Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał skandynawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał skandynawski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

Czerwone gardło - Jo Nesbo



Harry Hole zostaje awansowany na komisarza, a tak naprawdę odsunięty w kąt, po tym jak zastrzelił agenta ochrony, którego uznał za zagrożenie dla eskorty. Wkrótce wpada na trop sprawy pojawienia się w Norwegii bardzo rzadkiego i specjalistycznego karabinu, który jest bronią płatnych zabójców i terrorystów. Choć kierownictwo jest przeciwne angażowaniu się komisarza w sprawę, zaczyna on interesować się kręgami neonazistów, bo tam prowadzi go trop. Mające miejsce w niedługim czasie morderstwa dotyczą różnych spraw, ale jakiś element zdaje się je łączyć. Z teraźniejszymi wydarzeniami wiąże się też historia z II wojny światowej, a konkretnie losy kilku żołnierzy norweskich walczących po stronie Niemiec. Jeden z nich, Daniel zginął pewnej nocy w okopie, a reszta przetrwała, dezerterując lub lądując z poważnymi obrażeniami w szpitalu. Wydawałoby się, że historia jest zakończona, jednak nie do końca.

„Czerwone gardło” to trzecia powieść Jo Nesbo z cyklu o komisarzu Harry’m Hole. Jest to kryminał, jednak nie brakuje w nim wątków historycznych czy politycznych. Jest to dopiera druga książka tego autora z jaką miałam do czynienia, ale już zauważyłam, że nie lubi on prostej, współczesnej fabuły charakterystycznej dla większości kryminałów. Nie każdemu może się spodobać, że wplata do książek różne wątki, a historie nie opierają się na zbrodniach dotyczących pojedynczych ludzi. U Nesbo zagadki kryminalne mają drugie dno, są zwykle częścią większej historii i mają duże znaczenie,  poczynania bohaterów mogą mieć przykładowo wpływ na cały kraj i najwyższe władze. Poza tym przez takie nawiązania do historii i w gruncie rzeczy skomplikowaną fabułę, czytelnik może mieć problem z połapaniem się w tym wszystkim. W moim przypadku też tak było i trochę mnie to irytowało. Najgorzej jest na początku, kiedy pojawia się masa bohaterów i każdemu jest poświeconych kilka stron, ale wcale nie wiemy kim oni są i jakie mają znaczenie dla historii, jakie są powiązania między innymi.

Taki natłok bohaterów i skomplikowana fabuła ostudziły mój zapał do książki i byłam nią zniechęcona, mimo to konsekwentnie brnęłam dalej, na szczęście tylko początek był tragiczny. Bardzo przypadła mi do gustu historia rozgrywająca się podczas II wojny światowej, której poświęcono prawie tyle samo miejsca co współczesnej akcji. Niestety jest ona dużo ciekawsze niż rozgrywające się w teraźniejszości wydarzenia, co powoduje duży rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema historiami. Przez jakiś czas byłam przekonana, że wiem czego mogę się spodziewać po fabule i byłam zdziwiona, że to nawet nie jest zagadka kryminalna. Oczywiście moje poglądy się zmieniły, bo okazuje się, że Nesbo potrafi namieszać, po raz kolejny się o tym przekonałam.

Nesbo kreuje dość ciekawych bohaterów, szczególnie tych z przeszłości. Natomiast tworząc komisarza Harry’ego Hole posłużył się schematami właściwymi kryminałom, czyli główna postać miała trudne przejścia, a teraz boryka się z nałogiem alkoholowym i kolejnymi katastrofami w życiu osobistym i zawodowym, co nie zmienia faktu, że budzi sympatię czytelnika. Autor nie zakończył jednego wątku i choć nie jest to znacząca zagadka, zachęca do śledzenia dalszych losów policjanta. Natłok postaci i zbyt wiele wątków spowodowało, że książka nie trzyma w napięciu i czyta się ją ciężko, choć w pewnym momencie wciąga. Dobrze zrobiłoby jej skrócenie przesadnie rozwleczonej fabuły. „Czerwone gardło” to niezła powieść, ale ja nie jestem w pełni usatysfakcjonowana i liczę na więcej w kolejnych tomach.

Moja ocena: 7/10

Cykl o Harry'm Hole:
1.Człowiek nietoperz
3.Czerwone gardło
4.Trzeci klucz
5.Pentagram
6.Wybawiciel
7.Pierwszy śnieg
8.Pancerne serce
9.Upiory


piątek, 10 maja 2013

Karaluchy - Jo Nesbo



Komisarz Harry Hole zostaje wytypowany do rozpracowania ściśle tajnej sprawy, której ujawnienie mogłoby wywołać skandal i niechęć do rządu. W tym celu policjant wyjeżdża z Norwegii do Tajlandii, gdzie w motelu pełniącym funkcję burdelu znaleziono zamordowanego przez pchnięcie nożem w plecy norweskiego ambasadora, przyjaciela premiera. Rozpoczynają się poszukiwania nieuchwytnego sprawcy, który nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Policja nie może znaleźć punktu zaczepienia, jedyne poszlaki łączą sprawę z przestępstwami na tle seksualnym, z których słynie Tajlandia. Śledztwo jest prowadzone w Bangkoku, mieście znanym z gigantycznych ulicznych korków, upałów i maksymalnie zanieczyszczonego powietrza. Powiązania ze sprawą wykazuje wiele środowisk takich jak mafia, politycy i dyplomaci. Jak Harry Hole poradzi sobie ze złapaniem zbrodniarza? Może nikt wcale tego po nim nie oczekuje?

Jo Nesbo to norweski pisarz kryminałów, znany z cyklu o komisarzu Harrym Hole. „Karaluchy” to jego druga część, a zarazem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Kryminały skandynawskie mnożą się jak grzyby po deszczu, nie zawsze niosąc ze sobą dobrą rozrywkę i dreszczyk grozy. Czy proza Nesbo jest warta uwagi? Pisarz zyskał oddane grono fanów z niecierpliwością oczekujących kolejnych powieści, a ja również jestem zadowolona z poziomu jego książki. „Karaluchy” to nie typowy kryminał, gdzie w małym miasteczku policja poszukuje mordercy i na tym skupia się cała akcja. Intryga w tej powieści zatacza szerokie kręgi i dotyczy całego kraju, środowisk takich jak najwyżsi urzędnicy państwowi, politycy, dyplomaci. Porusza temat pedofilii i pornografii dziecięcej, ale tak naprawdę nie do końca wiemy, czy mają one znaczenie w sprawie prowadzonej przez komisarza.

W książce ważny jest nie tylko wątek kryminalny, ale też społeczny, bo Nesbo nie wzbrania się przez przedstawieniem ludzi mieszkających w Bangkoku, ich stylu życia i poglądów. Szczególnie widoczne jest też zainteresowanie życiem osobistym bohaterów, czego przykładem jest Harry Holle. Komisarza dręczą wspomnienia z przeszłości: śmierć poprzednich partnerek, gwałt dokonany na jego siostrze przez nieznanego sprawcę. Harry nie może się pogodzić z tymi wydarzeniami i chce jeszcze raz poprowadzić zamknięte jakiś czas temu śledztwo, lecz nie dostaje na to pozwolenia. Wątek jego siostry i demonów przeszłości stale powraca, a Hole topi wspomnienia w butelce wódki i coraz bardziej popada w nałóg. Jest to ciekawa persona, tajemnicza i pełna kontrastów. Z jednej strony komisarz jest złośliwy, sarkastyczny i bezpośredni w rozmowach z kolegami po fachu czy przełożonymi, a z drugiej w rozmowach ze świadkami czy młodą dziewczyną związaną ze sprawą wykazuje delikatność, którą trudno z nim łączyć.

W książce mamy też kilku innych bohaterów, którzy są mocną stroną powieści, bo angażują czytelnika w swoje życie. Rekompensują też brak szybkiej akcji i chwile nudy, gdy mało co się dzieje. „Karaluchy” niestety nie mogą się poszczycić mnogością zdarzeń, przez większość czasu śledztwo stoi w miejscu. Przez to książki nie czyta się błyskawicznie, ale styl Nesbo ciekawi i zachęca do dalszej lektury. Mam wrażenie, że autor poświęcił więcej uwagi postaciom i psychologicznemu podłożu zbrodni. Podejrzanych mamy niewielu i zakończenie nie jest wielkim zaskoczeniem, choć na pewno nie domyślicie się przebiegu wypadków, Nesbo strasznie namotał. Pisarz stosuje klasyczne podwójne rozwiązanie, czyli drugie wytłumaczenia sprawy, czego się oczywiście spodziewałam.

„Karaluchy” to kryminał skandynawski, nie tak dobry jak niektóre tytuły z jego gatunku, ale oferuje nam całkiem przyzwoitą rozrywkę. Niektórych czytelników mogą zniechęcić polityczne aspekty sprawy oraz nie do końca zrozumiałe zagadnienia związane ze środowiskiem maklerów giełdowych. Tradycyjnie jak w tego typu książkach główny bohater boryka się ze wspomnieniami i nałogiem alkoholowym, jednak nie sposób go nie polubić. Akcja nie jest szybka i czasem przez długi czas nic się nie dzieje, jednak w odpowiednich momentach autor funduje czytelnikowi jazdę bez trzymanki i zaskakuje szokującymi powiązaniami. Mam nadzieję, że kolejne tomy cyklu będę jeszcze lepsze, w każdym razie z chęcią je poznam.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

wtorek, 26 lutego 2013

Czarne sekundy - Karin Fossum



Zaginięcie dziesięcioletniej Idy wstrząsa lokalną społecznością. Dziewczynka pojechała na rowerze do niedalekiego sklepu, by kupić słodycze. W miarę jak jej powrót coraz bardziej się opóźnia, Helga wpada w panikę i zawiadamia policję o zaginięciu córeczki. Inspektor Sejer stara się być dobrej myśli i nie straszyć jeszcze bardziej matki dziecka, jednak Ida wciąż nie wraca, nikt nie zauważył też niczego szczególnego. Wkrótce dla większości osób pracujących nad sprawą jak i ochotników poszukujących dziewczynki staje się jasne, że mogą znaleźć jej ciało. Jak potoczy się ta sprawa? W jaki sposób dziesięcioletnia dziewczynka zapadła się jak kamień w wodę?


Czarne sekundy to nie pierwszy kryminał w karierze norweskiej autorki Karin Fossum. Jest ona dość znana i ceniona w Europie, a recenzowana przez mnie książka została nawet nagrodzona. Czy rzeczywiście jest tak dobra? Powieść Czarne sekundy to typowy kryminał, choć główna intryga jest raczej uproszczona i mało rozbudowana, a już dodatkowe wątki nie występują. Tak naprawdę od początku możemy domyślać się kto stoi za zaginięciem Idy, choć autorka jeszcze trochę namąci w późniejszym czasie. Podobno książka ma rozbudowane tło psychologiczne, z czym nie do końca się zgadzam. Może i niektóre postaci mają coś w sobie, ale jednak Czarne sekundy pozostają zwyczajnym kryminałem.


Książka zaczyna się dość nudno, a jej tematyka nie jest na tyle frapująca, by przyciągnąć do siebie czytelnika. Powiedzmy sobie szczerze, czy zaginięcie dziewczynki to interesujący temat w porównaniu do różnorodności kryminałów skandynawskich na rynku wydawniczym? W każdym razie lektura dość mi się ciągnęła, niektóre rozważania bohaterów irytowały, jednak w pewnym momencie zaczęło się robić ciekawie. Nie tyle dzięki dobrze poprowadzonej intrydze, a raczej zainteresowały mnie losy dwojga bohaterów. Tomme to kuzyn Idy, który wiele czasu spędza, jak uważają jego rodzice, w nieodpowiednim towarzystwie swojego kolegi Willa. Z kolei Emil ma pięćdziesiąt lat, nie mówi żadnego słowa poza „nie” i unika ludzi, opiekuje się nim jego matka. Te dwie postaci są jedynym elementem wzbogacającym książkę i trzymającym mnie przy niej, liczą się o wiele bardziej niż cała „tajemnica”, zrozpaczona matka i inspektor razem wzięci.


Oprócz Tomme’a i Emila żaden bohater nie przypadł mi do gustu. Mogą mówić, że są oni zgrabnie wykreowani, a ich postępowanie ma jakiś przekaz, ale według mnie są nudni, schematyczni i nijacy. Bardzo irytowała mnie matka Idy, po prostu nie miała w sobie niczego szczególnego. Podobnie inspektor Sejer: niby coś tam rozmyśla, jest po przejściach, ale nie robi wrażenia i nie zapada w pamięć. Co do zagadki kryminalnej, mnie udało się ją rozgryźć bardzo wcześnie, choć miałam chwile zwątpienia w swoją wersję. W połowie autorka zaczęła kombinować i kolejne poszlaki były dość ciekawe. Jednak wciąż wadą jest to, że cały czas mamy właściwie trzech podejrzanych i pewnie dla większości czytelników rozwiązanie będzie oczywiste.


Kryminał Czarne sekundy nie wyróżnia się na tle innych dzieł skandynawskich, a moim zdaniem nawet zostaje w tyle. Jeśli już wiecie na co stać twórców takich powieści, to możecie się srogo rozczarować, zależy czego kto oczekuje. Jednak mimo nużącego początku i pewnych irytujących bohaterów, ze względu na postaci Tomme’a i Emila warto przeczytać tę książkę. Intrygował mnie szczególnie Tom, nie potrafiłam go do końca rozgryźć. Jeśli da się Czarnym Sekundom szansę, książka potrafi wciągnąć i zaskoczyć. Dlatego dla fanów gatunku może to być zbyt słaba lektura, jednak jeśli szukacie czegoś na długi wieczór, to powieść Karin Fossum może spełnić rolę przyjemnego zapychacza czasu.

Moja ocena: 6/10


niedziela, 22 lipca 2012

Chłopiec w walizce - Lene Kaaberbol&Agnete Friis (recenzja przedpremierowa)


Wydarzenia, które swój początek miały pewnego sierpniowego dnia, nie były ani szczególnie zaskakujące, ani nadzwyczaj nieoczekiwane. Dla normalnego człowieka z pewnością okazałyby się emocjonującym epizodem, który zapamięta do końca życia, ale Nina nie pierwszy raz uczestniczyła w tego rodzaju akcjach. Pracowała w sieci, czyli tajnej organizacji  zajmującej się pomaganiem uchodźcom w Danii, których prawa były regularnie łamane i których los nikogo nie obchodził. Ratowanie życia było dla Niny niczym narkotyk, nie potrafiła się od niego uwolnić. Nawet kosztem własnej rodziny, która martwiła się, gdy kobieta znikała z dnia na dzień, by wyjechać na misję w odległym zakątku świata. Przypływ adrenaliny i poczucie, że to co robi ma jakiś sens, znaczyły dla niej więcej nie wszystko inne, a obok cierpienia drugiego człowieka nie potrafiła przejść obojętnie.

Kobieta pracuje jako pielęgniarka w Ośrodku Duńskiego Czerwonego Krzyża, a o jej dodatkowym zajęciu wiedzą nieliczni. Pewnego zwyczajnego z pozoru dnia, o ile można tak powiedzieć biorąc pod uwagę styl życia Niny, kobieta odbiera telefon od swojej przyjaciółki z czasów studiów, która prosi ją o spotkanie. A że starym znajomym się nie odmawia, umawiają się w kawiarni. Bez oglądania się na konwenanse Karin przechodzi do rzeczy- wręcza Ninie klucz do przechowali bagażu na dworcu, prosząc o jego odebranie. Mimo złych przeczuć Nina nie może się oprzeć wizji uratowania czyjegoś życia, więc nie zważając na panikę widoczną w oczach przyjaciółki, udaję się w odpowiednie miejsce, aby następnie na osobności otworzyć skórzaną walizkę. Kilkuletni chłopiec, którego znajduje w środku, wpłynie nie tylko na losy ludzi, którzy go tam ukryli, ale także zmieni życie kobiety. Jak postąpi Nina? Wykręcenie numeru 112 jest znacznie łatwiejsze niż samodzielne zaopiekowanie się dzieckiem, ale jak już zdążyliście się pewnie zorientować, ta kobieta nie należy do osób idących na łatwiznę. 

„Chłopiec w walizce” to skandynawski kryminał autorstwa duńskiego duetu pisarek Lene Kaaberbol i Agnete Friis, cieszący się dużą popularnością za granicą. Powieść została nominowana do nagrody Szklanego Klucza oraz wybrana duńskim kryminałem roku. Teraz książka ma swoją Polskę premierę, jak zostanie przyjęta przez czytelników? Mogę mieć tylko nadzieję, że odbierzecie ją równie pozytywnie jak ja. Tematem przewodnim powieści jest znalezienie przez pielęgniarkę Czerwonego Krzyża małego chłopca o nieznanym pochodzeniu. Szuka go wielu ludzi, którzy mają pieniądze i władzę, a walka z nimi będzie dla Niny bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Jednak nie jest to jedyne zagadnienie poruszane w „Chłopcu w walizce”. Równie ważne są tutaj wątki społecznie, dotyczące sytuacji panującej w Danii jeśli chodzi o uchodźców z innych krajów Europy Wschodniej. Dzięki działalności głównej bohaterki w sieci, możemy bliżej przyjrzeć się jej zadaniom oraz ludziom, którymi się zajmuje. Bardzo podobało mi się osadzenie intrygi wśród rozmaitych wątków społecznych, ponieważ czyni to lekturę interesującą, różnorodną i bardziej realną w odbiorze. 

Już na samym początku zostajemy rzuceni w wir zdarzeń. Zamiast po kolei wyjaśniać motywy przestępców i śledzić od początku ich poczynania (bo dowiadujemy się co się dzieje z ich perspektywy), znajdujemy się w środku intrygi o nieznanym nam celu w momencie, gdy coś idzie nie tak jak powinno. Właściwie nie wiemy nawet jaką rolę pełnią poszczególne postaci, ani kto jest dobry i zły, odkrywamy to dopiero z czasem. Z początku ciężko było mi się połapać wśród wielu postaci, tym bardziej że nawet nie wiedziałam co się dzieje. Jest to jednak zdecydowany plus, bowiem dzięki temu lektura staje się nieprzewidywalna. Może i niektórych elementów układanki po jakimś czasie domyśliłam się sama, jednak na końcu i tak dałam się zaskoczyć rozwiązaniem zagadki, bowiem w mojej teorii nie wszystko do siebie pasowało. 

Powieść ma również aspekt psychologiczny, objawiający się w postaciach bohaterów. Wyraźnie mamy przedstawione ich przemyślenia, motywy, nachodzące ich obawy i wątpliwości. „Chłopiec w walizce” podzielony jest na rozdziały prowadzone narracją trzecioosobową, jednak z perspektywy różnych bohaterów, nawet tych stojących po przeciwnej stronie barykady. Nie zabraknie licznych retrospekcji z ich przeszłości, ciekawych i czasem z pozoru niezwiązanych z akcją, jednak wszystko tutaj ma znaczenie, co udowadnia samo zakończenie, które zrobiło na mnie duże wrażenie. W pewnym sensie można je nazwać otwartym, ale raczej pod tymi mniej ważnymi względami. Podczas czytania zastanawiały mnie czasem dziwne zachowanie bohaterki, a jakie było moje zdziwienie, gdy okazały się one mieć podłoże psychologiczne! Naprawdę świetne rozwiązanie.

To co mnie drażniło podczas lektury, to dziwne imiona i nazwy – wiadomo, duńskie, ale ja nie mogłam się z początku połapać wśród wszystkich bohaterów, a miejsca kompletnie nic mi nie mówiły. Ale gdyby obcokrajowiec przeczytał polską powieść też miałby z tym problem, więc nie jest to wadą książki. Oprócz tych drobnych czynników język jest prosty w odbiorze i sprawia, że czyta się błyskawicznie, mi lektura zajęła zaledwie jeden dzień. Nie znajdziemy tu wielu porównań i przenośni, a także zbędnych opisów krajobrazów, poznamy za to sporo ciekawych historii z życia bohaterów, zagłębimy się w tajniki ich umysłów, a na brak akcji nie będziemy mogli narzekać. 

„Chłopiec w walizce” to świetny skandynawski kryminał, wyłamujący się poza ramy swojego gatunku. Dzięki połączeniu wątków kryminalnych, społecznych i psychologicznych powstała wciągająca powieść, mająca większy wymiar niż spora część literatury skandynawskiej, która zwykle skupia się na konkretnej zbrodni w danej społeczności. Tutaj mamy o wiele więcej, a „Chłopiec w walizce” przywodził mi nawet na myśl rewelacyjną trylogię „Millennium”, choć jednak do niej sporo mu brakuje. Uważam, że książka ta jest lekturą obowiązkową dla fanów gatunku, którzy na pewno się nie zawiodą.

Moja ocena: 8,5/10

Recenzja bierze udział w konkursie na najlepszą blogową recenzję lipca, organizowanym         przez Syndykat Zbrodnia w Bibliotece.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

                                                        Za egzemplarz recenzencki dziękuję: 

                                             logo

poniedziałek, 2 lipca 2012

Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson



Lisbeth Salander zostaje przywieziona do szpitala z bardzo poważnymi obrażeniami. Szczególnie niebezpieczna jest rana postrzałowa głowy. Wydaje się, że dziewczyna jest bez szans na przeżycie czy normalne funkcjonowanie. Jak widać ma wielkie szczęście, ponieważ kula nie uszkodziła mózgu. Lisbeth powoli dochodzi do siebie pod stałą opieką lekarzy. Jednocześnie wie, że gdy tylko będzie w stanie wyjść ze szpitala, zostanie przewieziona do aresztu pod zarzutem usiłowania zabójstwa. Kilka metrów dalej, w innym pokoju, leży Aleksander Zalachenko, któremu zmasakrowała twarz za pomocą siekiery. Dziewczyna nie może się czuć bezpieczna, mimo że z pozoru to ona jest katem. Tymczasem Michael Blomkvist zamierza opublikować w czasopiśmie „Millennium” historię życia Salander, gdzie chce przedstawić liczne przestępstwa, których padła ofiarą. Trafia na ślad tajemniczej Sekcji, która jednak zdaje się być nieuchwytna, z jej istnienia nie zdaje sobie sprawy nawet rząd, mimo że powstała z inicjatywy służb bezpieczeństwa.

„Zamek z piasku, który runął” to trzecia i niestety ostatnia już część trylogii „Millennium”, której autorem jest szwedzki dziennikarz, Stieg Larsson. Zmarł on w 2004 roku z powodu zawału, jeszcze przed sukcesem swych powieści, jednocześnie będąc w trakcie tworzenia kolejnego tomu. „Zamek z piasku, który runął” to kryminał polityczny, którego intryga w głównej mierze opiera się na sprawach dotyczących rządu, państwa i społeczeństwa. Znacznie odróżnia to tom trzeci od pierwszego,  gdzie wątek kryminalny opierał się na motywie morderstwa i zaginięcia, a nie miał powiązań z osobami na wyższych stanowiskach. Tutaj nie znajdziemy sprawy typowej dla większości kryminału, czyli przestępstwa o mniejszym zasięgu: morderstwa gdzieś w zaułku czy porwania przez handlarzy żywym towarem. Zamiast tego dogłębnie przyjrzymy się popełnianemu z premedytacją od lat ograniczaniu praw człowieka przez ludzi, którzy powinni stać na straży konstytucji.

Po mało ciekawej „Dziewczynie, która igrała z ogniem”, nie spodziewałam się, że ostatnia część jeszcze mnie czymś zaskoczy i zrobi na mnie wrażenie. Pierwsze kilkadziesiąt stron dłużyło mi się i już byłam gotowa wydawać wyrok, że to najsłabsza część trylogii. Potem jednak dałam się wciągnąć ciekawej intrydze i stylowi autora, który potrafi pisać w bardzo interesujący sposób. Dzięki temu te 800 stron minęło mi niepostrzeżenie i mogłam tylko żałować, że to już koniec. Nawet o zagadnieniach, które nigdy by mnie nie zainteresowały, czyli polityce, czytałam z wielką przyjemnością. Larsson w przystępny sposób przedstawił historię służb bezpieczeństwa, powstania Sapo, Sekcji Specjalnej, ich konstrukcję i funkcjonowanie. Jest to najważniejszy wątek w książce, łączący się bezpośrednio z główną postacią – Lisbeth Salander. Jeśli tematyka ta nie wydaje się Wam interesująca, to może dzięki Larssonowi zmienicie poglądy, bowiem nawet mnie wciągnęła ta historia, mająca początek wiele lat temu, a wiążąca się ze współczesnością. 

Oprócz opowieści o służbach bezpieczeństwa, Sapo i Sekcji,  nie zabraknie także wartkiej akcji. Trwa wyścig z czasem i nieuchwytnym przeciwnikiem o wyciągnięcie z tarapatów Lisbeth, do sprawy zostają wciągnięte kolejne wysoko postawione osoby, a wielkimi krokami zbliża się sprawa w sądzie. Bardzo dużym plusem był dla mnie proces, niczym wyjęty z powieści Jodi Picoult, który dla mnie okazał się bardzo emocjonujący, a przy tym stanowił podsumowanie trylogii i ostateczne jej zakończenie. Pamiętam, że w „Dziewczynie, która igrała z ogniem” brakowało mi skomplikowanej intrygi kryminalnej i narzekałam na poświęcanie zbyt wiele czasu Lisbeth, ale w tym tomie jest to zaletą. Szczególnie, gdy nie brakuje też ciekawego tematu dotyczącego szpiegostwa i Sekcji.

Mimo znacznej objętości powieści Stiega Larssona porywają czytelnika i przyciągają jak magnes, z powodzeniem można je stosować podczas czytelniczego kryzysu, gdy na nic nie ma się ochoty. Przynajmniej w moim przypadku to zadziałało, lektura minęła mi w oka mgnieniu. W znacznej mierze przyczynili się do tego świetnie wykreowani bohaterowie, wśród których prym wiedzie Lisbeth Salander, postać niezwykle oryginalna i do przesady kontrowersyjna. W „Zamku z piasku, który runął” dokładnie poznamy jej motywy postępowania i historię jej życia. Polubiłam też Michaela Blomkvista, a w tym tomie także Erikę Berger, której poświęcono w tej części więcej stron niż wcześniej. Cała akcja oczywiście kręci się wokół redakcji czasopisma „Millennium”, gdzie wszyscy się spotykają, dyskutują, podejmują decyzję i ruszają dalej. Poznanie od kulisów zawodu dziennikarza było bardzo miłym doświadczeniem i myślę, że także zaważyło na sukcesie tej trylogii. Swoją drogą tytuł tej części jest bardzo adekwatny, wszelkie misterne planu układane od lat mogą runąć niczym zamek z piasku.

„Zamek z piasku, który runął” polecam wielbicielom poprzednich części „Millennium”, którzy mogą obawiać się, że ten tom ich rozczaruje. Nie martwcie się, jest lepszy niż poprzedni, choć zależy czego człowiek oczekuje. Intryga kryminalna o podłożu politycznym , ciekawie przedstawione zagadnienia dotyczące szwedzkich służb bezpieczeństwa i proces sądowy Lisbeth Salander to elementy lektury obowiązkowej. Tych, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z trylogią, zachęcam do sięgnięcia po „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Bardzo entuzjastyczne opinie na temat „Millennium” są moim zdaniem w pełni uzasadnione, miłośnicy kryminałów zarwą niejedną noc z powodu tych powieści.

Moja ocena: 10/10 


Trylogia "Millennium":                                               
 
3. Zamek z piasku, który runął.


Recenzja bierze udział w konkursie na najlepszą blogową recenzję lipca, organizowanym przez Syndykat Zbrodnia w Bibliotece.




środa, 6 czerwca 2012

Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson


                 W kolejnej części przygód dziennikarza Mikaela Blomkvista i jego przyjaciółki Lisbeth Salander, będziemy świadkami kolejnego zejścia się dróg dwojga głównych bohaterów. Po wydarzeniach rozgrywających się w „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet”, młoda kobieta postanawia zafundować sobie podróż dookoła świata. Kieruje nią oczywiście nie tylko chęć poszerzenia horyzontów, a nienawiść w stosunku do Mikaela, swego byłego kochanka. Nie zamierzał dla niej zrezygnować z wieloletniego romansu z Ericą, co spowodowało wybuch gniewu zazdrosnej Salander. Przez cały rok nie mieli ze sobą żadnego kontaktu, dziewczyna zniknęła bez śladu, a dziennikarz poszukiwał jej bezskutecznie. W końcu jednak nastał moment spektakularnego powrotu, bowiem wkrótce po tym zdarzeniu Lisbeth zostaje oskarżona o przestępstwo i ścigana listem gończym. Co takiego rzekomo uczyniła Salander? Czy rzeczywiście jest winna? Czy Mikael uwierzy słowom policji? A może raczej postara się walczyć o dobre imię przyjaciółki?

                Odpowiedzi na te pytania poznacie po lekturze drugiej części bestsellerowej trylogii „Millennium” autorstwa Stiega Larssona. Jest to kolejny kryminał skandynawski, cieszący się na świecie wielką popularnością i uznaniem. Pierwszy tom wprowadzający w skandalizujący świat show biznesu, a jednocześnie wiodący do małej wioski o wielkiej tajemnicy, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zachwytom nie było końca. Podobała mi się zarówno skomplikowana fabuła i  obecny w niej rozbudowany wątek kryminalny jak i oryginalne postaci. Poza tym plusem był dla mnie fakt, iż morderstwa nie były w tej powieści tematem przewodnim, jak to się zwykle w tym gatunku zdarza. Owszem, odegrały kluczową rolę, ale nie przyćmiły przy tym innych ciekawych aspektów, jak choćby poznania bohaterów, ich codziennego życia czy zaznajomienia się z funkcjonowaniem czasopisma „Millennium”.

                Jak na tle rewelacyjnej części pierwszej wypada „Dziewczyna, która igrała z ogniem”? Główną myślą owej powieści jest dotarcie do przeszłości Lisbeth Salander i poznanie sekretów tej intrygującej dziewczyny. Wokół niej kręci się cała akcja, z nią też jest powiązany wątek kryminalny. Bardzo cenię tę postać, jest ona dla mnie fascynująca, nie mniej jednak uważam, że pisarz trochę przesadził. Każda strona była podporządkowana Lisbeth, na czym znacznie ucierpiała fabuła. To w końcu miał być kryminał! Owszem, pojawia się wątek typowy dla tego gatunku, ale nie może on się równać z tym, jaki znaleźliśmy w „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet”. Cóż, był po prostu nudny. Na okładce któregoś z tomów znalazłam informację, iż „Millennium” kwalifikuje się do kryminału politycznego-może dlatego? Ale przecież w pierwszej części było naprawdę bardzo ciekawie, zauroczył mnie sam klimat grozy i tajemnicy, towarzyszące mi przez cały czas uczucie napięcia. Tego tym razem nie znalazłam. A rozwiązanie zagadki poznajemy zbyt wcześnie, ze względu na to, że patrzymy zarówno okiem Lisbeth, która od początku wie, co się stało oraz Mikaela, który niemal do końca nie może się w sprawie połapać. Mikael, przecież to proste, pomyśl trochę!- miałam ochotę zawołać. 

                Mimo że wątek kryminalny mnie nie porwał, to styl pisarza jest świetny. Wprowadza nas w świat książki, do osobistego życia postaci w taki sposób, że choćby opisywał czynności najbardziej prozaiczne, to i tak będziecie czytać, nie mogąc się oderwać. Tak przynajmniej było ze mną, szybko zleciało mi te 700 stron. I gdyby tajemnica i nastrój dorównały swej poprzedniczce, to z pewnością byłabym zachwycona. Tymczasem jestem jedynie zadowolona poprowadzeniem wątków obyczajowych i społecznych oraz zachwycającą bohaterką, Lisbeth Salander. Pozostał niedosyt, ale mam nadzieję, że zaspokoi go kolejna część. „Zamek z piasku, który runął” już czeka na swą kolej. Czytamy? 
 
                Moja ocena: 7/10

Trylogia "Millennium":

2. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"                       
3. "Zamek z piasku, który runął"




niedziela, 27 maja 2012

"Kamieniarz" - Camilla Lackberg


              
                 Podczas gdy komisarz Patrik Hedstrom usiłuje uporać się z problemami w domu, uspokoić kilkumiesięczną córeczkę i odciążyć trochę jej matkę, rybak wypływający nieopodal na połów znajduje zaplątane w sieci ciało dziewczynki. Po identyfikacji okazuje się, że jest nią dziecko znajomych Patrika i Eryki, które prawdopodobnie utonęło wybrawszy się samotnie nad morze. Gdy osobiście zna się ofiarę, sytuacja taka staje się jeszcze większym koszmarem. Wkrótce pojawiają się nowe tropy i wszystko wskazuje na to, że śmierć Sary nie była strasznym wypadkiem, a popełnionym z zimną krwią morderstwem. Wychodzą na jaw kłopoty rodzinne i waśnie z sąsiadami, ale jeszcze gorsze okażą się duchy przeszłości. 

                „Kamieniarz” to trzecia z kolei część sagi kryminalnej, autorstwa szwedzkiej pisarki Camilli Lackberg. Jej poprzednia powieść skandynawska zatytułowana „Kaznodzieja” bardzo mnie wciągnęła i zaskoczyła, co przejawiło się entuzjastyczną recenzją. Poprzeczka, jaką postawiłam twórczości Lackberg znalazła się więc naprawdę wysoko. Czy pisarka udźwignęła ciężar kolejnego kryminału i stworzyła historię równie dobrą, a może nawet lepszą? Czy ponownie zaintrygowała mnie i wciągnęła w swój świat? Niestety, odpowiedź brzmi: nie.

                Gdy tylko wypożyczyłam „Kamieniarza” inne książki poszły w odstawkę, liczyłam na powtórkę z rozrywki. Ciekawa opowieść kryminalna to coś, czego było mi trzeba, a czego nie dostałam. Największą wadą był chyba słaby pomysł na fabułę. Morderstwo dziewczynki, która rzekomo utonęła, po kilkunastu stronach zapowiadało się interesująco, ale dalej było już tylko gorzej. Przedstawienie tej krótkiej w gruncie rzeczy sprawy na ponad 500 stronach nie było dobrym wyjściem, ponieważ z tego powodu całość stała się bardzo rozwleczona i nudna. Na wartką akcję i jej ciekawe zwroty nie ma co liczyć, gdyż nie działo się prawie nic, oprócz dogrzebania się przez policjantów do kilku informacji. Ich waga nie zrekompensowała jednak braku jakichkolwiek interesujących momentów w reszcie książki. Przez większość czasu komisarz Hedstrom wraz ze swymi współpracownikami przeprowadzali jałowe przesłuchania i trwonili czas na bezcelowe domysły. Można było zasnąć i nawet tego nie zauważyć, bo „Kamieniarza” interesującą książką nie można nazwać z całą pewnością. Wątków z życia codziennego, które spodobały mi się w poprzedniej części, tym razem była za dużo. Ucierpiał na tym główny motyw, gdyż powieść Lackberg z kryminału stała się obyczajówką z wątkiem kryminalnym.

                Pozytywnym aspektem były natomiast retrospekcje dotyczące nieznanych nam osób. Ostatecznie te migawki z przeszłości z pozoru niezwiązanych z teraźniejszością bohaterów, zaczęły się łączyć w logiczną całość. Tak naprawdę przez całą książkę czekałam właśnie na nie. Szkoda tylko, że było ich tak niewiele, a przeważały nudne kawałki ze śledztwa i życia rodziny zamordowanej dziewczynki. Dodatkowo zaczęli mnie irytować bohaterowie, a w niektórych ich czynach nie dopatrywałam się konsekwencji. Styl pisarki nie zmienił się od poprzedniej części, gdyby fabuła była ciekawsza, to pewnie czytałoby się lepiej.

                „Kamieniarza” nie polecam osobom niezaznajomionym z twórczością Camilli Lackberg, gdyż po tej raczej nieudanej powieści mogliby zrazić się do jej prozy. Odsyłam więc do części poprzedniej, czyli „Kaznodziei”, a sama mam nadzieję, że kolejne spotkania z sagą kryminalną Lackberg będą owocniejsza i przede wszystkim- bardziej interesujące. „Kamieniarz” to nie jest książka, która wciąga, prędzej zanudzi i uśpi, a w pamięć bynajmniej nie zapadnie. Gwoli prawdy, przypominam o ciekawych retrospekcjach, które są warte uwagi. Być może oceniam tę powieść przez pryzmat świetnego „Kaznodziei”, przy którym „Kamieniarz” wypada nieco blado. Czytajcie albo nie czytajcie, ja swoje wrażenie opisałam jak najdokładniej, a wybór należy do Was.

                Moja ocena: 6,5/10
          
                KAZNODZIEJA

Baza recenzji Syndykatu ZwB

niedziela, 20 maja 2012

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson


                Mikael Blomkvist to redaktor a zarazem właściciel kontrowersyjnego magazynu „Millennium”. Czasopismo to znane jest z otwartej krytyki nieuczciwych przedsiębiorców czy biznesmenów oraz potępiania wszelkiego ukrywania niewygodnej prawdy. Posiada rzesze wrogów w dziennikarskim światku, ale także grono stałych czytelników. Stale boryka się z problemami finansowymi, a dodatkowym ciosem jest przegrany proces z „rekinem finansowym”, Wennerstromem. Niespodziewanie Mikael otrzymuje dziwny telefon z zaproszeniem do położonego na odludziu Hedestad, na spotkanie z dawno emerytowanym właścicielem koncernu, Henrikiem Vangerem. Po wyłuszczeniu sprawy przez staruszka, Mikael nie potrafi ukryć zdumienia tak niewiarygodną, wręcz szaloną propozycją. Ale cóż ma zrobić? Jeżeli podejmie się zadania ma szansę na zarobienie bajońskiej sumy, a jego gazeta aktualnie znajduje się w tarapatach. Oprócz tego istnieje też inna nagroda, o wiele dla niego cenniejsza – poznanie prawdy na temat Wennerstroma.

                 Lisbeth Salander pracuje jako researcherka w firmie Dragana Armanskiego i jest w swoim fachu niebywale dobra. Potrafi wydobyć spod ziemi informacje o kompletnie sobie nieznanym człowieku i zadziwić wiedzą na temat jego życia osobistego i zawodowego. Oprócz tego to uzdolniona hakerka, niemająca sobie równych w całej Szwecji. Za sprawą zlecenia od adwokata rodziny Vangerów, dowiaduje się o procesie sądowym Blomkvista. Zaintrygowana rozpoczyna własne śledztwo, przeszukując wzdłuż  i wszerz materiały na temat znanego dziennikarza. Zrządzeniem losu zostaje zamieszana w sprawę, którą zajmuje się Mikael i ląduje w Hedestad jako jego asystentka. 

                Jakie zlecenie otrzymał redaktor czasopisma „Millennium” od trzęsącego Szwecją wiele lat temu przedsiębiorcy? Co to za szalona propozycja, która połączyła losy Lisbeth i Mikaela na cały rok, wiążąc ich umową? Przekonajcie się sami, sięgając po „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, czyli rewelacyjny kryminał skandynawski, okrzyknięty światowym bestsellerem i będący pierwszą częścią trylogii „Millenium”. Jej autorem jest Stieg Larsson, szwedzki dziennikarz i twórca kryminałów, który niestety nie doczekał sukcesu swoich powieści, gdyż zmarł w 2004 roku.

                Wraz z głównymi bohaterami zagłębiamy się w strukturę społeczeństwa Szwecji oraz zagadnienia dotyczące tamtejszej giełdy, rekinów finansowych, oszustw na tle gospodarczym, a także poznajemy od podszewki świat dziennikarzy. Niezainteresowanych taką tematyką uspokajam, że owe wstawki nie stanowią co prawda minimalnej ilości, ale za to są przedstawione w sposób przystępny i zrozumiały, niektóre historie oparte na sprawach gospodarki nawet mnie wciągnęły. Nie musicie się więc obawiać, że zanudzicie się przy lekturze tej powieści, aczkolwiek słyszałam głosy  porównujące  kilkaset pierwszych stron do flaków z olejem, ja się z tym nie bynajmniej nie zgadzam. Larsson już od pierwszych stron wciągnął mnie w wykreowany przez siebie świat, racząc licznymi retrospekcjami i historią życia głównych bohaterów. Oczywiście, jak w każdej książce, zdarzały się i momenty mniej interesujące, jak choćby genealogia rodziny Vagnerów, ale w gruncie rzeczy podczas czytania nie da się nudzić. Ja pierwszą część „Millennium”, liczącą ponad 600 stron, pochłonęłam w niecałe dwa dni – fakt ten mówi chyba sam za siebie. 

                Oczywiście gospodarka, giełda i przemysł to tylko tła dla ważniejszych wydarzeń rozgrywających się na kartach „Mężczyzn, którzy nienawidzę kobiet”. Tematem przewodnim jest sprawa, która sprowadza Mikaela i Lisbeth do Hedestad, a mianowicie tajemnica morderstwa sprzed lat. Właściwie morderstwo to za dużo powiedziane, bo ciała nigdy nie znaleziono. Może brzmi banalnie, bo w niemal każdym kryminale jakieś morderstwo jest, jednak w tym przypadku rozwiązanie okaże się dużo bardziej efektowne niż Wam się wydaje. Zaginięcia, śmierci, ofiary całopalne, poćwiartowane zwierzęta, brutalne gwałty i cytaty z Pisma Świętego to tylko drobne elementy przerażającej układanki. Niesamowicie emocjonująca fabuła okraszona mrocznym nastrojem, idealnie oddanym przez pisarza. Podczas szczególnie ważnych chwil mogłam poczuć czające się za rogiem niebezpieczeństwo, usłyszeć szum wiatru ze oknem czy złowrogie skrzypienie drzwi. Było dokładnie tak, jak oczekiwałam- nie tylko ciekawa zagadka kryminalna i dążenie do jej rozwiązania, ale również odpowiedni klimat wprowadzający czytelnika do małego domku w Hedestad oraz zastosowanie zabiegów, dzięki którym znalazłam się w samym środku akcji. Jesteście gotowi, by zmierzyć się z nieznanym?

                „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to istna mieszanka wątków, od społecznych, przez kryminalne i obyczajowe, na miłosnych skończywszy. Takie połączenie i różnorodność odebrałam bardzo pozytywnie, ponieważ tym, co często mnie uderza w literaturze skandynawskiej, jest przesadne skupienie się na zbrodni i śledztwie. Zwykle brakuje mi wtedy uczuć, emocji i zwykłych bohaterów, których mogłabym poznać, polubić i zagłębić się w ich zwyczajne życie. Na szczęście w „Millennium” jest inaczej, gdyż wszystko zaczyna się od momentu spotkania z Mikaelem i Lisbeth, a nie zwyczajowego przestępstwa, które pojawia się dopiero w późniejszym czasie. Kłopoty w pracy, poszukiwanie swojego miejsca w świecie, problemy w kontaktach z innymi ludźmi i skomplikowane związki są ważnym składnikiem powieści. Nie zabraknie także uczuć rodzących się pomiędzy różnymi postaciami, które jednak w żadnym stopniu nie zdominowały fabuły, a były tylko miłym dodatkiem i odskocznią.

                Powieść Larssona była pierwszym kryminałem skandynawskim, w którym wykreowano tak fantastycznych bohaterów. Jeszcze nigdy nie przywiązałam się do postaci występujących w tym gatunku, bo są oni zwykle niezbędnym dodatkiem do ciekawej zagadki. Tymczasem bohaterów pierwszej części „Millennium” uwielbiam, szczególnie Lisbeth Salander, które jest niezwykle kontrowersyjna, oryginalna i szalona, a jednocześnie niepozbawiona uczuć, a w głębi – także dobrego serca. Dojrzała kobieta o wyglądzie dziecka, wytatuowana od stóp do głów i ostrzyżona na jeża po pewnym czasie wzbudziła moją sympatię. Także Mikael Blomkvist, utalentowany dziennikarz, mający zasady i starający się postępować zgodnie z etyką swojego zawodu, nawet gdy nie oznacza to korzyści dla niego samego, był pozytywnym charakterem. Szeroka gama postaci drugoplanowych również spełniła moje wymagania. 

                „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to po mistrzowsku napisany kryminał, w którym tajemnica goni tajemnicę, akcja stale przyspiesza, a nastrój grozy doskonale dopełnia ciekawą fabułę. Rzadko się to zdarza w kryminałach, ale bohaterowie są rewelacyjni i oryginalni, nie sposób ich nie polubić, a przynajmniej na pewno zechcecie dalej poznać ich przygody. Nie mogę się doczekać, kiedy poznam kolejne części „Millennium”. Mimo że początkowo obawiałam się pozostawienia przez pisarza niezakończonych wątków z kontynuacją w następnych tomach, to jednak na szczęście wszystko wyjaśniło się pod koniec książki. Najlepszy kryminał skandynawski jaki dotychczas czytałam. Gorąco polecam!
                 
               Moja ocena: 10/10

Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 1 maja 2012

Kaznodzieja - Camilla Lackberg



    Sześcioletni chłopiec, wymykając się nad ranem do Wąwozu Królewskiego, by tam pobawić się w rycerza i zabić smoka, znajduje martwą kobietę. Wkrótce na miejsce zdarzenia przybywa policja. Robi się wielkie zamieszanie, gdyż odkryte zostają także dwa stare szkielety.  Wszystko wskazuje na to, że morderstwa te łączy sposób ich dokonania- kobiety przed śmiercią były okrutnie torturowane. Patrick Hedstrom z komisariatu w Tanumshede podejrzewa, że owe szkielety należą do zaginionych 24 lata temu młodych dziewcząt, po których słuch urwał się w odstępie dwóch tygodni. Nigdy ich nie odnaleziono, a domniemany sprawca popełnił samobójstwo. Ale przecież umarły nie powrócił do świata żywych, więc kto jest odpowiedzialny za zbrodnie popełnione tak dawno temu? W jaki sposób łączą się one ze znalezieniem ciała nagiej kobiety w Wąwozie Królewskim? Sprawa komplikuje się coraz bardziej, gdyż ginie kolejna dziewczyna. Policja robi wszystko co w jej mocy by ją odnaleźć – liczy się każda godzina, zegar nieubłaganie odlicza czas i przybliża moment nieuniknionej śmierci Jenny, chyba że Patrick i jego koledzy z komisariatu zdołają ją uratować.
                 
                „Kaznodzieja” był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Camilli Lackberg, a kolejnym z literaturą skandynawską. Jest to druga część sagi kryminalnej cieszącej się wielką popularnością na świecie, po przeczytaniu wcale nie dziwię się, dlaczego tak jest. Pisarka pochodzi ze Szwecji i uznawana jest za mistrzynię w swoim fachu. Ale nie tylko intryguje nas mrocznymi powieściami- napisała również książki kulinarne i dla dzieci, jak widać jest to osoba zarówno utalentowana, jak i wszechstronna.
               
                  Dotychczas z kryminałów skandynawskich czytałam tylko powieści Mari Jungstedt i owszem, były one ciekawe i wciągające, ale jednak nie zrobiły na mnie tak wielkiego wrażenia jak proza Lackberg. W tych pierwszych brakowało mi realności, codziennego życia i bohaterów, którzy skradliby moje serce albo chociaż zaintrygowali. Natomiast w „Kaznodziei” znalazłam dokładnie to, czego oczekuję od dobrego kryminału. Do książki podeszłam odrobinę nieufnie, za dużo się nasłuchałam zachwytów nad skandynawską literaturą i z tego też powodu obawiałam się rozczarowania. Jak się okazało, niepotrzebnie.
               
                 Fabuła powieści skupia się przede wszystkim na wątku kryminalnym, który jest bardzo rozbudowany i wielotorowy: mamy tu zarówno dawne morderstwa; samobójstwo jedynego podejrzanego, które miało miejsce dwadzieścia cztery lata temu; torturowaną aż do śmierci kobietę znalezioną przed kilkoma dniami oraz zaginięcie młodej dziewczyny, która przyjechała do Fjallbace na wakacje z rodzicami.  Cała intryga jest tak poplątana, że gratuluję osobie, której uda się wskazać dobre rozwiązanie. Jednak właśnie dzięki tej mnogości zdarzeń, podejrzeń, oskarżonych, dowodów i tajemnic, książka tak niesamowicie wciąga. Nawet gdy odłożyłam ją tylko na chwilę, zaraz musiałam do niej wrócić, poznać zakończenie i sprawdzić słuszność swych teorii. Zagadki rozszyfrować się nie udało, ale może innym razem, bo do sagi szwedzkiej pisarki na pewno wrócę. Oprócz wątku kryminalnego mamy tutaj przedstawione także codzienne życie pracowników komisariatu, ich rodzin i przyjaciół. Zabieg ten przydał się, pozwala oderwać się od zbrodni i przyjrzeć zwyczajnym ludziom, ich problemom i radościom. Z tego też względu narracja jest trzecioosobowa, poznajemy losy większości postaci. W ten sposób podzielone są rozdziały- według osób, o których jest w nich mowa.
                
                 Oprócz zawiłej i skomplikowanej intrygi, która robi wrażenie, Lackberg sprawdziła się również jeśli o chodzi o kreację bohaterów: zarówno tych głównych jak i drugoplanowych. Pisarka ciekawie przedstawiła relacje łączące Hultów i historię tej rodziny, postaci były zróżnicowane, zupełnie odmienne pod względem charakterów, fascynujące. Muszę jednak przyznać, że czasem trudno było mi się połapać w tych intrygach i pokrewieństwach: kto jest czyim wujkiem, ojcem, siostrą, przyrodnim bratem, dziadkiem, pradziadkiem? Tym bardziej, że niektóre imiona są do siebie podobne, a do skandynawskich nazwisk nie jestem przyzwyczajona. Czasem te poplątane relacje i moje zagubienie wśród natłoku rodzinnych sekretów aż mnie śmieszyły, pozytywnie.
               
                „Kaznodzieja” autorstwa Camilli Lackberg to fascynująca historia, w której oprócz przeważającego  wątku kryminalnego nie zabraknie także rodzinnych sekretów, intryg i codziennego życia. Jeśli już zagłębicie się w ten przerażający świat, pełen ludzkiego okrucieństwa, nienawiści i tylu negatywnych uczuć, ale także przebijającego z kart książki dobra, tak łatwo już z niego nie wyjdziecie. Proza szwedzkiej pisarki przyciąga jak magnes i nie pozwala przerwać czytania przez poznaniem zakończenia, które jest tak świetne i zaskakujące, że aż nie wiem co napisać. Sama jestem zdziwiona, że moja recenzja jest tak bardzo entuzjastyczna, ale nie potrafię znaleźć słabych punktów książki. Jak dla mnie mistrzostwo skandynawskiego kryminału. 

Moja ocena: 9/10

Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 10 stycznia 2012

"Niewidzialny" - Mari Jungstedt



Na Gotlandii, wyspie należącej do Szwecji, zostaje  znalezione ciało brutalnie zamordowanej młodej kobiety. Sprawa staje się sensacją, gdy zostają odkryte kolejne szczegóły – kilkadziesiąt ciosów zadanych siekierą, zaginione ubrania ofiary i leżący nieopodal piec z odrąbanym łbem – to z pewnością makabryczny obraz. I ani śladu sprawcy. Podejrzani to przede wszystkim partner kobiety, który pokłócił się z nią poprzedniego wieczoru podczas spotkania z przyjaciółmi oraz jeden z jego uczestników. Jednak czy rozwiązanie jest aż tak proste? Czy to możliwe, by morderca spał spokojnie kilkaset metrów od miejsca tragedii? Tymczasem na jaw wychodzą coraz to nowe fakty, a śledztwo rusza do przodu.
„Niewidzialny” to pierwszy kryminał szwedzkiej pisarki i dziennikarki – Mari Jungstedt, z Andersem Knutasem jako gotlandzkim inspektorem policji w roli głównej. Seria zyskała rzeszę fanów, a na jej podstawie powstał serial emitowany w niemieckiej telewizji.
Fabuła „Niewidzialnego” skupia się na rozwiązywaniu sprawy wyjątkowo okrutnego morderstwa dokonanego z zimna krwią przez nieuchwytnego osobnika. Prowadzone przez Andersa Knutasa śledztwo wolno posuwa się naprzód, mimo wszelkich starań czynionych przez inspektora i jego zaufaną ekipę. Jest zbyt wiele niewiadomych, brakuje powiązań między ofiarami, dowodów zbrodni i świadków zdarzeń. Wydaje się, że nic ciekawego już się nie stanie. Książka jednak kiedyś się skończy, więc możemy myśleć, że dojdzie do przypadkowego, mało oryginalnego ujęcia sprawcy, a my zamkniemy powieść z uczuciem niedosytu. Też tak początkowo sądziłam, jednak nic bardziej mylnego. Mimo że rozwój akcji i fabuła już na starcie nie powalają, to wraz z kolejnymi przewracanymi stronami sytuacja ulega zmianie. Interesującą częścią historii są fragmenty wspomnień mordercy, które mogą pomóc w dostrzeżeniu kierujących nim bodźców, jego motywów postępowania. Gdy akcja się rozwijała, sama próbowałam dociec prawdy analizując nowe wskazówki i chociaż do niektórych rzeczy doszłam bez pomocy gotlandzkiej policji, to jednak zakończenie raczej nie było przewidywalne – oceniam je pozytywnie.
Mimo że „Niewidzialny” to powieść kryminalna, wątek morderstwa nie jest tu jedynym. Pisarka przedstawia tez historię małżeństwa Emmy Winvarre, które nie jest do końca takie, jak być powinno. Johan Berg to kawaler będący reporterem Telewizji Szwedzkiej. Jeszcze nie spotkał tej, z którą chciałby spędzić resztę życia. Do czasu, gdy poznaje Emmę, która z miejsca zdobywa jego serce, a i on sam nie pozostaje jej obojętny. Pomaga kobiecie uporać się ze stanem w jakim się znalazła po śmierci przyjaciółki, obecność Berga działa na nią dobroczynnie. Mamy tu więc wielowątkowość: kryzys w małżeństwie, poszukiwanie wielkiego uczucia, zdrada, osamotnienie po śmierci bliskiej osoby. A wątki te bynajmniej nie były niepotrzebne – pomagają zagłębić się w fabułę, poznać sytuację bohaterów, ich rozterki, życie wewnętrzne. Dzięki temu kryminał nie jest tylko ciekawą sprawą, która nas intryguje, a po jej rozwiązaniu zapominamy. Budzi w nas całą gamę uczuć: żal, smutek, współczucie, przerażenie ludzkim okrucieństwem. Nie mogę tez powiedzieć, że wątki poboczne są mniej interesujące od głównego – one go czynią kompletnym.
Podobał mi się sposób, w jaki autorka wywróciła to co wiemy i czujemy do góry nogami. I nie chodzi mi o zaskakujące zwroty akcji, a raczej o zagadnienia psychologiczne. Pisarka pokazuje jak często kierujemy się pozorami. Zaskoczyło mnie, ze czasem to winny może być ofiarą, a osoby poszkodowane – oprawcami. I choć waga przestępstw jest zupełnie różna, a wyrządzonych krzywd nie można porównywać, to jednak niekiedy współczułam tej „złej” stronie. Widać, jak duży wpływ mają na nas przeszłość, rodzina, doświadczenia z dzieciństwa, które czasem mogą zniszczyć psychiką i życie. Niby kryminał, a zawiera naukę moralną. Nasze grzechy z przeszłości prędzej czy później się na nas zemszczą. Żałuję tylko, że osoby, które do całej sytuacji się pośrednio przyczyniły, nie zostały ukarane, nie spotkały się z krytyką, a nawet nie zauważyłam u nich wyrzutów sumienia i żalu do samych siebie.
Kryminał Mari Jungstedt ujął mnie nie tylko fabułą, ale przede wszystkim swoją wielowątkowością i tym, że daje do myślenia. Początkowo nie sądziłam, że będę go mogła z ręką na sercu polecić, a teraz to robię. Polecam ! 

Moja ocena: 8/10