Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lutego 2014

Dziedzictwo - C. J. Daugherty



Allie po wakacjach wraca do Akademii Cimmeria, jedynego miejsca, gdzie może czuć się w miarę bezpiecznie. A to dzięki ochronie dyrektorki i trosce Cartera, na spotkanie z którym dziewczyna czeka z niecierpliwością. Jednak na drodze dwojga zakochanych stanie nie tylko Sylvain, początkowo będący jedynie dobrym przyjacielem Allie, ale też Nocna Szkoła. W Cimmerii działa szpieg z zewnątrz, atmosfera podejrzliwości narasta i wszyscy stają przeciw sobie. Jak w tej sytuacji odnajdzie się Allie? Czy faktycznie Akademia Cimmeria jest bezpiecznym miejscem dla uczniów?

Do przeczytania mojej recenzji zapraszam TUTAJ

Moja ocena: 8/10

niedziela, 26 stycznia 2014

Filmowa Niedziela: Millerowie




Jakiś czas temu w pewien sobotni wieczór usiadłam przed komputerem z zamiarem obejrzenia filmu. Prosta sprawa, wchodzę na filmweb, na którym dziesiątki tytułów uśmiechają się do mnie, że przecież dodałam je do „chcę obejrzeć”. I tu sprawa się komplikuje, bo do tego nie jestem przekonana, to za ambitne na mój zmęczony umysł, a to ma słabe oceny. Zwykle kończy się na tym, że włączam serial, ale tym razem przypomniała mi się wtedy głośno reklamowana komedia, to jest „Millerowie”. A co, zobaczyć można. Większych nadziei nie miałam, ba!, byłam pełna uprzedzeń, bo większość tego typu komedii jest według mnie bardziej żałosna niż zabawna. Ale jak będzie tak źle, to wyłączę po 15 minutach. Nie wyłączyłam, a wręcz przeciwnie- obejrzałam jeszcze raz. Nie tego samego wieczoru, rzecz jasna.

Dave wiedzie spokojne życie dilera marihuany, aż pewnego dnia pomaga bezdomnej dziewczynie zaatakowanej przez grupkę zbirów. Zostaje przy tym okradziony z całego towaru, ale jego szef wspaniałomyślne mu wybacza, o ile tylko mężczyzna zawiezie „odrobinę” zioła do Meksyku. W ten sposób Dave z pomniejszego dilera ma stać się międzynarodowym przemytnikiem. Byłoby dużo łatwiej, gdyby nie wyglądał na podejrzanego typka, ale nie oszukujmy się, wygląda. Nie rezygnuje jednak i wpada na genialny pomysł- kto by podejrzewał kochającą się rodzinkę o niecne zamiary? Dave prosi więc o pomoc dziewczynę, której pomógł, chłopaka, który mieszka obok i chciał kupić od niego towar oraz sąsiadkę striptizerkę. Dobrali się wszyscy, nie ma co, a teraz pora na wycieczkę do Meksyku… Kamperem pełnym marihuany.


„Millerowie” to typowa amerykańska produkcja, a nie żadna komedia wysokich lotów z humorem na poziomie, aluzjami i sarkazmem, żarty są proste i dosadne, tak żeby każdy „zrozumiał”. Nie zmienia to faktu, że film jest zabawny dzięki sporej ilości zaskakujących sytuacji. Pojawia się wiele epizodycznych postaci, które wprowadzają zamieszanie i prowokują do śmiechu. To, że przy filmie mogłam się dobrze bawić jest zasługą aktorów, którzy dobrze poradzili sobie z rolami. Rose (Jennifer Anniston) z wyzywającej striptizerki w platynowych włosach z dnia na dzień zmienia się w skromnie ubraną mamuśkę z dzieckiem na ręku, a Dave (Jason Sudeikis) wybiera fryzurę na typowego urzędasa i ustawia przybrane dzieci do pionu. 


Film ma nie tylko wymiar humorystyczny, bo mimo pozornie płytkiej fabuły pojawiają się tu głębsze wątki. Bohaterowie dogryzają sobie i kłócą się, a mimo to pojawia się między nimi silna więź i zależy im na sobie, troszczą się o siebie i razem zmierzają ku wspólnemu celowi. Budzą sympatię, a nie niechęć czy pogardę do swojego zachowania. Oczywiście żarty są typowe dla takich komedii, czyli niewybredne, podobnie jak zdjęcia, typu pokazywanie części intymnych, więc na pewno nie jest to film dla dzieci. Pod tym względem jest dość podobny do znanego „Kac Vegas”, który jednak kompletnie nie przypadł mi do gustu, a pozostawił niesmak, za to przy „Millerach” pośmiałam się i miło spędziłam czas. Idealna komedia, gdy mamy ochotę na lekki film z obiecującymi aktorami. Na pewno nie każdemu się spodoba, ale to kwestia gustu. A polecam dotrwać do końca, najlepsze są sceny wycięte!

Moja ocena: 8/10

sobota, 25 stycznia 2014

Cień i kość - Leigh Bardugo




Grupa Griszów wraz z żołnierzami i pomniejszymi pomocnikami szykuje się do przekroczenia Fałdy Cienia, która przegradza Ravkę i odcina ją od morza. Każde przemierzenie tego obszaru stanowi śmiertelne zagrożenie i nigdy nie obywa się bez ofiar. Co tak przerażającego może znajdować się na danym obszarze, jakby nie było, należącym do tego państwa? Panująca tam grobowa ciemność i czające się w mroku mięsożerne potwory, które tylko czyhają na zbyt odważnych ludzi, którzy zdecydują się wkroczyć do Fałdy. Podczas tej przeprawy ekipa zostaje zaatakowana, a młoda kartografka Alina Starkow ratując swojego przyjaciela Mala odkrywa w sobie niezwykłą moc, a właściwie to Griszowie odkrywają w niej moc czynienia światła. Dziewczyna staje się szansą dla całego narodu i daje ludziom nadzieję na lepsze jutro.

„Cień i kość” autorstwa Leigh Bardugo opisuje bardzo oryginalny świat przedstawiony. Jest to powieść fantasy, a ten gatunek kojarzy się Wam pewnie z rycerzami na koniach walczącymi w bitwach, adorującymi damy swego serca i wykrywającymi intrygi, ewentualnie z czymś w stylu „Zwiadowców” czy „Gry o tron”, ale nic bardziej mylnego. „Cień i kość” to książka, na którą autorka miała niezwykły pomysł, przenosi nas do fikcyjnego państwa Ravka, wzorowanego na Carskiej Rosji, w czasach bliżej nieokreślonych. Na czele stoi car, ale nieograniczoną niemal władzę dzierży też elita Griszów, czyli ludzi obdarzonych magicznymi mocami. Gdy Alina ujawnia swój dar, zostaje wywieziona do ich siedziby, gdzie po raz pierwszy doświadcza takiego bogactwa, fałszywości i intryg.

Książka miała ogromny potencjał, ale czy został on wykorzystany? Pomysł jest naprawdę genialny i oryginalny, od początku przypadł mi do gustu i mogłam mieć tylko nadzieję, że autorka nie zejdzie z właściwego toru. „Cień i kość” ma rewelacyjny, niepowtarzalny klimat, autorka bardzo plastycznie i ciekawie opisuje Ravkę, a przy tym nie zanudza czytelnika, gdyż dzieje się to w sposób zupełnie naturalny, tak jak ogląda się film i podziwia widoczne na ekranie scenerie. Gdy akcja przeniosła się na dwór królewski obawiałam się, że stanie w miejscu i oprócz dworskich intryg nie pojawi się już nicinnego, a pałacowe ściany będę jedynym miejscem akcji. Na szczęście autorka robi najlepsze co mogłaby zrobić, czyli zmienia przestrzeń i przenosi nas w coraz to inne krainy, a taka różnorodność jest naprawdę świetna.

Często mi się zdarza, że początkowo jestem książką zachwycona, ale potem staje się ona monotonna i zaczyna mnie nudzić. Przy lekturze „Cienia i kości” nic podobnego się nie zdarzyło, wręcz przeciwnie, napięcie stale się potęguje i nie da się tej książki odłożyć na bok! Systematycznie pojawiają się nowe wątki, a autorka nie odgrzewa kotleta lecz wciąż zaskakuje czytelnika. „Cień i kość” to niesamowicie klimatyczna powieść obfitująca w mnóstwo ciekawych zdarzeń, a przy tym nie jest dziecinna, co zbyt często się zdarza w powieściach przygodowych, lecz za to zmysłowa, to chyba właściwe słowo. Dzieje się to za sprawą wątku miłosnego, który jednak nie jest wysunięty na pierwszy plan ani oczywisty, rozwój sytuacji naprawdę mnie zaskakiwał.

„Cień i kość” to fantasy idealne i nie potrafię wystosować nic więcej oprócz kolejnych słów zachwytu, wad w powieści nie zauważyłam żadnych. Opisy są niezwykle klimatyczne, świat przedstawiony barwny i oryginalny, akcja pędzi naprzód, bohaterowie są pełnokrwiści, charakterni i inspirujący, a fabuła nieprzewidywalna. Same dobre przymiotniki mówią za siebie, tej książki nie można nie przeczytać, jest warta poświęconego jej czasu, a je nie mogę wyjść z podziwu, że autorce udało się napisać książkę moich marzeń, której nie mam nic do zarzucenia.

Moja ocena: 9.5/10
 

wtorek, 21 stycznia 2014

Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick





Nowy rok to okazja do spisywania postanowień na nadchodzące miesiące, zwykle obiecujemy sobie, że od stycznia będziemy więcej ćwiczyć, zdrowo się odżywiać, czytać dużo mądrych książek i mieć pozytywne nastawienie do świata. W zależności od siły naszej woli postanowienia udaje się zrealizować lub nie, czasem brakuje wystarczającej dawki motywacji i samozaparcia. O Pacie nie można powiedzieć, że ma ich za mało, wręcz przeciwnie, jest na tyle uparty, by codziennie rano wstawać wcześnie, wykonywać morderczy trening przez wiele godzin, a przy tym jeszcze poznawać wybitne dzieła literatury i mieć pozytywne nastawienie do życia. W dodatku nie potrzebuje do tego rozpoczynającego się roku, ma za to inną motywację. Pat doszedł do wniosku, że jeśli całkowicie się zmieni, jego żona Nicki wróci do niego, czas rozłąki dobiegnie końca i będą żyli razem długo i szczęśliwie.

„Poradnik pozytywnego myślenia”- bestseller książkowy, film na miarę Oscarów. O obu wersjach mówi się wiele, zwykle pozytywnych rzeczy. Najpierw obejrzałam ekranizację, która nie wzbudziła mojego zachwytu, choć muszę przyznać, że aktorzy ją ratują. Dzisiaj jednak skupię się na wersji książkowej, która bardzo różni się od filmu, na inne wątki został tu nacisk położony, wydarzenia też potoczyły się inaczej. A „Poradnik” opowiada o młodym mężczyźnie, który na odpowiedzialność matki zostaje wypisany ze szpitala psychiatrycznego i wraca do domu rodzinnego, by tam pracować nad sobą i czekać na spotkanie z żoną. Nie pamięta z jakiego powodu trafił do szpitala, mówią, że wyparł to wydarzenie z pamięci. Ojciec nie rozmawia z nim w ogóle, matka niechętnie mówi o jego nieobecności w domu, ale każdy zdaje się uważać, że nie ma szans na zakończenie Rozłąki.

Miałam nadzieję, że „Poradnik” w wersji książkowej okaże się lepszy od filmu, ale niestety się przeliczyłam. Fabuła skupia się na przedstawieniu codziennego życia Pata, jego nadziei na powrót Nicki, pracy nad sobą. Mężczyzna poznaje Tiffany, która tak jak on straciła kogoś bliskiego, a teraz próbuje znaleźć w Pacie przyjaciela. Poza tym w powieści ogromną rolę odgrywa futbol, sport ten przewija się przez kolejne strony nieustannie, bohaterowie albo właśnie oglądają mecz, albo na nim są, albo o nim rozmawiają. Nie rozumiem jaki jest cel tego zabiegu, oprócz zanudzenia czytelnika na śmierć, oczywiście. Tak samo irytowało mnie bardzo myślenia głównego bohatera. Wiem, że miał on problemy psychiczne, w końcu jakoś znalazł się w tym szpitalu, ale jego niezachwiane przeświadczenie, że Nicki do niego wróci było irytujące, szczególnie gdy czytelnik doskonale wie, że nic takiego się nie wydarzy.

Książka jest na tyle nijaka, że kompletnie nie zapadła mi w pamięć, sceny z filmu zlewają się w mojej głowie z wydarzeniami książkowymi, zakończenie pamiętam jak przez mgłę i nawet nad tym nie boleję. „Poradnik pozytywnego myślenia” to historia nad wyraz nudna, strony bogate w opisy członków drużyny piłkarskiej bynajmniej nie wciągają, a bohaterowie są równie nijacy co fabuła. Pewnie powinnam się tu doszukiwać jakiegoś głębszego sensu, że niby książka promuje pozytywne nastawienie do życia i nakłania do walki z przeciwnościami losu, ale na mnie to nie zadziałało, niestety.

Moja ocena: 5/10
 

wtorek, 14 stycznia 2014

Szukając Alaski - John Green



Miles to szesnastoletni chłopak, który przenosi się do szkoły z internatem. Nie spodziewa się, że to zdarzenie na zawsze zmieni jego życie, choć decyzję o zmianie środowiska podjął w celu poszukiwania Wielkiego Być Może. Dotychczas nie miał przyjaciół, co zmienia się po przybyciu do nowej szkoły. Chłopak poznaje Pułkownika, swojego współlokatora oraz jego paczkę, w tym szaloną i nieprzewidywalną Alaskę. Zauroczenie Milesa dziewczyną determinuje jego poczynania i późniejsze wydarzenia, staje się też punktem wyjścia do refleksji nad poszukiwaniem sensu życia. Dzięki zgranej paczce przyjaciół Miles odkrywa nieznane mu wcześniej doznania, pakuje się w kłopoty, ale też coraz bardziej zbliża do odkrycie Wielkiego Być Może.

John Green jest świetnym pisarzem, o czym przekonałam się przy lekturze jego innej powieści, jednak ta tylko mnie utwierdziła w tym przekonaniu. „Gwiazd naszych wina” jest zupełnie inna, także opowiada o nastolatkach, ich problemach i śmierci, ale jest przy tym według mnie bardziej optymistyczna. Owszem, zasmuca i wzrusza, ale zawiera też wiele wywołujących uśmiech na twarzy momentów, dzięki czemu jej odbiór jest zupełnie inny. Natomiast „Szukając Alaski” zawiera ogromny ładunek smutku i nostalgii. Bohaterowie zmagając się z codziennymi problemami zastanawiają się nad sensem życia i odczuwają nienazwaną tęsknotę, a ich emocje udzielają się także czytelnikowi. Zwykle nie przepadam za takimi książkami, które w tajemniczy sposób wywołują u mnie przygnębienie, przytłaczają, ale „Szukają Alaski” jest powieścią niesłychanie mądrą, która po prostu zmienia sposób myślenia i zwraca uwagę na coś więcej, niż tylko przeżywanie kolejnych dni.

To, że książka „skłania do myślenia” jest dużym niedopowiedzeniem, gdyż jest ona jedną wielką refleksją nad życiem i śmiercią, miłością i przyjaźnią, przemijaniem i stratą. Green opowiada z pozoru zwyczajną historię nastolatków, którzy chcą jak najlepiej korzystać z młodości, wyszaleć się, dobrze zabawić i nie ponosić konsekwencji swoich działań, jednak pod fasadą beztroski bohaterów ukrywa się duży ładunek bólu, strachu i ukrytych pragnień, a ta przygnębiająca mieszanka odbija się także na czytelniku, który mimo dość dołujących emocji zaczyna widzieć więcej i sam wyrusza na poszukiwania własnego Być Może.

Jak można się domyślić, książka bardziej skupia się na aspekcie psychologicznym postaci, dlatego nie znajdziemy tu mknącej naprzód akcji i wielu emocjonujących wydarzeń. Pojawiają się co prawda nagłe, zabawne epizody, jednak generalnie autor przedstawił relacje między bohaterami i targające nimi emocje, ich przemyślenia i marzenia. Od samego początku mamy świadomość nadciągającego ważnego wydarzenia, gdyż Miles, który prowadzi narrację podzielił swoje zapiski na dwie części, Przed i Po. Odlicza dni do sytuacji, która na zawsze zmieniła jego życie, a czytelnik z coraz większym niepokojem zastanawia się, co nieuniknionego się wkrótce zdarzy.

„Szukając Alaski” to książka, która daje po głowie i całkowicie zmienia sposób myślenia. Nie jest przeznaczona dla każdego, gdyż nie obfituje w wartką akcję czy wylewający się spomiędzy kartek humor, jest to powieść nostalgiczna, przygnębiająca, napisana prosto i dosadnie. Trzeba mieć siłę, żeby się z nią zmierzyć, ale warto, bo skłania do własnych poszukiwań i zastanowienie się nad swoim życiem.

Moja ocena: 8.5/10


środa, 8 stycznia 2014

Odessa i tajemnica Skrybopolis - Peter van Olmen




Odessa marzy o posiadaniu ojca, takiego który mógłby ją przytulić, przeczytać bajkę na dobranoc i po prostu być. Tymczasem mieszka z matką, która jest bardzo surowa, z nieznanych powodów nie pozwala dziewczynce opuszczać domu, a na wszelkie pytania o ojca nie odpowiada. Odessa jest uczona w domu przez matkę, która nocą zamyka się w bibliotece, gdyż kocha książki ponad wszystko, a wtedy dziewczynka może wyślizgiwać się przez okno i wędrować po okolicy. Świat obserwuje z góry, wszystkie dachy zna już jak własną kieszeń. Aż pewnego razu znajduje świecącą książkę, gonią ją świnie w pancerzach, a jej matka zostaje przez nie uprowadzona.

„Odessa i tajemnica Skrybopolis” to książka dla młodszych nastolatków autorstwa Petera van Olmena. Przedstawia miasto Skrybopolis, o którego istnieniu nie wiedzą zwyczajni ludzie. Jest zamieszkane wyłącznie przez pisarzy i młodzież uczącą się tego zawodu. Śladem matki i zaginionego ojca tam właśnie podąża Odessa. Na swej drodze spotyka wielu znanych autorów i literackich bohaterów, takich jak Szekspir, Dostojewski czy Kafka oraz Hamlet i Romeo. Widać, że powieść ma za zadanie zapoznać dzieci z wybitnymi twórcami i zachęcić ich do zgłębiania w przyszłości ich dzieł. Poza tym pojawiają się tu różne postaci mitologiczne, takie jak Orfeusz i Eurydyka.

„Odessę” czyta się bardzo przyjemnie, autor posługuje się prostym, a zarazem wyrazistym językiem, który idealnie trafia do czytelnika. Fabuła obfituje w mnóstwo zdarzeń, co jest charakterystyczne dla książki typowo przygodowej. Akcja biegnie wartko, przez co nie ma czasu na nudę, a obfitość bohaterów działa na korzyść powieści. Takie elementy, połączone na przykład z rozmowami Odessy ze zwierzętami wyraźnie wskazują na odbiorców powieści, którymi powinny być młodsi czytelnicy. W innym razie książka wyda się zbyt dziecinna, ja odniosłam właśnie takie wrażenie.

Ponadto „Odessa” jest bardzo przewidywalna. Głównym wątkiem jest poszukiwanie przez dziewczynkę ojca, ja jego tożsamości domyśliłam się bardzo wcześnie, bo nawet nie w połowie książki. Znacznie zepsuło mi to zabawę, gdyż mogłam tylko spoglądać na główną bohaterkę i zastanawiać się, jakim cudem ona tego jeszcze nie widzi. W książce bardzo spodobał mi się motyw miasta pisarzy i wykorzystanie znanych autorów jak bohaterów powieści. „Odessa i tajemnica Skrybopolis” może  się bardzo spodobać, owszem, ale dzieciom i młodszym nastolatkom, dlatego też temu gronu ją szczerze polecam.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pieczęć ognia - Gesa Schwartz



Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z różnorodności otaczających ich istot. Wydaje im się, że są panami tego świata, a tymczasem magiczne stworzenia towarzyszą im na każdym kroku. Już nawet nie mówiąc o równoległych rzeczywistościach, ale choćby takie gargulce. Monumentalne i niezniszczalne, górują nad okolicą stojąc na dachach budynków, bynajmniej nie w celach ozdobnych. Tylko dniem kamienieją, natomiast nocą patrolują okolicę i mogą schodzić do własnego, niedostępnego dla ludzi świata. Takim gargulcem jest właśnie Grim, który ponadto należy do Naczelnej Policji Gargulcowej i jest najwyższym rangą Cienioskrzydłym. Teraz ma pełne ręce roboty, gdyż nieuchwytny sprawca morduje potężne magiczne istoty, a fala strachu ogarnia świat.

Pieczęć ognia to pierwsza część serii opowiadającej o świecie gargulców. Stworzenia te mają własny kodeks, który między innymi zabrania kontaktów z ludźmi, w przeszłości bowiem niewłaściwe działania zaowocowały wyniszczającą wojną, a nikt nie chce po raz drugi popełnić tego samego błędu. Nie wszystkim jednak podoba się rzucenie Czaru Zapomnienia na ludzi, przez który nie mogą oni zobaczyć gargulców. Konflikt w tej sprawie i inne intrygi zagrażające światu magicznych stworzeń przedstawia właśnie typowo fantastyczna powieść „Pieczęć ognia”.

Świat przedstawiony książki jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w gatunku fantasy. Rozbudowane opisy dotyczące miasta magicznych stworzeń, cała ideologia gargulców, interesujące mity z zamierzchłych czasów, cała podstawa książki została dobrze przemyślana i nie mam co do niej zastrzeżeń. Główni bohaterowie to Grim, ale także Mia, pochodząca ze świata ludzi, co czyni intrygę bardziej skomplikowaną. W książce nie brak tajemnic, a największą jest samobójstwo ojca Mii oraz tajemnicza księga przekazana jej przez brata. Świat ludzi został zgrabnie połączony ze światem magicznych stworzeń.

Moje zarzuty tyczą się natomiast sposobu poprowadzenia akcji. Według mnie książka jest zbyt rozwleczona, przez co nie wciąga tak jak powinna. Ponadto styl autorki bynajmniej mnie nie urzekł, słowa wychodzące spod jej pióra nie miały tej magii, która by oczarowała czytelnika. Sposób pisania nie uzupełnia powieści, a raczej niweczy efekt osiągnięty przez dobry pomysł autorki na świat przedstawiony i główną intrygę. Szczerze mówiąc, przez sporą część książki byłam znudzona i liczyłam na jakiś punkt kulminacyjny, który nie nastąpił, moje emocje przez cały czas utrzymywały się na podobnym poziomie.

Ale nie to jest najgorsze, a wątek romantyczny. Od początku spodziewałam się, że między głównymi bohaterami zacznie się coś dziać i nie byłam z tego powodu zachwycona. Po pierwsze, Grim jest gargulcem, czyli istotą z kamienia, a Mia człowiekiem, to jednak najmniejszy problem. Dziewczyna strasznie mnie irytowała, a jej uczucia były przedstawione w tak dziwny i niewiarygodny sposób, to jak mówi o nagłym poczuciu bezpieczeństwa czy swojej tęsknocie, bez przesady. Już wkrótce miałam jej dość, a Grim też nie wzbudził moich ciepłych uczuć. Coś jest nie tak z tymi bohaterami, skoro żadnego nie polubiłam, oboje wydali mi się zbyt niewiarygodni i sztuczni.

„Pieczęć ognia” to książka mająca swoje mocne i słabsze strony. Bardzo podobał mi się barwny, żywy świat przedstawiony i pomysłowa intryga, czego niestety nie mogę już powiedzieć o nudnym sposobie pisania autorki i bohaterach, którzy przez całą lekturę po prostu działali mi na nerwy. W końcowym bilansie powieść wypada przeciętnie i nie poleciłabym jej szerszemu gronu potencjalnych czytelników, choć zdaję sobie sprawę, że odbiór „Pieczęci ognia” zależy głównie od podejścia do bohaterów, a Wasze odczucia co do nich mogą być nieco inne.


Moja ocena: 6/10

czwartek, 2 stycznia 2014

Ogród Kamili - Katarzyna Michalak



„Ogród Kamili” to pierwsza część serii kwiatowej autorstwa Katarzyny Michalak, która jest jedną z moich ulubionych autorek i w ciemno sięgam po jej książki. Tak samo było ze wspomnianym tytułem, który nabyłam w pierwszym możliwym terminie, czyli na Targach Książki. Powieść opowiada o młodej kobiecie, tytułowej bohaterce, która wciąż wspomina tragiczne wydarzenia sprzed ośmiu lat, kiedy to zginęła w wypadku jej matka, a sporo starszy chłopak dziewczyny zostawił ją w tak ciężkich dla niej chwilach. Teraz Kamila ma 24 lata, żadnej pracy ani doświadczenia i mieszka z ciocią Łucją. W końcu postanawia ruszyć naprzód, a pierwszym jej krokiem jest poszukiwanie zatrudnienia, przy czym uda jej się wplątać w niemałe kłopoty. Uratuje ją z nich Jakub, który kiedyś porzucił dziewczynę i w ten sposób ukradkiem wkroczy do jej życia.

Powieściom Michalak nie sposób odmówić faktu, że wciągają, a ich lektura zwykle zajmuje jeden wieczór w porywach do dwóch, gdyż kto już zaczął lekturę nie będzie chciał jej przerwać z błahego powodu. Fabuła wręcz kipi od nagłych, niespodziewanych wydarzeń, można odnieść wrażenie, że wszystko co złe skupiło się na kilku postaciach, byle zatruć im życie. A to mafia, a to próba porwania i wywiezienia za granicę. Nie zabraknie więc dramatycznych zwrotów akcji i wielu nierozwikłanych wątków. Pojawia się sporo na pozór niezwiązanych ze sobą tajemnic, których rozwiązanie czytelnik bardzo chce poznać, a tymczasem okazuje się, że to już koniec książki i zostajemy z niczym poza ciekawością i poirytowaniem, że znowu trzeba czekać na kontynuację.

Instytucja głównej bohaterki nie jest zbyt wdzięcznym zajęciem, bo ile było książek, tak w ponad połowie z nich nie polubiłam zupełnie postaci kobiecej, a w ¼ z tych tytułów mnie ona irytowała/ śmieszyła/doprowadzała do szału/prowokowała niepochlebne komentarze pod nosem. Kamila należy do tej ¼ co jednak jest jakimś postępem, w końcu mogło być gorzej. Przez połowę książki jest jakaś taka rozlazła, zapłakana, z wiecznie podpuchniętymi oczami od łez wylewanych za beznadziejnym facetem, który ją porzucił osiem lat temu i okazał się… beznadziejnym facetem. Ile można? Trzeba mieć jednak trochę godności, a nie zawalać sobie całe życie z powodu mężczyzny, ale moja osobista opinia się tu nie liczy. Dlatego właśnie nie przepadałam za główną bohaterką, wolę silne postacie, a nie takie rozmemłane Bóg wie co.

Jednak taki właśnie był pomysł autorki na książkę, Kamila tęskni za złym mężczyzną, który nagle znowu zaczyna się mieszać do jej życia. O ile mogę kwestionować rozsądek głównej bohaterki, o tyle kolejne wydarzenia rozgrywające się na kartach książki są naprawdę emocjonujące. Tyle zagadek z przeszłości, niewyjaśnionych motywów postępowania bohaterów, a wszystkie te tajemnice się ze sobą łączą, tego mamy świadomość i ona jeszcze bardziej potęguje nasze zainteresowanie. Oprócz Jakuba w powieści pojawia się kolejny męski bohater, Łukasz, którego zachowanie czasem mnie śmieszyło, jednak zyskał moją sympatię i bardzo mu kibicuję w jego poczynaniach.

„Ogród Kamili” to naprawdę świetna książka i proszę się nie zrażać moimi narzekaniami na główną bohaterkę, bo jak często zdarza mi się polubić takową? Rzadko, oj rzadko, więc nie świadczy to o wartości książki. „Ogród Kamili” nieustannie trzyma w napięciu i na każdym kroku zaskakuje rozwojem akcji, „przewidywalna” to ostatnie słowo jakim można by opisać tę książkę. Ale jak można przerwać opowieść w takim momencie? Dobrze, że „Zacisze Gosi” już niedługo.

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Najlepsze książki roku 2013! Podsumowanie.



W 2013 roku przeczytałam wiele wspaniałych książek, a teraz, podczas przeglądania ich spisu, na widok niektórych tytułów pojawiają się wspomnienia mnóstwa emocji, które kiedyś, dzięki nim mi towarzyszyły. Jednym z takich tytułów jest „W najciemniejszym kącie”, czyli znakomity thriller psychologiczny, który pojawił się wtedy, gdy już wątpiłam czy kiedykolwiek spotkam powieść z tego gatunku mogącą równać się z twórczością Rosamund Lupton i jej znakomitą „Siostrą”, notabene jedną z najlepszych powieści wymienionych przeze mnie w podsumowaniu 2012 roku. Znakomity był także „Baśniarz”, czyli niesamowicie klimatyczna historia miłości, straszna, smutna, niepokojąca, i tak zaskakująca, że aż pozostawiająca czytelnika w szoku, ja w tym stanie właściwie trwam do dziś.

Kolejną genialną książką okazali się być „Wróżbiarze” autorstwa wychwalanej przez wielu Libby Bray, Jeżeli sparzyliście się na jej serii Magiczny krąg (mnie spotkało to samo), koniecznie sięgnijcie po Wróżbiarzy, gdyż jest to zupełnie inna historia, dużo bardziej dojrzała, mroczna i klimatyczna, po prostu pochłania! Widać w moje gusta czytelnicze całkowicie wpisują się wszelkie mroczne, tajemnicze, niepokojące historie, gdyż kolejną najlepszą książką roku był dla mnie „Krąg”, autorstwa Bernarda Miniera znanego już z „Bielszego odcienia śmierci”. Kryminał ten utrzymany jest w genialnym nastroju przyprawiającym o ciągły dreszczyk grozy, jest przy tym bardzo nieprzewidywalny i zadowoli wytrawnych znawców gatunku.

W zeszłym roku w moim podsumowaniu królowało „Dallas’63”, a w tym roku czas na kolejne dzieło Stephena Kinga, czyli „Joyland”. Zdecydowanie wolę takie klimatyczne, przenoszące czytelnika do minionych czasów powieści obyczajowe z nutą grozy niż standardowe horrory. Inną autorką która kolejny rok utrzymuje się na honorowym miejscu jest Jodi Picoult i jej świetna „Karuzela uczuć”. Uwielbiam konstrukcję jej powieści, gdzie połowa wydarzeń rozgrywa się na sali sądowej oraz to, że porusza tak kontrowersyjne i niejednoznaczne tematy, kiedy czytelnik nie potrafi stwierdzić, co jest dobre, a co złe.

Pewnie nikogo nie zaskoczy, że kolejnym tytułem na mojej liście jest „Gwiazd naszych wina”, genialna powieść Johna Greena. Opowieść o miłości, walce z rakiem i lęku przed śmiercią, zarazem smutna jak i z poczuciem humoru i sporą dawką ironii w wypowiedziach bohaterów. Zawładnęła sercami wielu czytelników na świecie i moim również. A na koniec jako wisienka na torcie, absolutne dla mnie zaskoczenie- „Gwiazdozbiór psa”. Wspaniała książka, na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie polecenie pana z księgarni, dziękuję! Opowieść o przyjaźni, człowieczeństwie, potrzebie bliskości z drugim człowiekiem, gdzie treści dorównuje specyficzna forma, dzięki której „Gwiazdozbiór psa” czyta się jak najlepszą, najbardziej poruszającą poezję. Mogłabym tę książkę czytać jeszcze wiele razy, by wyłapać wszystkie niuanse, na które do tej pory mogłam nie zwrócić uwagi. Moja słowa nie opiszą wspaniałości tej książki, ale dla takich właśnie powieści chce się czytać.

Oprócz wymienionych powyżej najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w roku 2013, na uwagę zasługują też inne tytuły, nie tak spektakularne, ale które również mnie rozbawiły, wzruszyły, wciągnęły i wspaniale przy nich spędziłam czas. Są to: Próby ognia, Wybrani, Tak blisko, BZRK, Nieustraszony, Gone. Światło, Szukając Alaski, Lato w jagódce, Nowa Ziemia, seria PLL. Brawa dla nich!

A teraz trochę statystyk. W 2013 roku:
- przeczytałam 81 książek
- napisałam 116 postów, w tym 72 recenzje
- odwiedziliście mnie 26200 razy, a licznik wyświetleń wskazuje 42790
- napisaliście 1800 komentarzy pod postami, dzięki za te piękne liczby!
- nawiązałam współpracę z wydawnictwami Grupa Wydawnicza Publicat, Fabryka Słów i Uroboros, dziękuję za zaufanie!
- blog 11. grudnia obchodził drugie urodziny, które przegapiłam, ale może uda mi się w najbliższym miesiącu zorganizować dla Was jakiś super konkurs :) 

To by było na tyle, dziękuję Wam bardzo za odwiedzanie bloga, czytanie recenzji, komentowanie i dawanie mi w ten sposób motywacji do dalszego pisania. W 2014. będzie jeszcze fajniej, ciekawiej, więcej  postów, mam w głowie pełno pomysłów. Ostatnie miesiące nie były dla mnie i bloga zbyt łaskawe, ale nie będę obiecywać poprawy, tylko po prostu wezmę się do roboty. Do zobaczenia w Nowym Roku, bawcie się dobrze w Sylwestra! 

PS. Wkrótce post o Sherlocku :)

wtorek, 3 grudnia 2013

Bransoletka - Ewa Nowak



Weronika to szesnastolatka zmęczona toksycznymi relacjami zarówno w domu  jak i w szkole. Z jednej strony matka, która się nią nie interesuje, wiecznie dokuczający i wytykający wszystkie błędy brat i ojciec, a z drugiej brak znajomych poza jedną najlepszą przyjaciółką, która myśli tylko o sobie i doprowadza Weronikę do depresji swoim gadaniem. Początkiem zmian staje się wycieczka z inną klasą, podczas której dziewczyna poznaje sympatycznego chłopaka o imieniu Łukasz, który wydaje się być nią zainteresowany. Dziewczyna jest uszczęśliwiona i ma nadzieję na rozwój tej znajomości i owszem, rozwój sytuacji następuje, ale w innym kierunku niż się Weronika spodziewała. Kończy się na tym, że dziewczyna podczas ferii zimowych wyjeżdża na warsztaty teatralne, nie mając pojęcia o teatrze, a co więcej, wcale nie zainteresowana tematem.

Ewa Nowak to jedna z moich ulubionych autorek, a jej książki kupuję w ciemno, podobnie było z „Bransoletką”. Powieść ta nie należy do serii „miętowej”, została wydana nakładem innego wydawnictwa i faktycznie można zauważyć nieco inną konstrukcję powieści. Przede wszystkim mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, „Bransoletka” jest napisana w formie dziennika. Dzięki temu mamy dostęp do wszystkich myśli i uwag dziewczyny, a że jest ona osobą dość zbuntowaną i przynajmniej początkowo negatywnie nastawioną do wszystkiego, jej przemyślenia mogą irytować. Łączy się z tym kwestia typowego dla nastolatków, potocznego języka, który nie do końca przypadł mi do gustu.

Ale koniec uwag technicznych, przejdźmy do treści. Jak zawsze fabuła niesamowicie wciąga, gdy już zaczęłam, nie mogłam odłożyć książki aż do poznania zakończenia. Swoją drogą zauważyłam, że tylko polskie książki poruszające tematykę codziennego życia młodzieży tak mnie pochłaniają, z zagranicznymi jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że realia są nam bliższe? Łatwo jest utożsamić się z postaciami kreowanymi przez autorkę, ich marzeniami i problemami. Nie oznacza to, że darzyłam sympatią główną bohaterką, przez długi czas mnie ona denerwowała, w mojej głowie nieraz pojawiał się głosik krytykujący jej poczynania. Poza Weroniką pojawia się wiele innych postaci, akcja rozgrywa się na warsztatach i są to ich uczestnicy.

Bardzo charakterystyczna jest Salomea, która z początku wydaje się szalona, ale z czasem jej nauki robią wrażenie nawet na Weronice. Dziewczyna przechodzi powolną przemianę i zaczyna dostrzegać problemy w swoim codziennym życiu, stara się je zażegnać. Pojawia się niejednoznaczny wątek miłosny, który w powieści odgrywa nadrzędną rolę, ale też zupełnie niespodziewany, trudniejszy temat. „Bransoletce” nie brak też sytuacyjnego humoru, a perypetie nastolatków śledzi się z przyjemnością. Książka nie dorównuje najlepszym częściom serii miętowej, ale i tak jest całkiem dobra. Uwaga, wciąga!

Moja ocena: 8/10