Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka



Julia to młoda, szczęśliwa kobieta. Ma wspaniałego chłopaka, przyjemną pracę, dobrych przyjaciół i całe życie przed sobą. Sielanka trwa jednak do czasu, gdyż pewnego dnia do dziewczyny przychodzi bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela. Zaczyna się niewinnie i nic nie zwiastuje nadchodzących mrocznych dni. Adorator coraz bardziej się rozkręca, wysyła najpierw romantyczne, potem coraz bardziej natarczywe i agresywne smsy, głuche telefony stają się codziennością. Mężczyzna żyje w przekonaniu, że Julia darzy go wielkim uczuciem, a tymczasem dziewczyna nawet nie zna jego tożsamości. Nadchodzi czas, by z problemów zwierzyć się chłopakowi, przyjaciołom i rodzinie, dziewczyna wciąż wierzy w pokojowe zakończenie sprawy.

„Cichy wielbiciel” to powieść polskiej autorki, Olgi Rudnickiej, przedstawiająca zjawisko stalkingu oraz niezrozumienie, z jakim spotyka się ofiara takiego dręczenia. Pisarka pokazuje polskie realia sprzed kilku lat, kiedy jeszcze prawnie nie było takiego pojęcia jak „stalking”, a już na pewno nie było ono przestępstwem.  Główna bohaterka książki była więc zdana całkowicie na siebie, bała się nawet zwierzyć swoim znajomym i ukochanemu. W końcu musiała jakoś ściągnąć na siebie uwagę tajemniczego wielbiciela, kto wie, może to nawet jej kochanek? Przecież nikt nie zainteresuje się zupełnie obcą kobietą bez powodu. A że Julia twierdzi, że nie wie kto to jest? Pewnie coś ukrywa, musi wiedzieć, każdy by wiedział.

Z takimi opiniami spotyka się główna bohaterka, co powoduje, że jeszcze bardziej zamyka się w sobie i odcina od bliskich. Myślę, że autorka podołała opisowi ofiary, myśli rodzących się w jej głowie i zmieniającej kondycji psychicznej, reakcje Julii nie wydają się przesadzone czy nienaturalne. Jednak stalking to uporczywe gnębienie, które przejawia się przez cały czas prawie tak samo, to powtarzające się do znudzenia setki, tysiące smsów, głuchych telefonów i bukietów kwiatów, a kiedy nie dzieje się nic nowego, trudno jest opisać to w ciekawy sposób. Skutkiem tego książka stała się monotonna, niekiedy na kilku stronach pod rząd pojawiały się jedynie krótkie treści smsów albo co gorsza cały czas jedno zdanie będące słowami piosenki sygnalizującej nadchodzące nieodebrane połączenie. Zbyt wiele było takich nic niewnoszących wstawek, a za mało treści.

Podobałoby mi się przedstawienie wydarzeń z perspektywy ofiary i oprawcy, gdyby tożsamość tajemniczego wielbiciela pozostała nieznaną, a jego ujawnienie było zaskoczeniem na końcu książki nie tylko dla Julii, ale też czytelnika. Niestety w „Cichym wielbicielu” od początku wiemy kto jest tytułową postacią, co mija się z celem, zmniejsza napięcie, likwiduje element niepokoju i uniemożliwia samodzielne poszukiwanie rozwiązywania.

Czytając książkę o takiej tematyce liczyłam bardziej na mroczny thriller, tymczasem autorka przedstawiła temat jakby był to dokument, czyli fakty na temat zjawiska, objawy, reakcje społeczeństwa. A gdzie emocje? Mnie najbardziej ich brakowało, przecież taka książka powinna mną wstrząsnąć, zaniepokoić, zapaść głęboko w pamięć. Gdy czytałam „W najciemniejszym kącie”, która to książka opowiadała o nerwicy natręctw i gnębieniu głównej bohaterki, lektura wywoła we mnie masę emocji, dreszcze i związała z bohaterami. Tymczasem przy „Cichym wielbicielu” nic takiego nie czułam, książka była dość ciekawa, szybko ją przeczytałam, ale na tym się kończy. Po tylu pozytywnych opiniach nastawiłam się na coś genialnego i srogo się rozczarowałam.

Moja ocena: 6/10

środa, 11 września 2013

Arabska córka - Tanya Valko




Miriam wychowała się w Libii, mieszkając wraz z babcią i ciotkami. Jako dziecko została porzucona przez matkę, a przynajmniej takie panuje w jej głowie przekonanie, bo tak naprawdę nie wiadomo, co ojciec zrobił z Dorotą, która porzuciła Polskę i wyjechała do obcego kraju, gdzie założyła rodzinę. Po latach odszukuje jedną z córek, Darię, ale Marysia zostaje  w Libii. Dorasta w kraju arabskim, tam jest jej dom, kultura i religia, więc gdy przyjeżdża po nią matkę, nie zamierza dawać jej szansy i zostawiać babci samej. „Arabska córka” to kontynuacja powieści „Arabska żona” autorstwa Tanyi Valko. Cała seria opowiada o losach kobiet w krajach arabskich. Pierwsza część to historia Doroty, polskiej dziewczyny, która w młodym wieku poznała przystojnego Araba. Zgodziła się wyjść za niego za mąż i wyjechać do jego ojczyzny, co przyniosło tragiczne skutki, bo o ile początek tej znajomości był piękny i bajkowy, z biegiem czasu życie Doroty zamieniło się w koszmar. Udało jej się uciec z kraju do Polski, ale jej córka Miriam została z rodziną swojego ojca i to właśnie na jej osobie skupia się druga część serii.

Pierwsza część bardzo mi się spodobała, ponieważ lubię czytać o codziennym życiu kobiet w różnych krajach i czasach. Nie ze względu na kulturę arabską, ciekawy opis zwyczajów czy wierzeń zaintrygowała mnie ta książka, a dzięki bardzo ciekawej, pełnej zaskakujących zwrotów akcji historii. Autorka połączyła prawdziwe opowieści kilku osób w jedną całość i na takiej pokręconej drodze postawiła główną bohaterką. Podobno co za wiele to nie zdrowo, ale właśnie dzięki takiemu nagromadzeniu różnych wątków i przygód „Arabska żona” bardzo mi się spodobała. Co do kontynuacji miałam podobne oczekiwania, ale niestety nic nie okazało się być po mojej myśli. Autorka nie miała dobrego pomysłu na książkę, historia Miriam powiela zdarzenia z poprzedniego tomu i to w znacznie okrojonej wersji. Przez większą część książki nie dzieje się nic wartego uwagi, co mogłoby zainteresować czytelnika. Szybką akcję z „Arabskiej żony” zastąpiły opisy arabskich zwyczajów, wierzeń i codziennego życia, a nie są to bynajmniej pasjonujące fragmenty.

Autorka w kolejnych rozdziałach przedstawia coraz to nowe miejsca zamieszkania głównych bohaterów, których  los ciężko doświadcza. Bohaterka poprzedniej części była niezbyt mądra i w swej głupocie denerwująca, ale jej córka Miriam jest chyba jeszcze gorsza. Nie da sobie przemówić do rozumu, nie wysłucha racji drugiej strony, ale najgorsze jest jej ciągłe obrażanie się. Na trzysetnej stronie miałam jej już serdecznie dość. Inni bohaterowie są równie nijacy, bezbarwni i nudni, czytelnik raczej nie będzie im kibicował czy śledził z zainteresowaniem ich losów. To drugie to już na pewno nie, bo powieść ma najgorszą możliwą wadę, jest nudna. Zalet nie wymieniam, bo żadnych nie ma, czym jestem bardzo rozczarowana. Poprzednia część była naprawdę bardzo dobra, akcja pędziła naprzód w zawrotnym tempie, a książkę wręcz pochłonęłam w bardzo krótkim czasie. Szkoda, że kontynuacja nie dorównuje „Arabskiej żonie”, mogę polecić tylko pierwszą część, bo „Arabska córka” to już zupełnie inna, dużo słabsza historia.

Moja ocena: 4/10

wtorek, 13 sierpnia 2013

Karuzela uczuć - Jodi Picoult



Rodziny Heart’ów i Goldów mieszkają po sąsiedzku, więc ich dzieci dorastały razem niemal od urodzenia. Tym sposobem Chris i Emily stali się nierozłączni, ich przyjaźń z piaskownicy z czasem przerodziła się w coś głębszego i dwa lata temu zostali parą. Wszyscy wiedzieli, że związek nastolatków jest bardzo poważny i że faktycznie się kochają. Było to zresztą na rękę rodzicom, którzy mieli nadzieję, że ich pociechy kiedyś się pobiorą i stworzą szczęśliwą rodzinę. Los bywa jednak przewrotny i okazuje się, że Heartowie i Goldowie nie znali nastolatków tak dobrze, jak im się wydawało. Bowiem pewnego dnia telefon ze szpitala zmienia wszystko. Emily i Chris zostali tam przewiezieni, jednak dziewczyna nie miała żadnych szans i zginęła, natomiast chłopak znajduje się w ciężkim szoku. Okazuje się, że Emily została postrzelona w głowę z pistoletu należącego do ojca Chrisa. Samobójstwo czy morderstwo? Prawdę zna tylko oskarżony chłopak. To wydarzenie na zawsze podzieli kiedyś tak bliskie sobie rodziny.

„Karuzela uczuć” to książka autorstwa Jodi Picoult, pisarki znanej z poruszania trudnych, kontrowersyjnych tematów i przenoszenia części fabuły na salę sądową. Dotychczas czytałam dwie jej świetne powieści, ale już zdążyłam zaliczyć ją do grona ulubionych autorów. Na kolejne spotkanie z twórczością Picoult oczekiwałam ze zniecierpliwieniem, a co do książki miałam duże wymagania. Na szczęście nie miałam się co obawiać, bo powieści tej pani zawsze prezentują wysoki poziom. „Karuzela uczuć” opowiada historię dwojga nastolatków i ich rodziców. Chris i Emily mieli wszystko, a jednak to nie wystarczyło im do szczęścia. Książka pokazuje problemy z jakimi borykają się nastolatki, a im więcej wiemy, tym bardziej nas to przeraża. Z kolei rodzice pary będę się musieli zmierzyć ze stratą i poskładać dawne życie w kawałki. Trudno tego jednak dokonać, gdy jedno dziecko nie żyje, a drugie siedzi w więzieniu oskarżone o morderstwo.

Picoult opowiada historię dwutorowo, przedstawia teraźniejsze wydarzenia, które nastąpiły po wypadku oraz cofa się w przeszłość, by zaprezentować czytelnikowi dzieciństwo i dorastania nastolatków. Odsłania trochę mrocznych tajemnic dotyczących ich życia, pokazuje moc strasznych wydarzeń, które potrafią wykończyć psychikę człowieka. Podobało mi się, że autorka jedynie przedstawia wydarzenia z perspektywy bohaterów, jednak nie osądza i nie przyjmuje moralizatorskiego tonu, funkcję sędziego oddaje czytelnikowi. Od początku do końca nie wiadomo, co myśleć na temat postępowania Chrisa i Emily, moje zdanie na temat tych dwojga zmieniało się nie raz. Dopiero zakończenie może przynieść konkluzję i zrozumienie, ale niekoniecznie, bo pewnie któryś czytelnik wciąż będzie miał zamęt w głowie. I zupełnie mnie to nie dziwi, gdyż takie właśnie są powieści Jodi Picoult, mają dać do myślenia, ale nie przynieść konkretnej, jednoznacznej opowieści.

Zaskoczyło mnie, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta książka. I to nie dopiero po jej skończeniu, a często mi się zdarza, że po zamknięciu książki dociera do mnie, że była dobra. Tutaj to przekonanie utrzymywało się przez cały czas. A największą zasługą powieści przemawiającą za jej pozytywnym odbiorem jest cała masa emocji, które wywołuje. Historia Chrisa i Emily wzrusza i szokuje, uroniłam przy niej kilka łez, martwiłam się wraz z bohaterami, denerwowałam z powodu zachowania niektórych postaci. Wiele bym oddała, żeby niektóre opisane w tej książce zdarzenia w ogóle nie miały miejsca i chyba właśnie z ich powodu książka tak na mnie wpłynęła. Picoult opisuje wszystko zwyczajnym językiem, bez zbędnych ozdobników, nie takim, jakim tworzy się literackie dzieła, a takim, jakim opowiada się kontrowersyjną, prawdziwą historię, by jak najlepiej dotarła do serca odbiorcy. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem powieści Jodi Picoult i bardzo ją polecam. Temu, kto jeszcze nie rozpoczął przygody z autorką, radzę zacząć od tej książki, gdyż jest wyjątkowo dobra.


Moja ocena: 9/10

środa, 7 sierpnia 2013

Joyland - Stephen King



Lata  70. XX wieku były czasem największej świetności parku rozrywki w Karolinie Północnej. Tłumy turystów i całe rodziny przybywały do Joylandu, by słono płacić za zabawę i oderwanie od rzeczywistości choć na jeden dzień. Miejsce ma specyficzny klimat, nie jest tak wymuskane jak Disney World i podobne powstające wówczas komercyjne obiekty. Może się za to poszczycić duszą, a nawet… duchem. Krąży opowieść o dziewczynie, która została zamordowana kilka lat temu w Domu Strachu przez mężczyznę, którego nigdy nie odnaleziono. Podciął kobiecie gardło w czasie jazdy wagonikiem i porzucił jej ciało, a teraz duch nieszczęsnej pokazuje się niektórym w tunelu. Taką opowieść słyszy Devin Jones, gdy w pewne upalne lato rozpoczyna wakacyjną pracę w parku rozrywki. Pobyt w Joyland będzie dla niego czasem refleksji, zmian i nawiązywania przyjaźni. Na razie mężczyzna usycha z miłości do Wendy Keegan, dziewczyny pięknej, a jeszcze bardziej nieczułej.

Nie bez powodu mówi się, że najciemniej jest po latarnią, a najstraszniej… w wesołym miasteczku. Szczególnie, gdy na okładce powieści pojawia się nazwisko Stephen King. Od początku ukazuje on ciemną stronę Joyland i wydaje mi się, że nikt z czytelników nie odbiera tego parku rozrywki jako kolorowego, pogodnego miejsca. Odwiedzający owszem, ale oni nie dostrzegają tego, co za kulisami. Może to wrażenie wywołuje szczerość i dosadność Kinga, który nie owija w bawełnę, ale wprost przedstawia podejście pracowników do „szaraczków”. Ich zadaniem jest sprzedawać zabawę, co robią najlepiej jak potrafią. Joyland spowija specyficzna, niepokojąca aura. Autor kreuje sielski klimat, a jego mroczna strona przejawia się w najdrobniejszych szczegółach, każdy z nich ma znaczenie. Stara wróżbiarka mająca przebłyski prawdziwych zdarzeń z przyszłości czy zamordowana dziewczyna działają na wyobraźnię i wywołują dreszczyk emocji.

Mimo pojawiającego się wątku nadprzyrodzonego i niepokojącego wrażenia, jakie wywołuje park rozrywki, „Joyland” tak naprawdę nie ma nic wspólnego z horrorem i poprzednimi dziełami Kinga, gdyż jest to powieść obyczajowa. Autor przenosi czytelnika 40 lat wstecz i nie da się nie poczuć tej różnicy. Niby opisuje głównie wesołe miasteczko, a jednak przed oczami czytelnik ma cały świat przedstawiony. Nie wiem jak to jest możliwe, ale przez całą książką czułam niemal namacalnie klimat tamtych czasów, choć nie potrafię powiedzieć w jakich elementach on się pojawiał, jak King tego dokonał. Tak czy inaczej uwielbiam jego twórczość w takim wydaniu- nie brutalny, krwawy horror, a powieść obyczajowa, robiąca nieporównywalnie większe wrażenie i zapadająca w pamięć. Pod tym względem „Joyland” jest podobne do „Dallas’63”, napisane w podobnym stylu, który bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że King będzie dalej tworzył powieści w takim klimacie, zamiast wracać do inspiracji ze swoich poprzednich horrorów.

Jeśli chodzi o sposób prowadzenie akcji, King zauważalnie skacze po chronologii. Narracja pierwszoosobowa jest prowadzona przez głównego bohatera, Devina Jonesa, który spisuje swoje wspomnienia. Często wybiega w przyszłość i zdradza co się wydarzy za wiele lat, aby potem znów wracać do teraźniejszości lub co gorsza wspominać swoje dzieciństwo. Ten zabieg wprowadza duży zamęt i niestety ciężko się połapać w kolejności wydarzeń, z czasem jednak przestałam to w ogóle zauważać. King świetnie kreuje swoich bohaterów, a postać pierwszoplanowa jest specyficzna i intrygująca. Wiele dzieje się w głowie Jonesa, jego przemyślenia czasem niepokoją. Ważną rolę w powieści odgrywa jego życie uczuciowe oraz relacja z poznanymi w czasie pamiętnych wakacji przyjaciółmi. Za pomocą tego wątku autor porusza temat śmierci, przemijania i miłości.

„Joyland” to powieść wybitna, która zapadnie mi w pamięć na długo. Należy do grona tych książek, przy których im więcej czasu minie od ich zakończenia, tym częściej się o nich myśli i wspomina z większą melancholią. W moim przypadku pod tym względem było identycznie z „Dallas’63” i naprawdę mam nadzieję, że King pójdzie w tę stronę i napisze jeszcze wiele równie dobrych książek. Tymczasem polecam wszystkim klimatyczną, dającą do myślenia powieść „Joyland”. Pozwólcie sprzedać sobie odrobinę zabawy.

Moja ocena: 9/10



środa, 8 sierpnia 2012

Przypadki pani Eustaszyny - Maria Ulatowska


Na pewno nie raz denerwowałeś się z powodu długich kolejek u lekarza, przekrzykujących się tłumów i ciągłej potrzeby załatwiania rozmaitych skierowań do specjalisty. Ale też pewnie nigdy nie wpadłeś na pomysł, by problem ten rozwiązać z pomocą Pani Minister, z którą w dodatku nie utrzymujesz żadnych kontaktów, bo jej po prostu nie znasz. Ale czy fakt ten może w jakikolwiek sposób wpłynąć na panią Eustaszynę, której prawdziwe imię brzmi Jadwiga? Skądże! Adres, taksówka, powrót do przychodni ze swym protektorem i sprawa załatwiona. Ale to nie wszystko, bo owa starsza kobieta ma całą masę takich szalonych pomysłów! Przetestowania chłopaka bratanicy swojego męża przez nakazanie mu zdobycia biletów na spektakl? Jak najbardziej! Urządzenie przyjęcia ku pochwaleniu się nowo wyremontowaną kuchnią? Zawsze! Lot samolotem do Trójmiasta na Jarmark Dominikański? Co roku! Właściwie te jej kaprysy są całkiem logiczne przy niektórych bardziej spektakularnych. Aby uwierzyć, trzeba przeczytać.

„Przypadki pani Eustaszyny” to niezwykle zabawna i optymistyczna opowieść, przedstawiająca perypetie starszej pani, która, jak sama twierdzi,  „nie ma czasu, żeby umrzeć”. Poznamy także losy jej rodziny, muszącej często ratować się przez zgubnymi konsekwencjami postępowania pani Jadwigi. Autorką tej pełnej przygód historii jest Maria Ulatowska, znana głównie z „Sosnowego dziedzictwa” i jego kontynuacji. Pisarka uwielbia książki, snucie opowieści i poczucie humoru, co przekłada się na jej twórczość. Po tym co otrzymałam w „Przypadkach pani Eustaszyny” z pewnością sięgnę po inne jej powieści, bo ta całkowicie mnie zauroczyła i co najważniejsze, na długi czas poprawiła humor.

Cechą charakterystyczną książki jest to, że wciąga od pierwszych stron. Zwykle po tak krótkiej lekturze mam sporo obiekcji, w tym przypadku jednak dałam się porwać akcji, pędzącej naprzód z prędkością światła. Chyba widać, jak bardzo mi się podobało? Głównym tematem książki są perypetie miłosne Marcji, którą ciotka próbuje wydać za mąż. Pani Eustaszyna przesłuchuje kandydatów, przeprowadza wywiady środowiskowe i snuje intrygi, choć czasem coś wymyka się spod kontroli, a potem ostrożnie trzeba to odkręcać… I nie myślcie, że są to jakieś cukierkowe miłostki zakochanej nastolatki, bo Marcelina to kobieta dojrzała i rozsądna, a jednocześnie niepozbawiona pewnej dozy spontaniczności i romantyzmu. Słowem, bardzo sympatyczna osóbka i jedna z moich ulubionych bohaterek. Panią Eustaszynę również polubiłam, ale niejednokrotnie mnie irytowała swym despotyzmem, kombinowaniem i przeinaczaniem faktów. 

Każdy bohater w tej książce jest świetnie wykreowany i jedyny w swoim rodzaju, na nudę i nijakość przy ich poznawaniu nie sposób narzekać. Jedni są stworzeni po to, byśmy darzyli ich niechęcią, a drudzy ku naszemu rozbawieniu, jednak nikt nie jest pozbawiony charakterku i uroku. Plejada barwna i urzekająca, a rzadko zdarza mi się takie określanie postaci. W tym wypadku jednak jest to w pełni uzasadnione. Oprócz drodze Marcelinki do ołtarza, w fabule pojawia się całe mnóstwo wątków pobocznych w postaci perypetii pani Eustaszyny, które wciągają, bawią i urzekają czytelnika. Całość podkreśla swojski, lekki i przyjemny język z mnóstwem humorystycznych akcentów.

„Przypadki pani Eustaszyny” to niezwykle barwna opowieść pełna zabawnych perypetii starszej pani i jej rodziny oraz problemów, na których rozwiązanie zawsze znajdzie się sposób. Wątek romantyczny także się pojawi, ale nie jest on natrętny i przesłodzony, a raczej do bólu rzeczywisty. Cudowni bohaterowie, z których każdy jest jedyny w swoim rodzaju oraz nieszablonowa i oryginalna fabuła z licznymi zwrotami akcji składają się na pozycję, która nieustannie zaskakuje czytelnika. Wkroczcie do jedynego w swoim rodzaju świata pani Eustaszyny i uwierzcie w niemożliwe! Serdecznie polecam tę historię, a sama z chęcią sięgnę po inne powieści Marii Ulatowskiej.

Moja ocena: 8/10

wtorek, 10 lipca 2012

Wichrowe wzgórza - Emily Bronte


                 Wstępem do tej niezwykłej, pełnej intryg, niespełnionej miłości i jawnej nienawiści historii, jest przybycie pana Lockwooda do Drozdowego Gniazda- położonej na odludziu angielskiej posiadłości, wynajętej od Heathcliff’a. Po rozgoszczeniu się, przybysz udaje się do majątku właściciela, czyli Wichrowych Wzgórz, gdzie zostaje przyjęty mało gościnnie i przyjaźnie. Popełniając liczne faux-pas, nie może połapać się w sytuacji rodzinnej mieszkańców dworu, za to jedno jest pewne- wszyscy nawzajem się nie znoszą. Po powrocie obiecuje sobie, że już nigdy więcej nie przybędzie z wizytą do tego strasznego domu. Ułatwia mu to choroba, która trzyma go w łóżku całą zimę. Nudząc się niemiłosiernie, zaprasza dla towarzystwa gospodynię jego wynajętej posiadłości, panią Dean, która raczy go opowieścią na temat dziejów pana Heathcliff’a i tych, którzy mieli nieszczęście go znać. 

                „Wichrowe wzgórza” autorstwa jednej z sióstr Bronte- Emily, to klasyka angielskiej literatury. Powieść z akcją rozgrywającą się w XVIII wieku, to historia życia wcielonego diabła, niegodziwca, szatana, niecnoty, hulaki i hazardzisty, czyli pana Heathcliffa w roli głównej oraz jego miłości do Katarzyny Earnshaw. Miłości aż po sam grób albo nawet dłużej, warto wspomnieć. To opowieść o ludziach, którzy w imię miłości nawzajem się krzywdzili, ranili i wykańczali, naznaczając równocześnie piętnem nieszczęścia życie Bogu ducha winnych osób. Wyznając sobie uczucia, poślubiali ludzi, którymi gardzili, by potem latami męczyć się i doprowadzać do grobu, co skuteczni im się udało. Ale nie wystarczało im wzajemne uprzykrzanie sobie życia, niszczyli je także swoim dzieciom i krewnym, byle tylko się odegrać i zemścić. Katarzyna i Heathcliff, jedno lepsze od drugiego.

                Powieść Emily Bronte spodobała mi się już od początku. Nie wiem, czy takie było zamierzenie, ale przez pierwsze dwa rozdziały nieźle się uśmiałam z poczynań poczciwego dzierżawcy w domu bezwzględnego Heathcliffa. Byłabym bardziej zadowolona, gdyby tendencja wzrostowa się utrzymała, jednak dalsze, a tym samym wcześniejsze losy bohaterów już tak bardzo mnie nie wciągnęły. Myślałam, że wydarzenia będę rozgrywały się na bieżąco, a tym czasem całość książki to wspomnienia pani Dean u łoża chorego pana Lockwooda. Opowiada mu ona o wydarzeniach, których była świadkiem, nie wystrzegając się subiektywnego spojrzenia na pewne sprawy, co chwilami mnie drażniło. Niby taka dobra osoba, a jednak nie zawsze zachowywała się tak jak powinna. Była często pozbawiona uczuć, a okazywała je wtedy, gdy nie było takiej potrzeby. Inaczej mówiąc, nie polubiłam naszej narratorki. Uważam, że gdyby wszystko było opisane jako zdarzenia rozgrywające się w czasie współczesnym przybyciu Lockwooda do dworu, byłoby ciekawiej, relacja pani Dean bowiem sporo ujmuje tej historii. 

Oczekiwałam, że opowieść będzie bardziej romantyczna, opowiadająca o prawdziwym uczuciu, a tymczasem według mnie była to bardziej nienawiść i wzajemne wyniszczanie się. Bohaterowie byli tak samolubni i zapatrzeni w siebie, że niszczyli życie innym ludziom, byleby czuli się tak źle jak oni sami. Była to głównie domena Heathcliffa, którego nie cierpiałam i nie potrafiłam nigdy zmusić się do współczucia nad nimi, w końcu sam był winny temu, co go spotkało. Poza tym zachowywał się okrutnie i bezwzględnie, nawet wobec własnego dziecka i tych, którzy traktowali go jak przyjaciela. Już bardziej wolałam Katarzynę, która także samolubna i egoistyczna, a jednak nigdy nie dorównała Heathcliffowi w jego okrucieństwie i potrafiła okazać dobre serce. Najbardziej ze wszystkich postaci występujących w „Wichrowych wzgórzach” polubiłam Katy, córkę głównej bohaterki. Urzekła mnie ona swoim charakterem, choć czasem okazywała bezdenną naiwność. Za to dzierżawca Lockwood wydał mi się mięczakiem i tchórzem, ale czy mogę go oceniać, skoro tak niewiele o nim wiem?

Powieść Emily Bronte to klasyka angielskiej literatury, którą warto znać. Jest to historia wielkiej miłości, a zarazem nienawiści, pełna intryg, rodowych sprzeczek, walki o władzę i majątek. Bohaterowie są bardzo oryginalni i nietuzinkowi, co nie znaczy, że da się ich polubić, już prędzej czuć do nich niechęć i pogardę. Język znamionuje akcją rozgrywającą się w XVIII wieku, co osobiście mi nie przeszkadzało, ponieważ lubię taką formę. Nie zabraknie też długich, czasem nudnych opisów. Zdarzają się momenty wciągające, choć z reguły nie dzieje się wiele. Całość książki ma charakter relacji pani Dean, z niewieloma wstawkami współczesnymi jej opowieści. Mimo wad zachęcam do zapoznania się z „Wichrowymi wzgórzami”, choćby ze względu na fakt, że należą one do klasyki, jak i z powodu oryginalnej fabuły. 

Moja ocena: 6.5/10

środa, 20 czerwca 2012

Kobieta bez twarzy - Anna Fryczkowska



                   Na przeprowadzce rodziny Cudny zaważyły pewne przykre okoliczności, o których mówią niezbyt chętnie. Głowa rodzinny, Hanna, za lekarstwo na zapomnienie uznaje niewielką wieś, do której przyjeżdżała wraz z ojcem, będąc jeszcze dzieckiem. Od nieobecnego właściciele wynajmuje połowę zrujnowanej chaty położonej na obrzeżach, tuż koło lasu. W miejscowej szkole zajmuje stanowisko nauczycielki języka angielskiego, tam też zaczynają uczyć się jej dzieci – dziesięcioletnia Michalina w podstawówce, a trzynastoletni Maks w gimnazjum. W ten sposób ich trzyosobowa rodzina rozpoczyna nowe i w zamierzeniu szczęśliwe życie. Jednak już od początku nie jest im dany spokój, bowiem wkrótce po przeprowadzce Miśka znajduje w stawie zwłoki kobiety, która popełniła samobójstwo lub została utopiona. Dziewczynka jest w szoku po tym okropnym zdarzeniu, ale kto by nie był, zobaczywszy zdeformowaną i zaczynającą gnić twarz? Wszyscy mieszkańcy w okolicy zapewniają, że takie rzeczy nigdy się tutaj nie zdarzały i na pewno nie mają nic wspólnego z miejscowymi, tylko z osobami z zewnątrz. Jednak czy aby na pewno był to pojedynczy przypadek, a życie we wsi będzie toczyło się dalej swoim torem? 

                „Kobieta bez twarzy” autorstwa Anny Fryczkowskiej to według mnie powieść nie tylko kryminalna, ale także psychologiczna. Oprócz wątku dotyczącego okrutnego morderstwa i związanych z nim kolejnych tajemniczych zdarzeń, znaczna część fabuła skupia się na rodzinie Cudny, która przeprowadziła się ze stolicy do małej wsi, jaką są Świątkowice. Hanna próbuje zacząć nowe życie po śmierci męża, który zostawił ją i dzieci popełniając samobójstwo. Miśka i Maks o tym jednak nie wiedzą przekonani, że ojciec zmarł wskutek zawału. Całej trójce jest bardzo ciężko się odnaleźć, tęsknią za dawnym życiem, pełną rodziną, wielkim miastem i starymi przyjaciółmi. Łączy ich też nienawiść do miejsca, w którym aktualnie przebywają. Ludzie stąd mogą sobie mówić, że powietrze jest czyste, stawy pełne ryb, a sąsiedzi gościnni i chętni do pomocy, jednak każde z Cudnych podświadomie czuje, że to miejsce  pełne jest duchów przeszłości i zła ukrytego pod fasadą serdeczności. Ważnym elementem książki jest próba zrozumienia tego, co ich spotkało i zostawienia za sobą strasznej przeszłości.

                „Kobieta bez twarzy” wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Pisarka rzuca nas na głęboką wodę, od początku w sam środek zdarzeń, a za wyjaśnienia bierze się dopiero później, gdy jesteśmy już bardzo ciekawi, jak do tego wszystkiego doszło. Nie zabraknie licznych retrospekcji, dzięki którym przyjrzymy się życiu rodziny Cudny tuż po tragedii, a następnie ich przeprowadzce do Świątkowic. I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Następuje mnóstwo drobnych zdarzeń, jeżących czytelnikowi włosy na głowie. Niby nic, a jednak robią wrażenie. Przy tym cały czas podąża naprzód główna intryga, jaką jest śmierć kobiety w stawie, ale nie liczcie, że na tym się skończy. Nie, autorka zafundowała nam więcej wrażeń.

 Na najwyższy podziw zasługuje jednak nie konstrukcja wątku kryminalnego, który był sam w sobie ciekawy, jednak bez rewelacji, bo jego zakończenie nie do końca mnie zafascynowało. Zwróćcie uwagę, że robię podział na zakończenie tego wątku i zakończenie całej książki, bo to duża różnica. To drugie zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie, wręcz zszokowało, dając równocześnie nieźle do myślenia. Wracając jednak do tematu, na gromkie brawa zasługuje stworzony przez autorkę klimat. Atmosfera pełna niepewności, strachu, wzajemnych podejrzeń i oskarżeń, poczucie niebezpieczeństwa czającego się za progiem domu, to wszystko zostało tak perfekcyjnie dopracowane, że udziela się czytelnikowi. Dawno nie spotkałam się z aż taką dozą realności podczas lektury, zdarzenia spotykające bohaterów udzielały się także i mi. Ów niezrównany klimat jest największym atutem „Kobiety bez twarzy”, ponieważ dobrych historii kryminalnych jest wiele, ale takiej atmosfery nie spotyka się na każdym kroku. Dzięki targającym mną emocjom wywołanym przez pisarkę, dałam się porwać jej powieści. 

Oprócz tego na uwagę zasługuje również narracja pierwszoosobowa, prowadzona naprzemiennie przez Hannę Cudny i jej córkę Michalinę. W tym pierwszym przypadku mamy trzeźwe spojrzenie na świat i raczej rozsądne decyzje, bez popadania w paranoję pod wpływem niektórych dziwnych zdarzeń. Jednocześnie należy pamiętać o tym, że kobieta boryka się z bolesną stratą męża, co wywiera na nią znaczny wpływ. Mimo to stara się normalnie funkcjonować, co w głównej mierze jej się udaje. I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Dochodzimy bowiem do poznawania kolejnych zdarzeń opisywanych nam przez Miśkę, dziesięcioletnią dziewczynkę. Dla niej świat nie jest taki zrozumiały jak dla jej matki, na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo, a w ciemnościach nocy kryją się mroczne cienie, gotowe zaatakować w odpowiedniej chwili. Cały czas wyraźnie było czuć, iż patrzymy na wszystko oczami dziecka, które zdaje się być jeszcze niewinne, niedoświadczone przez ciężki los. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bowiem dzięki tej dziewczynce książka zyskała niepowtarzalny charakter, a zakończenie rozłożyło mnie na łopatki, ciągle mam je w pamięci. Może dlatego, że takiego biegu zdarzeń się kompletnie nie spodziewałam? A może dlatego, że wszystko zostało powiedziane wprost, jak tylko dziecko potrafi?

Powieść Anny Fryczkowskiej polecam nie tylko wielbicielom kryminału, ale też chętnym zagłębienia się w dobrą powieść obyczajową z wątkami psychologicznymi. Dzięki „Kobiecie bez twarzy” poczujecie klimat małej wsi oraz czającą się w niej grozę. Atmosfera jest fenomenalna, a wątek kryminalny również niczego sobie, jednym najciekawszym motywem jest aklimatyzowanie się w nowym miejscu ciężko doświadczonej przez życie rodziny. A spojrzenie na świat oczami Michaliny zapada w pamięć. Gorąco polecam i bardzo się cieszę, że miałam okazję przeczytać tak dobrą powieść, która z pewnością nie będzie moim ostatnim spotkaniem z twórczością pani Fryczkowskiej.

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 21 maja 2012

W imię miłości - Jodi Picoult


                
               Nina Frost jest prokuratorem zajmującym się sprawami dotyczącymi dzieci. Niejednokrotnie już była świadkiem okrucieństw je spotykających oraz bezkarności ich oprawców, spowodowaną brakiem materiału dowodowego. Bo cóż znaczy słowo kilkuletniego dziecka przy nieskazitelnej jak dotąd opinii znajomych i rodziny o prześladowcy? Komu uwierzy sąd? Otóż to. Mając styczność z takimi przypadkami trzeba odłożyć na bok uczucia i zająć się jak najlepszym poprowadzeniem postępowania dowodowego. Ale Nina jest nie tylko prokuratorem. To także matka pięcioletniego Nataniela. A gdy jej dziecko zostanie skrzywdzone, nie będzie się liczyło nic więcej – przepisy prawne, moralność, inni ludzie. Najważniejsze stanie się wymierzenie sprawiedliwości – na własną rękę.

                „W imię miłości” to kolejna powieść autorstwa Jodi Picoult, która znana jest z odwagi dotyczącej poruszania trudnych i kontrowersyjnych tematów, położonych gdzieś na pograniczu moralności. Czytelników zaznajomionych z twórczością pisarki zapewne nie zdziwi fakt, iż w jej książce można wyróżnić pewien schemat: historia opisująca dany problem, punkt kulminacyjny przejawiający się koniecznością zasięgnięcia porady prawnej, zbieranie materiału dowodowego, dokładne poznawanie kolejnych bohaterów i zagłębianie się w szczegóły sprawy, a wreszcie na końcu rozprawa sądowa, która jest znakiem rozpoznawczym Picoult. Taka schematyczność bynajmniej nie jest wadą, przyzwyczaiłam się już do stylu Picoult (tak, przeczytałam aż 2 jej książki) i chętnie w przyszłości wrócę na podobną salę, ale w towarzystwie nowych bohaterów i innych historii. Bo talentu do opisywania ciekawych i rzadko poruszanych zagadnień nie można autorce odmówić. 

                Głównym wątkiem powieści „W imię miłości” jest molestowanie seksualne, które dotknęło kilkuletniego syna znanej pani prokurator. Dzięki pisarce poznamy sposób postępowania sądowego w takich sytuacjach okiem głównej bohaterki. Kobieta nie od wczoraj zajmuje się sprawami dotyczącymi najmłodszych, stąd też ma świadomość luk w prawie. Wie też, że niełatwo będzie skazać winnego, tym bardziej przy braku podejrzanych. Chłopiec bowiem zaniemówił i nie potrafi wskazać swego oprawcy, z rodziną posługuje się wyłącznie za pośrednictwem języka migowego. Nina to twarda kobieta, ale także matka – nie potrafi pogodzić się z traumą, jaka będzie dotykać jej małego synka wraz z każdą wizytą w sądzie, by ostatecznie zboczeniec mógł wyjść na wolność zupełnie bezkarnie. Postanawia więc sama wymierzyć sprawiedliwość, nie wahając się przed niczym, byleby w swoim mniemaniu chronić dziecko. A może chce ochronić samą siebie?

                Podczas lektury powieści autorstwa Jodi, w Waszej głowie będą pojawiać się nieskończone rzędy pytań, na które przez cały czas będzie szukać odpowiedzi, a czy znajdziecie – przekonajcie się sami. Bo trzeba przyznać, że twórczość Picoult daje do myślenia. W chwili pisania tego tekstu nie jestem na świeżo po lekturze, „W imię miłości” przeczytałam już jakiś czas temu, a mimo tego w mojej głowie wciąż dokładnie pamiętam fabułę i refleksje towarzyszące mi podczas czytania. Nie zabraknie dylematów moralnych, z którymi przyjdzie się zmierzyć zarówno bohaterom, jak i czytelnikom. Gdzie znajduje się granica pomiędzy karą za krzywdy, a zwykłym folgowaniem własnym słabościom? Jak daleko jest w stanie posunąć się matka, by chronić swoje dziecko przed wszelkim złem tego świata. I w końcu – czy możliwe jest znalezienie usprawiedliwienia dla pozbawienia życia drugiego człowieka?

                „W imię miłości” to powieść poruszająca trudny temat, jakim jest molestowanie seksualne nieletnich. Jodi przedstawiła także miłość matki do dziecka i jej determinację, by chronić swoją pociechę za wszelką cenę, nawet własnego życia. Co można poświęcić, a co będzie o krok za daleko? Nie zabraknie rozprawy sądowej podsumowującej cała fabułę oraz charakterystycznego dla Jodi stylu, który zjednał jej czytelników na całym świecie. Książka godna polecenia.

                Moja ocena: 8/10



niedziela, 29 stycznia 2012

"Świadectwo prawdy" - Jodi Picoult


             Wczesnym rankiem na farmie Amiszów znaleziono martwe, nowonarodzone niemowlę, zawinięte w koszulę i ukryte w oborze, pod końskimi derkami. Po analizie dowodów wszystko wskazuje na to, że dziecko zostało uduszone przez matkę, Katie Fisher. Dziewczyna mieszkająca na farmie wraz z rodzicami nie przyznaje się do winy, ba, twierdzi nawet, że nigdy nie była w ciąży! A przecież badania ginekologiczne dobitnie wskazują, że kilka godzin temu urodziła… Jak to możliwe, że jej rodzina i znajomi niczego nie zauważyli? Codziennie razem pracowali, rozmawiali, spożywali posiłki, a wieść o ciąży jest dla nich całkowitym zaskoczeniem. Już na początku możemy zadać sobie szereg pytań: Czy śmierć dziecka aby na pewno była morderstwem, a jeśli tak- kto jest sprawcą? Co się stało z ojcem dziecka? Czy Katie Fisher kłamie twierdząc, że niczego nie pamięta? I wreszcie: co naprawdę zdarzyło się na farmie?
              
             „Świadectwo prawdy” to powieść łącząca w sobie elementy powieści obyczajowej i kryminału z wątkiem miłosnym, nie można jej jednoznacznie sklasyfikować. Autorką jest bardzo znana na całym świecie pisarka- Jodi Picoult, której dzieła, przetłumaczone na 30 języków, często określana są mianem bestsellerów. Amerykanka mieszka wraz z rodziną w stanie New Hampshire. W 2003 roku za całokształt swojej twórczości została wyróżniona nagrodą New England Book.

                Fabuła powieści składa się z kilku wątków, z których każdy jest jej elementarnym składnikiem i odgrywa znaczącą rolę. Ze względu na wzajemne powiązania między nimi można by nawet stwierdzić, że mamy tu do czynienia z kilkoma wątkami głównymi stanowiącymi myśl przewodnią książki. Przede wszystkim…  Właśnie, ciężko mi określi co „przede wszystkim”, gdyż nie potrafię ustawić poruszanych tematów w określonej hierarchii ważności, kolejność pozostawię więc przypadkowi.

                W „Świadectwie prawdy” spotykamy się z podchodzącą pod gatunek kryminału sprawą śmierci niemowlęcia. Pozornie wszystko wydaje się proste i oczywiste, nie ma problemu z ustaleniem tożsamości mordercy i okoliczności zbrodni.  Jednak w przeciwieństwie do pospolitego kryminału nie mamy tutaj wielu podejrzanych, skomplikowanego śledztwa czy odkrywania kolejnych poszlak. Mamy za to zeznania domniemanej winowajczyni, młodej matki, która nie odkrywa wszystkich kart, a prawdę dawkuje powoli, woląc zachować ją dla siebie. Ważną rolę odgrywa proces sądowy, którego przebieg został dokładnie przedstawiony, głównie na ostatnim etapie książki. 

                Postępowanie dochodzeniowe przeplata się z opisem codziennego życia Fisherów, należących do zgromadzenia Amiszów. Amisze, synonim do określenia „prości ludzie”. Tak się nazywają i tak starają się żyć. To zamknięta grupa, przebywająca z dala od cywilizacji, pokus tego świata, nie uznająca takich zdobyczy dzisiejszej technologii jak prąd elektryczny, telefon, komputer czy samochód. Zajmują się uprawą roli, pracują w swoich gospodarstwach wiodąc  spokojny żywot dobrych ludzi w zgodzie z innymi i Bogiem. Najważniejszy jest dla nich Kościół i rodzina. Obowiązujące ich zasady są bardzo surowe: nie mogą się kształcić, korzystać z dorobku współczesności, mieć kontaktu z resztą świata.  Funkcjonowanie tej specyficznej społeczności zostało na kartach powieści przedstawione z całą dokładnością. Możemy poznać ich wiarę, sposób myślenia, charaktery, których podstawą jest niewyróżnianie się, skromność, życie w służbie Boga i bliźnich. 

                W „Świadectwo prawdy” został wkomponowany znaczący dla fabuły wątek miłosny. Poznajemy panią adwokat, Ellie Hathway , która uciekając przed niesatysfakcjonującym życiem w Filadelfii u boku mężczyzny, którego nie kocha, trafia do miasteczka Pardise w Pensylwanii, miejsca zamieszkania jej rodziny. Za namową ciotki podejmuje się sprawy kuzynki, na skutek czego trafia na farmę Amiszów. Ellie to silna i niezależna kobieta bojąca się okazywania uczuć, woląca prowadzić bezpieczne, ustabilizowane życie na poziomie. Jednak po przeprowadzce coś zaczyna się w niej zmieniać. Dochodzi do tego także odnowienie kontaktów z byłym partnerem, jeszcze z czasów studiów. Czy ta prawie czterdziestoletnia kobieta odnajdzie szczęście i zazna prawdziwej miłości?

                                                    "Kiedy kogoś kochasz, to jeszcze nie znaczy, 
                                              że Bóg  ma w swoich planach, żebyście byli razem"

                Jodi Picoult porusza w swojej powieści temat macierzyństwa, który łączy ze sobą wszystkie wątki. Przedstawiony jest on na zasadzie kontrastu: kobieta, która zamiast chcieć dla swojego dziecka wszystkiego co najlepsze uśmierca jej oraz kobieta, która bardzo pragnęłaby je posiadać, ale nie może zajść w ciążę. Jak trudne będzie dla tej drugiej bronienia osoby, która pozbyła się najpiękniejszego daru, jaki mogła otrzymać? Czy odłoży na bok uprzedzenia, by starać się pomóc kuzynce?

                „Świadectwo prawdy” mogę polecić z czystym sumieniem. Jodi porusza w powieści ważny temat, jakim jest miłość matki do dziecka. Choć nie znajdziemy tutaj szybkiej akcji, wynagradza nam to ciekawa fabuła z dokładnie zarysowanym obrazem życia w społeczeństwie Amiszów, miłości pomiędzy członkami zupełnie różnych światów, szukania swojego miejsca w świecie. Lekturę uprzyjemnia prosty w odbiorze język, a postacie są ciekawie zarysowane, nie mogę im nic zarzucić. Uważam, że „Świadectwo prawdy” to powieść, którą warto przeczytać.

                 Moja ocena: 9/10