Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 kwietnia 2014

4 powody, dla których czytam kryminały – „Wielbiciel” Charlotte Link



Ciemny las, a w nim samotna dziewczyna
Nie zaskoczę nikogo stwierdzeniem, że większą część populacji zainteresuje śledztwo w sprawie nieuchwytnego mordercy, który w brutalny sposób okaleczył i uśmiercił młodą dziewczynę, wracającą po latach do rodzinnego domu. Nie dociera do celu podróży, bo zaledwie kilometry przed nim dopada ją szaleniec. Jednocześnie mamy do czynienia z samobójstwem Evy, która według opinii znajomych nie radziła sobie z miłością do byłego męża. I czytelnik ma zagwozdkę, co łączy te dwie sprawy? Dla mnie taka fabuła będzie bardziej emocjonująca niż rozmowy kobiecych bohaterek przy herbatce w środku lata w nagrzanej kuchni. Albo setna z kolei wizja naszego świata w przyszłości. Bo wiecie, nawet antyutopie się w końcu nudzą.

Wilk w owczej skórze
Jeszcze lepiej będzie, gdy dostaniemy nietuzinkowego bohatera, najlepiej z problemami psychicznymi wywołanymi przez dramaty z dzieciństwa i mrocznymi tajemnicami. Z pozoru przeciętny, powszechnie szanowany, nie można mu nic zarzucić, a w rzeczywistości kopalnia zbrodniczych skłonności- to już klasyka tego gatunku. A czytelnik niby się nie spodziewa, a i tak wie, że na końcu czeka go wielkie „wow”. Niestety w „Wielbicielu” nie ma żadnego elementu zaskoczenia, moje emocje utrzymywały się na tym samym poziomie przez całą książkę i zakończenie tego nie zmieniło. Pewna męska postać od początku budzi niechęć i czytelnik czuje, że coś jest nie w porządku, a na dowody nie musi długo czekać. Nawet poruszenie popularnego ostatnio tematu toksycznego związku nie wynagrodziło mi braku elementu zaskoczenia.

To mogłeś być Ty
Kryminał to jeden z tych gatunków, w których bohater jest całkowicie zwyczajny. Nieważne czy tak jak Leona właśnie był świadkiem samobójstwa kobiety, która wyskoczyła z okna swojego mieszkania, czy może jest dziewczyną brutalnie pociętą nożem i przywiązaną do drzewa w środku lasu- wszyscy bohaterowie są tacy sami. W „Wielbicielu” Leona, którą po latach małżeństwa porzucił mąż nie będzie godzinami roztrząsała uczuciowych rozterek, kilka zdań wystarczy za długie monologi wewnętrzne z takiego romansidła. Z tymi bohaterami kryminału to ciekawa sprawa jest- z jednej strony zwyczajni ludzie, a z drugiej trochę dla czytelnika niedostępni i nierzeczywiści.

Dlaczego nie zostaniesz detektywem?

Moja ulubiona i chyba nie tylko moja część. Kto choć raz nie marzył by zostać drugim Sherlockiem Holmesem i metodą dedukcji rozwiązywać najbardziej skomplikowane sprawy? Uwielbiam śledzić uważnie fabułę i tworzyć własne teorie, szczytem marzeń jest ich spełnienie się. Prawie nigdy się to nie udaje, ale przy „Wielbicielu” mało kto powinien mieć większe trudności z rozszyfrowaniem głównych założeń fabuły. Autorka bardziej skupiła się na ukryciu pobudek bohaterów i okoliczności, bo sama tożsamość jest dość oczywista. I mimo że z „Wielbicielem” Charlotte Link spędziłam miłe chwile, zbyt bardzo lubię mieć przed sobą duże wyzwania, by być zachwyconą  tak prostą w gruncie rzeczy sprawą.

Moja ocena: 7.5/10

czwartek, 3 kwietnia 2014

Pięćdziesiąt twarzy Greya


Nikt nie czytał, każdy zna
Zabawne, jak wielu jasnowidzów otacza nas na co dzień. Nigdy nie mieli książki w ręku, nie dotknęliby jej nawet kijem od szczotki, jednocześnie fabułę znając na wylot, oceniając bohaterów, a co najważniejsze, zgodnym chórem twierdząc, że książka jest beznadziejna. Na wzmiankę, że czytasz Greya reagują pogardliwym spojrzeniem i lekkim odsunięciem się w szkolnej ławce. Bo przecież jeśli znasz „Pięćdziesiąt twarzy Greya” automatycznie jesteś wielkim fanem, a już na pewno nie znasz się na dobrej literaturze. Najlepiej siedź cicho, kompromitującą powieść chowaj głęboko przed światem, a już broń Boże nie przyznawaj się, że nie rozumiesz, czemu ”Grey” jest gorszy od stert dennych książek, które przeczytałeś w swoim życiu.

Bo erotyk musi być słaby
Jeśli Twoje poglądy co do książki wynikają tylko z gatunku, do którego się kwalifikuje, jedna prośba- nie czytałeś, nie oceniaj. Nie dlatego, że autorce będzie smutno, czy z powodu grona Twoich przyjaciółek, które są fankami powalającego Christiana, ale dlatego, że to kiepski pomysł wypowiadać się na temat, o którym nie ma się pojęcia. Nawet jeśli to bardzo modny temat i ponarzekanie na głupotę „Pięćdziesięciu twarzy Greya” pomoże Ci zyskać w oczach znajomych. Chyba, że masz podstawy do wypowiadania się, bo wiesz o co chodzi. Wtedy możemy ponarzekać razem.

Trzymaj się ode mnie z daleka
Na przykładzie setek książek stwierdzam śmiało, że jest to zdanie które w 99% przypadków odnosi wręcz przeciwny skutek. Główna bohaterka książki, Ana, podążyła wytartą przez swoje poprzedniczki ścieżką i nie posłuchała rad mężczyzny, który stanął na jej drodze. Niebezpieczny, seksowny i magnetyczny Christian jednym spojrzeniem przyprawia biedną dziewczynę o dreszcz rozkoszy. A ta otumaniona jego urokiem wikła się w związek, który prowadzi ją do sali tortur. Brzmi strasznie, ale proszę Was, to nie thriller z psychopatycznym mordercą, lecz erotyk z socjopatycznym przystojniakiem, który prowadzi niegrzeczne zabawy, a Anie zaczyna się to coraz bardziej podobać.

Apodyktyczny mężczyzna
Myślę, że z powodzeniem niejeden przeciętny człowiek spisałby tę fabułę w lepszy sposób i nie nazywałby się przy tym pisarzem. Rozumiem, że zdania pojedyncze, opisy ubogie jak drzewa zimą, chyba że chodzi o namiętne sceny, ale żeby co kilka stron, a już przynajmniej 50 razy w całej powieści wlepiać zdania „Jest taki apodyktyczny!”, „Ach, ta jego apodyktyczność” czy „Spojrzał na mnie tak apodyktycznie” to lekka przesada. Te powtórzenia biją po oczach i śmieszą, może przyczyną jest słaba korekta, ale nic nie tłumaczy tak wąskiego zasobu słownictwa. O co chodzi z tą apodyktycznością? Przymiotnik ten jest zdecydowanie faworytem pani James, choć nie brakuje też innych często stosowanych zwrotów, typu „rozpadanie się na tysiąc kawałków”.

Skrzywiona wizja miłości
Z lekkim sarkazmem stwierdzę, że oczywiście tu wcale nie chodzi o seks, a o piękną miłość. Objawia się ona w ciekawy sposób, mianowicie za każdym razem, gdy Ana przygryza wargę jej kochanek się na nią rzuca, a gdy przewróci oczami, daje jej klapsy. Nie mniej jednak  główna bohaterka, która po raz pierwszy zakochuje się właśnie w Christianie, liczy na głębokie uczucie i nie może znieść myśli o sadystycznych skłonnościach swojego chłopaka. Z kolei mężczyzna ma tajemnice, boryka się z demonami przeszłości i to one są przyczyną jego postępowania. Dałam się w to wciągnąć, zabieg wprowadzenia trudnego dzieciństwa dla ocieplenia wizerunku głównego bohatera się udał, w tej chwili mam co do niego mieszane odczucia.

Nie wszystko dobre, co wciąga

Nigdy nie stwierdzę, że ”Pięćdziesiąt twarzy Greya” to „dobra książka”, bo tak po prostu nie jest. A że zaczęłam ją czytać koło 23 a o 2.30 dalej siedziałam przy komputerze pochłaniając ebooka? To swoją drogą.  Bo „Grey” nie jest tak beznadziejny, jak przedstawiają go hejterzy, obiegowe opinie są dość mocno przekoloryzowane. Dziwi mnie, że można aż tak bardzo znienawidzić książkę, to w końcu tylko jedna pozycja z tysięcy innych. Mnie wciągnęła (co jest jedyną zaletą), pośmiałam się nad stylem pisania autorki, rozczarowałam zakończeniem i żyję dalej. Świat się nie skończył tylko dlatego, że przeczytałam TĘ książkę. 

Moja ocena: 4.5/10

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Sklepik z niespodzianką. Adela - Katarzyna Michalak



„Adela” to druga część serii „Sklepik z niespodzianką” autorstwa Katarzyny Michalak, polskiej pisarki, która specjalizuje się w powieściach obyczajowych i do tego gatunku należy wspomniana właśnie książka. Poprzedni tom zakończył się w dość niespodziewanym momencie. Główną bohaterką jest Bogusia, która w małym miasteczku Pogodna zakłada kawiarnio-sklepik z bibelotami. Znajduje tam nie tylko przyjaciół, ale też mężczyznę swojego życia, którego żona zaginęła 2 lata temu. Bogusia ma nadzieję na szczęście, a tymczasem Anna Potocka powraca, by wywrócić życie swoich bliskich do góry nogami. I w tym momencie pożegnaliśmy się z bohaterami…

„Sklepik z niespodzianką” to bardzo ciepła i pozytywna seria, w porównaniu z wieloma książkami autorki utrzymuje się w niej jeszcze ten przyjemny klimat, a brakuje większych tragedii, bo w innych powieściach Michalak już swoich postaci nie oszczędza. „Bogusia” była historią dość cukierkową, tytułowa dziewczyna jest osóbką niewinną, pomocną, dość nieśmiałą, słowem, nieco nijaką. Za to kontynuacja skupia się głównie na jej przyjaciółce Adeli, która jest odważna, żywiołowa i skrywa bolesne tajemnice z przeszłości, które determinują jej teraźniejsze postępowanie.

Ponadto druga część serii jest bardziej nieprzewidywalna, kolejne wypadki serwowane przez autorkę zaskakują, jeszcze nie zdążymy ochłonąć, a tu już kolejna niespodzianka dla czytelnika. Nie jest tak kolorowo jak w „Bogusi”, na bohaterów spadają kolejne ciosy, z którymi zmuszeni są sobie poradzić, a w tym pomagają im przyjaciele. Książka sygnalizuje też kolejne wątki dotyczące Lidki, do których będzie się odwoływać trzeci tom, czuję, że będzie ciekawie! Oczywiście po raz kolejny Katarzyna Michalak zakończyła swoją powieść w najciekawszym, najbardziej dramatycznym momencie. Co jak co, ale na brak napięcia w jej książkach nie można narzekać.

Miłym dodatkiem do lektury są przepisy na kąpiele czy maseczki, dzięki którym możemy urządzić własne, domowe SPA. Ja z nich nie korzystałam, więc nie jestem w stanie ocenić ich skuteczności. „Sklepik z niespodzianką” to seria pełna zaskakujących zdarzeń, tajemnic skrywanych przez bohaterów, która stale trzymająca w napięciu, nie sposób się przy niej nudzić. Może czasem jest zbyt przerysowana, a niektóre postaci wydają się pozbawione osobowości, ale przy „Adeli” doskonale się bawiłam, wzruszyłam i koniecznie muszę sięgnąć po „Lidkę”. Polecam tę ciepłą, domową serię, dzięki której poczujesz się, jakbyś siedziała opatulona kocem z kubkiem pysznej herbaty w ręku.

Moja ocena: 7.5/10

sobota, 4 stycznia 2014

Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka



Julia to młoda, szczęśliwa kobieta. Ma wspaniałego chłopaka, przyjemną pracę, dobrych przyjaciół i całe życie przed sobą. Sielanka trwa jednak do czasu, gdyż pewnego dnia do dziewczyny przychodzi bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela. Zaczyna się niewinnie i nic nie zwiastuje nadchodzących mrocznych dni. Adorator coraz bardziej się rozkręca, wysyła najpierw romantyczne, potem coraz bardziej natarczywe i agresywne smsy, głuche telefony stają się codziennością. Mężczyzna żyje w przekonaniu, że Julia darzy go wielkim uczuciem, a tymczasem dziewczyna nawet nie zna jego tożsamości. Nadchodzi czas, by z problemów zwierzyć się chłopakowi, przyjaciołom i rodzinie, dziewczyna wciąż wierzy w pokojowe zakończenie sprawy.

„Cichy wielbiciel” to powieść polskiej autorki, Olgi Rudnickiej, przedstawiająca zjawisko stalkingu oraz niezrozumienie, z jakim spotyka się ofiara takiego dręczenia. Pisarka pokazuje polskie realia sprzed kilku lat, kiedy jeszcze prawnie nie było takiego pojęcia jak „stalking”, a już na pewno nie było ono przestępstwem.  Główna bohaterka książki była więc zdana całkowicie na siebie, bała się nawet zwierzyć swoim znajomym i ukochanemu. W końcu musiała jakoś ściągnąć na siebie uwagę tajemniczego wielbiciela, kto wie, może to nawet jej kochanek? Przecież nikt nie zainteresuje się zupełnie obcą kobietą bez powodu. A że Julia twierdzi, że nie wie kto to jest? Pewnie coś ukrywa, musi wiedzieć, każdy by wiedział.

Z takimi opiniami spotyka się główna bohaterka, co powoduje, że jeszcze bardziej zamyka się w sobie i odcina od bliskich. Myślę, że autorka podołała opisowi ofiary, myśli rodzących się w jej głowie i zmieniającej kondycji psychicznej, reakcje Julii nie wydają się przesadzone czy nienaturalne. Jednak stalking to uporczywe gnębienie, które przejawia się przez cały czas prawie tak samo, to powtarzające się do znudzenia setki, tysiące smsów, głuchych telefonów i bukietów kwiatów, a kiedy nie dzieje się nic nowego, trudno jest opisać to w ciekawy sposób. Skutkiem tego książka stała się monotonna, niekiedy na kilku stronach pod rząd pojawiały się jedynie krótkie treści smsów albo co gorsza cały czas jedno zdanie będące słowami piosenki sygnalizującej nadchodzące nieodebrane połączenie. Zbyt wiele było takich nic niewnoszących wstawek, a za mało treści.

Podobałoby mi się przedstawienie wydarzeń z perspektywy ofiary i oprawcy, gdyby tożsamość tajemniczego wielbiciela pozostała nieznaną, a jego ujawnienie było zaskoczeniem na końcu książki nie tylko dla Julii, ale też czytelnika. Niestety w „Cichym wielbicielu” od początku wiemy kto jest tytułową postacią, co mija się z celem, zmniejsza napięcie, likwiduje element niepokoju i uniemożliwia samodzielne poszukiwanie rozwiązywania.

Czytając książkę o takiej tematyce liczyłam bardziej na mroczny thriller, tymczasem autorka przedstawiła temat jakby był to dokument, czyli fakty na temat zjawiska, objawy, reakcje społeczeństwa. A gdzie emocje? Mnie najbardziej ich brakowało, przecież taka książka powinna mną wstrząsnąć, zaniepokoić, zapaść głęboko w pamięć. Gdy czytałam „W najciemniejszym kącie”, która to książka opowiadała o nerwicy natręctw i gnębieniu głównej bohaterki, lektura wywoła we mnie masę emocji, dreszcze i związała z bohaterami. Tymczasem przy „Cichym wielbicielu” nic takiego nie czułam, książka była dość ciekawa, szybko ją przeczytałam, ale na tym się kończy. Po tylu pozytywnych opiniach nastawiłam się na coś genialnego i srogo się rozczarowałam.

Moja ocena: 6/10

sobota, 7 września 2013

Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs




Jacob od dziecka słyszał straszne historie o potworach, obrzydliwych bestiach, opowiadane mu przez dziadka, który chętnie wracał też do czasów, gdy mieszkał w sierocińcu w Walii. Opisywał tamtejsze osobliwe dzieci, niektóre z nich były niewidzialne, umiały lewitować, miały niezwykłą siłę, na tyle dużą, by przenosić potężne głazy. Chłopiec był zafascynowany opowieściami dziadka, jednak w miarę dorastania pojawiły się wątpliwości i Jacob przestał wierzyć w niesamowite historie. Jego dziadek, Abraham, cierpiał na manię prześladowczą, miał szafę pełną broni i spodziewał się ataku, co dla członków jego rodziny było niezrozumiałe. Uważali, że Abraham Portman jest po prostu chory psychicznie i należy mu się wyrozumiałość. Jednak pewnego dnia, który podzielił życie Jacoba na Przed i Po, chłopiec uwierzył w podstawność słów dziadka. Abraham Portman został wówczas zagryziony na śmierć przez dzikie psy, jak orzekli rozsądni, jednak chłopiec na własne oczy widział straszliwego potwora. Od tego czasu sam zmagał się z koszmarami i strachami, aż pewnego dnia postanowił wyruszyć do sierocińca, w którym wychował się jego dziadek i poznać prawdę.

„Osobliwy dom pani Peregrine” autorstwa Ransoma Riggsa interesował mnie już od dawna, pozytywne recenzje zachęcały, a książka wydawała się nietuzinkowa. Faktycznie taka jest, a chyba największą zaletą i wyróżniającym ją elementem są zamieszczone w książce fotografie. Przedstawiają one opisywane przez Abrahama Portera niezwykłe dzieci i nie tylko, ilustrują kolejne przygody Jacoba i spotykanych przez niego bohaterów. Zdjęcia są tajemnicze, mroczne, trochę niepokojące, wprowadzają tajemniczy klimat i idealnie uzupełniają tekst. A co do samej historii, akcja rozgrywa się jednocześnie w czasach współczesnych i podczas II wojny światowej. Nie należy wyrabiać sobie zdania, że jest to książka historyczna. Nie opisuje ona prawdziwych wydarzeń, a jedynie poczynania fikcyjnych postaci w tamtym okresie. Jest to trochę thriller, głównie powieść fantastyczna, opisująca świat niewidoczny dla przeciętnych śmiertelników oraz ma w sobie coś z powieści przygodowej dla młodzieży.

Obecnie fantastyka dla młodzieży kojarzy się głównie z istotami nadprzyrodzonymi, czyli wilkołakami, wampirami, aniołami czy demonami lub ludzkimi bohaterami, ale obdarzonymi paranormalnymi mocami. Pod tym względem powieść Ransoma Riggs’a jest oryginalna, gdyż główną rolę odgrywają w niej osobliwe dzieci. Więcej na ich temat nie zdradzę, historię ich pochodzenia i pozostałe tajniki ich ukrytego świata poznacie na kartach powieści. W „Osobliwym domu pani Peregrine” występuje nawet wątek podróżowania w czasie, co może dodatkowo zainteresować niektórych, tym bardziej że został potraktowany w ciekawy sposób. Bardzo spodobał mi się pomysł autora na powieść, jednak mam także co do niej pewne zastrzeżenia. Spodziewałam się, że książka będzie bardziej straszna, w końcu te zdjęcia robią wrażenia i sprawiają upiorne wrażenie. Tymczasem otrzymałam książkę dla nastolatków, łatwo można wyczuć, że jest ona skierowana właśnie do tego grona czytelników. Podobnie jak w młodzieżowych powieściach Zafona bohaterowie są bardzo młodzi, a ich sposób myślenia i postrzegania świata znacznie odbiega od tego oczekiwanego przeze mnie, wolałabym, gdyby książka była bardziej dojrzała. Wiek Jacoba to według mnie jej największy mankament.

Poza tym reszta bohaterów też nie zrobiła na mnie spodziewanego dużego wrażenia. Są oni ciekawi tylko dzięki swoim niezwykłym zdolnościom i historiom, jednak nie mają wyróżniających się charakterów, są dość nijacy. W powieści pojawia się też wątek miłosny, który jest bardzo młodzieżowy i może się nie spodobać starszym czytelnikom, dla mnie był nudny i odniosłam takie samo wrażenie jak czytając o miłościach w książkach Zafona, a za tymi elementami u niego nigdy nie przepadałam. Chyba tylko bohaterowie i ich niedojrzałość mi w „Osobliwym domu pani Peregrine” nie przypadły do gustu. Poza tym historia jest bardzo oryginalna i ciekawa. Początkowo akcja rozwija się dość wolno, ale gdy już się rozkręci, to nie można narzekać na brak nieprzewidzianych wypadków, autorowi udało się mnie zaskoczyć rozwojem historii. Myślałam też, że książka jest historią jednotomową, a pod koniec okazało się, że fabuła nie doczekała się zakończenia i mogę się spodziewać kontynuacji. Została ona już potwierdzona przez autora, druga część „Osobliwego domu pani Peregrine” pojawi się w 2014 roku.

Moja ocena: 7/10


wtorek, 3 września 2013

BZRK - Michael Grant




Noah Coton, lat szesnaście, odwiedza swojego brata Alexa w Centrum Leczenia Chorób Psychicznych. Alex przedstawia żałosny widok, wpatrując się w przestrzeń pustymi, niewidzącym oczami i wykrzykując bezustannie słowa takie jak „nano” czy „Berserk”. Noah jest przerażony stanem brata, byłego żołnierza. Wkrótce zgłasza się do niego mężczyzna, który za przyczynę szaleństwa Alexa Cotona i pragnie pokazać Noahowi świat, o którym mało kto ma pojęcie. Z drugiej strony Sadie McLure, która zostaje ostatnią w rodzinie i spadkobierczynią wielkiej firmy. Jej życiu zagraża tętniak mózgu, ale dziewczynę ratują umieszczone w jej głowie boty, będące częścią tego samego tajemniczego świata, który przyczynił się do szaleństwa Alexa. Dziewczyna również zostaje zwerbowana przez tajną organizację i odkrywa, że w organizmie człowieka kryje się cały wszechświat. Młodziez będzie musiała zmierzyć się z niebezpiecznym przeciwnikiem, stanowiącym zagrożenie dla równowagi politycznej na całej planecie. A wróg nie zawaha się przed niczym, byle osiągnąć cel.

Michael Grant to pisarz znany z cieszącej się wielką popularnością serii GONE, charakteryzującą się genialnym pomysłem na fabułę. Autor umieszcza w kopule grupę nastolatków i stawia na ich drodze mnóstwo zagrożeń. Seria ta jest jedną z moich ulubionych, uważam, że Michael Grant to genialny pisarz. Jednak sięgając po BZRK nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Opis był dość tajemniczy i pomimo pozytywnych recenzji wątpiłam, czy da się napisać coś ciekawego na temat mikroskopijnych robaczków buszujących sobie po świecie i ludzkim organizmie, czyli o rzeczywistości nano. A przecież powinnam już wiedzieć, że Grant zawsze serwuje czytelnikom świetne historie, to bardzo pomysłowy pisarz. Tak więc w BZRK poznajemy grupę bohaterów, zarówno nastoletnich jak i dorosłych, którzy walczą lub wkrótce będą to robić na zupełnie nowym polu, czyli ludzkim organizmie. Dzięki nowej technologii możliwe jest sterowanie małymi cząstkami zwanymi biotami i opanowywanie mózgu człowieka. Prawie nikt nie ma pojęcia o takich możliwościach, ale istnieją organizacje, które wykorzystuję je do przejęcia władzy na świecie i takie, które walczą z tymi pierwszymi.

Mimo nazwiska mojego ulubionego autora do książki podchodziłam dość nieufnie, ale kiedy już rozpoczęłam lekturę, nie mogłam się od niej oderwać. Początkowo liczba bohaterów może przytłaczać, gdyż po krótkich rozdziałach i nie wdawaniu się w wyjaśnienia ciężko zorientować się, o co chodzi. Wszystkiego dowiadujemy się wraz z młodymi bohaterami, którzy także po raz pierwszy wkraczają do świata nano. A przedstawienie tego świata przez Granta jest niebywałe. Sprawia on wrażenie, jakby sterowanie botami za pomocą umysły i wędrowanie nimi po ludzkim ciele było jak najbardziej możliwe i normalne. Opisy  nano są dla czytelnika dość abstrakcyjne, ciężko bowiem wyobrazić sobie ludzkie oko jako powierzchnię, po której można sobie spacerować. Autor przedstawia też walki pomiędzy botami i nanobotami i te elementy wydały mi się zbędne albo może raczej nie w moim guście, gdyż generalnie nie przepadam za opisami walk w książkach.

BZRK to bardzo dobry thriller rozgrywający się w oryginalnej scenerii, świecie nano, a z takim pomysłem jeszcze się nie spotkałam. W książce występuje wiele brutalnych, krwawych, czasem obrzydliwych scen, w czym jest podobna do GONE. Poza tym w BZRK tak jak w poprzedniej serii tego autora pojawia się wielu bohaterów, którym poświęcone są kolejne rozdziały. Początkowo wprowadza to chaos, ale bardzo lubię taki sposób prowadzenia narracji trzecioosobowej. Zaletą książki jest świetny pomysł, trzymająca w napięciu i mknąca naprzód akcja, a także nieprzewidywalność. Już się przyzwyczaiłam, że w powieściach Michaela Granta nie mam pojęcia, co za chwilę się wydarzy. Cieszę się, że BZRK to seria i będę mogła przeczytać kolejne tomy, bo gdy GONE się skończyło, co innego by mi zostało?

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Władczyni rzek - Philippa Gregory




Philippa Gregory to pisarka, a zarazem historyk, przedstawiająca w swoich powieściach historie kobiet, które odegrały ważną rolę w dziejach, a podręczniki niekoniecznie o tym wspominają. Jedną z nich była pominięta i niedoceniona przez interesujących się tamtym okresem historyków Jakobina Luksemburska. Swego czasu księżna Bedfordu i dworka królowej Anglii Małgorzaty Andegaweńskiej, która zawsze znajdowała się w centrum wydarzeń. Kobieta niezwykła, która w świecie mężczyzn musiała ukrywać swoje zainteresowanie światem, magią i inteligencję, bo wiele podobnych jej kobiet zostało wówczas oskarżonych o bycie czarownicami i straconych, właśnie z powodu swoich przekonań i wykraczania poza swoje czasy.

„Władczyni rzek” to beletryzowana biografia, w której Philippa Gregory łączy odkrytą przez siebie prawdę historyczną z domysłami i własnymi wyobrażeniami o Jakobinie Luksemburskiej. W końcu same fakty nie uczynią z postaci historycznej człowieka z krwi i kości, a autorka tchnęła w nią życie. Możemy śledzić losy kobiety od dzieciństwa niemal po koniec jej życia. Widzimy jak zmienia się z upływem lat, jak ważne są dla niej takie wartości jak odwaga, wierność, lojalność, rodzina. Jakobina zmaga się z trudnymi decyzjami i problemami, dotyczącymi nie tylko jej samej i najbliższych, ale niekiedy też całego kraju. Autorka wprowadziła także wątek nadprzyrodzony, którym są magiczne zdolności głównej bohaterki i niektórych kobiet z jej rodu. Pomysł ten oparty jest na legendzie o Meluzynie, którą Gregory opisała na kartach swojej powieści i uczyniła ją jej spiritus movens. Tak więc Jakobina ma dość mętne wizje przyszłości, słyszy śpiew zwiastujący śmierć bliskich, a żywioł wody pomaga jej w podejmowaniu najważniejszych decyzji.

„Władczyni rzek” ma formę pamiętnika Jakobiny Luksemburskiej, która skrupulatnie opisuje kolejne miesiące i lata swojego życia. W przypadku powieści historycznej taka forma prowadzenia narracji jest idealna, gdyż lepiej przybliża czytelnikowi bohaterkę i czyni ją bardziej realną. Nie poznajemy jedynie faktów, ale też wszystkie myśli i rozterki Jakobiny. Bardzo dużo uwagi jest także poświęcone Małgorzacie Andegaweńskiej. W końcu Jakobina była jej dworką i najbliższą przyjaciółką, więc siłą rzeczy miała wgląd w jej sekrety i poczynania. Akcja powieści rozgrywa się w czasie Wojny Dwu Róż, a autorka opisuje zawiłości problemów Anglii w przystępny sposób, choć nie ukrywam, że trzeba się mocno skupić, by wynieść z książki jakąś korzyść.

Chociaż historia przedstawiona na kartach powieści jest bardzo ciekawa, jest to dość trudna i żmudna lektura, szczególnie dla osób, które nie mają z takimi powieściami często do czynienia. Są momenty, które niesamowicie wciągają i wręcz nie mogłam się doczekać, by poznać dalsze losy bohaterki, ale im więcej historii i polityki, tym ciężej mi się czytało. Trudno mi było przebrnąć przez nudne fragmenty i tym sposobem lektura ponad 500-stronicowej cegły ciągnęła mi się w nieskończoność, a konkretnie prawie 3 tygodnie. Największym plusem książki jest wątek nadprzyrodzony i losy bohaterki nie mające związku ze sprawami Anglii, a raczej z jej codziennym, zwyczajnym życiem. „Władczyni rzek” nie nada się dla osób mających awersję do historii, bo stricte historycznych elementów jest tu dość dużo. Mimo wszystkich trudności po skończeniu książki byłam zadowolona, że ją przeczytałam. Nie wiem jednak, czy sięgnę jeszcze po podobne tytuły tej autorki.

Moja ocena: 6.5/10


sobota, 3 sierpnia 2013

Pretty little liars. Pożądane - Sara Shepard



Wszyscy w Rosewood mogą odetchnąć z ulgą, gdyż morderca Ali został w końcu zatrzymany i odsiedzi swoje w więzieniu. Niektórych dziwi, że sprawcą okazał się mężczyzna przez nikogo nie podejrzewany, ba! nieznany przez bliskich dziewczyny. Ale kiedy wszystko się wyjaśniło, nie pora na rozterki i podejrzliwość. Niczym grom z jasnego nieba na miasteczko spada kolejna sensacja. Okazuje się, że Ali miała siostrę bliźniaczkę, która wcześniej leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, a teraz zdecydowała ujawnić i rozpocząć naukę w liceum w Rosewood. Courtney to wypisz wymaluj Ali i wszystko wskazuje na to, że pragnie zaprzyjaźnić się z koleżankami nieżyjącej siostry.

Pretty little liars autorstwa Sary Shepard to popularna seria młodzieżowa, która doczekała się nawet stworzenia na jej podstawie serialu, na szczęście znaczenie różniącego się od oryginału. Sama go oglądam i ze względu na klimat i dreszczyk emocji polecam, choć im dalej, tym bardziej scenarzyści kombinują, niekoniecznie w pozytywnym sensie. A książki opowiadają o grupie przyjaciółek i ich zmaganiach z tajemniczym A., które zdaje się wiedzieć o nich wszystko. Poszukują też zabójcy Ali i choć od jej morderstwa minęło kilka lat, wciąż nie są ani o krok bliżej prawdy. W ósmej części autorka po raz kolejny serwuje wiele tajemnic, zaskakujących zwrotów akcji i… nowych podejrzanych.

Nigdy nie wiem czego powinnam spodziewać się po Pretty little liars, bo niektóre tomy rozczarowują i pozostawiają niedosyt, jak to było głównie na początku serii, a inne zaskakują i okazują się świetną rozrywkę. Tom ósmy na szczęście należy do tej drugiej kategorii. Świetnie bawiłam się poznając kolejne przygody dziewczyn i już wydawało mi się, że jestem o krok przed nimi na drodze do rozwiązania zagadki, gdy okazało się, że autorka wodzi mnie za nos. I tu pojawiają się dwie możliwości, jej pomysły można uznać za idiotyczne albo genialne. Część Was powie, że kolejne teorie Sary Shepard są absurdalne i nierealne (sama tak pisałam w recenzji poprzedniej części), ale tutaj wyjątkowo mi się to podobało. Zakończenie jest świetne, po prostu „wow”! Te emocje, dreszczyk na plecach i mroczny klimat, znakomita mieszanka. A ostatnie strony pozostawiają z uczuciem niedosytu i już wiem, że w dziewiątym tomie będzie zupełnie inaczej niż dotychczas. Nawet znalazłam taki podział serii na trzy etapy i ten ostatni zaczyna się właśnie na dziewiątym tomie.

Oczywiście nie obeszłoby się bez zirytowania mniepowtarzaniem po raz setny tych samych wątków. Autorka nie ufa pamięci czytelnika i woli mu przypomnieć dokładnie wszystko co wydarzyło się na trzy lata wstecz. A pierwsze strony książki, na których w każdym tomie opisane są wydarzenia z przeszłości dziewczyn, w niewielkim stopniu zmienione, są w moim TOP najmniej lubianych fragmentów. To akurat drobnostka, ale wspomnieć warto. No i jeszcze głupiutkie bohaterki i ich pseudo-problemy, ale to autorce wybaczymy, ze względu na świetną resztę. Język jakim posługuje się Sara Shepard jest bardzo prosty i potoczny, ale na ten element chyba nikt specjalnej uwagi w jej książkach nie zwraca. Wolimy się cieszyć wartką akcją i mnóstwem tajemnic. Tom ósmy uważam za jeden z lepszych, a może nawet najlepszy w tej serii. Plusem jest nowa bohaterka i niesamowicie pomysłowe zakończenie. Polecam całą serię!   

Moja ocena: 8/10


Seria Pretty little liars:
1. Kłamczuchy
2. Bez skazy
3. Doskonałe
4. Niewiarygodne
5. Zepsute
6. Zabójcze
7. Bez serca
8. Pożądane
9. Uwikłane
10. Bezlitosne
11. Olśniewające
12. Rozpalone
13. Crushed
14. Deadly

sobota, 13 lipca 2013

Finale - Becca Fitzpatrick



Finale to czwarta część serii autorstwa Becci Fitzpatrick, opowiadającej o zwykłej dziewczynie, na której drodze pewnego dnia pojawia się niezwykle przystojny i tajemniczy upadły anioł. Odwieczny konflikt między tym gatunkiem a Nefilami, wielka miłość i przeciwności losu, czyli typowy paranormal romance. Nigdy nie pałałam miłością do tej serii, a poprzednie tomy średnio mi się podobały, ale jak już coś zaczęłam to skończę. Tym samym postanowiłam zapoznać się z tomem czwartym, w którym po śmierci Czarnej Ręki Nora przejmuje dowodzenie nad armią Nefilów. Ma to związek ze złożoną przez nią przysięgą, według której musi poprowadzić swoją rasę na wojnę. Sprawę komplikuje fakt, że chłopak Nory jest upadłym aniołem, a ich związek uznawany jest za bratanie się z wrogiem.

Seria „Szeptem” podbiła serca wielu nastolatków, niestety ja nie znam powodów jej popularności. Przy wysypie paranormali na rynku mało który potrafi pozytywnie zaskoczyć i się wyróżnić. Historia opowiedziana w pierwszym tomie jest bardzo schematyczna i przewidywalna. Miałam wrażenia, że autorka w miarę pisania kolejnych części wymyśla dalszy jej ciąg. Fabuła robi się więc ciekawsza, a punkt kulminacyjny następuje na przełomie trzeciej/czwartej części. Wtedy przynajmniej coś się dzieje, bo początkowo głównym tematem serii były przypadkowe spotkania bohaterów w różnych sceneriach, a Nora oczywiście nie znała tajemnicy Patcha.

Widać jak seria zapadła mi w pamięć po tym, że zaczynając czwartą część nie miałam pojęcia co działo się wcześniej i o ile zwykle narzekam na przypominanie fabuły poprzednich tomów przy okazji innych serii, w tym wypadku by się ono przydało. Po pewnym czasie zorientowałam się już kto jest czyim ojcem, kto kogo zabił, kto jest dobry czy zły. Mogłam więc względnie swobodnie kontynuować lekturę. Jak zwykle w „Szeptem” mają miejsce jakieś treningi, tajemnice i wyznania miłości, choć nic konkretnego się nie dzieje. Pozytywem jest, że o ile fabuła specjalnie się nie wyróżnia to i tak dość wciąga i nie trzeba się z historią męczyć. Jednak tak jest chyba w przypadku większości książek i szkoda, że szybkość czytania nie ma nic wspólnego z wartością książki…

Głównym tematem Finale jest uczucie łączące Norę i Patcha. Jego przedstawienie może irytować, szczególnie deklaracje typu „umrę gdy ciebie zabraknie” albo ciągłe zwracaniu się do Nory „aniele”. Nie kupuję takiej miłości, jest ona sztuczna w porównaniu do innych książkowych par. Denerwuje też główna bohaterka, swoimi podejrzeniami, zazdrością, ale też nijakością. Nora to typowa szara myszka, której życie nabiera sensu dzięki wspaniałemu chłopakowi. Ciekawszą postacią jest Vee i inni poboczni bohaterowie. Podsumowując, Finale to pod względem fabularnym chyba lepsza część sagi o ile mogę to stwierdzić nie pamiętając dokładnie poprzednich tomów. To że książka w pewnym momencie wciąga i nie wymęczyłam się przy niej zbytnio nie zmienia faktu, że jest to bardzo przeciętna powieść dla nastolatków. A co do zakończenia, byłam bardzo zaskoczona, że autorka z taką łatwością zamknęła fabułę. Nie jest to bynajmniej komplement, nawet koniec serii nie robi dobrego wrażenia i spłyca całą historię.

Moja ocena: 5/10

Saga Szeptem:
1. Szeptem
3. Cisza
4. Finale

poniedziałek, 8 lipca 2013

Pretty little liars. Bez serca - Sara Shepard



Pretty little liars to seria autorstwa Sary Shepard, opowiadająca o grupie czterech przyjaciółek. Kiedyś było ich pięć razem z przewodzącą paczce Alisson. Dziewczyna była szkolną pięknością i osobistością, każdy liczył się z jej zdaniem i chciał być taki jak ona. Jednak pewnego dnia Ali zaginęła, a jakiś czas później znaleziono jej ciało. Wydarzenie było ogromnym szokiem i odcisnęło swoje piętno na przyjaźni dziewczyn, które oddaliły się od siebie. Dopiero po pewnym czasie zaczęły znowu trzymać się razem, nie ze względów sentymentalnych, połączyła je bowiem dużo bardziej prozaiczna rzecz. Zaczęły otrzymywać wiadomości od tajemniczego nadawcy, podpisującego się A., który zdawał się wiedzieć na ich temat wszystko, znał nawet sekrety, które powierzyły tylko Ali.

Tak w skrócie przedstawia się początek fabuły serii i osobom, które nie miały z PLL nic do czynienia te informacje powinny wystarczyć. Natomiast czytelnikom, którzy znają poprzednie tomy wyjawię trochę więcej. Wydarzenia opisane w „Bez serca” zaczynają się w chwili, gdy kończy się poprzedni tom, czyli już po rozpętaniu się pożaru w lesie przylegającym do posiadłości Hastingsów. Różnica jest taka, że dziewczyna łudząco przypominająca Ali zniknęła, a lekarze wmawiają przyjaciółkom, że była to jedynie halucynacja. Całe Rosewood zmawia się przeciw Kłamczuchom, uznając je za oszustki. Trudno się dziwić, ich historia brzmi szaleńczo. A jak potoczą się losy dziewczyn? Emily wyjedzie szukać prawdy w społeczności amiszów, Spencer pozna mroczne sekrety rodzinne i zbliży się do rodziców, Hanna wyląduje w ośrodku psychiatrycznym, a Aria znajdzie nowego chłopaka i zacznie rozmawiać z duchami. Zapowiada się na to, że A. nieźle wywiedzie dziewczyny w pole.

Seria PLL jest bardzo znana i na ogół zbiera pozytywne opinie. Trudno się temu dziwić, autorka nie tylko porusza bliskie nastolatkom tematy i opowiada o życiu ich rówieśników, ale też łączy codzienność z mroczną zbrodnią i tajemnicami. Dużo wątków poświęconych jest takim tematom jak młodzieżowe miłości, przyjaźń, popularność, imprezowanie, homoseksualizm czy problemy z odżywianiem. Na te zagadnienia trzeba patrzeć z przymrużeniem oka, gdyż świat bogatych dzieciaków z Rosewood nijak ma się do naszej rzeczywistości, co jednak nie przeszkadza nam zaangażować się w życie bohaterek. Jeśli chodzi o ich kreacje nie należy wymagać zbyt wiele, są to dość płaskie i głupiutkie postacie, których nie można porównywać z dobrymi literackimi bohaterami. Podobnie jest z językiem powieści i stylem autorki, wiele osób potrafiłoby w taki sposób napisać książkę, w PLL doznania literackie schodzą na dalszy plan.

Za to nie każdy wpadłby na tak dobry pomysł. Morderstwo dziewczyny i prześladowanie jej przyjaciółek przez tajemniczych osobników zagwarantowało serii popularność, a nawet ekranizację. Swoją drogą jest ona na początku dość dobra, choć w trzecim poziomie zaczyna mijać się z celem, gdyż wszelka logika i spójność zanika, dlatego też serial przestałam oglądać. Trzeba jednak przyznać, że ma on swój klimat i pewnie gdybym go wcześniej nie obejrzała, nie wyobrażałabym sobie Rosewood w ten sposób, bo język książek nie jest zbyt obrazowy. Poza tym w powieściach może zniechęcać mnóstwo pojawiających się nazw marek, które tylko podkreślają snobizm bohaterów. Jest to pomysł beznadziejny, bo jeśli na każdej stronie autorka pisze jakiej firmy jest torebka czy buty staje się to denerwujące.

Jak na tle innych przedstawia się część siódma? „Bez serca” wciąż jest dobre, a perypetie bohaterek zaskakują. Na szczęście akcja nie skupia się jedynie w Rosewood, pojawiają się nowe scenerie. Przez to, że  oglądałam serial książka nie była dla mnie tak nieprzewidywalna jak mogłaby być, co nieco psuje efekt. O serii i serialu mówi się wiele, nie da się czasem uniknąć spoilerów, a potem książki nie zaskakują nas tak jakbyśmy chcieli. Nie w smak było mi też zakończenie. Po pierwsze dlatego że autorka serwuje rozwiązanie z kosmosu. Nie zostawiała nam odpowiednich wskazówek, więc czytelnik nie miał szans, żeby samemu spróbować kombinować. Wydaje mi się, że poprzednie tomy były bardziej logiczne. Poza tym zakończenie w połowie sprowadza się do zakończenie tomu szóstego! Zagranie z przedłużeniem tego samego wątku o kolejną książkę było nie tylko irytujące, ale też nie fair. Mimo to wciąż lubię tę serię i już zaczęłam kolejny tom. Do Rosewood wciąż chce się wracać.

Moja ocena: 7/10

Seria PLL:

1. Kłamczuchy
2. Bez skazy
3. Doskonałe
4. Niewiarygodne
5. Zepsute
6. Zabójcze
7. Bez serca
8. Pożądane
9. Uwikłane
10. Bezlitosne
11. Olśniewające
12. Rozpalone
13. Crushed
14. Deadly

czwartek, 16 maja 2013

Wyzwanie - Colleen Houck


„Klątwa tygrysa. Wyzwanie” to kontynuacja powieści autorstwa Colleen Houck, gdzie poznajemy losy indyjskich książąt, na których zły czarownik lata temu rzucił klątwę. Życie w niewoli, w skórze tygrysa przerywa pojawianie się Kelsey, która pod opieką pana Kadama wyjeżdża do Indii, by opiekować się białym tygrysem- Renem. Tam poznaje prawdę na temat swojego podopiecznego i wraz z nim rozpoczyna poszukiwania przedmiotów, które umożliwią uwolnienie księcia. Oto co działo się w poprzednim tomie, a jak przedstawiają się sprawy obecnie? Otóż Kelsey wróciła do domu, by odizolować się od ukochanego, z którym nie może być szczęśliwa. Rozpoczyna nowe życie, gdyż w podzięce za pomoc jej nowi przyjaciele sprawili dziewczynie piękny dom, studia na uniwersytecie i ekstrawagancki samochód. Kelsey, by zapomnieć o Renie, zaczyna chodzić na randki. W końcu odcina się od przeszłości na tyle, że ma nawet obiecującego kandydata na chłopaka, do czasu jednak, gdyż wkrótce ktoś przypomina jej o nie tak dawnym uczuciu.

W fabule „Wyzwania” możemy wyróżnić dwie części, pierwsza to prozaiczne życie Kelsey w ojczystym kraju. W porównaniu do niezwykłych przygód może się ona wydać nudna, jednak mnie przypadł do gustu opis codzienności, gdyż urealnił historię. Autorka nie udaje, że życie dziewczyny skupia się jedynie na fantastycznych wyprawach i wreszcie nie ogranicza czasu akcji do kilku dni. Druga część opisuje już zdarzenia rozgrywające się w Indiach, gdzie Kelsey w końcu wraca, lecz w jakich okolicznościach, tego nie zdradzę. Dość powiedzieć, że znowu będzie musiała wyruszyć u boku indyjskiego księcia w niebezpieczną podróż. Tym razem bohaterów czas nagli, gdyż diaboliczny czarownik Lokesh znów zaatakował i nie spocznie, dopóki nie dopadnie Kelsey.

Główna bohaterka ma początkowo problem z podjęciem decyzji co do swojego życia miłosnego. Tworzy dziwne, nieprzekonywujące wymówki, a my przecież i tak wiemy, jak to się skończy. Kelsey może irytować brakiem zdecydowania, niedomyślnością i niektórymi zachowaniami, ale oprócz niewielkiej niechęci z powodu jej wad nie wzbudza we mnie negatywnych uczuć. Jeśli chodzi o innych: zawsze lubiłam Rena, był ciekawą i nieprzewidywalną postacią. W tej części występuje on rzadko, większą rolę odgrywa jego brat Kishan. Niestety widziałam niekonsekwentność w kreacji tego drugiego. Czasem jest wcieleniem łagodności i współczucia, dziewczyna może się przytulić i wypłakać na jego ramieniu, a potem zachowuje się jak bezczelny cham, który na siłę zaleca się do dziewczyny, droczy z jej chłopakiem i wzbudza u mnie jedynie niechęć swą pyszałkowatością. Więc czemu autorka próbowała sprawić wrażenie, że Kishan jest biedny i pokrzywdzony? Niestety nie przepadam za tym bohaterem, mimo wszystko wolę Rena, choć tak naprawdę autorka nie wysiliła się przy kreacji braci i uczyniła Kishana kopią Rena, czyniąc niewielkie poprawki.

Książka byłaby lepsza, ale Houck przedłożyła ilość nad jakość. Za dużo miejsca poświęciła niepotrzebnym elementom, przykładowo autorka opisuje co działo się w czasie dni, gdy nie działo się właściwie nic. Notuje krótkie wymiany zdań z takich okresów, przebieg prozaicznych czynności, co było zupełnie zbyteczne. Opisy jazdy samochodem czy bezowocnych rozmów bohaterów osłabiły wymowę książki, spowolniły akcję i cóż mogę powiedzieć, znudziły mnie. Co dziwne, całą pierwszą część kiedy to Kelsey prowadziła normalne życie czytało mi się błyskawicznie, książka mnie wciągnęła i liczyłam na to, że „Wyzwanie” okaże się lepsze od poprzedniczki. Niestety, moment wyjazdu do Indii tylko pozornie miał przyspieszyć akcję, gdyż długo czekałam, nim coś zaczęło się dziać. A gdy bohaterowie w końcu wyruszyli na kolejną wyprawę, trochę rozczarował mnie pomysł na świat przedstawiony. Autorka wprowadziła takie istoty jak elfy i ich magiczną krainę, ale też wiele innych elementów, czyli mówiąc krótko, za bardzo namieszała. Wolałam obecne w poprzedniej części jaskinie, podziemny świat i prawdziwe niebezpieczeństwa. Mitologia w tej części również nieco szwankuje, a Indii w pełnej krasie wiele nie było.

Recenzja „Wyzwania” jest bardziej krytyczna niż w przypadku tomu pierwszego. Może dlatego, że miałam więcej czasu na przemyślenia, a do pisania zabrałam się dopiero po pewnym czasie? A może ta część mimo dobrze zapowiadającego się początku jest jednak słabsza? Skłaniam się ku tej drugiej opcji, bo zbyt często nudziłam się przy lekturze, autorka zupełnie niepotrzebnie sztucznie zwiększyła objętość książki, dodając nieistotne, nudne fragmenty. Za dużo było słownych przepychanek między bohaterami, za dużo jednostronnych deklaracji, za dużo nielubianego przeze mnie Kishana. Nawet pomysł na wyprawę nie przemówił do mnie, zabrakło fascynującej, wciągającej akcji. Faktem jest jednak, że początek był niezły, a całą książkę pochłonęłam w trochę ponad jeden dzień. Początkowo byłam o niej dość dobrego zdania, ale po przemyśleniu zauważyłam sporo irytujących mnie detali. Mimo wszystko dosyć mi się podobało, a w kontynuacji liczę na poprawę i więcej Rena.

Moja ocena: 6.5/10

Klątwa tygrysa:
2. Wyzwanie
3. Wyprawa
4. Przeznaczenie

sobota, 4 maja 2013

Trafny wybór - J.K. Rowling



Całe miasto powtarza już nowinę, szepcze ze zgrozą, wylewa łzy, ukrywa złośliwy uśmiech satysfakcji za fałszywym wyrazem współczucia: „Barry Fairbrother nie żyje”. Dla nielicznych to śmierć najlepszego przyjaciela, ukochanego męża i ojca, jednak dla większości miasta to smutne zdarzenie wiąże się ze zwolnieniem miejsca w radzie Pagford. Na wolny wakat zaczynają polować miastowe hieny, dla których polityka jest ważniejsza od rodziny. Do grona dołączają kolejne postaci: otyły właściciel sklepu, który prowadzi kampanię na rzecz syna; znienawidzony przez dzieci ojciec znęcający się nad rodziną; wicedyrektor sklepu, który każdego dnia budzi się ze strasznych snów marząc, by się nie ziściły. W ich wysiłkach kibicują kobiety, które nierzadko chowają nienawiść w sercach, czarniejszych od żałobnego stroju wdowy po Fairbrotherze. Pozory mylą, gdyż dopiero zaglądając za ściany ślicznych domków z zadbanymi ogródkami można dostrzec cały brud i zło panujące w tym miejscu. Zło rodzi się po cichu, w zemście wymierzonej w okrutnego rodzica, w nacięciach na nadgarstkach, w pragnieniu autentyczności, ale oczywistym jest, że wszystko zmierza ku nieuchronnej katastrofie.

Jest martwy jak kamień - powiedział Howard, jakby martwość była stopniowalna i ta, której nabawił się Barry Fairbrother, okazała się wyjątkowo paskudna.

Trafny wybór to najnowsza powieść obyczajowa J.K. Rowling, tym razem skierowana do dorosłego czytelnika. Z tym ograniczeniem wiekowym się zgadzam, niekoniecznie ze względu na brutalną zawartość, ta książka po prostu nie spodoba się nastolatkowi liczącemu na historię w stylu Harry’ego Pottera. Powieść nie ma nic wspólnego z przygodami czarodzieja, łączy je jedynie talent narracyjny Rowling. W „Trafnym wyborze” mamy przedstawioną z pozoru normalną, sielankową mieścinę, której mieszkańcy są dla siebie życzliwi, dbają o rozwój lokalnej społeczności, dzielą się ploteczkami. Dopiero po poznaniu każdego bohatera z bliska, po zajrzeniu do jego domu i umysłu otrzymujemy prawdziwy obraz mieszkańca Pagford. Zadawniony konflikt tylko roznieca niechęć w sercach ludzi. A czego on dotyczy? Otóż między Pagford a Yarvil znajduje się osiedle, które teoretycznie przynależy do Pagford, ale część jego mieszkańców usilnie próbuje się go pozbyć. Osiedle to jest bowiem zamieszkane przez najbiedniejszych, bezrobotnych, często patologiczne rodziny, a w jego pobliżu usytuowany jest ośrodek odwykowy. Żyjący bezpiecznie w swoich pięknych, bogatych domach mieszkańcy parford nie dostrzegają jego znaczenia, ale my możemy je ujrzeć dzięki rodzinie takiej jak Weedonowie.

Czy to już miłość, gdy ktoś zajmuje tak dużo miejsca w życiu drugiej osoby, że po jego odejściu powstaje niemożliwa do zapełnienia ziejąca pustka?

Rowling wprowadza całą masę bohaterów, z perspektywy których za pomocą narracji trzecioosobowej obrazuje rozgrywające się wydarzenia. Zwykle fragment dotyczący jednej postaci zawiera się na kilku stronach, aby potem przejść do następnej. Taki zabieg z początku utrudnia odnalezienie się w fabule i skojarzenie konkretnych nazwisk z ich czynami, ale po kilkudziesięciu stronach pamiętamy już prawie wszystko. Bohaterowie są dużą zaletą powieści, gdyż charakteryzuje ich różnorodność, a każdemu z nich co innego siedzi w głowie. Autorka dobrze poradziła sobie z psychologią postaci, dzięki niej wyraźnie widzimy motywy powodującemu postaciami. Mamy do czynienia zarówno z nastolatkami jak i osobami dorosłymi, choć ci pierwsi tak naprawdę są spiritus movens tej powieści. U czytelnika także budzą żywsze uczucia, a ich historia trafia do serca, choć przez większą część książki młodzi bohaterowie wydają się być dalecy nam i trochę nieosiągalni, a ich czyny budzą odrazę, złość, niechęć. To wszystko zmienia się przy zakończeniu, które wywołało u mnie trochę łez, ale też zaskoczyło.

Styl Rowling jest jak zawsze na poziomie i da się go rozpoznać znając Harry’ego Pottera, choć ze względu na całkowitą odmienność poruszanej tematyki wielu czytelników może się ze mną nie zgodzić. Faktem jest, że autorka podejmuje wiele kwestii, które kompletnie mnie nie zainteresowały, takie jak polityczne aspekty dotyczące sporu między miastami o osiedle Fields. Były to najnudniejsze fragmenty, ale jako że cała powieść opiera się na tej historii, wkradały się wciąż w codzienne życie bohaterów. Przez to zamiast skupić się na psychice postaci i ich codziennym życiu, byłam znudzona przez stale przewijający się w ich myślach i czynach temat Fields. Często z trudem brnęłam przez kolejne strony i miałam ochotę przerwać lekturę. Nie udawało mi się to, gdyż mimo wszystko byłam ciekawa, jak potoczą się dalej losy nastoletnich bohaterów, a szczególnie Krystal Weedon. Jest to pochodząca z patologicznej rodziny dziewczyna, która mieszka w Fields, a chodzi do szkoły wraz z mieszkańcami Pagford. Barry Fairbrother był wzorem dla Krystal i wpłynął znacznie na jej zachowanie, ale po jego śmierci dziewczyna wraca do dawnych nawyków i pakuje się w kłopoty. Zdecydowanie najlepsza postać tej powieści, choć z początku nacechowana bardzo negatywnie.

Ale Sukhvinder przeżywała katusze, leżąc tak i słuchając swojego oddechu, świadoma bezużytecznego ciężaru swego brzydkiego, odrażającego ciała na łóżku. Lubiła rozmyślać o utopieniu się, o utonięciu w chłodnej zielonej wodzie, i wyobrażać sobie, jak powoli wtula się w nicość...

Wiele osób mówi o ogromnej brutalności tej powieści. Coś w tym jest, zdecydowanie nie mamy do czynienia z sielankową opowieścią dla nastolatków. Moim zdaniem nie ma tutaj scen okrutnych w oczywisty sposób, częściej występuje psychiczne znęcanie, szeroko pojęte zło, patologia, ale sceny erotyczne są okrojone i jest ich niewiele. Oczywiście jest to powieść dla dorosłych i jestem pewna, że większości nastolatków by się nie spodobała. „Trafny wybór” potrafi zanudzić rozwlekłymi dyskusjami i tyradami na temat odwiecznego konfliktu i aspektów politycznych. Z drugiej strony powieść Rowling ma coś w sobie, bo pomimo tylu ciężkich stron chce się czytać dalej, byle poznać zakończenie. Tę powieść trzeba przede wszystkim zrozumieć. Nie polecam fanom Rowling wielbiącym Harry’ego Pottera, gdyż tylko się rozczarują. Za to jeśli liczycie na niełatwą powieść o miasteczku, w którym pod pozorami sielanki kryje się ludzkie okrucieństwo i bezmyślność, zajrzyjcie do Pagford. I rodzi się tu nieprzyjemne pytanie, czy nie tak wygląda nasz świat? Czy nie każde miasto jest takim Pagford, a my jeszcze nie widzimy prawdy, tego co za ścianą?

Moja ocena: 7/10

sobota, 27 kwietnia 2013

Nowa Ziemia - Julianna Baggott



Kiedy nastąpił Wybuch doszło do pogromu ludzkości, większa część populacji zginęła, a część odniosła straszne obrażenia i nie chodzi tu o poparzenia, rany, utratę kończyn. Wielu ludzi zostało stopionych z przedmiotami, z którymi akurat mieli kontakt, na przykład ze słuchawkami do telefonu, lalką, kuchenką. Niektórzy w ten sposób są złączeni ze zwierzętami, a jeśli stali się przez to niebezpieczni i nieludzcy, nazywa się ich Bestiami. Niektóre osoby stąpiły się z innymi ludźmi, tworząc niebezpieczne Grupony, jak sama nazywa wskazuje poruszające się w grupach, co ułatwia im walkę i przetrwanie. Z kolei Pyły, chyba najbardziej groźne, złączyły się z ziemią i bytują ukryte pod nią, gotowi schwytać i pożreć każdego, kto znajdzie się w ich zasięgu. Te wszystkie groźne stwory żyją poza kopułą, wśród nieszczęśników, którzy każdego dnia mogą spodziewać się śmierci. Negatywnie wpływa na nich też wpływ szkodliwego promieniowania. Inaczej wygląda życie w kopule, w której przetrwała tylko elita. Wiedzie ona bezpieczne, zupełnie normalne życie, lecz jak głosi propaganda, chcą pomóc „nieszczęśnikom”. Jednak od czasu Wybuchu sprzed 9 lat, nie podjęli ku temu żadnych kroków.

Właśnie taki świat przedstawia Julianna Baggott w swojej trylogii Świat po wybuchu, której pierwszą część stanowi „Nowa Ziemia”.  Apokaliptyczna wizja świata w tej powieści jest niezwykle prawdziwa i przemawia do wyobraźni. Tylko nielicznych Czystych nie dosięgły jej skutki, ale reszta ludzkości na zawsze nosić będzie swoje piętno. Wykreowany przez autorkę świat poznajemy z perspektywy Pressii, żyjącej poza kopułą wraz z dziadkiem. Zbliżają się jednak 16. urodziny dziewczyny, kiedy to będzie ona musiała oddać się w ręce OPR i rozpocząć walkę przeciw mieszkańcom kopuły. Z kolei Partridge jest Czystym, ale nie podobają mu się poczynania ojca tyrana. Przeżywa śmierć matki i brata, chciałaby opuścić kopułę i poznać świat poza nią.

Nowa Ziemia to doskonała antyutopia, która już od pierwszych stron wprowadza czytelnika w inną rzeczywistość. Z jednej strony akcja cały czas się rozwija i nie można narzekać na zbyt wolne tempo, a z drugiej ważną rolę odgrywają opisy świata współczesnego i tego sprzed wybuchu oraz historie bohaterów. Wszystkie elementy są świetnie zrównoważone, dzięki czemu nie czekałam na ciekawsze fragmenty, ponieważ każdy akapit miał swoją wartość i przesłanie. Podczas czytania książki nie miałam chwil zwątpienia ani zastrzeżeń co do niej. Możecie powiedzieć, że takich historii jest mnóstwo, ale ta naprawdę wyróżnia się spośród nich, czego nie da się stwierdzić po samym opisie fabuły, trzeba po prostu przeczytać. Może i wątek kopuły się już pojawiał, choćby w GONE, u Kinga i zapewne też innych twórców, ale tutaj został przedstawiony w Inny sposób. Przede wszystkim kopuła została stworzona przez człowieka, ale też nie odgrywa aż tak ważnej roli, pełni przede wszystkim funkcję oddzielającą od siebie dwie grupy ludzi.

Do fabuły i akcji nie mam żadnych uwag, zostały one zgrabnie i ciekawie poprowadzone. A co ze stylem autorki? Otóż Julianna Baggott sprawnie posługuje się piórem, pisze ciekawie i obficie, ale też z klasą, czyli używa bogatego słownictwa i ładnie wyraża swoje myśli, oczywiście jak na taki gatunek powieści. Opisy łączą się z historią w taki sposób, że trudno je uznać za osobny element, przez który trzeba przebrnąć. Są częścią fabuły i podobnie jak ona wciągają i składają się na doskonałą lekturę. A fabuła niesie ze sobą mnóstwo tajemnic, autorka lubi na każdym kroku zaskakiwać czytelnika. Pojawiają się nowe wątki i odpowiedzi, których nawet nie podejrzewaliśmy. Nawet wątek miłosny nie jest w tej powieści tak oczywisty, spodziewałam się tego, co lubią czynić prawie wszystkie autorki, a jednak nie. Nawet trójkąta nie było! Podejrzewam, że zachęci to bardzo wielu potencjalnych czytelników.

Ogromną zaletą powieści są jej bohaterowie i to nie tylko ci główni, którzy zrobili na mnie nawet mniejsze wrażenie niż drugoplanowi. Ciężko mi oceniać Pressię, bo wzbudzała we mnie różne odczucia, za to Partridge’a bardzo polubiłam. Ale najbardziej zaciekawił mnie El Capitan, czyli dowódca, który stopił się podczas Wybuchu ze swoim bratem Helmudem, noszonym teraz przez niego na plecach. Polubiłam też dziadka Pressi, dziewczynę Partridga i szereg postaci, o których nie mogę wspomnieć z uwagi na to, że dopiero później pojawiaj się w powieści. Julianna Baggott stworzyła rewelacyjną historię, w której zachwyt budzą pomysł na świat przedstawiony, ciekawi bohaterowie i częste zaskakiwanie czytelnika. Polecam serdecznie, a sama nie mogę się doczekać „Nowego przywódcy”. Całe szczęście, że premiera już wkrótce.

Moja ocena: 9.5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Egmont.

Świat po wybuchu:
1.Nowa Ziemia
2.Nowy Przywódca
3.Nowe Jutro

niedziela, 21 kwietnia 2013

Reckless. Kamienne ciało - Cornelia Funke



Dwanaście lat temu Jakub odkrył świat po drugiej stronie. Wszedł do zakurzonego pokoju zaginionego ojca i przypadkiem znalazł kartkę, która zwróciła jego uwagę na lustro. Przyłożył do niego dłoń i nagle znalazł się w tym samym pokoju, który wyglądał zupełnie inaczej. Wyszedł na zewnątrz, spojrzał na wieżę, biegające wokół skrzaty, widoczne w oddali miasto i już wiedział, jaka rzeczywistość pochłonęła jego ojca. Od tego czasu często wracał do baśniowego świata, wolał go od tego, do którego faktycznie przynależał. Jednak przez te wszystkie lata nigdy nie dowiedział się niczego na temat ojca. Jakub miał także brata, który nie miał pojęcia o istnieniu świata po drugiej stronie lustra. Jednak pewnego dnia Will przez przypadek znalazł do niego drogę, co okazało się tragiczne w skutkach, bowiem chłopak został zraniony przez goyle i jego ciało zaczęło przeobrażać się w kamień. Wydaje się, że nie ma dla niego ratunku, jednak Jakub chce za wszelką cenę zapobiec działaniu zaklęcia.

Cornelia Funke to jedna z moich ulubionych pisarek, w ciemno sięgam po jej książki i jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłam. Autorka pisze piękne baśnie, a nasz świat miesza się w nich z tym, w którym królują magiczne stworzenia, złowrogie czarownice, mroczne legendy i bohaterowie, którzy muszą walczyć w bitwach między dobrem a złem. Seria Reckless także przedstawia taką krainę, która kusi swym bogactwem i pięknem, ale też niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Na Willa zostaje rzucona klątwa, której pozbycie się jest niemal niemożliwe, a nawet jeśli, za wszystko trzeba zapłacić pewną cenę. W świecie Cornelii Funke Jasiowi i Małgosi nie udaje się uciec z chatki złej wiedźmy, a Śpiąca Królewna nigdy się nie budzi. Te nietuzinkowe opowieści o krainie, w której rozgrywa się akcja, były szczyptą magii dla fabuły.

Autorce, która napisała coś tak wybitnego jak Atramentowa trylogia stawia się wysoką poprzeczkę i liczy się na serię jeszcze lepszą, a takim oczekiwaniom ciężko sprostać. Uwielbiam Atramentową trylogię, która mnie kompletnie urzekła i uważam, że jest lepsza, ale jest to też związane z grupą docelową czytelników. Tamta trylogia jest bardziej dojrzała, obszerna, a zawarte w niej liczne fragmenty skłaniające do refleksji jednoznacznie wskazują, że jest przeznaczona dla starszych czytelników. Reckless również mi się podobało, ale na razie ciężko to ocenić, ponieważ tak naprawdę część pierwsza stanowi dopiero wstęp do tej historii. Poza tym książka „Reckless. Kamienne ciało” jest cieniutka, to zaledwie 300 stron, w dodatku znajduje się w niej sporo ilustracji i niewykorzystanego miejsca. Przeszkadzała mi zbyt duża czcionka, ale młodszym czytelnikom będzie się dzięki temu lepiej czytało i właśnie te elementy wskazywałyby na to, że jest to bardziej książka dla nich.

Ponadto Reckless jest nieco bardziej naiwne niż Atramentowa trylogia. W tej serii wszystko wydaje się być czarno-białe, wybór między dobrem a złem jest oczywisty. Powieść nie zawiera bardziej refleksyjnych momentów i mądrych wypowiedzi, tak charakterystycznych dla Funke. Skupia się bardziej na szybkiej akcji i przedstawieniu wielu wydarzeń, sytuacja tutaj zmienia się jak w kalejdoskopie. Jednym może się to spodobać, innym mniej, szczególnie fanom autorki, którzy już znają ją z rewelacyjnej Atramentowej trylogii. Ale mimo że Reckless nie jest tak dobre, również mi się podobało, szczególnie pod koniec. Tak naprawdę ze względu na niewielką objętość i szybkie tempo czytania nie udało mi się zakochać w serii i jej bohaterach, ale pod tym względem kontynuacja zapowiada się lepiej.

Zdarzały się niby drobne elementy, które jednak bardzo mnie raziły i irytowały. Należał do nich zwyczaj Jakuba, który gdy mówił coś do siebie w myślach, zawsze na końcu zdania dodawał „Jakubie”. Brzmi śmiesznie i wydaje się być błahym problemem, ale strasznie mnie denerwowało. Poza tym właśnie postacie, niby są dorosłe, a jednak wydają się dziecinne i nieco naiwne. Żaden z nich jeszcze nie zwrócił mojej szczególnej uwagi, ale mam już jedną kandydatkę. Wszystkie zauważone przeze mnie minusy książki są związane z tym, że jest ona adresowana do młodszych nastolatków. Ci, którzy już zasmakowali w „Atramentowej trylogii” mogą się poczuć rozczarowani po lekturze Reckless. Nie spodziewałam się, że natknę się na to u Funke, ale raził mnie też sztuczny miłosny trójkąt, a chyba nawet czworokąt, którego oczywiście spodziewałam się jeszcze zanim autorka go faktycznie wprowadziła.

W Reckless podobał mi się za to obraz świata przedstawionego. Autorka ciekawie go opisywała, choć zbyt powściągliwie jak dla mnie, ale plusem są historie na temat magicznych przedmiotów i ich pochodzenia, legendy tej krainy, mieszkające w niej stworzenia. Świetne było też wykorzystanie motywów ze znanych baśni, liczę na więcej w kontynuacji. Stworzonych z kamienia goyli można porównać do mieszkańców terenów skolonizowanych przez Europejczyków, którzy potem zwrócili się przeciw nim. Może i Reckless jest trochę naiwne i młodszy czytelnik nie zauważy takich niuansów, ale ja doszukałam się niejednoznacznych elementów i jestem ciekawa, czy Funke zrobiła to celowo i czy podąży tym tropem. Autorka zrezygnowała ze swojego pięknego stylu i urokliwego języka na rzecz szybkiej akcji, co jest dla mnie wielką startą. Wydaje mi się jednak, że Funke ma jeszcze asa w rękawie i ujawni go w kolejnych częściach. Polecam szczególnie młodszym nastolatkom w wieku około 12-13 lat, a ja kontynuację zamierzam poznać. Jestem trochę rozczarowana, ale mam nadzieję, że Nieustraszony mnie jeszcze zaskoczy.


Moja ocena: 6/10

Reckless:
1. Kamienne ciało
2. Nieustraszony
3. ?

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Egmont :)

sobota, 20 kwietnia 2013

Cyrk nocy - Erin Morgenstern



Do czarodzieja Prospero zostaje przyprowadzona pięcioletnia dziewczynka. Dopiero wtedy magik dowiaduje się, że ma córkę i nie jest tym faktem zachwycony. Jego nastawienie zmienia się, gdy Celia pokazuje mu swoje niecodzienne umiejętności. Kilka miesięcy później do czarodzieja Prospero, znanego mniejszości jako Hector Bowen, przybywa tajemniczy człowiek. Mężczyźni odbywają rozmowę, która postronnemu świadkowi wydałaby się co najmniej dziwna. Jednak dla nich przekaz jest jasny- zostaje zainicjowana rozgrywka, teoretycznie  pomiędzy uczniami, a tak naprawdę jest to pojedynek nauczycieli i dwóch odmiennych idei. Zmierzyć się ze sobą będą musieli Celia i Marco, którzy jeszcze się nie znają, ale to tylko kwestia czasu. Od początku są przygotowywani do zadania, choć w zupełnie inny sposób. Prospero stosuje metody okrutne i bezwzględne, a mężczyzna w szarym garniturze woli dać Marco wolną rękę. Ale chwila, na czym właściwie ma polegać ta oczekiwana od lat rozgrywka? Niestety, o tym bohaterowie nie mają pojęcia. Miną nie lata, ale całe ich dziesiątki nim dojdzie do ostatecznego rozwiązania, a Marco i Celia poznają swoją rolę w tej grze.

„Cyrk nocy” to powieść, o której swego czasu słyszało się bardzo wiele, niezmiennie intrygowała i przyciągała, nawet przez negatywne opinie na jej temat. Książka autorstwa Erin Morgenstern jak nietrudno się domyślić opowiada historię pewnego cyrku i związanych z nim ludzi, ale cyrku innego od wszystkich, cyrku nocy, marzeń, snów. Moje zdanie na temat cyrku bytującego w naszym świecie jest negatywne. Nie lubię tego zgiełku, kiczu, dręczenia zwierząt, nie śmiesznych klownów, którzy są bardziej straszni niż zabawni, namiotów w jaskrawych kolorach. Jednak w takim miejscu jak La Cirque des Rêves chciałabym się znaleźć. Namioty, wystrój wnętrz, wszystkie elementy, stroje pracowników, a nawet zwierzęta są w barwach czarno-białych, co nadaje im nie tylko elegancji, ale też siły oddziaływania na widza. Nad bramą znajduje się ogromny zegar wykonany na specjalne zamówienie, w którym poruszają się maleńkie figurki przedstawiające smoka, księżniczkę, żonglera, planety, jest tu wszystko czego nie można sobie wyobrazić. Ale wrażenia po wejściu są jeszcze silniejsze: ognisko świecące wieloma kolorami, gdy strzelają do niego łucznicy, postumenty, na których stoją postacie poruszające się tak powoli, że wręcz niedostrzegalnie. A wokół tego niezliczone namioty, wśród których można się zgubić. Możesz wędrować tymi drogami tygodniami, a i tak nie odkryjesz wszystkich bogactw Cyrku Nocy. 

To co Wam przedstawiłam to dopiero brama do cyrku, pierwsze wtajemniczenie, a dalej, wśród stron powieści Erin Morgenstern skrywa się wiele tajemnic, zachwycających scen i niezwykłych doznań. Atmosfera tego miejsca zniewala, ale trudno się temu dziwić zważywszy na fakt, że cyrk jest dziełem magicznym, areną dla rozgrywki Celii i Marca. Cyrk to przede wszystkim ludzie, bez nich by nie istniał. Są oni specyficzni, mają swoje sekrety, wyróżniające ich umiejętności, ale niestety są jedynie marionetkami w rękach twórców. „Cyrk Nocy” kocham ze względu za klimat, to uczucie, jakbym naprawdę wędrowała po tym miejscu i patrzyła na coraz to nowe atrakcje. Ale na pierwszy plan wysuwa się pojedynek pomiędzy głównymi bohaterami oraz tworzące się pomiędzy nimi uczucie. Pewnie Was zdziwię, ale ten wątek główny mi się nie podobał. Celia i Marco to postacie sztuczne, niemal nierealne, niczym zjawy. Czytałam o kukiełkach, którym dano głos i tekst do ręki. Nie polubiłam ich, nie zrobili na mnie wrażenia, są nudni i całkowicie mi obojętni.

Ale są też naprawdę świetni bohaterowie. Należą do nich nastolatki: Bailey, oraz rodzeństwo bliźniaków, czyli Gizmo i Szkrab. Pomimo że tak młodzi wiekiem, wykrzesali z siebie więcej inteligencji i budzili w czytelniku żywsze uczucia, niż wszystkie pozostałe postacie razem wzięte. Mogę jedynie żałować, że było o nich napisane stosunkowo mało, jak na całą objętość powieści. Nie zmienia to faktu, że odgrywają w niej bardzo ważną rolę. Tworząca się powoli nitka uczucia między Bailey a Gizmo była dla mnie dużo bardziej prawdziwa i pozytywna niż „wielkie uczucie”, które przoduje w tej powieści. Co jeszcze mi się nie podobało? Sposób przedstawienia wydarzeń, czyli chronologiczny nieład. Daty zmieniają się jak w kalejdoskopie, a przecież wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni 30 lat! Trudno się w tym wszystkim nie pogubić, tym bardziej że przykładowo okres marzec 1887 jest opisany na kilku stronach, następnie akcja się przenosi, by ponownie do niego kiedyś wrócić. Jeden wielki chaos, który utrudnia odbiór książki. Nie podobało mi się też poplątane i nierealne zakończenie, właściwie nie jestem do końca pewna, co tam się wydarzyło.

Moje uczucia co do „Cyrku Nocy” są mieszane. Z jednej strony opis tego miejsca jest niesamowity, podobało mi się bardzo oprowadzanie czytelnika po kolejnych namiotach i zakamarkach. Ogromną sympatią darzę też trójkę nastolatków, którzy tchnęli życie w tę opowieść. Z drugiej strony inni bohaterowie, zwłaszcza główni, są kompletnie nierealni i nijacy, nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. Podobnie jak „wzruszająca historia miłości”, szkoda, że ja tu takiej nie zauważyłam. Powieść Erin Morgenstern można przeczytać ze względu na wspaniały, niepowtarzalny klimat cyrku, dla poznania tajemnic i piękna, jakie skrywają poszczególne namioty. Ze względu na bohaterów nie warto.

Moja ocena: 6/10