Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2014

Cień i kość - Leigh Bardugo




Grupa Griszów wraz z żołnierzami i pomniejszymi pomocnikami szykuje się do przekroczenia Fałdy Cienia, która przegradza Ravkę i odcina ją od morza. Każde przemierzenie tego obszaru stanowi śmiertelne zagrożenie i nigdy nie obywa się bez ofiar. Co tak przerażającego może znajdować się na danym obszarze, jakby nie było, należącym do tego państwa? Panująca tam grobowa ciemność i czające się w mroku mięsożerne potwory, które tylko czyhają na zbyt odważnych ludzi, którzy zdecydują się wkroczyć do Fałdy. Podczas tej przeprawy ekipa zostaje zaatakowana, a młoda kartografka Alina Starkow ratując swojego przyjaciela Mala odkrywa w sobie niezwykłą moc, a właściwie to Griszowie odkrywają w niej moc czynienia światła. Dziewczyna staje się szansą dla całego narodu i daje ludziom nadzieję na lepsze jutro.

„Cień i kość” autorstwa Leigh Bardugo opisuje bardzo oryginalny świat przedstawiony. Jest to powieść fantasy, a ten gatunek kojarzy się Wam pewnie z rycerzami na koniach walczącymi w bitwach, adorującymi damy swego serca i wykrywającymi intrygi, ewentualnie z czymś w stylu „Zwiadowców” czy „Gry o tron”, ale nic bardziej mylnego. „Cień i kość” to książka, na którą autorka miała niezwykły pomysł, przenosi nas do fikcyjnego państwa Ravka, wzorowanego na Carskiej Rosji, w czasach bliżej nieokreślonych. Na czele stoi car, ale nieograniczoną niemal władzę dzierży też elita Griszów, czyli ludzi obdarzonych magicznymi mocami. Gdy Alina ujawnia swój dar, zostaje wywieziona do ich siedziby, gdzie po raz pierwszy doświadcza takiego bogactwa, fałszywości i intryg.

Książka miała ogromny potencjał, ale czy został on wykorzystany? Pomysł jest naprawdę genialny i oryginalny, od początku przypadł mi do gustu i mogłam mieć tylko nadzieję, że autorka nie zejdzie z właściwego toru. „Cień i kość” ma rewelacyjny, niepowtarzalny klimat, autorka bardzo plastycznie i ciekawie opisuje Ravkę, a przy tym nie zanudza czytelnika, gdyż dzieje się to w sposób zupełnie naturalny, tak jak ogląda się film i podziwia widoczne na ekranie scenerie. Gdy akcja przeniosła się na dwór królewski obawiałam się, że stanie w miejscu i oprócz dworskich intryg nie pojawi się już nicinnego, a pałacowe ściany będę jedynym miejscem akcji. Na szczęście autorka robi najlepsze co mogłaby zrobić, czyli zmienia przestrzeń i przenosi nas w coraz to inne krainy, a taka różnorodność jest naprawdę świetna.

Często mi się zdarza, że początkowo jestem książką zachwycona, ale potem staje się ona monotonna i zaczyna mnie nudzić. Przy lekturze „Cienia i kości” nic podobnego się nie zdarzyło, wręcz przeciwnie, napięcie stale się potęguje i nie da się tej książki odłożyć na bok! Systematycznie pojawiają się nowe wątki, a autorka nie odgrzewa kotleta lecz wciąż zaskakuje czytelnika. „Cień i kość” to niesamowicie klimatyczna powieść obfitująca w mnóstwo ciekawych zdarzeń, a przy tym nie jest dziecinna, co zbyt często się zdarza w powieściach przygodowych, lecz za to zmysłowa, to chyba właściwe słowo. Dzieje się to za sprawą wątku miłosnego, który jednak nie jest wysunięty na pierwszy plan ani oczywisty, rozwój sytuacji naprawdę mnie zaskakiwał.

„Cień i kość” to fantasy idealne i nie potrafię wystosować nic więcej oprócz kolejnych słów zachwytu, wad w powieści nie zauważyłam żadnych. Opisy są niezwykle klimatyczne, świat przedstawiony barwny i oryginalny, akcja pędzi naprzód, bohaterowie są pełnokrwiści, charakterni i inspirujący, a fabuła nieprzewidywalna. Same dobre przymiotniki mówią za siebie, tej książki nie można nie przeczytać, jest warta poświęconego jej czasu, a je nie mogę wyjść z podziwu, że autorce udało się napisać książkę moich marzeń, której nie mam nic do zarzucenia.

Moja ocena: 9.5/10
 

sobota, 23 marca 2013

Próby ognia - James Dashner


               
             Thomas i jego przyjaciele przeżyli horror, uwięzieni przez długi czas w labiryncie z krwiożerczymi bestiami, swoimi własnymi słabościami i lękami, nie pamiętając jak wcześniej wyglądało ich życie, na dodatek sami nawzajem stanowili dla siebie  zagrożenie. Nie wiedzieli przez kogo zostali umieszczeni w tym miejscu, a niektórzy spośród nich współpracowali wcześniej z wrogiem.  Tylko grupie wybranych udało się przetrwać i opuścić to koszmarne miejsce. Teraz są bezpieczni, zostali uratowani przez przyjazną im organizację. Dowiedzieli się jak wygląda prawdziwy świat, który stoi na progu zagłady. Ale najważniejsze jest to, że w końcu mogą przestać się bać, mogą najeść się, porozmawiać z przyjaciółmi, położyć do łóżka, a kontrolę nad swoim życiem oddać dorosłym. Chyba w to nie uwierzyliście? Bo oni niestety uwierzyli, że to już koniec prób, a nie ma nic gorszego niż odzyskać nadzieję, by zaraz zostać jej pozbawionym. DRESZCZ rozpoczyna fazę drugą i ostrzega: miejcie się na baczności, nie wierzcie temu co widzicie ani temu co czujecie.

                „Próby ognia” to druga część trylogii dla młodzieży Więzień labiryntu napisanej przez Jamesa Dashnera. Autor wprowadza nas do antyutopijnego świata, ale rządzące nim prawa są dla nas tajemnicą. Początkowo nie wiemy nawet jak ten świat wygląda, jesteśmy bowiem wraz z bohaterami uwięzieni w labiryncie bez wyjścia, a wszyscy chłopcy mają wykasowaną pamięć i nie wiedzą co działo się zanim znaleźli się w tym miejscu. Jednak wraz z końcem pierwszej, a początkiem kolejnej części poznajemy DRESZCZ, zostajemy wypuszczeni na zewnątrz i dowiadujemy się coraz więcej. Świat jest zniszczony przez palące słońce, wśród ludności szaleje zaraza nazywana Pożogą. Grupa A zostaje nią zakażona przez organizatorów prób, a nagrodą za przeżycie kolejnego etapu ma być lekarstwo na chorobę. Chłopcy muszę się więc postarać, nikt nie wybiera śmierci.

                Jestem przekonana, że fani Więźnia labiryntu z ogromną niecierpliwością oczekiwali na kontynuację. Nie wiem jak wytrzymałam aż tyle czasu bez jej przeczytania, ale teraz będzie jeszcze gorzej, po tej książce boję się, jak wytrwam do premiery finalnej części. Ale po kolei: uwielbiam świat wykreowany przez Dashnera! Ten człowiek jest geniuszem, bo ileż mamy na rynku podobnych do siebie antyutopii? Cała masa zbliżonych historii, które może i są ciekawe, ale zwykle czegoś im brakuje i nie potrafią tak poruszyć czytelnika. Natomiast ta trylogia rozstraja moje serie, gdy zaczynałam przygodę z nią Więzień labiryntu był jedną z pierwszych książek o takiej tematyce jakie przeczytałam. Często po skończeniu książki, nawet gdy się nią zachwycam, to po ochłonięciu dostrzegam jej wady i mój entuzjazm mija. Natomiast z książkami Dashnera jest inaczej, są świetne i nie można temu zaprzeczyć.

Próby ognia od pierwszych stron zaskakują, pomysły autora budziły moje oszołomienie i tak bardzo chciałabym w końcu poznać wszystkie odpowiedzi! Ale autor nie zaspokaja tej chęci, bo zakończenie pozostawia nas z uczuciami nie do opisania, a w organizmie niemalże szaleje Pożoga. Początek był bardzo dobry, bo wprowadza nas w taki sposób w świat książki, że nie możemy jej porzucić, gdy akcja cały czas przyspiesza. Oczywiście były nudniejsze momenty, gdy działo się niewiele, ale to jak w każdej powieści. Poza tym autor wykorzystał tym razem jako jedną ze scenerii otwartą przestrzeń, na której nie da się wiele przedstawić. Do rzeczy, które mniej mi się podobały należy rozdzielenie bohaterów, przez co prym wiódł Thomas oraz jego nowa przyjaciółka, która pierwszy raz pojawia się w Próbach ognia. Żałuję, że nie było więcej scen z udziałem moich ulubionych bohaterów, czyli Minho i Newta. Jednak zapowiada się na to, że w kontynuacji znów będziemy mogli oglądać całą plejadę postaci.

           Dashner nie przestaje zaskakiwać i to zawsze z tej strony, której najmniej się spodziewamy. Ostatnie strony wzburzyły we mnie krew i wywołały niedowierzanie, ale powinnam się tego spodziewać, ten autor lubi w taki sposób kończyć książkę. Przynajmniej od początku ma pomysł na całą trylogię, a nie wymyśla na siłę w miarę pisania kolejnych części, jak to często widać w innych seriach. Od początku trzyma się celu i sukcesywnie do niego zmierza, a zakończenie trylogii będzie z całą pewnością spektakularne i niezapomniane, jestem tego pewna! Już zapowiedź ostatniej części, którą przeczytałam na końcowych stronach Prób ognia wywołała u mnie dreszcze, dosłownie. Druga część była może mniej mroczna, ale działo się w niej sporo ciekawych rzeczy, a sytuacje spotykające bohaterów budzą w czytelniku przerażenie. Przykładowo występujący w Więźniu Labiryntu Buldożercy zostali zastąpieni Poparzeńcami, nie mniej strasznymi. Charakterystyczny dla Streferów język nadal występuje, nawet w większej dawce i nowej odsłonie, sami przekonajcie się dlaczego. Jestem bardzo zadowolona z tej powieści, historia nadal trzyma poziom i jest zapowiedzią niesamowitego zakończenia trylogii. 

         
            Moja ocena: 9.5/10

Trylogia Więzień Labiryntu:
1. Więzień labiryntu
2. Próby ognia
3. Lek na śmierć

wtorek, 26 lutego 2013

Czarne sekundy - Karin Fossum



Zaginięcie dziesięcioletniej Idy wstrząsa lokalną społecznością. Dziewczynka pojechała na rowerze do niedalekiego sklepu, by kupić słodycze. W miarę jak jej powrót coraz bardziej się opóźnia, Helga wpada w panikę i zawiadamia policję o zaginięciu córeczki. Inspektor Sejer stara się być dobrej myśli i nie straszyć jeszcze bardziej matki dziecka, jednak Ida wciąż nie wraca, nikt nie zauważył też niczego szczególnego. Wkrótce dla większości osób pracujących nad sprawą jak i ochotników poszukujących dziewczynki staje się jasne, że mogą znaleźć jej ciało. Jak potoczy się ta sprawa? W jaki sposób dziesięcioletnia dziewczynka zapadła się jak kamień w wodę?


Czarne sekundy to nie pierwszy kryminał w karierze norweskiej autorki Karin Fossum. Jest ona dość znana i ceniona w Europie, a recenzowana przez mnie książka została nawet nagrodzona. Czy rzeczywiście jest tak dobra? Powieść Czarne sekundy to typowy kryminał, choć główna intryga jest raczej uproszczona i mało rozbudowana, a już dodatkowe wątki nie występują. Tak naprawdę od początku możemy domyślać się kto stoi za zaginięciem Idy, choć autorka jeszcze trochę namąci w późniejszym czasie. Podobno książka ma rozbudowane tło psychologiczne, z czym nie do końca się zgadzam. Może i niektóre postaci mają coś w sobie, ale jednak Czarne sekundy pozostają zwyczajnym kryminałem.


Książka zaczyna się dość nudno, a jej tematyka nie jest na tyle frapująca, by przyciągnąć do siebie czytelnika. Powiedzmy sobie szczerze, czy zaginięcie dziewczynki to interesujący temat w porównaniu do różnorodności kryminałów skandynawskich na rynku wydawniczym? W każdym razie lektura dość mi się ciągnęła, niektóre rozważania bohaterów irytowały, jednak w pewnym momencie zaczęło się robić ciekawie. Nie tyle dzięki dobrze poprowadzonej intrydze, a raczej zainteresowały mnie losy dwojga bohaterów. Tomme to kuzyn Idy, który wiele czasu spędza, jak uważają jego rodzice, w nieodpowiednim towarzystwie swojego kolegi Willa. Z kolei Emil ma pięćdziesiąt lat, nie mówi żadnego słowa poza „nie” i unika ludzi, opiekuje się nim jego matka. Te dwie postaci są jedynym elementem wzbogacającym książkę i trzymającym mnie przy niej, liczą się o wiele bardziej niż cała „tajemnica”, zrozpaczona matka i inspektor razem wzięci.


Oprócz Tomme’a i Emila żaden bohater nie przypadł mi do gustu. Mogą mówić, że są oni zgrabnie wykreowani, a ich postępowanie ma jakiś przekaz, ale według mnie są nudni, schematyczni i nijacy. Bardzo irytowała mnie matka Idy, po prostu nie miała w sobie niczego szczególnego. Podobnie inspektor Sejer: niby coś tam rozmyśla, jest po przejściach, ale nie robi wrażenia i nie zapada w pamięć. Co do zagadki kryminalnej, mnie udało się ją rozgryźć bardzo wcześnie, choć miałam chwile zwątpienia w swoją wersję. W połowie autorka zaczęła kombinować i kolejne poszlaki były dość ciekawe. Jednak wciąż wadą jest to, że cały czas mamy właściwie trzech podejrzanych i pewnie dla większości czytelników rozwiązanie będzie oczywiste.


Kryminał Czarne sekundy nie wyróżnia się na tle innych dzieł skandynawskich, a moim zdaniem nawet zostaje w tyle. Jeśli już wiecie na co stać twórców takich powieści, to możecie się srogo rozczarować, zależy czego kto oczekuje. Jednak mimo nużącego początku i pewnych irytujących bohaterów, ze względu na postaci Tomme’a i Emila warto przeczytać tę książkę. Intrygował mnie szczególnie Tom, nie potrafiłam go do końca rozgryźć. Jeśli da się Czarnym Sekundom szansę, książka potrafi wciągnąć i zaskoczyć. Dlatego dla fanów gatunku może to być zbyt słaba lektura, jednak jeśli szukacie czegoś na długi wieczór, to powieść Karin Fossum może spełnić rolę przyjemnego zapychacza czasu.

Moja ocena: 6/10


niedziela, 17 lutego 2013

W najciemniejszym kącie - Elizabeth Haynes



Cathy to młoda, samotna kobieta, cierpiąca na chorobliwą obsesję na punkcie swojego bezpieczeństwa. Codziennie przed wyjściem z domu wielokrotnie sprawdza drzwi i okna w mieszkaniu, co zajmuje jej czasem wiele godzin, szczególnie gdy nie zrobi tego dokładnie. Unika zatłoczonych miejsc, chodzi w wygodnych butach, które pozwalają na szybki bieg, a wracając z pracy jeździ różnymi liniami, często na około i za każdym razem inną trasą. Z czym związana jest taka obsesja? Przeszłość kobiety skrywa mroczne sekrety, wiadomo jednak, że źródłem lęku jest mężczyzna, którego obiektem przemocy była przed laty. Cathy ma tylko jedną sąsiadkę, która nie sprawia jej problemów, jednak pewnego dnia do mieszkania piętro wyżej wprowadza się sympatyczny lekarz. Mężczyzna stara się poznać Cathy i pomóc jej, co wzbudza strach i niechęć kobiety, ale też sprawia, że pragnie ona zmian.

W najciemniejszych kącie to debiut angielskiej autorki Elizabeth Haynes. Książka odniosła w Wielkiej Brytanii ogromny sukces i zupełnie nie ma się czemu dziwić. Dzieło Haynes to porywający i nietuzinkowy thriller psychologiczny, opisujący lęki młodej kobiety, która wiele przeszła, a koszmar przeszłości nie chce jej opuścić. Obrazowo i zrozumiale przedstawiona choroba, jaką są zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, przemoc domowa oraz próba zostawienia za sobą dawnych zdarzeń, oto o czym jest ta książka. Na szczęście jest także wątek powoli rodzącej się przyjaźni, przedstawiony w bardzo realny sposób. A co więcej, tego nie zdradzę.

Przeczytałam już w życiu sporo kryminałów i thrillerów, dlatego po tej książce nie oczekiwałam czegoś niezwykłego, tym bardziej że o autorce nawet nie słyszałam. W najciemniejszym kącie zaczyna się od relacji z rozprawy sądowej przeciw Lee Brightmanowi, toczącej się 2 lata temu od aktualnych wydarzeń. Mężczyzna znęcający się nad Cathy został skazany na pobyt w więzieniu, a kobieta zmienia miejsce zamieszkania, ukrywa się i próbuje zacząć nowe, uporządkowane życie. Aby zachować zdrowie psychiczne dokładnie planuje każdy dzień, ma określone rytuały i obsesje. Gdy poznaje Stuarta, który jest lekarzem, zaczyna walkę za swoją chorobą. Ale wciąż jak widmo snuje się za nią obraz Lee…

Wielką zaletą książki jest sposób przedstawienia wydarzeń. Nie są one ułożone chronologicznie, a nawzajem się przeplatają. Na przemian występują fragmenty sprzed 4 lat, gdy Cathy dopiero poznała Lee i teraźniejsze życie kobiety. Fragmenty te są raczej krótkie, mają zaledwie po kilka stron i dzięki temu nawet nie zauważa się, jak szybko czyta się tę książką. Gdy już trochę zagłębiłam się w lekturę, niezmiernie mnie ona wciągnęła, wprost nie mogłam się od niej oderwać. Ale cóż się dziwić, autorka stworzyła bardzo ciekawą fabułę, a opisy zachowań bohaterki intrygują i zdumiewają. Zawsze dzieje się coś ciekawego, choć niekoniecznie są to znaczące, spektakularne sytuacje.

Wielką zaletą powieści są rewelacyjnie wykreowani bohaterowie. Ich portrety psychologiczne zdumiewają, są tak realni i namacalni. Bardzo polubiłam główną bohaterkę, mimo tego co przeszła starała się dalej żyć, potrafiła zdobyć się na odwagę, a przede wszystkim stała mi się bliska i z całych sił jej kibicowałam. Moim faworytem jest uroczy pan doktor, którego już po krótkim czasie uwielbiałam, choć wiedząc jak to jest w tych wszystkich thrillerach trochę bałam się, co może się zdarzyć. Wartym wzmianki bohaterem jest Lee, którego nienawidzę i za każdym razem, gdy udawał dobrego i troskliwego, byłam wściekła na Cathy za jej naiwność…

W najciemniejszym kącie to jeden z najlepszych thrillerów jakie w życiu czytałam. Nie tylko niesamowicie wciąga i frapuje, ale przede wszystkim opowiada świetną historię. Przy tym dokładnie i ciekawie opisuje chorobliwe obsesje. Zakończenie zaskakuje, choć jest tak właściwie przez większą część książki. Bohaterowie są rewelacyjni i wzbudzają u czytelnika silne emocje, intryga genialnie poprowadzona. Niesamowicie udany debiut i mam nadzieję, że Elizabeth Haynes napisze jeszcze jakąś książkę! Ustawię się pierwsza w kolejce po nią.

 Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc :)


wtorek, 2 października 2012

Sto Tysięcy Królestw - N. K. Jemisin


Yeine Darr po śmierci swojej matki zostaje wezwana do stolicy Stu Tysięcy Królestw, miasta Sky. Rozkaz przyprowadzenia dziewczyny wydał jej dziadek, Dekarta,  którego ta z kolei nigdy nie widziała. Matka Yeine wyszła za mąż za barbarzyńcę z północy, a jej ojciec wyrzekł się jej i przestał utrzymywać z nią kontakty. Dekarta jest władcą państwa, ale z uwagi na podeszły wiek pragnie wybrać swojego następcę. O koronę wraz z dwojgiem innych kandydatów będzie walczyła Yeine, niekoniecznie z własnej woli. Dziewczyna nie ma pojęcia dlaczego dziadek okazał jej tak wątpliwą przyjemność, ale nie zamierza odpuszczać, dopóki nie rozwikła tej zagadki. W pałacu, gdzie od tej pory zamieszka, każdego powinna traktować jak wroga, bo mało kto żywi dla niej przyjazne uczucia. Szczególnie niebezpieczni są Enefadeh, czyli zniewoleni przez Arameri i posłuszni im, bogowie. Czy Yeine podda się w nierównej walce, czy może jednak zawalczy o tron? Jakie sekrety kryje w sobie Sky i jego mieszkańcy?

„Sto tysięcy królestw” to pierwsza część Trylogii Dziedzictwa autorstwa N. K. Jemisin, a zarazem jej debiutancka powieść, która zyskała wiele nominacji do prestiżowych nagród. Ile prawdy jest w hymnach pochwalnych na jej temat? Nie jestem fanką gatunku fantasy i rzadko sięgam po tego typu pozycje, jednak ta zaciekawiła mnie, a i nie bez znaczenia był fakt, że została wydana przez jedno z moich ulubionych wydawnictw. Poza tym nie zaszkodzi czasem oderwać się od swoich przyzwyczajeń i ulubionych gatunków. Tak więc trafiłam do świata powieści fantasty, ale zupełnie innego niż się spodziewałam i przyznaję, że ten świat bardzo mi się spodobał. W miejscu, gdzie pokonani bogowie służą ludziom jako broń, a jedynym, którego można wyznawać jest Itempas, pojawia się wiele ciekawych legend, podań i zwyczajów.

Właśnie dzięki pomysłowości i oryginalności autorki, książkę czyta się tak dobrze. Nie wzoruje się ona na często powielanych schematach bohaterów i różnych istot, lecz tworzy własne postaci i prawa kierujące światem. W Stu Tysiącach Królestw można wyróżnić wiele plemion, a zwyczaje i tradycje niektórych z nich zostały nam przybliżone. Podobnie jest z opowieściami o powstaniu wszechświata, Ziemi,  rodzaju ludzkiego. Jemisin zaprezentowała również ciekawe pomysły dotyczące Wojny Bogów, jej skutków oraz innych zdarzeń niemających odzwierciedlenia w realnym świecie. Dzięki tak dużej dawce nowych dla czytelnika rzeczy, książkę czyta się bardzo szybko, gdy już się ją zacznie strona za stroną lecą w zatrważającym tempie. Mimo to lektura zajęła mi naprawdę dużo czasu, gdyż byłam zajęta, a nie czułam czegoś w stylu „umrę, jeśli zaraz się nie dowiem, co będzie dalej”. I tak oto zostawiałam książkę z lekkimi wyrzutami sumienia na dzień następny.

Przyjemne czytania jest także zasługą lekkiego i przemawiającego do czytelnika języka. Nawet opisy przedstawiają obiekty tak nietuzinkowe, że nie nużą i nie odróżniają się tak bardzo od akcji, której jest wiele. Jednak sporą część zajmują także odczucia bohaterów, co mnie bardzo przypadło do gustu, mogłam się z nimi bardziej utożsamić. Fabuła powieści jest ciekawa i frapująca, właściwie aż do samego końca nie wiemy co się wydarzy, choć z drugiej strony zakończenie nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, do całości podeszłam z umiarkowanym entuzjazmem, ale też się nie nudziłam. Zaletą jest plejada postaci, tak boskich jak i ludzkich. Podsumowując, „Sto Tysięcy Królestw” nie zrobiło na mnie piorunującego wrażenia, ale jednak bardzo mi się spodobało. Na pewno nie nudziłam się podczas lektury, a przewidzieć następnych stron w tej książce nie sposób. Polecam przede wszystkim wielbicielom gatunku, choć nawet ja, a do fanek fantasy nie należę, spędziłam z tą powieścią przyjemnie czas i Wam również tego życzę. 

 Moja ocena: 7/10

                                        




wtorek, 28 sierpnia 2012

Rozkosz nieujarzmiona - Larissa Ione


                Szpital podziemny to ukryte przez zwykłymi śmiertelnikami miejsce, w którym leczeniu poddaje się wszelkiego rodzaju demony. Te same stworzenia zarządzają placówką, dbając o jej rozwój i bezpieczeństwo. Pewnego dnia podczas dyżuru Eidolona, do szpitala zostaje przywieziona piękna kobieta, która w dodatku jest człowiekiem i okazuje się być niebezpieczną zabójczynią. Należy też do stowarzyszenia Aegis, którego zadaniem jest ochrona rodzaju ludzkiego przed demonami przez zwalczanie ich. Zauroczony tajemniczą nieznajomą lekarz postanawia ochronić ją przed swoimi braćmi i wymyślnymi torturami. W tym miejscu zaczynają się kłopoty, bo wszystko wskazuje na to, że organizacja, której członkinią jest Tayla, ma coś wspólnego z handlem narządami demonów na czarnym rynku.

                „Rozkosz nieujarzmiona” stanowi pierwszą część  trylogii demonica, porównywanej do „Bractwa Czarnego Sztyletu”. Jest to paranormal romance autorstwa Larissy Ione, skierowany raczej do starszych czytelników. „Rozkosz nieujarzmiona” łączy w sobie elementy gorącego romansu i powieści akcji, osadzone w fantastycznym świecie, pełnym demonów, zmiennokształtnych, wampirów i ludzkich wojowników. Autorka stworzyła własną wizję rzeczywistości i rządzące nią prawa, a wszystko co znajdziemy w tej książce to dopiero początek przygody. Ione ma głowę pełną pomysłów, które mogą wydać się niezrozumiałe czy skomplikowane, ale przynajmniej intrygują czytelnika.

                Od początku odrzucał mnie banalny, a miejscami wulgarny język, jakim została napisana powieść. Ja, jako wielbicielka kwiecistej, trochę nawet poetyckiej mowy, najlepiej w starym wydaniu, nie mogłam się przyzwyczaić do stylu Larissy Ione, która zdaje się nie zwracać uwagi na sposób, w jaki wprowadza nas w sytuację, liczy się przede wszystkim treść, a nie forma. Jednak jej styl ma w sobie jakąś lekkość i przy zmniejszaniu wrażeń estetycznych, jednocześnie niesamowicie wciąga. Ja od tej książki nie mogłam się oderwać, za jednym zamachem pochłonęłam 300 stron, siedząc do późnej nocy. Nie trzeba się skupiać czy wysilać, wystarczy znaleźć czas i dać się wciągnąć, bo język jest tak przystępny i w żadnym stopniu nie męczy.„Rozkosz nieujarzmiona”, jak sama nazwa wskazuje, zawiera wiele treści erotycznych. Tego typu sceny pojawiają się często, a już nawiązania do nich przewijają się niemal nieustannie. Z tego względu myślę, że książka jest odpowiednia dla dorosłych, a jeśli ktoś nie lubi tego typu tematyki, to powieść powinien sobie odpuścić.

 Po lekturze części książki wydawało mi się, że romans będzie głównym i jedynym motywem, jednak pozytywnie się rozczarowałam. W „Rozkoszy nieujarzmionej” znajdziemy wiele zagadek, tajemnic i intryg, a fabuła nieraz nas zaskoczy. Pewnych rzeczy dotyczących zakończenia nie zrozumiałam, nieco to wszystko poplątane i nie wiem, czy był to zabieg zamierzony, by z tym większą chęcią sięgnąć po kontynuację. Na mnie poskutkowało, bo niektóre elementy w tej powieści były niczym z kryminału, a nie romansu paranormalnego. Poza tym cieszę się, że zamiast upadłych aniołów czy innych popularnych stworzeń pojawiły się demony. W dodatku wszystko ich dotyczące autorka dokładnie zaplanowała, mamy rozróżnienie na gatunki i ich konkretne cechy. Bohaterowie też dają radę. Nie są oni może obłędni, niemal namacalni czy ze świetnymi portretami psychologicznymi, ale mają pewne cechy, które ich od siebie odróżniają, dzięki którym nie sposób ich nie polubić czy też wręcz przeciwnie. Na pewno nie będę oni obojętni czytelnikowi. Wraz z zagłębianiem się w fabułę poznawałam postaci coraz lepiej, a moja sympatia się pogłębiała.

„Rozkosz nieujarzmiona” to zmysłowy i ekscytujący romans paranormalny, a okładka z napisem HOT zdecydowanie nie kłamie. Cieszę się, że pojawiły się również inne ciekawe wątki, tajemnice i nagłe, zaskakujące rozwiązania. Język jest banalny i może zniechęcić wielbicieli bogatej mowy. Książka autorstwa Larissy Ione nie niesie ze sobą głębokiego przesłania i większej wartości, ale w roli lekkiego, wciągającego czytadła sprawdza się doskonale. Z wielką chęcią zapoznam się z kontynuacją, liczę na poznanie reszty sekretów świata demonów.

 Moja ocena: 7/10

                                                      Za wskazanie drzwi do świata demonów dziękuję:





niedziela, 26 sierpnia 2012

Śmiercionośne fale - Carrie Ryan


                Wiecie już, jak to jest znaleźć się w Lesie zębów i rąk, gdzie na każdym kroku czyhają na Was niosący śmierć Nieuświęceni. Jedno ugryzienie wystarczy, by zmienić każdego człowieka w martwe zombie, którego jedynym celem jest zarażanie innych. Ale co się dzieje z tymi, którzy byli w tych ciałach wcześniej? Ich dusze znikają, czy może cząstka człowieczeństwa pozostaje, uwięziona w powłoce potwora? Lepiej myśleć, że świat jest czarny albo biały, że nie ma nic pomiędzy, że zabijanie Nieuświęconych jest właściwe. Tak wyglądało życie Mary, jednak podobne problemy nie zaprzątają głowy jej córki. Gabry wychowała się nad oceanem, w poczuciu bezpieczeństwa i towarzystwie przyjaciół. Nie musi obawiać się Mudo, rozmyślać o przeszłości ani o możliwościach, które nigdy nie będą jej dane, nie w tym świecie. Jednak jedna noc zmienia wszystko. Dziewczyna wraz z przyjaciółmi decyduje się przekroczyć barierę i wkroczyć do ruin wesołego miasteczka. Nagle okazuje się, że okropieństwa, o których uczą w szkole są bardziej realne niż mogłoby się wydawać, a zasady nie istnieją po to, by je łamać.

                „Śmiercionośne fale” to kolejna część trylogii młodzieżowej, przedstawiającej wizję naszego świata w przyszłości. Nie pojawia się tutaj ograniczanie wolności jednostki i kontrola społeczeństwa przez władze w taki natężeniu jak w antyutopiach, występuje  za to zagłada w postaci rozprzestrzeniającego się wirusa. Osoby zarażone przemieniają się w martwe potwory nazywane Nieuświęconymi lub Mudo, które polują na żywych. Jednak nawet w tak przerażającym świecie nie zabraknie przyjaźni i miłości, zdolnej do poświęceń i wyrzeczeń. Autorką trylogii „Las zębów i rąk” jest Carrie Ryan, amerykańska prawniczka, która po sukcesie swojej debiutanckiej powieści postanowiła skupić się na pisarstwie.

                Obawiałam się trochę zapoznania ze „Śmiercionośnymi falami” ze względu na możliwość powtórki z fabuły pierwszej części. Co bowiem oryginalnego można wymyślić, gdy akcja rozgrywa się na niewielkim obszarze, ograniczonym przez martwe potwory? W pewnym stopniu moje podejrzenia się sprawdziły. Podobnie jak w poprzedniej części mamy do czynienia z miłosnym trójkącikiem. Gabry tak jak jej matka próbuje opuścić miasteczko, jednak w przeciwieństwie do Mary jest tchórzliwa, zapatrzona w czubek własnego nosa i wiecznie narzekająca. Początek książki mnie nie porwał, wręcz się trochę nudziłam, lecz wraz z upływem czasu coraz bardziej mi się podobało. Tajemnice z przeszłości bohaterek, ciekawe postaci męskie, walka o przetrwanie. Pamiętam, że poprzednią część porównywałam trochę do twórczości Clare, tutaj jeden wątek wydał mi się podobny. Choć na aż tak wiele nie ma co liczyć, bo Cassadra jest niezrównana. 

                Może trochę za bardzo skupiłam się na wadach, bo „Śmiercionośne fale” bardzo mi się spodobały! Niby w tak okrutnym świecie pełnym martwych ciał nie ma miejsca na nic więcej, ale jednak ta historia jest wzruszająca i romantyczna. Wbrew pierwszemu wrażeniu powtarzalności pojawiło się sporo nowych wątków, dowiedziałam się wiele o tym świecie, a nawet… Szkoda, że najlepszego nie mogę Wam wyjawić. Powiem jedynie, że szczególne wrażenie zrobiła na mnie końcówka, dzięki niej „Śmiercionośne fale” trafiają do moich ulubionych książek, a ja nie mogę się już doczekać finalnego tomu! W dodatku zakończenie nieźle zaskakuje, a nie spodziewałam się takich nowych pomysłów i rozwiązań. Poza tym czyta się przyjemnie dzięki lekkiemu stylowi autorki, choć z powodu narracji pierwszoosobowej, czyli skupianiu się na uczuciach głównej bohaterki, możemy odczuwać irytację. Gabry nie jest osóbką idealną, wręcz przeciwnie, ale podczas lektury zmienia się i nie jest już tym samym człowiekiem, da się ją lubić. Podobnie irytował mnie Catcher, ale za to bardzo polubiłam Eliasa, liczę na jego znaczny udział w kolejnym tomie.

„Śmiercionośne fale” autorstwa Carrie Ryan to pełna nadziei opowieść o miłości w świecie, który zabrał wszystko, co dobre. Pomimo pierwszego wrażenia powtarzalności pojawia się wiele nowych i zaskakujących wątków, choć miłosny trójkącik zostaje. Najbardziej spodobały mi się tajemnice i element zaskoczenia oraz świetne zakończenie, które nie pozostawia innej możliwości, jak tylko czekać na finalną część.

 Moja ocena: 8/10

Trylogia:
2.Śmiercionośne fale
3.Miejsca ciemne i puste

                    Do Lasu zębów i rąk wkroczyłam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



sobota, 28 lipca 2012

Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum


                Davy i inne dzieciaki z sąsiedztwa zawsze uważali, że dom Chandlerów jest miejscem wytchnienia, gdzie nikt na nich nie krzyczy, niczego nie zabrania, a Ruth to jedyna dorosła osoba częstująca ich piwem i papierosami. Zawsze wesoła, wyluzowana, klnąca niczym szewc. Przyjaciółka młodzieży, nie rozumiana natomiast przez rodziców nastolatków. Gdy miałeś dość obowiązków, zakazów i nudy, szedłeś do Chandlerów, by u nich dobrze bawić się z całym ich klanem. Sielanka trwała latami, jednak do czasu. Do czasu, gdy do domu Ruth przybyły jej siostrzenice, których rodzice zginęli tragicznie w wypadku. Zaczęło się niewinnie, od drobnych kar za niewypełnianie obowiązków, krzyków i sporadycznych wyzwisk. Potem pojawiły się awantury, bicie i dręczenie. Jaki będzie punkt kulminacyjny tych zdarzeń? Może lepiej, byście pozostali w niewiedzy.

                „Dziewczyna z sąsiedztwa” to jedna z  najpopularniejszych powieść amerykańskiego pisarza Jacka Ketchuma, uważanego za najbardziej bezkompromisowego autora w tym gatunku. W swojej książce podejmuje on tematykę szaleństwa ogarniającego kolejne umysły, torturowania osób słabszych, pozostających w stosunku zależności oraz wewnętrznej walki głównego bohatera, który musi wybrać między tym co dobre, a tym co złe. Dzieło tego pisarza zachwala szereg znanych osób i czasopism, w tym sam mistrz horroru- Stephen King. Po szeregu entuzjastycznych opinii, określających „Dziewczynę z sąsiedztwa” jako książkę przerażającą, zaskakującą i pozostawiającą z uczuciem niepokoju, nie mogłam się doczekać kiedy i ja będę miała okazję zapoznać się z twórczością Ketchuma. Pełna nadziei sięgnęłam pod „Dziewczynę z sąsiedztwa” i…

                Zaczęło się całkiem spokojnie: sielski klimat, przedmieścia zamieszkane przez bandę zaprzyjaźnionych dzieciaków, chłopiec opalający się na kamieniach nad strumykiem, gdzie spotyka nową w okolicy – Meg. Wkrótce ma miejsce karnawał, podczas którego pogoda niezbyt sprzyja i właśnie wtedy pojawia się nutka niepokoju, a ja zaczynam oczekiwać na coś strasznego, co musi się wkrótce wydarzyć… I rzeczywiście w niedługim czasie zaczynają się bójki, awantury i wyzwiska kierowane w stronę młodych dziewcząt, co wkrótce przeradza się to w grę, podczas której jedyna zasada mówi, że wszystkie chwyty są dozwolone. Oczekiwałam, że będę się bała obrócić następną kartkę, że będę ze grozą odwracać wzrok, a potem nie będę mogła spać w nocy. Cóż, „Dziewczyna z sąsiedztwa” była nie tyle przerażająca, co raczej odrzucająca. Krzywiłam się z odrazą, zastanawiając się, jak można być tak okrutnym i bezlitosnym. Nie bałam się, po skończeniu książki wiele o niej nie myślałam, a w nocy spokojnie spałam.  Większe wrażenie robią na mnie tajemnicze zjawiska paranormalne, czy coś nieokreślonego czającego się w ciemnościach. A okrucieństwo ludzi w tej powieści wzbudziło mój niesmak i skłoniło do zastanowienia.

                Jeśli kiedykolwiek mielibyście zamiar przeczytać „Dziewczynę z sąsiedztwa”, radzę Wam nie zapoznawać się ze wstępem napisanym przez Stephena Kinga, w którym pisarz analizuje książkę, fabułę i bohaterów, a zostawić go na sam koniec. Ja po kilku stronach darowałam sobie widząc, że roi się w nim od spoilerów i dzięki temu powieść była dla mnie mniej przewidywalna. Język, którym napisano książkę, jest prosty i uprzyjemniający lekturę. Nie znajdziemy tu zbędnych opisów czy kwiecistego stylu, najważniejsza jest akcja i kolejne wydarzenia. Główny bohater to dwunastoletni chłopiec o imieniu David, będący świadkiem zdarzeń rozgrywających się na kartach książki, ale nie jest on ich uczestnikiem. Nie interweniuje ani nie przyłącza się do okrucieństwa swych znajomych, stoi jedynie z boku i się przygląda. Żaden z bohaterów nie wzbudził mojej sympatii co rzadko się zdarza, ale trudno się dziwić zważywszy na tematykę książki. Może jedynie Meg i jej siostra, współczułam im i chciałam, żeby im się udało, ale mimo to nie zapadły mi szczególnie w pamięć.

„Dziewczyna z sąsiedztwa” to powieść grozy autorstwa Jacka Ketchuma, w której zabrakło mi samej grozy. Nie przeraziła mnie, a wzbudziła niesmak i odrazę, nie odebrała snu w nocy, a dała do myślenia. Jednak  nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak na to liczyłam, a w pamięć również nie zapadła. Może po prostu nie pasują mi powieści grozy, których tematyka skupia się na okrucieństwach człowieka? Zawsze bardziej działa na mnie film i obraz, jeśli chodzi o wzbudzenie lęku. W tej książce znajdziemy specyficzny klimat, który z sielskiego zmienia się we wzbudzający dreszcz niepokoju, a dalej mamy już opisy kolejnych tortur. „Dziewczyna z sąsiedztwa” trochę mnie rozczarowała, ale liczyłam naprawdę na wiele. Może Wy się na niej poznacie bardziej niż ja. Powieść Ketchuma polecam fanom jego twórczości oraz wielbicielom literatury grozy, skupiającej się głównie na czynach człowieka.

Moja ocena: 6/10
 
                                           Za egzemplarz recenzencki dziękuję:
                                 logo





czwartek, 26 lipca 2012

Las zębów i rąk - Carrie Ryan


                 Czy gdyby Mary spędziła nad strumykiem o jedną chwilę krócej, wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdyby Harry nie zapytał jej, czy zechce spędzić z nim resztę życia; gdyby nie dowiedziała się, że jego brat, którego kocha, wybrał jej przyjaciółkę; gdyby poszła z matką na spacer przy siatce, odgradzającej wioskę od Lasu zębów i rąk, jak to miała w zwyczaju – czy wtedy byłaby dziś szczęśliwa? Może nie trafiłaby do katedry Siostrzeństwa, nadal żyłaby w zgodzie z ukochanym bratem i miała szczęśliwą rodzinę z biegającymi po domu dziećmi? Pozostał jej już tylko żal, zastanawianie się „co by było gdyby…” i marzenia o oceanie, towarzyszące jej bezustannie podczas ucieczki i walki o życie. Jakie dramatyczne wydarzenia, które całkowicie zmieniły życie dziewczyny i doprowadziły do przewartościowania jej priorytetów, zostały zapoczątkowane tamtego dnia? 

                „Las zębów i rąk” to pierwsza część trylogii opowiadającej o świecie , który składa się z małej wioski otoczonej drucianą siatką, odgradzającą osadę od lasu zamieszkanego przez Nieuświęconych. Nieznane są przyczyny ich powstania, wiadomo tylko, że na skutek tajemniczego wirusa powstały osoby, których celem jest zakażanie żywych. Normalni ludzie po ugryzienie przez te bestie staliby się w niedługim czasie tacy sami jak one. Władzę w osadzie sprawuje Siostrzeństwo, które nakazuje spokojne życie w zgodzie z Bogiem, pełne poświęcenia. Jednak mieszkańców wciąż ogarnia strach na myśl o tym, co zdaje się być nieuniknione – w końcu Nieuświęconym uda się przedrzeć przez ogrodzenie i zdobyć wioskę. A co będzie potem? Najpewniej tylko śmierć, ponieważ wszystkim mieszkańcom wpaja się, że poza lasem pełnym umarłych nie ma już nic – są ostatnimi ludźmi na świecie. Autorką tej trylogii, należącej do, jak to można wyczytać na okładce, literatury spekulatywnej, jest Carrie Ryan. Owa amerykańska prawniczka po sukcesie swojej powieści postanowiła poświęcić się pisarstwu. Nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc ukazała się już kolejna część trylogii – „Śmiercionośne fale”.

                Już pierwsze strony książki Carrie Ryan niosą ze sobą obietnicę niezapomnianej przygody. Czytelnik jest powoli wprowadzany do stworzonego przez autorkę świata, którego centrum jest wioska otoczona lasem Nieuświęconych. Niemal od początku jesteśmy świadkami znaczących dla fabuły zdarzeń. Nie przeszkadza to jednak zapoznać się z interesującymi obyczajami panującymi w wiosce. I już tutaj objawia się oryginalność książki, bowiem Ryan miała wiele pomysłów na świat, zwyczaje ludzi i fantastyczne istoty, które odróżniają „Las zębów i rąk” od współczesnych książek. Nie znajdziemy tu wampirów, wilkołaków czy demonów, są za to Nieuświęceni, którzy wydali mi się być wzorowani na tradycyjnych zombie.

                Podobało mi się, że autorka nie rozmieściła czasu akcji w obrębie kilku dni. Często bywa bowiem tak, że mnóstwo dziwnych rzeczy ma miejsce z dnia na dzień, co chwilę dzieje się coś ważnego, co zmniejsza wiarygodność książki, przynajmniej dla mnie. Tymczasem u Ryan nieraz bohaterowie czekają tygodniami przed zrealizowaniem planu lub podjęciem walki. Nie znaczy to, że czytelnik wtedy się nudzi, ponieważ upływ czasu jest zwykle jedynie zaznaczony, a szczegółowo opisane tylko bardziej znaczące zdarzenia. Poza tym „Las zębów i rąk” posiada specyficzny klimat, mroczny, pełen tajemnic i oczekiwania na kolejny cios. Z niecierpliwością śledziłam losy bohaterów, książka bardzo mnie wciągnęła, w czym z pewnością udział miał styl pisarski Carrie Ryan, który bardzo przypominał mi ten obecny w powieściach Cassandry Clare. Obydwie pisarki w podobny sposób bawią się słowami, kreując niezwykły świat i przyciągając do niego czytelnika. Nigdy nie nudzą, a zachęcają do dalszej lektury i przy tym są bardzo pomysłowe.

                Ryan nie ugina się pod presją „doprowadzenia bohaterów do końca”. Mam tu na myśli to, że zwykle w książkach już na początku zakładamy, że główny cel misji musi się powieść, a główne postaci dotrwają do końca, bo jakżeby nie. Ponadto na początku już wiemy,  którzy bohaterowie będą razem, a ich życie uczuciowe, choć skomplikowane, zmierza ku wiadomemu celowi. Przyzwyczajona do takiego biegu rzeczy dałam się zwieść, a jakie czekało mnie zaskoczenie…   „Las zębów i rąk” wymyka się schematom, tutaj niczego nie możemy być pewni: trup ścieli się gęsto, a miłość nie jest wystarczającą motywacją do przeżycia. 

                Bohaterowie występujący w książce są świetnie wykreowani i niepowtarzalni. Choćby postaci męskie – jak ja już mam dość tych przystojnych, heroicznych i wiecznie pewnych siebie bohaterów, którym wszystko się udaje i z łatwością zdobywają serca swych wybranek. W powieści Ryan większą wagę ma charakter i postępowanie postaci, a nie ciągłe przypominanie, jak ktoś nieziemsko wygląda. Książkowe kobiety także przypadły mi do gustu. Przede wszystkim w „Lesie zębów i rąk” nie ma takiego parcia na wątek miłosny, dla bohaterów romantyczne uczucia nie są najważniejsze, nie wariują oni z miłości, doprowadzając czytelników śledzących ich losy do irytacji i zgrzytania zębami. Dla nich liczą się też inne rzeczy: rodzina, przyjaźń, walka o marzenia. Symbolem marzeń jest właśnie ów nieuchwytny ocean. Na opowieściach o nim wychowała się Mary, a ta dziewczyna nie ustąpi, póki nie dopnie swego i nie zanurzy się w słonych falach.

                „Las zębów i rąk” to fascynująca opowieść o świecie, w którym liczy się przetrwanie i poświęcenie, a nie prawdziwa miłość. Jednak bohaterom przyjdzie się zmierzyć z nieznanym, a jaki będzie kres tej podróży? Książka autorstwa Carrie Ryan wymyka się schematom, jest oryginalna i niepowtarzalna. Przede wszystkim głównym wątkiem nie jest uczucie pomiędzy bohaterami, jak to we współczesnej literaturze bywa. Liczą się marzenia, przetrwanie, rodzina, ale wszystko z umiarem. Postaci są bardzo ciekawe i jedyne w swoim rodzaju, a mroczny i pełen napięcia klimat książki nie pozwala się od niej oderwać. Także styl Ryan nie jest nudny i zwyczajny, sprawia za to, że czyta się z przyjemnością. Teraz już wiem, co wielu fanów widzi w tej trylogii i mogę polecić ją serdecznie tym, którzy jeszcze nie mieli okazji przeczytać. Z niecierpliwością oczekuję chwili, gdy będzie mi dane zapoznać się ze „Śmiercionośnymi falami”.
 
                Moja ocena: 9/10                                   


 W skład trylogii wchodzą:                  

1. Las zębów i rąk
2. Śmiercionośne fale
3. Miejsca ciemne i puste








                                                                  Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

logo





niedziela, 22 lipca 2012

Chłopiec w walizce - Lene Kaaberbol&Agnete Friis (recenzja przedpremierowa)


Wydarzenia, które swój początek miały pewnego sierpniowego dnia, nie były ani szczególnie zaskakujące, ani nadzwyczaj nieoczekiwane. Dla normalnego człowieka z pewnością okazałyby się emocjonującym epizodem, który zapamięta do końca życia, ale Nina nie pierwszy raz uczestniczyła w tego rodzaju akcjach. Pracowała w sieci, czyli tajnej organizacji  zajmującej się pomaganiem uchodźcom w Danii, których prawa były regularnie łamane i których los nikogo nie obchodził. Ratowanie życia było dla Niny niczym narkotyk, nie potrafiła się od niego uwolnić. Nawet kosztem własnej rodziny, która martwiła się, gdy kobieta znikała z dnia na dzień, by wyjechać na misję w odległym zakątku świata. Przypływ adrenaliny i poczucie, że to co robi ma jakiś sens, znaczyły dla niej więcej nie wszystko inne, a obok cierpienia drugiego człowieka nie potrafiła przejść obojętnie.

Kobieta pracuje jako pielęgniarka w Ośrodku Duńskiego Czerwonego Krzyża, a o jej dodatkowym zajęciu wiedzą nieliczni. Pewnego zwyczajnego z pozoru dnia, o ile można tak powiedzieć biorąc pod uwagę styl życia Niny, kobieta odbiera telefon od swojej przyjaciółki z czasów studiów, która prosi ją o spotkanie. A że starym znajomym się nie odmawia, umawiają się w kawiarni. Bez oglądania się na konwenanse Karin przechodzi do rzeczy- wręcza Ninie klucz do przechowali bagażu na dworcu, prosząc o jego odebranie. Mimo złych przeczuć Nina nie może się oprzeć wizji uratowania czyjegoś życia, więc nie zważając na panikę widoczną w oczach przyjaciółki, udaję się w odpowiednie miejsce, aby następnie na osobności otworzyć skórzaną walizkę. Kilkuletni chłopiec, którego znajduje w środku, wpłynie nie tylko na losy ludzi, którzy go tam ukryli, ale także zmieni życie kobiety. Jak postąpi Nina? Wykręcenie numeru 112 jest znacznie łatwiejsze niż samodzielne zaopiekowanie się dzieckiem, ale jak już zdążyliście się pewnie zorientować, ta kobieta nie należy do osób idących na łatwiznę. 

„Chłopiec w walizce” to skandynawski kryminał autorstwa duńskiego duetu pisarek Lene Kaaberbol i Agnete Friis, cieszący się dużą popularnością za granicą. Powieść została nominowana do nagrody Szklanego Klucza oraz wybrana duńskim kryminałem roku. Teraz książka ma swoją Polskę premierę, jak zostanie przyjęta przez czytelników? Mogę mieć tylko nadzieję, że odbierzecie ją równie pozytywnie jak ja. Tematem przewodnim powieści jest znalezienie przez pielęgniarkę Czerwonego Krzyża małego chłopca o nieznanym pochodzeniu. Szuka go wielu ludzi, którzy mają pieniądze i władzę, a walka z nimi będzie dla Niny bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Jednak nie jest to jedyne zagadnienie poruszane w „Chłopcu w walizce”. Równie ważne są tutaj wątki społecznie, dotyczące sytuacji panującej w Danii jeśli chodzi o uchodźców z innych krajów Europy Wschodniej. Dzięki działalności głównej bohaterki w sieci, możemy bliżej przyjrzeć się jej zadaniom oraz ludziom, którymi się zajmuje. Bardzo podobało mi się osadzenie intrygi wśród rozmaitych wątków społecznych, ponieważ czyni to lekturę interesującą, różnorodną i bardziej realną w odbiorze. 

Już na samym początku zostajemy rzuceni w wir zdarzeń. Zamiast po kolei wyjaśniać motywy przestępców i śledzić od początku ich poczynania (bo dowiadujemy się co się dzieje z ich perspektywy), znajdujemy się w środku intrygi o nieznanym nam celu w momencie, gdy coś idzie nie tak jak powinno. Właściwie nie wiemy nawet jaką rolę pełnią poszczególne postaci, ani kto jest dobry i zły, odkrywamy to dopiero z czasem. Z początku ciężko było mi się połapać wśród wielu postaci, tym bardziej że nawet nie wiedziałam co się dzieje. Jest to jednak zdecydowany plus, bowiem dzięki temu lektura staje się nieprzewidywalna. Może i niektórych elementów układanki po jakimś czasie domyśliłam się sama, jednak na końcu i tak dałam się zaskoczyć rozwiązaniem zagadki, bowiem w mojej teorii nie wszystko do siebie pasowało. 

Powieść ma również aspekt psychologiczny, objawiający się w postaciach bohaterów. Wyraźnie mamy przedstawione ich przemyślenia, motywy, nachodzące ich obawy i wątpliwości. „Chłopiec w walizce” podzielony jest na rozdziały prowadzone narracją trzecioosobową, jednak z perspektywy różnych bohaterów, nawet tych stojących po przeciwnej stronie barykady. Nie zabraknie licznych retrospekcji z ich przeszłości, ciekawych i czasem z pozoru niezwiązanych z akcją, jednak wszystko tutaj ma znaczenie, co udowadnia samo zakończenie, które zrobiło na mnie duże wrażenie. W pewnym sensie można je nazwać otwartym, ale raczej pod tymi mniej ważnymi względami. Podczas czytania zastanawiały mnie czasem dziwne zachowanie bohaterki, a jakie było moje zdziwienie, gdy okazały się one mieć podłoże psychologiczne! Naprawdę świetne rozwiązanie.

To co mnie drażniło podczas lektury, to dziwne imiona i nazwy – wiadomo, duńskie, ale ja nie mogłam się z początku połapać wśród wszystkich bohaterów, a miejsca kompletnie nic mi nie mówiły. Ale gdyby obcokrajowiec przeczytał polską powieść też miałby z tym problem, więc nie jest to wadą książki. Oprócz tych drobnych czynników język jest prosty w odbiorze i sprawia, że czyta się błyskawicznie, mi lektura zajęła zaledwie jeden dzień. Nie znajdziemy tu wielu porównań i przenośni, a także zbędnych opisów krajobrazów, poznamy za to sporo ciekawych historii z życia bohaterów, zagłębimy się w tajniki ich umysłów, a na brak akcji nie będziemy mogli narzekać. 

„Chłopiec w walizce” to świetny skandynawski kryminał, wyłamujący się poza ramy swojego gatunku. Dzięki połączeniu wątków kryminalnych, społecznych i psychologicznych powstała wciągająca powieść, mająca większy wymiar niż spora część literatury skandynawskiej, która zwykle skupia się na konkretnej zbrodni w danej społeczności. Tutaj mamy o wiele więcej, a „Chłopiec w walizce” przywodził mi nawet na myśl rewelacyjną trylogię „Millennium”, choć jednak do niej sporo mu brakuje. Uważam, że książka ta jest lekturą obowiązkową dla fanów gatunku, którzy na pewno się nie zawiodą.

Moja ocena: 8,5/10

Recenzja bierze udział w konkursie na najlepszą blogową recenzję lipca, organizowanym         przez Syndykat Zbrodnia w Bibliotece.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

                                                        Za egzemplarz recenzencki dziękuję: 

                                             logo

czwartek, 29 grudnia 2011

"Więzień Labiryntu" - James Dashner


            Strefowicze nie znają prawdziwego świata, znajdującego się poza murami labiryntu. Żyją na niewielkiej przestrzeni, otoczonej ze wszystkich stron kamiennymi ścianami, wznoszącymi się wysoko w niebo. Tylko cztery wrota umożliwiają opuszczenie przymusowego miejsca pobytu. Jednak to, co znajduje się za nimi, jest chyba nawet gorsze od przebywania  w Strefie, gdzie są przynajmniej bezpieczni, mają co jeść, pić, a co tydzień otrzymują windą zaopatrzenie. Natomiast labirynt to przerażająca plątanina kamiennych korytarzy, zmieniających co noc położenie,  po których krążą Bóldożercy- obrzydliwe stworzenia- maszyny, z którymi spotkanie nie jest przyjemnym przeżyciem.  Strefowicze nie wiedzą, jak znaleźli się w tym miejscu. Jedyne ich wspomnienia to pojawiające się od czasu do czasu, niepowiązane z konkretnymi osobami, miejscami, czy sytuacjami, obrazy z przeszłości. Tak jakby ktoś wykasował im pamięć. Nie znają ludzi, którzy im to zrobili, nazywają ich jednak Stwórcami.
Coś się zmienia, gdy pewnego dnia w Strefie pojawia się Thomas. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo co miesiąc, tak zwanym Pudłem, przybywa do labiryntu chłopiec. Ale właśnie. Co miesiąc. Chłopiec. A tymczasem w następnej dobie pojawia się dziewczyna, pierwsza w dwuletniej już historii Strefy. Oznajmia, że nic już nie będzie takie jak dawniej. I nie myli się.  
„Więzień Labiryntu” to pierwsza część trylogii fantastycznej o tym samym tytule, która stała się bestsellerem na rynku amerykańskim. Jej autorem jest James Dashner, twórca kilku serii książkowych dla młodszych czytelników, wraz z rodziną mieszkający w stanie Utah. Cała trylogia ukaże się w Polsce nakładem wydawnictwa „Papierowy Księżyc”, druga część – „Próby ognia”- w marcu 2012 roku. Planowana jest ekranizacja „Więźnia Labiryntu” przez wytwórnię 20th Century Fox.
Zaczynając lekturę, po przeczytaniu zarówno jej opisu jak i pozytywnej recenzji, miałam co do „Więźnia Labiryntu” wysokie wymagania. Nastawiłam się na historię, która mnie zadziwi, wciągnie, wprowadzi w nastrój tajemnicy i grozy. I nie zawiodłam się.
Początkowo książka jest po prostu ciekawa. Wraz z głównym bohaterem dopiero zapoznajemy się z sytuacją, tak jak i on niewiele wiemy o Strefie i jej mieszkańcach. Stopniowo zostajemy wprowadzeni w zasady rządzące tym małym światem. Dopóki jeszcze zasady istnieją. Bo wkrótce sytuacja znacznie się komplikuje, w labiryncie dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy, a Thomas musi zagłębić się w ocean tajemnic ze swojej przeszłości, żeby zapobiec katastrofie. Dodatkowo interesujące jest to, że wie o sobie tyle co nic, a każde pojawiające się wspomnienie może okazać się i dla niego, i dla czytelnika, szokujące.
Język powieści jest prosty w odbiorze, czyta się łatwo i przyjemnie. Do pewnego momentu, dla takich jak ja fanów pięknego wysławiania się w stylu „Cukierni pod Amorem”, wada mogą być dialogi pomiędzy bohaterami. Slang, zarówno współczesnej młodzieży jak i książkowych Strefowiczów, łączy się, tworząc mieszkanką pojawiającą się nagminnie w początkowej części powieści. Bardzo irytowały mnie ciągłe kłótnie między postaciami, owocujące bogatymi wiązankami wymyślnych wyzwisk. Ile razy można używać słów typu „smrodas”, „sztamak”, „klump”?  Byłam tym tak zniechęcona, że moim jedynym marzeniem było, żeby tylko bohaterowie się w końcu uspokoili. Na szczęście moje pragnienie spotkało się z pozytywnym odezwem, bowiem wkrótce natężenie żargonu znacznie zmalało, a Strefowicze zaczęli prowadzić inteligentne rozmowy i udzielać ciekawych informacji. Poza tym, przy takiej akcji, na niektóre wady dialogów można przymknąć oko.
A co to jest za akcja ! Według mnie godna największego podziwu. O ile za „szybkie zwroty akcji” uważałam te z książek, w których dzieje się nieporównywalnie mniej, nie wiem, co mogłabym powiedzieć o tych z „Więźnia Labiryntu”. Czytałam w dzień, w nocy, z rana, gdy wstałam, przy jedzeniu kolacji, reagując złością na każdy hałas przeszkadzający mi w lekturze. Mogę powiedzieć: „ Oj dzieje się, dzieje”. Od czasu, gdy akcja się rozkręca, nieustannie pojawiają się nowe problemy, zmiany w Strefie, wspomnienia w głowie Thomasa, poszlaki, czy wskazówki podsuwane przez Stwórców. Podczas czytania, gdy mogłam kątem oka zauważyć, że zbliża się koniec rozdziału, zasłaniałam zakładką ostatnie linijki tekstu, bo tak mnie kusiło, żeby zerknąć. Tym bardziej, że często właśnie pod koniec rozdziałów dzieje się coś niezwykłego, co nie pozwala przerwać lektury i każe czytać dalej.
Nie wiem, jak opisać moje uczucia po skończeniu książki. Zdradzę tylko, że nawet ostatnie strony nie przestają zaskakiwać. A gdy przeczytałam słowa z okładki: „Przetrwałeś Labirynt. Jesteś jednym z wybrańców. Ale czas prób jeszcze się nie skończył.”, czułam się jakbym naprawdę to ja brała udział w tych wydarzeniach. Niesamowita książka ! Mogę tylko niecierpliwie oczekiwać na kolejną część i mieć nadzieję, że dorówna pierwszej. Polecam !

                                  Z N A J D Ź   W Y J Ś C I E   A L B O    G I Ń.

Moja ocena: 10/10