w czasie ciekawe elementy zamiast skorzystać z wyświechtanego scenariusza i liczyć na to, że usatysfakcjonuje tym młodego czytelnika.. W jego książkach przeniesienie się w czasie jest możliwe tylko dzięki spożyciu atomium, ale strażnik musi się wtedy znajdować na morzu w specjalnym punkcie. Właściwie to tylko tyle z ciekawostek, bo „walor”, który musi posiadać podróżnik już skądś znamy.

Autor uwielbia historię starożytną i książki przygodowe, dokładnie to znajdziemy w jego powieści. W tej części bohaterowie przenoszą się do starożytnego Rzymu, a Dibben z pasją opisuje piękno tego miasta. Mimo wszystko wizja autora jest trochę odrealniona, zbyt malownicza i kolorowa, a każdy starszy czytelnik zdaje sobie sprawę, że życie nie jest i nie było takie piękne. Takie przedstawienie świata w tym przypadku nie wynika z niewiedzy, lecz grupy docelowej i tu dochodzimy do punktu, w którym stwierdzam, że książka jest w głównej mierze przeznaczona dla młodszych czytelników w wieku głównego bohatera. Widać to w sposobie opisywania świata, patrzymy na wszystko oczami dziecka. Nawet uczucie w książce to taka „pierwsza miłość”, która kończy się na tym, co w głowie nieszczęśliwie zakochanego. Dibben nie skupia się na psychologii postaci, pokazaniu prawdziwego Rzymu i jego ciemnych stron, a raczej idzie w książkę przygodową dla bardzo młodych, czyli mamy dużo akcji, ciekawych zdarzeń, pułapek zastawionych na bohaterów. Konstrukcja jest typowa, czytelnik doskonale wie, że po tych wszystkich trudnościach, przeciwnościach losu, walkach i ucieczkach postaci w końcu osiągną swój cel, a całość skończy się happy endem.

Cieszę się, że mimo nieznajomości pierwszej części odnalazłam się w kontynuacji. Nie jest to w sumie takie trudne, nawet z przyzwyczajeniem się do bohaterów nie miałam problemu. Szczególnie interesujący są przyjaciele Jake’a, Charlie i Nathan, których poczucie humoru i charakterystyczne zachowania zjednały sobie moją sympatię. Za to główny bohater bywa irytujący, szczególnie wtedy, gdy zachowa się niesłychanie głupio, a potem nie może sobie tego wybaczyć i przejść nad tym do porządku dziennego, co z kolei powoduje, że podejmuje kolejne głupie decyzje w celu zrekompensowania poprzednich wybryków. Ale w gruncie rzeczy to miły chłopak jak na czternastolatka, może coś z niego będzie. Strażnicy Historii to taka przyjemna książka, która odpręża, pozwala odetchnąć i odpocząć od wszystkich dramatów i tych ciężkich emocji, które wzbudzają w nas książki, by potem męczyć i nie dawać o sobie zapomnieć. A Circus Maximus można po prostu przeczytać, jeśli lubimy przygody młodych bohaterów to dobrze się przy tym bawić i uwierzyć, że życie jest takie proste, ciekawe, a największy problem to pytanie, czy starczy nam atomium na kolejną podróż w czasie.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Egmont.


Strażnicy historii:
1. Nadciąga burza
2. Circus Maximus
3. ?


niedziela, 17 marca 2013

Dajcie mi jednego z was - Jacek Getner



Czterech zupełnie różnych mężczyzn, których z pozoru nic nie łączy, nawet się nawzajem nie znają. A jednak pewnego dnia budzą się w jednym pokoju, bez drzwi i okien, bez drogi ucieczki. Cztery łóżka, kilka żarówek, które decydują o tym, kiedy jest dzień, a kiedy noc, mała łazienka. I Głos, jak nazywają mężczyznę, którego nie widzą, a który mówi do nich z niezidentyfikowanego miejsca. Obwieszcza im nowinę, że każdy  z nich w przeszłości czymś mu się naraził i z powodu swoich czynów nie zasługuje na życie. I najważniejsze- nikt nie wyjdzie z tego pomieszczenia, dopóki sami nie wybiorą jednego spośród swojego grona, który zostanie skazany na śmierć, a wyrok wykona Głos. Brzmi jak z taniego horroru? Głos mówi jak najbardziej poważnie i wkrótce bohaterowie zaczną się zastanawiać, czy faktycznie będą musieli się przed nim ugiąć. Tymczasem nie mają żadnego zajęcia, a za to mnóstwo czasu na rozmowy, poznanie swojej przeszłości i podjęcie decyzji. Zostało im 6 dni. Wtedy jeden z nich zginie, a reszta wyjdzie na wolność, jak gdyby nigdy nic.


Jacek Getner to scenarzysta seriali, autor sztuk, opowiadań, a jak widać także książek. ‘Dajcie mi jednego z Was’ to jego pierwszy kryminał wydany w 2005 roku. Taka niepozorna książeczka, zaledwie 160 stron, czarna okładka, a na niej śmierć z kosą. Powiedzmy sobie szczerze, na pewno nie zwrócilibyście na nią uwagi, gdybyście wcześniej o niej nie słyszeli. Ale ta niepozorna okładka skrywa ciekawą historię. Czterech mężczyzn uwięzionych przez nieznanego sprawcę w jednym pokoju, w sytuacji stylizowanej na sąd ostateczny? Poznanie historii ich życia będzie ciekawym przeżyciem. Niby taki mały obszar, na którym rozgrywa się akcja, a mimo to dzieje się, oj dzieje.


Książka Jacka Getnera długo czekała na półce na swoją kolej. Schowała się między nowościami z pięknymi, kolorowymi okładkami, o których się mówi. Mimo to czekała cierpliwie(miała inne wyjście?), aż nie będę miała co czytać. Właściwie już po krótkiej chwili od rozpoczęcia lektury zyskała moje zainteresowanie: czytelnik zostaje wrzucony w środek akcji, wyjaśnienia pojawiają się dopiero po jakimś czasie, a my z niecierpliwością na nie czekamy. Wprowadzeniem, które podsyca napięcie jest udział w kilku sytuacjach z normalnego życia bohaterów, ponieważ gdybyśmy od razu znaleźli się z nimi w tym pokoju, pewnie nie byłoby takiego wrażenia. Według mnie najciekawszym elementem książki są historie opowiadane przez czterech mężczyzn, jak wyglądało ich życie przed przymusowym uwięzieniem. Bohaterowie mają przydomki nadane przez Głos, które odnoszą się do grzeszków popełnionych przez nich w przeszłości, dzięki temu mężczyźni uosabiają konkretne ludzkie wady i słabości. Jest więc Kapral, Prorok, Szczęściarz i Przystojniak. I Głos, któremu też można by wiele zarzucić. Rozumiem, że ci ludzie go skrzywdzili, ale czy śmierć to odpowiednia zapłata za dawne grzechy? Jak długo w człowieku może kiełkować chęć zemsty i do czego to uczucie doprowadzi? Sami się przekonacie.


Autor podejmuje ciekawe tematy, które zawierają się nie tylko w historiach opowiedzianych przez bohaterów. Prowadzi studium psychologiczne postaci postawionych w obliczu zbliżającego się końca. To znaczy nie do końca można to nazwać takim pełnoprawnym studium, bo autor jednak nie wgłębia się w umysły bohaterów, ale za to przedstawia ich zachowania w stosunku do kolegów i Głosu. Poza tym  jest to kryminał i najważniejsza jest  zagadka kto jest sprawcą i w jaki sposób Kapral, Prorok, Szczęściarz i Przystojniak go skrzywdzili. Rozwiązanie może zaskoczyć, a zakończenie jest małym niedomówieniem i nie jestem pewna, czy dobrze je zrozumiałam. Podobnie już wcześniej w trakcie książki jest trochę namieszane, miałam wrażenie, rzadko co prawda, pewnych nielogiczności. Czytałam wtedy dany fragment po kilka razy starając się zrozumieć jego znaczenie. Ale to się może 2-3 razy zdarzyło.


Tak więc fabuła i bohaterowie są obiecujący, za to wydanie i korekta niestety straszą. Okładka bardziej zniechęca niż spełnia swoja rolę, ale to szczegół, przecież nie oceniamy książek po okładce, prawda? W każdym razie nie wszyscy. Za to korekta jest koszmarna! Mnóstwo błędów interpunkcyjnych, trochę składniowych, a nawet ortograficznych, zdania często zaczynają się małą literą. Jak ktoś jest wyczulony na takie niedopatrzenia to może się bardzo zniechęcić. Ale sam język powieści pozostawia wiele do życzenia, a może taki ma być, prosty i zwarty? Powiedziałabym, że widać iż autor zajmuje się pisaniem scenariuszy do seriali, bo znajdziecie tu sporo dokładnych opisów miejsc, oczywiście rządzą zdania pojedyncze. Bardzo dużo słów, często wulgarnych jest z języka potocznego, a może nawet wszystkie. W każdym razie, jeśli przeczytałam tę książkę to na pewno nie ze względu na styl, o!


Dajcie mi jednego z was to ciekawy kryminał, którego plusy stanowią intrygująca fabuła oraz bohaterowie. Postaci są mocno zarysowane, co związane jest z tym, że uosabiają konkretne postawy, zachowania, wady. Trwająca 7 dnia akcja zmierza w niewiadomym kierunku i byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób autor rozwiąże sprawę. Dużą wadą jest niestety korekta, a język i styl też pozostawiają wiele do życzenia, tak więc dla wielbicieli kwiecistej mowy i kunsztu pisarskiego to nie jest raczej odpowiednia pozycja, chyba że ścierpią i skupią się na intrygującej fabule. Opisy są za to obrazowe, nawet bardzo: pokój pięć na pięć metrów, cztery żarówki w każdym kącie, cztery łóżka w rogach, jedne drzwi koloru ciemny buk po prawej, tak to mniej więcej wygląda… A tak poważnie, mimo tych wad językowych żałuję, że nie przeczytałam tej książki wcześniej, bo miło z nią spędziłam czas.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję autorowi.