Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pieczęć ognia - Gesa Schwartz



Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z różnorodności otaczających ich istot. Wydaje im się, że są panami tego świata, a tymczasem magiczne stworzenia towarzyszą im na każdym kroku. Już nawet nie mówiąc o równoległych rzeczywistościach, ale choćby takie gargulce. Monumentalne i niezniszczalne, górują nad okolicą stojąc na dachach budynków, bynajmniej nie w celach ozdobnych. Tylko dniem kamienieją, natomiast nocą patrolują okolicę i mogą schodzić do własnego, niedostępnego dla ludzi świata. Takim gargulcem jest właśnie Grim, który ponadto należy do Naczelnej Policji Gargulcowej i jest najwyższym rangą Cienioskrzydłym. Teraz ma pełne ręce roboty, gdyż nieuchwytny sprawca morduje potężne magiczne istoty, a fala strachu ogarnia świat.

Pieczęć ognia to pierwsza część serii opowiadającej o świecie gargulców. Stworzenia te mają własny kodeks, który między innymi zabrania kontaktów z ludźmi, w przeszłości bowiem niewłaściwe działania zaowocowały wyniszczającą wojną, a nikt nie chce po raz drugi popełnić tego samego błędu. Nie wszystkim jednak podoba się rzucenie Czaru Zapomnienia na ludzi, przez który nie mogą oni zobaczyć gargulców. Konflikt w tej sprawie i inne intrygi zagrażające światu magicznych stworzeń przedstawia właśnie typowo fantastyczna powieść „Pieczęć ognia”.

Świat przedstawiony książki jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w gatunku fantasy. Rozbudowane opisy dotyczące miasta magicznych stworzeń, cała ideologia gargulców, interesujące mity z zamierzchłych czasów, cała podstawa książki została dobrze przemyślana i nie mam co do niej zastrzeżeń. Główni bohaterowie to Grim, ale także Mia, pochodząca ze świata ludzi, co czyni intrygę bardziej skomplikowaną. W książce nie brak tajemnic, a największą jest samobójstwo ojca Mii oraz tajemnicza księga przekazana jej przez brata. Świat ludzi został zgrabnie połączony ze światem magicznych stworzeń.

Moje zarzuty tyczą się natomiast sposobu poprowadzenia akcji. Według mnie książka jest zbyt rozwleczona, przez co nie wciąga tak jak powinna. Ponadto styl autorki bynajmniej mnie nie urzekł, słowa wychodzące spod jej pióra nie miały tej magii, która by oczarowała czytelnika. Sposób pisania nie uzupełnia powieści, a raczej niweczy efekt osiągnięty przez dobry pomysł autorki na świat przedstawiony i główną intrygę. Szczerze mówiąc, przez sporą część książki byłam znudzona i liczyłam na jakiś punkt kulminacyjny, który nie nastąpił, moje emocje przez cały czas utrzymywały się na podobnym poziomie.

Ale nie to jest najgorsze, a wątek romantyczny. Od początku spodziewałam się, że między głównymi bohaterami zacznie się coś dziać i nie byłam z tego powodu zachwycona. Po pierwsze, Grim jest gargulcem, czyli istotą z kamienia, a Mia człowiekiem, to jednak najmniejszy problem. Dziewczyna strasznie mnie irytowała, a jej uczucia były przedstawione w tak dziwny i niewiarygodny sposób, to jak mówi o nagłym poczuciu bezpieczeństwa czy swojej tęsknocie, bez przesady. Już wkrótce miałam jej dość, a Grim też nie wzbudził moich ciepłych uczuć. Coś jest nie tak z tymi bohaterami, skoro żadnego nie polubiłam, oboje wydali mi się zbyt niewiarygodni i sztuczni.

„Pieczęć ognia” to książka mająca swoje mocne i słabsze strony. Bardzo podobał mi się barwny, żywy świat przedstawiony i pomysłowa intryga, czego niestety nie mogę już powiedzieć o nudnym sposobie pisania autorki i bohaterach, którzy przez całą lekturę po prostu działali mi na nerwy. W końcowym bilansie powieść wypada przeciętnie i nie poleciłabym jej szerszemu gronu potencjalnych czytelników, choć zdaję sobie sprawę, że odbiór „Pieczęci ognia” zależy głównie od podejścia do bohaterów, a Wasze odczucia co do nich mogą być nieco inne.


Moja ocena: 6/10

sobota, 4 stycznia 2014

Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka



Julia to młoda, szczęśliwa kobieta. Ma wspaniałego chłopaka, przyjemną pracę, dobrych przyjaciół i całe życie przed sobą. Sielanka trwa jednak do czasu, gdyż pewnego dnia do dziewczyny przychodzi bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela. Zaczyna się niewinnie i nic nie zwiastuje nadchodzących mrocznych dni. Adorator coraz bardziej się rozkręca, wysyła najpierw romantyczne, potem coraz bardziej natarczywe i agresywne smsy, głuche telefony stają się codziennością. Mężczyzna żyje w przekonaniu, że Julia darzy go wielkim uczuciem, a tymczasem dziewczyna nawet nie zna jego tożsamości. Nadchodzi czas, by z problemów zwierzyć się chłopakowi, przyjaciołom i rodzinie, dziewczyna wciąż wierzy w pokojowe zakończenie sprawy.

„Cichy wielbiciel” to powieść polskiej autorki, Olgi Rudnickiej, przedstawiająca zjawisko stalkingu oraz niezrozumienie, z jakim spotyka się ofiara takiego dręczenia. Pisarka pokazuje polskie realia sprzed kilku lat, kiedy jeszcze prawnie nie było takiego pojęcia jak „stalking”, a już na pewno nie było ono przestępstwem.  Główna bohaterka książki była więc zdana całkowicie na siebie, bała się nawet zwierzyć swoim znajomym i ukochanemu. W końcu musiała jakoś ściągnąć na siebie uwagę tajemniczego wielbiciela, kto wie, może to nawet jej kochanek? Przecież nikt nie zainteresuje się zupełnie obcą kobietą bez powodu. A że Julia twierdzi, że nie wie kto to jest? Pewnie coś ukrywa, musi wiedzieć, każdy by wiedział.

Z takimi opiniami spotyka się główna bohaterka, co powoduje, że jeszcze bardziej zamyka się w sobie i odcina od bliskich. Myślę, że autorka podołała opisowi ofiary, myśli rodzących się w jej głowie i zmieniającej kondycji psychicznej, reakcje Julii nie wydają się przesadzone czy nienaturalne. Jednak stalking to uporczywe gnębienie, które przejawia się przez cały czas prawie tak samo, to powtarzające się do znudzenia setki, tysiące smsów, głuchych telefonów i bukietów kwiatów, a kiedy nie dzieje się nic nowego, trudno jest opisać to w ciekawy sposób. Skutkiem tego książka stała się monotonna, niekiedy na kilku stronach pod rząd pojawiały się jedynie krótkie treści smsów albo co gorsza cały czas jedno zdanie będące słowami piosenki sygnalizującej nadchodzące nieodebrane połączenie. Zbyt wiele było takich nic niewnoszących wstawek, a za mało treści.

Podobałoby mi się przedstawienie wydarzeń z perspektywy ofiary i oprawcy, gdyby tożsamość tajemniczego wielbiciela pozostała nieznaną, a jego ujawnienie było zaskoczeniem na końcu książki nie tylko dla Julii, ale też czytelnika. Niestety w „Cichym wielbicielu” od początku wiemy kto jest tytułową postacią, co mija się z celem, zmniejsza napięcie, likwiduje element niepokoju i uniemożliwia samodzielne poszukiwanie rozwiązywania.

Czytając książkę o takiej tematyce liczyłam bardziej na mroczny thriller, tymczasem autorka przedstawiła temat jakby był to dokument, czyli fakty na temat zjawiska, objawy, reakcje społeczeństwa. A gdzie emocje? Mnie najbardziej ich brakowało, przecież taka książka powinna mną wstrząsnąć, zaniepokoić, zapaść głęboko w pamięć. Gdy czytałam „W najciemniejszym kącie”, która to książka opowiadała o nerwicy natręctw i gnębieniu głównej bohaterki, lektura wywoła we mnie masę emocji, dreszcze i związała z bohaterami. Tymczasem przy „Cichym wielbicielu” nic takiego nie czułam, książka była dość ciekawa, szybko ją przeczytałam, ale na tym się kończy. Po tylu pozytywnych opiniach nastawiłam się na coś genialnego i srogo się rozczarowałam.

Moja ocena: 6/10

wtorek, 20 sierpnia 2013

Przędza - Gennifer Albin



Adelice to szesnastoletnia dziewczyna, która właśnie wraca do domu po oblanym egzaminie. I nie, nie obawia się gniewu rodziców, niezadowolonych z wyniku ważnych tekstów, wręcz przeciwnie. Rodzice na wieść o niepowodzeniu cieszą się i świętują wraz z dwoma córkami. Gdyby Adelice zdała egzamin i okazała swoje zdolności do tkania zostałaby zabrana przez Gildię i umieszczona w ich siedzibie, gdzie szkoliłaby się na Kądzielniczkę, czyli bogatą, wpływową i rozpoznawalną kobietę. Jednak dziewczyna nie chce takiego życia, a rodzice od lat ostrzegali ją przed Gildią i uczyli jak ukrywać swój niezwykły talent i robić wszystko na opak. Teraz w atmosferze radości i rozluźnienia rodzina żartuje i je tort, rzadki smakołyk w tym domu, w tych czasach. Ale chwila… Rozlega się wołanie i pukanie do drzwi i już wszystko jest jasne, rodzice zdają sobie sprawę, że ich córce wbrew oczekiwaniom wcale nie udało się nie ujawnić swojego daru. Tylko szybka ucieczka może ich uratować, ale czy rząd mógłby do tego dopuścić? Wiadomo, że bez względu na wolę Adelice, dziewczyna i tak wyląduje w Gildii, a zdrada w rodzinie zostanie ukarana.

„Przędza” autorstwa Gennifer Albin wprowadza czytelnika w antyutopijny świat, w którym nadrzędną rolę odgrywa Gildia. Organizacja ta skupia Kądzielniczki i uczące się w tym kierunku dziewczęta. Po skończonym szkoleniu kobiety zajmują się tkaniem na krosnach, ale nie jest to zwyczajne tworzenie ubrań, nic podobnego! Kądzielniczki zajmują się tkaniem rzeczywistości. To aż przerażające, że cały świat może być zapisany w tkaninie i powieszony na krośnie, a pojedynczy człowiek to jedna nitka, którą z łatwością można spruć. Posiadanie takich zdolności niesie ze sobą władzę, więc od razu widać, że Arras to totalitarny świat, w którym rząd i Gildia kierują życiem zwykłego człowieka. Bo przecież w jakim demokratycznym kraju młode dziewczęta z talentem do tkania są siłą odrywane od swoich rodzin?

Okładka „Przędzy” jest bardzo kolorowa, tęczowa i podobne wyobrażenie budzi świat przedstawiony w książce. Autorka przywiązuje dużą wagę do opisania procesu tkania i jego efektów wizualnych. Wiemy, że wszystko prezentuje się kolorowo, pięknie i niezwykle, ale tak naprawdę trudno mi było wyobrazić sobie o czym pisze Gennier Albin, chyba dlatego, że jej wizja jest oryginalna i oderwana od rzeczywistości. To dodaje światu przedstawionemu klimatu baśniowości, mi Kądzielniczki przywodzą na myśl panie tkające w wysokiej wieży zaczarowanego zamku (czy coś w tym rodzaju). W każdym razie chodzi o baśń, bo tak po trosze należy traktować tę historię. Nie da się jej odnosić do rzeczywistości i traktować na „zdrowy rozum” jak to zwykle jest w innych antyutopijnych powieściach. Mnie się nie podobało to, że przez dłuższy czas nie miałam pojęcia o co chodzi w tkaniu, splotach widzianych przez główną bohaterkę, funkcjonowaniu Gildii.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić wielu rzeczy, o których opowiada autorka, a nawet po poznaniu wyjaśnień na pewne tematy miałam wrażenie, że są one dość mętne i niejasne. Tak było właśnie, gdy Adelice opisywała swoje życie w siedzibie Gildii. Akcja toczyła się bardzo szybko i nagle dowiedziałam się, że minęło już kilka tygodni odkąd dziewczyna tam przebywa. Szkoda tylko, że zaledwie kilka stron poświęcono jej normalnemu funkcjonowaniu, a i tak fragment ten pochodził jeszcze z początkowego etapu szkolenia. Liczyłam na dużo ciekawsze opisy zajęć Kądzielniczki, a tymczasem większość miejsca autorka poświęciła miłosnym rozterkom Adelice, jej pięknym strojom i bywaniu na wystawnych przyjęciach. Swoją drogą podróż dziewczyny po Arrasie w towarzystwie ambasadora przypominała mi tourne z Igrzysk Śmierci, kiedy to Katniss i Petea odwiedzali poszczególne dystrykty. Poza tym w „Przędzy” także wielką wagę odgrywał wygląd zewnętrzny, młodość, makijaż, piękne stroje.

W „Przędzy” pojawia się wiele intryg, w które przez swój niewyparzony język wplątuje się Adelice. Nie są to jednak ciekawe perypetie, a raczej narażanie się wielu osobistościom i ich pogróżki. O świecie przedstawionym dowiedziałam się tak naprawdę dość mało, a o zajęciu Kądzielniczki same podstawy. Miłosne perypetie głównej bohaterki są niezbyt ciekawe, a rodzące się uczucie przedstawione zbyt szybko, miałam wrażenie, jakby Adelice wyznawała miłość po kilku dniach znajomości i paru pocałunkach. Oczywiście dziewczyna, według mnie, wybrała niewłaściwego mężczyznę i oczywiście, w powieści pojawia się trójkąt miłosny, bo ona nie umie się zdecydować na początku. Główna bohaterka nie jest płaczliwa i nudna jak flaki z olejem, ale aż do przesady odważna i śmiała, co pomaga jej wplątywać się w kłopoty. Nie potrafiłam wciągnąć się w tę książkę, słabo do mnie przemówiła, chyba nie miała w sobie tego czegoś, bo niekiedy pomimo paru wad książka potrafi zachwycić, w tym przypadku tak nie było. Dziwi mnie to, bo koncepcja jest oryginalna i powinna mnie zainteresować. Uważam, że Gennifer Albin nie dopracowała swojego pomysłu, czy też za mało na jego temat ujawniła. Przez większą część książki nie wiemy też czym jest Arras, choć to akurat jest podstawową tajemnicą fabularną. Za to zakończenie mi się spodobało, było dość niespodziewane i ciekawa jestem, co stanie się w kontynuacji, bo z tego co wiem, ma się taka pojawić. Mimo to nie uważam „Przędzy” za wartą uwagi, jest dość przeciętna i nie porwała mnie.

Moja ocena: 6/10

sobota, 20 kwietnia 2013

Cyrk nocy - Erin Morgenstern



Do czarodzieja Prospero zostaje przyprowadzona pięcioletnia dziewczynka. Dopiero wtedy magik dowiaduje się, że ma córkę i nie jest tym faktem zachwycony. Jego nastawienie zmienia się, gdy Celia pokazuje mu swoje niecodzienne umiejętności. Kilka miesięcy później do czarodzieja Prospero, znanego mniejszości jako Hector Bowen, przybywa tajemniczy człowiek. Mężczyźni odbywają rozmowę, która postronnemu świadkowi wydałaby się co najmniej dziwna. Jednak dla nich przekaz jest jasny- zostaje zainicjowana rozgrywka, teoretycznie  pomiędzy uczniami, a tak naprawdę jest to pojedynek nauczycieli i dwóch odmiennych idei. Zmierzyć się ze sobą będą musieli Celia i Marco, którzy jeszcze się nie znają, ale to tylko kwestia czasu. Od początku są przygotowywani do zadania, choć w zupełnie inny sposób. Prospero stosuje metody okrutne i bezwzględne, a mężczyzna w szarym garniturze woli dać Marco wolną rękę. Ale chwila, na czym właściwie ma polegać ta oczekiwana od lat rozgrywka? Niestety, o tym bohaterowie nie mają pojęcia. Miną nie lata, ale całe ich dziesiątki nim dojdzie do ostatecznego rozwiązania, a Marco i Celia poznają swoją rolę w tej grze.

„Cyrk nocy” to powieść, o której swego czasu słyszało się bardzo wiele, niezmiennie intrygowała i przyciągała, nawet przez negatywne opinie na jej temat. Książka autorstwa Erin Morgenstern jak nietrudno się domyślić opowiada historię pewnego cyrku i związanych z nim ludzi, ale cyrku innego od wszystkich, cyrku nocy, marzeń, snów. Moje zdanie na temat cyrku bytującego w naszym świecie jest negatywne. Nie lubię tego zgiełku, kiczu, dręczenia zwierząt, nie śmiesznych klownów, którzy są bardziej straszni niż zabawni, namiotów w jaskrawych kolorach. Jednak w takim miejscu jak La Cirque des Rêves chciałabym się znaleźć. Namioty, wystrój wnętrz, wszystkie elementy, stroje pracowników, a nawet zwierzęta są w barwach czarno-białych, co nadaje im nie tylko elegancji, ale też siły oddziaływania na widza. Nad bramą znajduje się ogromny zegar wykonany na specjalne zamówienie, w którym poruszają się maleńkie figurki przedstawiające smoka, księżniczkę, żonglera, planety, jest tu wszystko czego nie można sobie wyobrazić. Ale wrażenia po wejściu są jeszcze silniejsze: ognisko świecące wieloma kolorami, gdy strzelają do niego łucznicy, postumenty, na których stoją postacie poruszające się tak powoli, że wręcz niedostrzegalnie. A wokół tego niezliczone namioty, wśród których można się zgubić. Możesz wędrować tymi drogami tygodniami, a i tak nie odkryjesz wszystkich bogactw Cyrku Nocy. 

To co Wam przedstawiłam to dopiero brama do cyrku, pierwsze wtajemniczenie, a dalej, wśród stron powieści Erin Morgenstern skrywa się wiele tajemnic, zachwycających scen i niezwykłych doznań. Atmosfera tego miejsca zniewala, ale trudno się temu dziwić zważywszy na fakt, że cyrk jest dziełem magicznym, areną dla rozgrywki Celii i Marca. Cyrk to przede wszystkim ludzie, bez nich by nie istniał. Są oni specyficzni, mają swoje sekrety, wyróżniające ich umiejętności, ale niestety są jedynie marionetkami w rękach twórców. „Cyrk Nocy” kocham ze względu za klimat, to uczucie, jakbym naprawdę wędrowała po tym miejscu i patrzyła na coraz to nowe atrakcje. Ale na pierwszy plan wysuwa się pojedynek pomiędzy głównymi bohaterami oraz tworzące się pomiędzy nimi uczucie. Pewnie Was zdziwię, ale ten wątek główny mi się nie podobał. Celia i Marco to postacie sztuczne, niemal nierealne, niczym zjawy. Czytałam o kukiełkach, którym dano głos i tekst do ręki. Nie polubiłam ich, nie zrobili na mnie wrażenia, są nudni i całkowicie mi obojętni.

Ale są też naprawdę świetni bohaterowie. Należą do nich nastolatki: Bailey, oraz rodzeństwo bliźniaków, czyli Gizmo i Szkrab. Pomimo że tak młodzi wiekiem, wykrzesali z siebie więcej inteligencji i budzili w czytelniku żywsze uczucia, niż wszystkie pozostałe postacie razem wzięte. Mogę jedynie żałować, że było o nich napisane stosunkowo mało, jak na całą objętość powieści. Nie zmienia to faktu, że odgrywają w niej bardzo ważną rolę. Tworząca się powoli nitka uczucia między Bailey a Gizmo była dla mnie dużo bardziej prawdziwa i pozytywna niż „wielkie uczucie”, które przoduje w tej powieści. Co jeszcze mi się nie podobało? Sposób przedstawienia wydarzeń, czyli chronologiczny nieład. Daty zmieniają się jak w kalejdoskopie, a przecież wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni 30 lat! Trudno się w tym wszystkim nie pogubić, tym bardziej że przykładowo okres marzec 1887 jest opisany na kilku stronach, następnie akcja się przenosi, by ponownie do niego kiedyś wrócić. Jeden wielki chaos, który utrudnia odbiór książki. Nie podobało mi się też poplątane i nierealne zakończenie, właściwie nie jestem do końca pewna, co tam się wydarzyło.

Moje uczucia co do „Cyrku Nocy” są mieszane. Z jednej strony opis tego miejsca jest niesamowity, podobało mi się bardzo oprowadzanie czytelnika po kolejnych namiotach i zakamarkach. Ogromną sympatią darzę też trójkę nastolatków, którzy tchnęli życie w tę opowieść. Z drugiej strony inni bohaterowie, zwłaszcza główni, są kompletnie nierealni i nijacy, nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. Podobnie jak „wzruszająca historia miłości”, szkoda, że ja tu takiej nie zauważyłam. Powieść Erin Morgenstern można przeczytać ze względu na wspaniały, niepowtarzalny klimat cyrku, dla poznania tajemnic i piękna, jakie skrywają poszczególne namioty. Ze względu na bohaterów nie warto.

Moja ocena: 6/10

piątek, 12 kwietnia 2013

Partials. Częściowcy - Dan Wells


Jedenaście lat temu zbudowani przez ludzi Częściowcy zbuntowali się przeciw nim. Ich przeznaczeniem było walczyć w wojnie izolacyjnej, którą wygrali. Dopiero później miała miejsce katastrofa, która zniszczyła dotychczasowy świat. Częściowcy stworzyli wirusa RM, wystarczająco silnego, by zabić ponad 99% ludzkości. Kilkadziesiąt tysięcy ocalałych zamieszkuje wyspę i jest przekonanych, że na całym świecie mało kto się ostał. Największą klęską jest fakt, że od jedenastu lat żaden noworodek nie przeżył. Wszyscy umierają najwyżej kilka dni po narodzinach na skutek działania wirusa. Sytuacja grozi wyginięciem ludzkości, więc Senat podejmuje coraz bardziej radykalne środki. Najbardziej znaczącym jest Ustawa Nadziei, która nakazuje kobietom od osiemnastego roku życia zachodzić w ciążę. Ludzie liczą na to, że takie prawo spowoduje w końcu narodziny odpornego dziecka, to jednak jeszcze nie nastąpiło.


Właśnie taki świat prezentuje Dan Wells w swojej antyutopijnej powieści pod tytułem „Partials”, będącej pierwszą częścią serii. Ludzkość swoimi działaniami doprowadziła do „końca świata”, tworząc okrutne, przerażająco silne i bezwzględne maszyny, bo właśnie tak w powieści przedstawieni są Częściowcy. Ich wyrwanie się spod kontroli doprowadziło do wytworzenia wirusa, ale to nie jedyny problem społeczeństwa. Senatowi, który sprawuje coraz bardziej dyktatorską władzę, sprzeciwia się Głos- ruch rewolucjonistów. Wells porusza w powieści wiele tematów, takich jak wojna, totalitarna władza, zagłada ludzkości, a nawet medycyna, choć w hipotetycznym wydaniu, bo na przykładzie nieistniejącego w naszym świecie wirusa. Akurat te medyczne fragmenty mogą nie być zrozumiałe dla każdego, bo mimo że autor starał się je opisać w obrazowy sposób, trzeba było się wysilić, by do końca pojąć proces powstawania i rozprzestrzeniania się wirusa. Nie każdemu się to spodoba, gdyż nie wszystkich taka tematyka po prostu interesuje.


Ale jaki w tym świecie jest punkt zaczepienia dla fabuły? Otóż poznajemy Kirę, szesnastoletnią dziewczynę będącą na stażu w szpitalu. Gdy jej przyjaciółka zachodzi w ciążę, dziewczyna chce za wszelką cenę znaleźć lekarstwo na śmiertelną chorobę. Kira nie była mi specjalnie bliska podczas lektury, podobnie jak większość innych bohaterów. Nie byłam w stanie się z nimi zżyć i przeżywać ich losów w takim stopniu, jak bym chciała. Nie przekonali mnie do siebie, ale traktuję ich neutralnie, nie są największą wadą. Za to akcja według mnie strasznie się wlecze. Większą część książki stanowią opisy wędrówek bohaterów, którzy przedzierają się przez chaszcze, walczą z wrogiem oraz obserwujemy inne sceny typowe dla powieści akcji. Książce tylko w pewnych momentach udawało się mnie wciągnąć, ale zwykle czytanie szło mi powoli i żmudnie. Zdarzało mi się nawet wyłączać i nie wiedzieć o czym przed chwilą przeczytałam.

"Jeśli pewnego dnia, mimo naszych wysiłków i najgłębszej determinacji, upadniemy, niech stanie się to dlatego, że pokonał nas wróg, a nie dlatego, że pokonaliśmy się sami."


„Partials” dzieli się na kilka części, a podział ten jest słuszny, gdyż możemy w fabule wyróżnić kilka najważniejszych etapów. W ich obrębie występuje prawie wyłącznie ten główny temat, na którym skupia się akcja. Za mało jest wątków pobocznych i różnorodności, fabuła jest monotematyczna i przez to może znudzić. Do stylu Wellsa nie mam zastrzeżeń, jest prosty i dobrany odpowiednio do przesłania książki, czyli bez kwiecistego języka, metafor i ozdobników. Ale jednak z jakiegoś powodu czytało mi się kiepsko, choć może to wina fabuły i braku akcji. A co z zalet? Przyznaję, że zaintrygował mnie jeden z bohaterów, a autorowi w niektórych kwestiach udało się mnie zaskoczyć. Nie zmienia to faktu, że w powieści nie ma wielu zagadek i tajemnic, których rozwiązanie wywarłoby na mnie wielkie wrażenie. Zakończenie przyjęłam z zaciekawieniem, ale było to ostatnie kilkadziesiąt stron, które nie rekompensują poprzedniej części powieści.


Sięgając po „Partials” liczyłam na coś zupełnie innego. Chciałam antyutopijnej historii, która zwali mnie z nóg i okaże się czymś oryginalnym, na to zapowiadało się z opisu wydawcy. Niestety potencjał pomysłu Wellsa został zmarnowany przez skupienie się na niewłaściwych wątkach, czyli nie na samej intrydze dotyczącej Częściowców i ich tajemnic. Za wiele miejsca zajęły wyprawy, przygotowania do nich i rozterki bohaterów nie wnoszące nic nowego. Wątek miłosny oczywiście występuje, ale na szczęście nie odgrywa głównej roli i nie powiela schematu, którego się spodziewałam na początku. Ale przede wszystkim byłam przekonana, że Dan Wells pokaże świat z perspektywy Częściowców, a nie zwyczajnej dziewczyny, wtedy powieść miałaby dużo lepszy start. Niestety jestem rozczarowana, a zapowiadało się tak pięknie…

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

sobota, 30 marca 2013

Dla ciebie wszystko - Nicholas Sparks



Sparks to pisarz, którego twórczość jedni uwielbiają, a drudzy nienawidzą. Opinie na temat jego książek są bardzo podzielone. Piękne, romantyczne i ponadczasowe opowieści o miłości, czy kiczowaty chłam nie wnoszący nic nowego? Dane mi było przeczytać dopiero dwie powieści Sparksa, o jednej z nich tu powiem, ale nie żałuję, że więcej ich nie było. Nie przemawia do mnie ten autor, nie czuję klimatu jego książek. O ile w przypadku „Ostatniej piosenki” uczucie opisane na przykładzie nastolatków było naturalne i wiarygodne, to po przeczytaniu „Dla ciebie wszystko” zastanawia mnie, dlaczego autor zastosował tak tandetny chwyt? Czyżby nie wierzył w inteligencję czytelnika i próbował łzawym akcentem zapisać swoją historię w pamięci odbiorcy? A przecież wszystko było na dobrej drodze.

Dawson Cole pracuje na platformie wiertniczej, mieszka w przyczepie i nie ma bliskich przyjaciół oprócz Tucka, który jest dla niego niczym ojciec. Nie widział go jednak od lat, a gdy dostaje wiadomość o śmierci przyjaciela, decyduje się wrócić do rodzinnego miasteczka na pogrzeb. Wraca do miasta pełnego wspomnień o młodzieńczej miłości oraz dorastaniu w przestępczej rodzinie. W tym samym kierunku zmierza Amanda, dawna miłość Dawsona. Teraz ma rodzinę, lecz jej życie nie potoczyło się tak, jak tego kiedyś chciała. Dręczą ją nieszczęścia: śmierć małej córeczki, kłótnie z uzależnionym od alkoholu mężem. Dlatego z chęcią odrywa się od rzeczywistości dzięki nieoczekiwanemu spotkaniu z dawnym ukochanym.

Sparks skorzystał z wyświechtanego motywu spotkania po latach. Dawni kochankowie oczywiście wciąż darzą się uczuciem, które jest szczególnie silne ze strony Dawsona. Fabuła powieści nie jest oryginalna, ale pojawia się element czyniący ją wyjątkową. Po wypadku na platformie wiertniczej Dawson ma halucynacje, kilka razy wydawało mu się, że widział mężczyznę w wiatrówce. Przewidzenia te są bardzo realne i wprowadzają wątek paranormalny, który tworzy niepokojący nastrój. Zamiast odczuwać klimat charakterystyczny dla romansu, cieszyć się sielską scenerią i romantycznymi kwestami, cały czas miałam wrażenie, że zbliża się coś groźnego, nieuniknionego. Czasem zapominałam, że to Sparks i wydawało mi się, że czytam którąś z powieści Kinga. Bardzo podobała mi się ta ciężka atmosfera i czekanie, aż wydarzy się coś strasznego. I rzeczywiście się nie pomyliłam, ów nadnaturalny wątek okazał się istotny dla fabuły.

Niestety gorzej jest jeśli chodzi o uczucie między bohaterami. Trudno o postać bardziej niż Amanda irytującą, niezdecydowaną i władczą. Doprawdy żal mi Dawsona, że miał z nią do czynienia. Niewiele było momentów, kiedy to relacje między nimi by mnie poruszyły, niestety główny motyw tej powieści nie zrobił na mnie wrażenia. Za to podobało mi się przedstawienie Dawsona i jego historii, czym już na pierwszych stronach raczy nas Sparks, zachęcając do dalszej lektury. Piękniejszą historią miłosną jest ta starsza, dotycząca Tuck’a i jego ukochanej. Szkoda, że mniej jest o niej powiedziane. Pomimo tego nieszczególnego wątku miłosnego, książka byłaby naprawdę dobra, bo i wielu bohaterów jest ciekawych, i wątek nadnaturalny dodaje smaczku oraz atmosfery grozy.

Niestety książka jest bardzo przewidywalna. Od dłuższego czasu domyślałam się w jakim kierunku zmierza akcja, ale takie zakończenie odjęło powieści bardzo wiele. No proszę Was, to już nie pierwsze wykorzystanie tego samego motywu, ale tutaj on kompletnie nie pasuje. Za dużo przypadku, zbiegów okoliczności, a przede wszystkim to tanie zagranie, mające na celu wzruszenie czytelnika na siłę. Nieładnie panie Sparks, to melodramatyczne przedstawienie nie pomogło, a poza tym gdzieś już było. Byłaby książka dobra, a jest taka średnia i to tylko ze względu na udany wątek paranormalny i wywołany przez niego nastrój. Na jakiś czas temu autorowi podziękuję, ale może jeszcze kiedyś mnie pozytywnie zaskoczy?

Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 11 marca 2013

Zatruty tron - Celine Kiernan



Do bram zamku zbliża się dwóch jeźdźców, ojciec i córka. Oboje zmęczeni, zakurzeni i zlani potem z powodu panującego upału. To Lord Obrońca Moorehawke i jego córka Wynter. Po dziesięcioletniej podróży na odległą Północ, gdzie wciąż nie wykazuje się żadnej tolerancji wobec innej wiary czy poglądów, powracają do domu. W Królestwie zawsze żyło się lepiej niż w otaczających krainach, a to wszystko dzięki dobremu i sprawiedliwemu królowi i zaniechaniu przez niego okrutnych praktyk, które w innych miejscach wciąż są na porządku dziennym. Jednak okazuję się, że podczas nieobecności Wynter i Lorcana sporo się pozmieniało. Pierwsze oznaki są subtelne: nie wolno rozmawiać z kotami i należy udawać, że duchy nie istnieją. Potem pojawiają się klatki, w których zamyka się ludzi, okrutne tortury dla wrogów. Król wydaje się być zupełnie innym człowiekiem, nie liczy się dla niego nic, ani rodzina, ani przyjaciele. Jego syn Alberon, prawowity następca tronu musiał uciekać z Królestwa przez zemstą ojca, a ciemnoskórego syna z nieprawego łoża czeka los, który był szykowany dla jego brata… Nikt nie ma pojęcia co powoduje królem, dość jednak powiedzieć, że zbliżają się czasy, jakich żaden mieszkaniec Królestwa wolałby nigdy nie dożyć.


Już po zarysie można się zorientować, że Trylogia Moorehawke to standardowe fantasy spod znaku magii i miecza. Literacki debiut Celine Kiernan należy do gatunku, po który nie sięgam zbyt często. Jak sprawdził się „Zatruty tron”, czyli pierwsza część trylogii, w której walka o władzę stawiana jest ponad wszystkie inne wartości, a każdy kto choć trochę się w tej grze liczy, musi przywdziewać na twarz dworską maskę? Jeśli pokażesz co naprawdę myślisz i czujesz, zginiesz. Kiedyś mogłeś być szczęśliwy, mieć przyjaciół, ufać swojej rodzinie i wierzyć, że przynajmniej w tym Królestwie istnieje dobro i tolerancja. Ale tamte czasy minęły, a król skrywa tajemnicę, która wszystkim pazurami stara się wydrzeć na wolność. Jak bardzo jest przerażająca i ile istnień może pochłonąć? Czego ludzie obawiają się na tyle, by bać się to nazwać? Duchy o morderczych skłonnościach to w tej chwili najmniejszy problem. Nie zadawaj zbyt wielu pytań, chroń ludzi, których kochasz i uciekaj jak najdalej się da.


Początek książki to około 100 stron przynudzania. Nasza główna bohaterka nadzwyczaj dużo rozmyśla, zamartwia się, i rozpacza. A to dawny przyjaciel inaczej na nią spojrzał, a to ma jakiś mgliste podejrzenia. Sporo opisów spożywania posiłków i wędrowania korytarzami, czyli pseudo-mrocznych i tajemniczych zdarzeń. Rodzą wiele pytań, to nic, że odpowiedzi na nie niewiele nas obchodzą. Tą część książki czytałam przez jakieś półtora miesiąca, ale zawsze mogło być gorzej. Chciałam skończyć książkę, ale myśl, że zostało mi jeszcze około 300 stron mnie osłabiała. Cechuje mnie jednak odwaga i chęć podejmowania trudnych wyzwań, więc ponownie po „Zatruty tron” sięgnęłam, z zamiarem doprowadzenia sprawy do końca.  Przerwa w lekturze chyba dobrze mi zrobiła, bo początkowa niechęć przerodziła się w zaciekawienie. Nie wiem dlaczego tak się stało, może wcześniej nie byłam w odpowiednim dla tej książki nastroju? W każdym razie czułam się, jakby to była zupełnie inna powieść.


Niby akcja nie mknie jak szalona naprzód, ale ma miejsce sporo drobnych i różnorodnych epizodów. A co najważniejsza, robi się groźnie i tajemniczo! Na dworze roi się od intryg, nikomu nie można zaufać. Wynter musi okłamywać nawet własnego ojca, swojego najlepszego przyjaciela, ale i on zdaje się mieć przed nią przerażające sekrety, które dzieli wraz z królem… Poza tym w powieści stopniowo rozwija się wątek miłosny, który bardzo przypadł mi do gustu, gdyż był subtelny i drugoplanowy. Uczucie zdawało się być bezpieczną przystanią i zaczerpnięciem oddechu przed ponownym wkroczeniem w mroczny świat tajemnic i kłamstw. Mam za to sporo zastrzeżeń co do bohaterów. Właściwie spośród całej gamy postaci polubiłam tylko Christophera, za jego charakterek, niewyparzony język i w gruncie rzeczy dobre serce. Ciekawy był też Lorcan, ojciec Wynter, za to sama dziewczyna bardzo mnie denerwowała, szczególnie na początku książki. Mogę mieć tylko nadzieję, że coś z niej jeszcze będzie… Pozostali bohaterowie są ledwo zarysowani i mało realni, to tylko figurki w świecie książki.


Początek książki, czyli około 100 pierwszych stron, był dla mnie katorgą. Nuda, przewidywalność i brak wciągających, znaczących zdarzeń. Jednak w miarę rozwoju akcji „Zatruty tron” zrobił zwrot o 180 stopni. Wreszcie pojawiły się intrygi, a nie tylko ich blade przebłyski, a akcja zaczęła zdążać w konkretnym kierunku. Wraz z narodzinami wątku miłosnego książka zaczęła naprawdę mi się podobać i z ciekawością śledziłam dalsze losy Wynter, Christophera i Raziego. Oceniam 6/10 ze względu na niefortunny początek, ale druga połowa to zapowiedź czegoś lepszego, więc liczę na to, że kontynuacja pobije swoją poprzedniczkę.


            Moja ocena: 6/10


"Zatruty tron" przeczytałam dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Publicat :)


Trylogia Moorehawke:
1. Zatruty tron
2. Królestwo cieni
3. Zbuntowany książę


wtorek, 26 lutego 2013

Czarne sekundy - Karin Fossum



Zaginięcie dziesięcioletniej Idy wstrząsa lokalną społecznością. Dziewczynka pojechała na rowerze do niedalekiego sklepu, by kupić słodycze. W miarę jak jej powrót coraz bardziej się opóźnia, Helga wpada w panikę i zawiadamia policję o zaginięciu córeczki. Inspektor Sejer stara się być dobrej myśli i nie straszyć jeszcze bardziej matki dziecka, jednak Ida wciąż nie wraca, nikt nie zauważył też niczego szczególnego. Wkrótce dla większości osób pracujących nad sprawą jak i ochotników poszukujących dziewczynki staje się jasne, że mogą znaleźć jej ciało. Jak potoczy się ta sprawa? W jaki sposób dziesięcioletnia dziewczynka zapadła się jak kamień w wodę?


Czarne sekundy to nie pierwszy kryminał w karierze norweskiej autorki Karin Fossum. Jest ona dość znana i ceniona w Europie, a recenzowana przez mnie książka została nawet nagrodzona. Czy rzeczywiście jest tak dobra? Powieść Czarne sekundy to typowy kryminał, choć główna intryga jest raczej uproszczona i mało rozbudowana, a już dodatkowe wątki nie występują. Tak naprawdę od początku możemy domyślać się kto stoi za zaginięciem Idy, choć autorka jeszcze trochę namąci w późniejszym czasie. Podobno książka ma rozbudowane tło psychologiczne, z czym nie do końca się zgadzam. Może i niektóre postaci mają coś w sobie, ale jednak Czarne sekundy pozostają zwyczajnym kryminałem.


Książka zaczyna się dość nudno, a jej tematyka nie jest na tyle frapująca, by przyciągnąć do siebie czytelnika. Powiedzmy sobie szczerze, czy zaginięcie dziewczynki to interesujący temat w porównaniu do różnorodności kryminałów skandynawskich na rynku wydawniczym? W każdym razie lektura dość mi się ciągnęła, niektóre rozważania bohaterów irytowały, jednak w pewnym momencie zaczęło się robić ciekawie. Nie tyle dzięki dobrze poprowadzonej intrydze, a raczej zainteresowały mnie losy dwojga bohaterów. Tomme to kuzyn Idy, który wiele czasu spędza, jak uważają jego rodzice, w nieodpowiednim towarzystwie swojego kolegi Willa. Z kolei Emil ma pięćdziesiąt lat, nie mówi żadnego słowa poza „nie” i unika ludzi, opiekuje się nim jego matka. Te dwie postaci są jedynym elementem wzbogacającym książkę i trzymającym mnie przy niej, liczą się o wiele bardziej niż cała „tajemnica”, zrozpaczona matka i inspektor razem wzięci.


Oprócz Tomme’a i Emila żaden bohater nie przypadł mi do gustu. Mogą mówić, że są oni zgrabnie wykreowani, a ich postępowanie ma jakiś przekaz, ale według mnie są nudni, schematyczni i nijacy. Bardzo irytowała mnie matka Idy, po prostu nie miała w sobie niczego szczególnego. Podobnie inspektor Sejer: niby coś tam rozmyśla, jest po przejściach, ale nie robi wrażenia i nie zapada w pamięć. Co do zagadki kryminalnej, mnie udało się ją rozgryźć bardzo wcześnie, choć miałam chwile zwątpienia w swoją wersję. W połowie autorka zaczęła kombinować i kolejne poszlaki były dość ciekawe. Jednak wciąż wadą jest to, że cały czas mamy właściwie trzech podejrzanych i pewnie dla większości czytelników rozwiązanie będzie oczywiste.


Kryminał Czarne sekundy nie wyróżnia się na tle innych dzieł skandynawskich, a moim zdaniem nawet zostaje w tyle. Jeśli już wiecie na co stać twórców takich powieści, to możecie się srogo rozczarować, zależy czego kto oczekuje. Jednak mimo nużącego początku i pewnych irytujących bohaterów, ze względu na postaci Tomme’a i Emila warto przeczytać tę książkę. Intrygował mnie szczególnie Tom, nie potrafiłam go do końca rozgryźć. Jeśli da się Czarnym Sekundom szansę, książka potrafi wciągnąć i zaskoczyć. Dlatego dla fanów gatunku może to być zbyt słaba lektura, jednak jeśli szukacie czegoś na długi wieczór, to powieść Karin Fossum może spełnić rolę przyjemnego zapychacza czasu.

Moja ocena: 6/10


wtorek, 25 grudnia 2012

Proroctwo sióstr - Michelle Zink



Mogłabym już na początku w pięknych słowach opisać fabułę, tak by Was zaciekawić, przyciągnąć, stworzyć atmosferę tajemniczości i sprawić wrażenie, że „Proroctwo sióstr” to powieść intrygująca i jedyna w swoim rodzaju. A potem sprowadzić na ziemię i przejść do konkretów. Ale po co? Chyba większość z Was już wie o czym jest ta książka i wydaje mi się, ze po samym opisie fabuły można się czuć zachęconym. W każdym razie dla mnie od prawie roku „Proroctwo sióstr” było takim ideałem, im więcej o nim czytałam coraz bardziej zdawało mi się, że to książka wymarzona, która spełni moje oczekiwania i wciągnie do swojego świata. Naprawdę byłam o tym przekonana, jednocześnie nie chcąc zdobyć jej zbyt szybko, wolałam marzyć i żyć w przekonaniu, że kiedyś przeczytam tę moją książkę idealną.

Lia i Alice to bliźniaczki, które niedawno straciły ojca. Pewnego dnia poznają pradawną przepowiednię, która wyznacza ich los. Dobra siostra i zła siostra będą zmuszone żyć wbrew własnym przekonaniom i rozpocząć walkę między sobą, by uratować lub zniszczyć ludzkość.  Wiem, że na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się ciekawa, ale niestety, nie tylko ona się liczy, gdy zawodzą inne ważne rzeczy. Przede wszystkim cała ta zagadka przepowiedni i walki o ludzkość sprowadza się do dwóch dziewcząt mieszkających w dworku ze swoją ciotką i młodszym bratem, które przeszukują bibliotekę ojca, szperają po swoich pokojach, dużo rozmyślają i czasem jeżdżą bryczką do miasta zasięgnąć informacji u jasnowidzów. Nie ma fajerwerków, na które liczyłam po opisie książki, moje wyobrażenia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, a podejrzewam, że na taki haczyk może się złapać więcej czytelników.

Miejsce akcji to dworek, w którym mieszkają dziewczyny, jedna czy dwie sceny w szkole, do której uczęszczają oraz domy kilku postaci, do których się udają. Bardzo się na tym zawiodłam. Było tak, jakbym oglądała przedstawienie w teatrze, w którym wszystko rozgrywa się w jednym pomieszczeniu. A przecież w książce nie potrzeba dekoracji i wiele miejsca, wystarczy trochę wyobraźni i dobrych chęci autora. Ale właściwie po co komu różnorodne scenerie, skoro i tak niewiele się dzieje? Poziewując pomiędzy kolejnymi naradami przyjaciółek Lii a wycieczkami na miasto, zdążałam konsekwentnie naprzód. Wydarzenia opisywane w książce rozgrywają się w XVIII wieku. Normalnie bym się z tego ucieszyła, bo uwielbiam takie klimaty, ale tutaj tylko sprzyjało to brakowi akcji, bo przecież dziewczęta muszą siedzieć w domu, nie powinny rozmawiać z nieznajomymi czy spoufalać się z młodzieńcami. Najlepiej niech nie robią nic, tylko dziergają na drutach, ale czemu ja muszę o tym czytać?

Oczywiście nasze główne bohaterki przedstawione są na zasadzie kontrastu- jedna zła, druga dobra. A że zostały postawione w sytuacji sprzecznej z ich naturą to chyba jakiś zabieg ze strony autorki, mający na celu pokazanie cierpienia dziewczyn, czy też własnej pomysłowości przy tworzeniu intryg. Naciągane to wszystko strasznie, a najgorsze jest to, że w ogóle nie wciąga. Styl jakim posługuję się autorka nie budzi większych zastrzeżeń, choć czasem jest w nim trochę przesady. Zabiegi typu długi wywód, a zaraz potem przeniesione do następnej linijki zdanie „Teraz już wiem” bardziej śmieszą niż wprowadzają w odpowiedni nastrój. Za to język jest całkiem na poziomie, odpowiedni dla czasów, w których akcja się rozgrywa.

Polecam osobom cierpiącym na bezsenność, może pomoże. Największą wadą tej książki jest to, że zanudza, na śmierć czasami. Ale cóż się dziwić, jak autorka ciągle opisuje padający deszcz, salon z kominkiem, szare wzgórza i inne ponure scenerie. Książka jest nie tylko nudna, ale też niekiedy głupia. Podróże w snach to chyba największy zwrot akcji, jaki tu znalazłam. Na kontynuację się nie skuszę, a Wam „Proroctwa sióstr” nie polecę, bo nic ciekawego tu nie znajdziecie. Nawet mrocznego nastroju, na który liczyłam, nie było. Miał być hit i książka życia, a było połączenie komedii z tandetą. Oby kolejne tomy były lepsze, czego szczerze życzę ich czytelnikom.

Moja ocena: 6/10

***
Przypominam, że sprzedaję książki. Zachęcam do kupna! KLIK