Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Dom zbrodni - Agata Christie



Charles Hayward po latach spędzonych na obczyźnie wraca do Anglii, gdzie spotyka się ze swoją dobrą przyjaciółką, do której żywi głębsze uczucia. Dowiaduje się o śmierci dziadka Sophii i o wątpliwościach co do naturalnych przyczyn zgonu. Okazuje się, że Arystydes Leonides został otruty, a cień podejrzenia pada na jego młodszą o ponad 40 lat żonę. Brakuje jednak dowodów potwierdzających jej winę, a w tej sytuacji zła sława może zaciążyć na rodzinie. Jest to powód, dla którego Sophia odmawia związania się z Charlesem, namawia go jednak, by odwiedził jej dom rodzinny i zaangażował się w śledztwo. Mężczyzna ma o tyle ułatwiony start, że jego ojciec jest policjantem zajmującym się tą sprawą. Charles przybywa więc do siedziby Leonidesów i rozpoczyna dyskretną obserwację.

Jak sama Agata Christie pisze we wstępie, pisanie niektórych książek jest przyjemnością, innych pracą, a „Dom zbrodni” szczęśliwie należy do tej pierwszej kategorii. Jak nieskromnie stwierdza, jest jedną z jej najlepszych książek, a do słów tych podeszłam z dystansem, bo choć książki autorki uwielbiam i przeczytałam ich sporo, o tym tytule nigdy nie słyszałam i w czołówce nie jest on wymieniany. W dodatku nie mamy tu do czynienia z postacią sławnego detektywa Herkulesa Poirota czy chociażby panną Murple, której jeszcze nie poznałam. Najlepszą powieścią Christie jest według mnie „Morderstwo w Orient Expressie”, które nieodmiennie polecam, ale „Dom zbrodni” plasuje się na niewiele dalszej pozycji.

Tym razem brak zapatrzonego w siebie, pompatycznego Poirota wychodzi książce na dobre, dzięki mniej rzucającej się w oczy sylwetce głównego bohatera czytelnik bardziej skupia się na kolejnych wydarzeniach, niż na przechwałkach detektywa. Zamiast starać się zrozumieć zagadkowe wypowiedzi Herkulesa, wraz z Charlesem obserwujemy rozwój akcji i pojawia się nawet złudzenie, że mamy szansę sami rozwiązać tę tajemnicę. Przy każdej kolejnej książce powtarzam sobie, że tym razem się uda, ale autorce zawsze udaje się mnie zszokować, tak było i tym razem. Takie rozwiązanie w życiu nie przyszłoby mi do głowy, ale po wyjaśnieniu sprawy wszystko okazuje się logiczne i oczywiste.

„Dom zbrodni” faktycznie jest jedną z najlepszych książek Agaty Christie. Niby zbrodnia jest dość pospolita, ot starszy pan został otruty przez któregoś z członków rodziny, jednak dążenia głównego bohatera do rozwikłania zagadki są niecodzienne, a finał powieści przechodzi najśmielsze oczekiwania czytelnika. Kryminał idealny, można by powiedzieć i polecić, koniecznie polecić, bo nawet nie wiesz, Drogi Czytelniku, co Cię omija.

Moja ocena: 8.5/10

niedziela, 14 lipca 2013

Czerwone gardło - Jo Nesbo



Harry Hole zostaje awansowany na komisarza, a tak naprawdę odsunięty w kąt, po tym jak zastrzelił agenta ochrony, którego uznał za zagrożenie dla eskorty. Wkrótce wpada na trop sprawy pojawienia się w Norwegii bardzo rzadkiego i specjalistycznego karabinu, który jest bronią płatnych zabójców i terrorystów. Choć kierownictwo jest przeciwne angażowaniu się komisarza w sprawę, zaczyna on interesować się kręgami neonazistów, bo tam prowadzi go trop. Mające miejsce w niedługim czasie morderstwa dotyczą różnych spraw, ale jakiś element zdaje się je łączyć. Z teraźniejszymi wydarzeniami wiąże się też historia z II wojny światowej, a konkretnie losy kilku żołnierzy norweskich walczących po stronie Niemiec. Jeden z nich, Daniel zginął pewnej nocy w okopie, a reszta przetrwała, dezerterując lub lądując z poważnymi obrażeniami w szpitalu. Wydawałoby się, że historia jest zakończona, jednak nie do końca.

„Czerwone gardło” to trzecia powieść Jo Nesbo z cyklu o komisarzu Harry’m Hole. Jest to kryminał, jednak nie brakuje w nim wątków historycznych czy politycznych. Jest to dopiera druga książka tego autora z jaką miałam do czynienia, ale już zauważyłam, że nie lubi on prostej, współczesnej fabuły charakterystycznej dla większości kryminałów. Nie każdemu może się spodobać, że wplata do książek różne wątki, a historie nie opierają się na zbrodniach dotyczących pojedynczych ludzi. U Nesbo zagadki kryminalne mają drugie dno, są zwykle częścią większej historii i mają duże znaczenie,  poczynania bohaterów mogą mieć przykładowo wpływ na cały kraj i najwyższe władze. Poza tym przez takie nawiązania do historii i w gruncie rzeczy skomplikowaną fabułę, czytelnik może mieć problem z połapaniem się w tym wszystkim. W moim przypadku też tak było i trochę mnie to irytowało. Najgorzej jest na początku, kiedy pojawia się masa bohaterów i każdemu jest poświeconych kilka stron, ale wcale nie wiemy kim oni są i jakie mają znaczenie dla historii, jakie są powiązania między innymi.

Taki natłok bohaterów i skomplikowana fabuła ostudziły mój zapał do książki i byłam nią zniechęcona, mimo to konsekwentnie brnęłam dalej, na szczęście tylko początek był tragiczny. Bardzo przypadła mi do gustu historia rozgrywająca się podczas II wojny światowej, której poświęcono prawie tyle samo miejsca co współczesnej akcji. Niestety jest ona dużo ciekawsze niż rozgrywające się w teraźniejszości wydarzenia, co powoduje duży rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema historiami. Przez jakiś czas byłam przekonana, że wiem czego mogę się spodziewać po fabule i byłam zdziwiona, że to nawet nie jest zagadka kryminalna. Oczywiście moje poglądy się zmieniły, bo okazuje się, że Nesbo potrafi namieszać, po raz kolejny się o tym przekonałam.

Nesbo kreuje dość ciekawych bohaterów, szczególnie tych z przeszłości. Natomiast tworząc komisarza Harry’ego Hole posłużył się schematami właściwymi kryminałom, czyli główna postać miała trudne przejścia, a teraz boryka się z nałogiem alkoholowym i kolejnymi katastrofami w życiu osobistym i zawodowym, co nie zmienia faktu, że budzi sympatię czytelnika. Autor nie zakończył jednego wątku i choć nie jest to znacząca zagadka, zachęca do śledzenia dalszych losów policjanta. Natłok postaci i zbyt wiele wątków spowodowało, że książka nie trzyma w napięciu i czyta się ją ciężko, choć w pewnym momencie wciąga. Dobrze zrobiłoby jej skrócenie przesadnie rozwleczonej fabuły. „Czerwone gardło” to niezła powieść, ale ja nie jestem w pełni usatysfakcjonowana i liczę na więcej w kolejnych tomach.

Moja ocena: 7/10

Cykl o Harry'm Hole:
1.Człowiek nietoperz
3.Czerwone gardło
4.Trzeci klucz
5.Pentagram
6.Wybawiciel
7.Pierwszy śnieg
8.Pancerne serce
9.Upiory


wtorek, 14 maja 2013

Pięć małych świnek - Agata Christie



Agata Christie to znana na całym świecie autorka wielu powieści kryminalnych, których bohaterami jest najczęściej Herkules Poirot, lecz nie zabraknie też panny Murple czy małżeństwa. Jestem fanką talentu Christie, choć nie przeczytałam nawet połowy jej książek. Zdarzają się tytuły słabsze, ale wiele jest tych świetnych, czego przykładem jest „Morderstwo w Orient Expressie”, moim zdaniem najlepsza powieść tej autorki. Ale dzisiaj będzie o „Pięciu małych świnkach”. Tytuł pochodzi od rymowanki, która przyszła do głowy Poirotowi podczas zajmowania się tą sprawą. Tym razem detektyw będzie musiał prześledzić wypadki, które miały miejsce 16 lat temu, a oskarżona o morderstwo już dawno zmarła. Po co, spytacie. Dla spokoju duszy jej córki. Kobieta   musi się dowiedzieć, czy jej matka napisała prawdę w liście, w którym twierdzi, że jest niewinna otrucia swojego męża.

Pewnego dnia do Herkulesa Poirota przybywa, zdeterminowana by poznać prawdę, młoda kobieta. Karla miała zaledwie kilka lat, gdy w jej rodzinnym domu doszło do morderstwa. Jej ojciec, znany i szanowany malarz, został otruty przez swoją żonę, a przynajmniej to ona została oskarżona. Mężczyzna tworzył w ogrodzie dzieło swego życia, a pozowała mu… jego kochanka, o czym żona Karolina bardzo dobrze wiedziała. W odruchu zemsty miała zabić męża, który chciał ją zostawić dla innej. Ale czy Karolina była do tego zdolna? W pobliżu przebywało wtedy jeszcze 5 innych osób i choć nic nie wskazuje na ich winę, Poirot postanawia poznać ich wersję wypadków i odgadnąć rozwiązanie dzięki „psychologicznej prawdzie”.

Książka została podzielona na trzy części. W pierwszej Poirot zapoznaje się z sytuacją, zeznaniami prokuratora i adwokata oraz składa wizyty pięciu świadkom zdarzeń. W kolejnej czytelnik i sam detektyw zapoznają się z pisemnymi opisami zdarzeń autorstwa „pięciu świnek”, czyli kochanki zamordowanego, jego przyjaciela, guwernantki, siostry Karoliny i przyjaciela oskarżonej. Natomiast ostatnia część skupia się na wnioskach Poriota poczynionych dzięki zeznaniom świadków i przedstawieniu jego wersji wydarzeń. Finalna część jest oczywiście najciekawsza, gdyż w poprzednich nie obyło się bez kilkukrotnego wałkowania, z niewielkimi różnicami w poglądach postaci, tego samego w gruncie rzeczy tematu. Zeznania pięciu świadków są do siebie podobne i nie fundują czytelnikowi wielkich wrażeń, mogą nawet nużyć.

Ale twórczość Christie taka właśnie jest, autorka nie przyciąga czytelnika krwawymi opisami okrutnych zbrodni i pędzącą naprzód akcją, co jest domeną dzisiejszych pisarzy. Powieści Christie to klasa sama w sobie, autorka posługując się wyszukanym, odpowiednim dla ówczesnych czasów językiem, przedstawia opis faktów, zostawiając wskazówki do odgadnięcie prawdy. I choć ta jej powieść nie była przez większą część zbyt pasjonująca ze względu na formę i fakt, że wydarzenia rozegrały się wiele lat temu, więc żadne nowe sytuacje nie zaistnieją, to jednak niezwykłą satysfakcję, jak zawsze, sprawia doszukanie się prawdy pomiędzy słowami wypowiadanymi przez bohaterów. Byłam zachwycona, gdyż tym razem prawie mi się udało. Zauważyłam istotne poszlaki, które wskazywałyby na mordercę i Herkules potwierdził, że szłam dobrą drogą. Do pewnego momentu, bo prawda okazała się bardziej wyszukana.

Rozwiązania jak zawsze zachwycające: logiczne, potwierdzone faktami, a nie oparte na domysłach. Christie gra fair z czytelnikami, gdyż udostępnia wszystkie informacje potrzebne do wytłumaczenia zagadki. A że nasze umiejętności dedukcji czasem szwankują… Następnym razem się uda. „Pięć małych świnek” mogę polecić przede wszystkim fanom autorki, których kunszt zagadki i świetne rozwiązanie usatysfakcjonują. Natomiast pozostali muszą się przygotować na to, że większa część książki stanowi opis faktów z perspektywy różnych osób, co może wydawać się nudne. Christie nie zarzuca nas krwawymi wypadkami i szybką akcją, ale z klasą snuje misterną intrygę i daje szansę czytelnikowi.

Moja ocena: 7.5/10

Za egzemplarz dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

piątek, 10 maja 2013

Karaluchy - Jo Nesbo



Komisarz Harry Hole zostaje wytypowany do rozpracowania ściśle tajnej sprawy, której ujawnienie mogłoby wywołać skandal i niechęć do rządu. W tym celu policjant wyjeżdża z Norwegii do Tajlandii, gdzie w motelu pełniącym funkcję burdelu znaleziono zamordowanego przez pchnięcie nożem w plecy norweskiego ambasadora, przyjaciela premiera. Rozpoczynają się poszukiwania nieuchwytnego sprawcy, który nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Policja nie może znaleźć punktu zaczepienia, jedyne poszlaki łączą sprawę z przestępstwami na tle seksualnym, z których słynie Tajlandia. Śledztwo jest prowadzone w Bangkoku, mieście znanym z gigantycznych ulicznych korków, upałów i maksymalnie zanieczyszczonego powietrza. Powiązania ze sprawą wykazuje wiele środowisk takich jak mafia, politycy i dyplomaci. Jak Harry Hole poradzi sobie ze złapaniem zbrodniarza? Może nikt wcale tego po nim nie oczekuje?

Jo Nesbo to norweski pisarz kryminałów, znany z cyklu o komisarzu Harrym Hole. „Karaluchy” to jego druga część, a zarazem moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Kryminały skandynawskie mnożą się jak grzyby po deszczu, nie zawsze niosąc ze sobą dobrą rozrywkę i dreszczyk grozy. Czy proza Nesbo jest warta uwagi? Pisarz zyskał oddane grono fanów z niecierpliwością oczekujących kolejnych powieści, a ja również jestem zadowolona z poziomu jego książki. „Karaluchy” to nie typowy kryminał, gdzie w małym miasteczku policja poszukuje mordercy i na tym skupia się cała akcja. Intryga w tej powieści zatacza szerokie kręgi i dotyczy całego kraju, środowisk takich jak najwyżsi urzędnicy państwowi, politycy, dyplomaci. Porusza temat pedofilii i pornografii dziecięcej, ale tak naprawdę nie do końca wiemy, czy mają one znaczenie w sprawie prowadzonej przez komisarza.

W książce ważny jest nie tylko wątek kryminalny, ale też społeczny, bo Nesbo nie wzbrania się przez przedstawieniem ludzi mieszkających w Bangkoku, ich stylu życia i poglądów. Szczególnie widoczne jest też zainteresowanie życiem osobistym bohaterów, czego przykładem jest Harry Holle. Komisarza dręczą wspomnienia z przeszłości: śmierć poprzednich partnerek, gwałt dokonany na jego siostrze przez nieznanego sprawcę. Harry nie może się pogodzić z tymi wydarzeniami i chce jeszcze raz poprowadzić zamknięte jakiś czas temu śledztwo, lecz nie dostaje na to pozwolenia. Wątek jego siostry i demonów przeszłości stale powraca, a Hole topi wspomnienia w butelce wódki i coraz bardziej popada w nałóg. Jest to ciekawa persona, tajemnicza i pełna kontrastów. Z jednej strony komisarz jest złośliwy, sarkastyczny i bezpośredni w rozmowach z kolegami po fachu czy przełożonymi, a z drugiej w rozmowach ze świadkami czy młodą dziewczyną związaną ze sprawą wykazuje delikatność, którą trudno z nim łączyć.

W książce mamy też kilku innych bohaterów, którzy są mocną stroną powieści, bo angażują czytelnika w swoje życie. Rekompensują też brak szybkiej akcji i chwile nudy, gdy mało co się dzieje. „Karaluchy” niestety nie mogą się poszczycić mnogością zdarzeń, przez większość czasu śledztwo stoi w miejscu. Przez to książki nie czyta się błyskawicznie, ale styl Nesbo ciekawi i zachęca do dalszej lektury. Mam wrażenie, że autor poświęcił więcej uwagi postaciom i psychologicznemu podłożu zbrodni. Podejrzanych mamy niewielu i zakończenie nie jest wielkim zaskoczeniem, choć na pewno nie domyślicie się przebiegu wypadków, Nesbo strasznie namotał. Pisarz stosuje klasyczne podwójne rozwiązanie, czyli drugie wytłumaczenia sprawy, czego się oczywiście spodziewałam.

„Karaluchy” to kryminał skandynawski, nie tak dobry jak niektóre tytuły z jego gatunku, ale oferuje nam całkiem przyzwoitą rozrywkę. Niektórych czytelników mogą zniechęcić polityczne aspekty sprawy oraz nie do końca zrozumiałe zagadnienia związane ze środowiskiem maklerów giełdowych. Tradycyjnie jak w tego typu książkach główny bohater boryka się ze wspomnieniami i nałogiem alkoholowym, jednak nie sposób go nie polubić. Akcja nie jest szybka i czasem przez długi czas nic się nie dzieje, jednak w odpowiednich momentach autor funduje czytelnikowi jazdę bez trzymanki i zaskakuje szokującymi powiązaniami. Mam nadzieję, że kolejne tomy cyklu będę jeszcze lepsze, w każdym razie z chęcią je poznam.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

czwartek, 2 maja 2013

Mroczny sekret - Libba Bray



Gemma to szesnastolatka, która wraz z rodziną mieszka w Indiach. Nie przepada jednak za tym miejscem i usilnie prosi rodziców o pozwolenie na wyjazd do Londynu, gdzie wychowała się jej matka. Jej wściekłość z powodu braku zgody na wyprowadzkę osiąga swą kulminację podczas wyprawy na targ. Dziewczyna ucieka matce i spotyka tajemniczego chłopaka. Doświadcza także przerażającej wizji, w której jej matka jest ścigana przez potwora, a zanim ten ją dorwie, odbiera sobie życie. Kilka chwil później okazuje się, że Gemma widziała to, co wydarzyło się naprawdę. Kilka miesięcy później dziewczyna przybywa do londyńskiej szkoły i zostaje tam kompletnie sama, ze wspomnieniem popadającego w nałóg ojca, nierozumiejącego jej brata i umierającej matki. Próbuje otrząsnąć się po katastrofie, ale znalezienie przyjaźni przychodzi jej z trudem, angażuje się bowiem w niewłaściwe znajomości. Gemma jest świadoma swojej mocy, ale cały czas uczy się, jak nią władać.

„Mroczny sekret” to pierwsza część trylogii Magiczny krąg autorstwa Libby Bray. Pisarka przedstawia życie dziewczyny osieroconej przez matkę i oddanej do szkoły dla młodych dam u schyłku XIX wieku. W fabułę wplata się wątek paranormalny, Gemma i jej przyjaciółki zaczynają bowiem przenosić się do innego świata, co jest możliwe dzięki mocy dziewczyny. Ważną rolę w tej historii odgrywa pamiętnik Mary, która była członkinią tajemniczego kręgu, teraz dziewczyny dla zabawy idą w jej ślady i zakładają własny krąg. Nie spodziewają się jednak, że pragnienie władzy potrafi objąć kontrolę nad człowiekiem. Libba Bray przedstawia świat, którym rządzą konwenanse, a główna bohaterka nie chce im się poddać. Kobieta jest uważana za własność mężczyzny, a zanim jakiegoś poślubi o wszystkim decydują jej rodzice, mogą nawet zmusić ją do zamążpójścia i wybierają jej przyszłego męża. Fakt, iż rodzina Gemmy była pod tym względem mniej konserwatywna przyczynił się do jej sprzeciwu wobec takiego porządku świata.

Autorka pokazuje nam zwyczaje i prawa ówczesnego świata w bardzo ograniczonym zakresie, ponieważ miejsce akcji to przede wszystkim usytuowana na uboczu szkoła dla dziewcząt. Trudno przy takiej scenerii przedstawić całe bogactwo kulturalne czy bolączki i przede wszystkim codzienne życie społeczeństwa. Pod tym względem „Mroczny sekret” jest dużo uboższy od znakomitych „Wróżbiarzy”, gdzie przedstawienie Nowego Jorku jest rewelacyjne i bardzo prawdziwe, na ile może to stwierdzić laik. „Mroczny sekret” to książka głównie rozrywkowa, nie należy przy niej liczyć na większe wrażenie artystyczne tudzież estetyczne. Styl Bray, którym przy okazji Wróżbiarzy zdążyłam się pozachwycać, przy pisaniu tej książki widać nie był jeszcze tak wyrobiony i określony, ponieważ trudno o nim powiedzieć coś więcej niż zwyczajny. Oczywiście autorka używa języka charakterystycznego dla opisywanych przez nią czasów. Według mnie ciężko jest w ogóle wczuć się w jej prozę i uwierzyć w tę historię.

Jednak nie tylko pod względem stylu i kreacji świata przedstawionego „Mroczny sekret” nie dorasta do pięt „Wróżbiarzom”, tych książek nie da się porównywać. Ich jedyną wspólną cechą jest przynależność gatunkowa do paranormal romance i nazwisko autorki na okładce. „Mroczny sekret” to kwintesencja schematyczności. Wiem, że książka powstała 10 lat temu i przez ten czas przybyło mnóstwo podobnych powieści, więc to nie Libba Bray wzorowała się na innych pisarzach. Nie zmienia to faktu, że w tej książce nie znajdziecie nic oryginalnego, a ogrom powtarzalności motywów wydał mi się wręcz niewiarygodny. Nie mogłam się nadziwić podobieństwu do  Proroctwa sióstr z 2008 roku, te książki są niemal identyczne! Wydarzenia jedno po drugim skopiowane od Libby Bray, nawet pogoda w odpowiednich momentach była ta sama, ludzie, to jest straszne. Nie ma w tym winy autorki „Mrocznego sekretu”, ale jednak wypłynęło to na mój negatywny odbiór tej książki, której świetność według mnie po prostu przeminęła.

Absurdalne podobieństwo do Proroctwa sióstr bardzo rzutuje na „Mroczny sekret”, ale nawet gdyby tego podobieństwa nie było, byłabym zawiedziona. Cała historia wprowadza może mroczny klimat, specyficzną atmosferę niepokoju, ale jest tak do bólu przewidywalna, że nie ma szans na element zaskoczenia. Pomysł na przeniesienie do innego świata, w którym łąki są wiecznie zielone, króliczki skaczą pod nogami przybysza, z boku szemrze strumyk i jeszcze można tam spotkać ukochaną osobę- nuda, nuda, nuda. Zakończenia domyśliłam się pół książki wcześniej. Ale bohaterowie także szału nie robią, tylko główna bohaterka jest znośna, ale zakompleksiona, brzydka dziewczynka czy przemądrzała, trzęsąca szkołą bogini to przeżytek. Nie oceniam tej książki najgorzej jak się da tylko dlatego, że coś tam się dzieje i dało się to czytać. Nawet szybko mi lektura poszła i nie chciało się „Mrocznego sekretu” na bok odłożyć. Ale to jedyna zaleta, innych nie ma. Nie polecam, bo schematyczność zabija.

Moja ocena: 5/10

Magiczny krąg:
1.Mroczny sekret
2.Zbuntowane anioły
3.Studnia wieczności


poniedziałek, 11 marca 2013

Zatruty tron - Celine Kiernan



Do bram zamku zbliża się dwóch jeźdźców, ojciec i córka. Oboje zmęczeni, zakurzeni i zlani potem z powodu panującego upału. To Lord Obrońca Moorehawke i jego córka Wynter. Po dziesięcioletniej podróży na odległą Północ, gdzie wciąż nie wykazuje się żadnej tolerancji wobec innej wiary czy poglądów, powracają do domu. W Królestwie zawsze żyło się lepiej niż w otaczających krainach, a to wszystko dzięki dobremu i sprawiedliwemu królowi i zaniechaniu przez niego okrutnych praktyk, które w innych miejscach wciąż są na porządku dziennym. Jednak okazuję się, że podczas nieobecności Wynter i Lorcana sporo się pozmieniało. Pierwsze oznaki są subtelne: nie wolno rozmawiać z kotami i należy udawać, że duchy nie istnieją. Potem pojawiają się klatki, w których zamyka się ludzi, okrutne tortury dla wrogów. Król wydaje się być zupełnie innym człowiekiem, nie liczy się dla niego nic, ani rodzina, ani przyjaciele. Jego syn Alberon, prawowity następca tronu musiał uciekać z Królestwa przez zemstą ojca, a ciemnoskórego syna z nieprawego łoża czeka los, który był szykowany dla jego brata… Nikt nie ma pojęcia co powoduje królem, dość jednak powiedzieć, że zbliżają się czasy, jakich żaden mieszkaniec Królestwa wolałby nigdy nie dożyć.


Już po zarysie można się zorientować, że Trylogia Moorehawke to standardowe fantasy spod znaku magii i miecza. Literacki debiut Celine Kiernan należy do gatunku, po który nie sięgam zbyt często. Jak sprawdził się „Zatruty tron”, czyli pierwsza część trylogii, w której walka o władzę stawiana jest ponad wszystkie inne wartości, a każdy kto choć trochę się w tej grze liczy, musi przywdziewać na twarz dworską maskę? Jeśli pokażesz co naprawdę myślisz i czujesz, zginiesz. Kiedyś mogłeś być szczęśliwy, mieć przyjaciół, ufać swojej rodzinie i wierzyć, że przynajmniej w tym Królestwie istnieje dobro i tolerancja. Ale tamte czasy minęły, a król skrywa tajemnicę, która wszystkim pazurami stara się wydrzeć na wolność. Jak bardzo jest przerażająca i ile istnień może pochłonąć? Czego ludzie obawiają się na tyle, by bać się to nazwać? Duchy o morderczych skłonnościach to w tej chwili najmniejszy problem. Nie zadawaj zbyt wielu pytań, chroń ludzi, których kochasz i uciekaj jak najdalej się da.


Początek książki to około 100 stron przynudzania. Nasza główna bohaterka nadzwyczaj dużo rozmyśla, zamartwia się, i rozpacza. A to dawny przyjaciel inaczej na nią spojrzał, a to ma jakiś mgliste podejrzenia. Sporo opisów spożywania posiłków i wędrowania korytarzami, czyli pseudo-mrocznych i tajemniczych zdarzeń. Rodzą wiele pytań, to nic, że odpowiedzi na nie niewiele nas obchodzą. Tą część książki czytałam przez jakieś półtora miesiąca, ale zawsze mogło być gorzej. Chciałam skończyć książkę, ale myśl, że zostało mi jeszcze około 300 stron mnie osłabiała. Cechuje mnie jednak odwaga i chęć podejmowania trudnych wyzwań, więc ponownie po „Zatruty tron” sięgnęłam, z zamiarem doprowadzenia sprawy do końca.  Przerwa w lekturze chyba dobrze mi zrobiła, bo początkowa niechęć przerodziła się w zaciekawienie. Nie wiem dlaczego tak się stało, może wcześniej nie byłam w odpowiednim dla tej książki nastroju? W każdym razie czułam się, jakby to była zupełnie inna powieść.


Niby akcja nie mknie jak szalona naprzód, ale ma miejsce sporo drobnych i różnorodnych epizodów. A co najważniejsza, robi się groźnie i tajemniczo! Na dworze roi się od intryg, nikomu nie można zaufać. Wynter musi okłamywać nawet własnego ojca, swojego najlepszego przyjaciela, ale i on zdaje się mieć przed nią przerażające sekrety, które dzieli wraz z królem… Poza tym w powieści stopniowo rozwija się wątek miłosny, który bardzo przypadł mi do gustu, gdyż był subtelny i drugoplanowy. Uczucie zdawało się być bezpieczną przystanią i zaczerpnięciem oddechu przed ponownym wkroczeniem w mroczny świat tajemnic i kłamstw. Mam za to sporo zastrzeżeń co do bohaterów. Właściwie spośród całej gamy postaci polubiłam tylko Christophera, za jego charakterek, niewyparzony język i w gruncie rzeczy dobre serce. Ciekawy był też Lorcan, ojciec Wynter, za to sama dziewczyna bardzo mnie denerwowała, szczególnie na początku książki. Mogę mieć tylko nadzieję, że coś z niej jeszcze będzie… Pozostali bohaterowie są ledwo zarysowani i mało realni, to tylko figurki w świecie książki.


Początek książki, czyli około 100 pierwszych stron, był dla mnie katorgą. Nuda, przewidywalność i brak wciągających, znaczących zdarzeń. Jednak w miarę rozwoju akcji „Zatruty tron” zrobił zwrot o 180 stopni. Wreszcie pojawiły się intrygi, a nie tylko ich blade przebłyski, a akcja zaczęła zdążać w konkretnym kierunku. Wraz z narodzinami wątku miłosnego książka zaczęła naprawdę mi się podobać i z ciekawością śledziłam dalsze losy Wynter, Christophera i Raziego. Oceniam 6/10 ze względu na niefortunny początek, ale druga połowa to zapowiedź czegoś lepszego, więc liczę na to, że kontynuacja pobije swoją poprzedniczkę.


            Moja ocena: 6/10


"Zatruty tron" przeczytałam dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Publicat :)


Trylogia Moorehawke:
1. Zatruty tron
2. Królestwo cieni
3. Zbuntowany książę


środa, 6 lutego 2013

I nie było już nikogo - Agata Christie



                 Dziesięć osób pod różnymi pretekstami zostaje zaproszonych na wyspę przez nieznajomego gospodarza. Część z nich ma tu znaleźć pracę, inni przybyli w gościnę, jednak gdy w końcu znajdują się na miejscu okazuje się, że są tam jedynymi ludźmi. Brakuje łodzi, żeby wrócić na stały ląd, więc pozostawieni sami sobie będą musieli przetrwać kilka dni, dopóki ktoś ich nie uratuje. Ale czy uda im się wytrwać choć tyle? Z czasem każda godzina życia zdaje się być na wagę złota, bo konsekwentnie giną kolejne osoby. Co ma z tym wspólnego wierszyk zawieszony w każdym pokoju i co łączy goszczących na wyspie?

                „I nie było już nikogo” to kryminał Agaty Christie, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Jest to jedno z jej bardziej znanych dzieł, cieszące się przy tym uznaniem czytelników. Z czego wynika fenomen tej powieści? Trzeba bowiem zauważyć, że najczęściej obok „Morderstwa w Orient Expressie” wspomina się właśnie o „I nie było już nikogo”. Książka różni się od większości dzieł Christie chociażby bohaterami, ponieważ nie mamy głównego detektywa, którym zwykle był Poirot, a wszystkie postaci wspólnie starają się rozwikłać zagadkę. Ich barwna plejada skrywa liczne tajemnice, a każdy bohater jest jedyny w swoim rodzaju, choć na analizę psychologiczną nie ma co liczyć. Jednak bohaterowie są przedstawieni przyzwoici, jak należy w tego typu książce.

                Fani twórczości królowej kryminału zdążyli zapewne zauważyć, że w jej powieściach, w przeciwieństwie do wielu tytułów należących do tego gatunku, nie znajdzie się raczej nastroju grozy czy towarzyszącego nam napięcia. Christie bardziej skupia się na przedstawieniu tajemnicy i odnalezieniu wskazówek potrzebnych do jej rozwikłania. Z przyjemnością możemy śledzić skomplikowany bieg zdarzeń, ale powiedzmy sobie szczerze, przestraszyć się czy mocniej tego odczuć raczej się nie da. Właśnie na tym polu wyróżnia się „I nie było już nikogo”. Wszystkie elementy, takie jak bezludna wyspa, pochmurna pogoda, czające się w mroku niebezpieczeństwo, działają na czytelnika. Nie mogłam pozbyć się uczucia niepokoju, a dodatkowo czytanie nocną porą sprawiło, że bałam się tajemniczego mordercy i powieść nie dała mi zasnąć po zakończeniu lektury.

                Bardziej interesowała mnie tożsamość mordercy niż poszlaki, dzięki którym można było odgadnąć rozwiązanie. Wyraźnie da się wyczuć, że książka jest skonstruowana inaczej niż większość kryminałów Christie: bardziej działa na wyobraźnią i niepokoi. Jednak mnie nie do końca przypadło to do gustu, bo zakończenie, choć logiczne i wyjaśnione, nie zaspokoiło rozbudzonej podczas lektury wyobraźni, chyba liczyłam na coś bardziej spektakularnego. Myślę, że osoby, które jeszcze nie miały do czynienia z twórczością królowej kryminału i dla których „I nie było już nikogo” będzie pierwszym spotkaniem z tą autorką, mogą się nieco rozczarować, bowiem ta powieść nie oddaje w pełni zdolności Christie. Ma ona przecież głowę pełna pomysłów, konstruuje świetne postaci jak Herkules Poirot i serwuje niestandardowe rozwiązania. Ta jej powieść dosyć mi się spodobała, a wciągnęła to na pewno, ale jednak nie należy do najlepszych. Jednak dla każdego fana jest to lektura obowiązkowa, powinien sam wyrobić sobie zdanie na temat tego jakże znanego kryminału.

                Moja ocena: 7/10

Za lekturę dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat ! 

niedziela, 28 października 2012

Niemy świadek - Agata Christie


Za każdym razem, gdy sięgam po książki królowej kryminału, przemieniam się w detektywa na tropie. Podrzędnego detektywa, bo rozwiązanie zagadki zawsze pozostaje poza moim zasięgiem. Chowam się więc w cieniu, ustępując pola Herkulesowi Poirotowi, którego szare komórki pracują niestrudzenie. Postaci tej nie darzę szczególną sympatią, w końcu to konkurencja, która w dodatku skromnością nie grzeszy. Zauważyliście, że ten specyficzny Belg nigdy nie chce podzielić się  z czytelnikiem tym, co zdołał wymyślić? Wszelkie przemyślenia zachowuje na wielki finał, a nam muszą wystarczyć spekulacje. Jednak w tym miejscu niektórzy bardziej ambitni czytelnicy rozpoczynają własne śledztwo. Czy komuś z Was kiedykolwiek udało się odgadnąć rozwiązanie? Przyznajcie, zawsze mówimy sobie: „Następnym razem się uda” i biegniemy po kolejne dzieła Agaty Christie. Jednak tym razem, o zgrozo, byłam tak blisko, że bliżej być nie można. Kojarzyłam fakty, zwracałam uwagę na szczegóły, darzyłam odpowiednich bohaterów podejrzliwością, a niektóre rzeczy wymyśliłam wcześniej niż sam Herkules Poirot. Jak mogło do tego dojść? Istnieją 3 hipotezy: ten kryminał jest gorszy od innych, moje zdolności dedukcyjne są coraz lepsze, Agata Christie postanowiła dać czytelnikom szansę. Waham się pomiędzy odpowiedziami numer 2 i 3, bo że „Niemy świadek” jest gorszy od innych kryminałów tej pisarki, w życiu się nie zgodzę. Jestem taka zadowolona ze swych umiejętności, a właściwie Ameryki nie odkryłam. Prawdą jest jednak, że podążałam w dobrym kierunku, a zakończenie nie zdołało mnie zaskoczyć.


Z jaką tajemnicą zmierzy się Herkules Poirot i jego wierny towarzysz Hastings tym razem? Pierwszym zwiastunem nowej sprawy jest list, który każdemu wydałby się trochę dziwny i bez sensu, każdemu, tylko nie Belgowi z wąsikiem. Ów Belg potrafi znaleźć igłę w stogu siana, a czym będzie igła w przypadku listu? Dość powiedzieć, że odkrycie doprowadzi przyjaciół do małej wsi Market Basing się zwącej. Czy zabawy z psem na schodach i nieudany zamach mają w ogóle jakieś znaczenie, gdy kobieta umarła na żółtaczkę i już nie pomoże detektywowi? Może Hastingsowi wydaje się, że nie ma żadnej sprawy, ale Poirot ma nosa do wykrywania przekrętów i afer, tak też prawdopodobnie będzie tym razem. Nic nie jest takie jak się wydaje- powiem, używając chyba najpopularniejszego zdania w kryminalnych recenzjach.


Mam wrażenie, że każdy wielbiciel kryminałów, który miał kiedykolwiek do czynienia z Christie, doświadczył uroku jej książek. Ciekawa jestem, czy znalazłaby się osoba lubiąca ten gatunek, której nie spodobało się chociażby rewelacyjne „Morderstwo w Orient Expressie”. Jeśli już pozna się twórczość królowej kryminału, to pragnie się do niej wracać. Minęło sporo czasu odkąd miałam w rękach jej poprzednią powieść, jednak zawsze wracam, tym razem byłam na miłym spotkaniu z „Niemym świadkiem”. Dzieje się tutaj chyba mniej niż w niektórych pozycjach autorstwa Christie, a zagadka jest łatwiejsza do rozwikłania, jednak spędziłam czas przyjemnie i owocnie. A przede wszystkim, polepszyło się moje mniemanie o własnych dedukcyjnych zdolnościach! Zważcie, że w czytaniu nie przeszkodziła mi nawet atmosfera odbywających się kilka metrów ode mnie Targów Książki oraz niewygodne siedzisko, „Niemy świadek” skutecznie przyspieszył oczekiwanie na ulubionych autorów. A czy Wam uda się wpaść na właściwy trop? Przekonajcie się sami! Warto nie tylko dla samej zagadki, ale tez zapadającego w pamięć stylu pisarki, który wyróżnia się na tle współczesnych kryminałów, napisanych ciekawie, lecz niekiedy byle jak.

 Moja ocena: 8/10


wtorek, 18 września 2012

Syrena - Tricia Rayburn

 
Rodzina Sands wyjeżdża na wakacje, które jak co roku spędza w miasteczku Winter Harbor. Dla sióstr Vanessy i Justine miłymi towarzyszami są zaprzyjaźnieni chłopcy, z którymi spędzają czas, a starszą z dziewcząt łączy nawet z Calebem niewinny młodzieńczy romans. Tak wspaniałe lato zakłóca jednak śmierć Justine, która tonie po skoku z urwiska przy niesprzyjającej pogodzie. Pogrążona w rozpaczy rodzina wyjeżdża z miasteczka do domu, ale Vanessa nie wierzy w przypadek. Nękana podejrzeniami i wspomnieniami szczęśliwych lat spędzonych u boku siostry, wraca do Winter Harbor, by ostatecznie pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby. Czy z pomocą Simona uda jej się rozwikłać niejasności, dotyczące okoliczności śmierci Justine? Gdzie podział się Caleb i jaki związek ze zdarzeniem na urwisku mają dziwne incydenty, rozgrywające się w Winter Harbor?

Jeśli doszliście do wniosku, że fabuła jest obiecująca, powinniście zapoznać się z „Syreną” autorstwa Tricii Rayburn. Nie jestem do końca przekonana, do jakiego gatunku zakwalifikować tę książkę. Jest to przede wszystkim paranormal romance, jednak nie znajdziecie tutaj upadłych aniołów ( z czego osobiście bardzo się cieszę, bo ostatnio wszędzie ich pełno), wampirów, wilkołaków czy demonów. Z jakimi istotami będziecie mieli do czynienia można zorientować się, niestety,  już po samym tytule. Jednak „Syrena” ma w sobie także coś z powieści detektywistycznej,  a skierowana jest głównie do młodzieży. Moim zdaniem książka za mało określona, nie do końca wiadomo, co tu jest najważniejsze: relacja między siostrami, dziwne przypadki w miasteczku czy rodzące się uczucie? Warto także napomknąć, że „Syrena” jest pierwszą częścią trylogii, tak więc fani serii mogą liczyć na doznania dłuższe niż objętość jednego tomu. Do powieści Tricii Rayburn byłam nastawiona pozytywnie, liczyłam na odrobinę grozy, tajemnicy i miłości. Tej pierwszej wiele nie znalazłam, a co do reszty…

Już zanim zacznę opowiadać o wadach i zaletach, w tej właśnie kolejności, przyznaję, że czuję się rozczarowana. „Syrena” nie była ani tak ciekawa, ani tak nieprzewidywalna, ani tak romantyczna, jak mogłabym tego sobie życzyć. Początek co prawda zachęca i kusi, mamiąc czytelnika perspektywą miło spędzonego czasu, a jednak z czasem coś zaczyna się psuć i robi się po prostu nudno. Największą wadą jest kompletny brak efektu zaskoczenia- to, do czego główna bohaterka dochodzi podczas 350 stron, my wiemy po zaledwie jednym spojrzeniu na okładkę. Ale nawet motywy działań bohaterów nie stanowią dla nas zagadki, a moja wizja zakończenia nie różniła się zbytnio od wizji autorki. Są co prawda ciekawsze i zaskakujące momenty, ale tylko jeśli chodzi o życie i przeszłość sióstr, ten aspekt naprawdę przypadł mi do gustu. Nieliczne retrospekcje również stanowią plus.

Niestety kreacja postaci pozostawia wiele do życzenia, są one szablonowe i nierealne, a wraz z zagłębianiem się w lekturę coraz bardziej mnie irytowały. Szalę przeważa idiotyczne postępowanie głównej bohaterki, szczególnie w końcowej fazie książki. Wiadomo, jakiego rodzaju narzekań i refleksji można się spodziewać po kontynuacji, dlatego też mówię jej stanowcze nie. Nie twierdzę, że „Syrena” jest kompletnie zła, lecz niestety autorka nie wykorzystała dobrze interesującego pomysłu. Lektura mnie nie wciągnęła, zakończenie, które powinno nie pozwalać oderwać się od książki, niesłychanie mi się dłużyło, ostatnie 40 stron czytałam przez 2 dni, a teraz zupełnie nie czuję się usatysfakcjonowana. „Syreny” raczej nie polecam, bo sama się przy niej wynudziłam, chyba że chcecie przekonać się na własnej skórze, jak to jest, gdy w miarę czytania robi się coraz gorzej.

 Moja ocena: 6/10



niedziela, 8 lipca 2012

W otchłani - Beth Revis


                   Na pewno macie czasem trudności z podejmowaniem decyzji, zarówno tych mniej jak i bardziej ważnych. Nie wiecie co zrobić, boicie się zmian i tego, że Wasz uporządkowany świat odwróci się do góry nogami. Jednak nikt nie stawia przed Wami wyboru: albo dacie się zamrozić na 300 lat, albo zostaniecie na Ziemi, straciwszy jednak swoich rodziców. Amy od początku jest zdeterminowana. Bardzo trudno jest jej pogodzić się z faktem utraty przyjaciół, ukochanego i całego dotychczasowego życia, ale miłość do rodziców zwycięża. Wraz z nimi zostaje umieszczona na statku kosmicznym lecącym do planety, na której możliwa jest normalna egzystencja. Podróż ma jednak trwać 300 lat, a na ten czas cała trójka zostaje zamrożona w komorze kriogenicznej. I wszystko byłoby w porządku, bo Amy obudziłaby się i spotkała z tymi, których kocha najbardziej na świecie, a jej rodzice zaangażowaliby się w zaludnianie nowej planety. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ktoś rozmrozi dziewczynę 49 lat i 266 dni za wcześnie.

                „W otchłani” to pierwsza część trylogii dystopijnej autorstwa Beth Revis, opowiadającej o funkcjonowaniu w zamkniętej społeczności statku kosmicznego, podróżującego w kierunku wymarzonej planety. W tej powieści nie zabraknie rządzy władzy, mrocznych tajemnic, walki o marzenia i zaczątków nieśmiałego romansu. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, w ogóle nie byłam nią zainteresowana, tematyka wszechświata i międzygwiezdnych podróży kojarzyła mi się głównie z powieściami science -fiction, które kompletnie mi nie leżą. I mimo wielu zachęt, nie potrafiłam się przemóc i pomyśleć o tej nowości wydawniczej w sposób pozytywny. A jednak gdy przyszło co do czego, gdy na własne oczy ujrzałam tę hipnotyzującą okładkę, przypomniałam sobie liczne entuzjastyczne opinie i przekartkowałam kilka stron, nie mogłam się oprzeć magii kosmosu. Zaczęłam czytać, a trzeba przyznać, że „W otchłani” wciąga od pierwszych stron i nie są to tylko czcze słowa. Przepadłam wśród historii międzygwiezdnej podróży, w świecie, gdzie kłamstwa zdają się być na porządku dziennym, a ciągle pojawiające się pytania bez odpowiedzi rodzą kolejne wątpliwości. Nie sposób się połapać w tych wszystkich zagadkach i domyślić rozwiązania, choć Beth Revis wszystko dogłębnie przemyślała i logicznie uporządkowała. W mojej głowie wciąż roiło się od teorii spiskowych, które wymyślałam na przemian z głównymi bohaterami – wielka szkoda, że żadna z nich się nie potwierdziła.

                „W otchłani” czyta się bardzo szybko i przyjemnie, choć moje tempo było trochę spowolnione przez wykańczające upały. Nie mogę odmówić pisarce talentu z jakim wkracza, by podbić świat literatury fantastycznej. Od samego początku ciekawie przedstawia świat, nie zanudzając czytelnika wieloma opisami, a zamiast tego od razu przechodząc do rzeczy. Nie znaczy to, że opisów nie ma w ogóle, ale są one wkomponowane w historię, a przede wszystkim ciekawe – dotyczące budowy statku, rozmieszczenia miasta, wielu nowoczesnych urządzeń i ich funkcji. W książce dominuje akcja, bowiem przez cały czas coś się dzieje i nie ma czasu na chwilę nudy. Gdy sytuacja trochę się unormuje, znienacka nadchodzi kolejna katastrofa, a tajemnice mnożą się jak szalone. Było tyle zagadek i kłamstw, że nie sposób domyślić się zakończenia. Nawet gdy wydaje nam się, że wiemy już wszystko, pojawia się szczegół obracający naszą niezachwianą pewność w pył. Największym atutem tej powieści jest właśnie owa wartka akcja i atmosfera tajemnicy, która nie opuszcza nas aż do ostatniej strony.

                Lekturę uprzyjemnia przyjemny w odbiorze język autorki oraz krótkie rozdziały z narratorem pierwszoosobowym podzielone na te napisane przez Amy i Starszego. Dla mnie było to zaletą, gdyż w najciekawszych chwilach fabuła była przerwana, przez co nie sposób było nie czytać dalej. Dużym plusem są także świetni bohaterowie, bardzo bliscy czytelnikowi. Każdy z nich popełniał błędy, czasem zaskakiwali mnie swym postępowaniem, ale dzięki temu byli nieprzewidywalni. Najbardziej polubiłam Harleya, czyli sympatycznego artystę, próbującego wyrazić swe uczucia za pomocą obrazów. Ciężko mu było odnaleźć się zamkniętemu w metalowej pułapce, jaką był statek, wyróżniał się na tle innych ludzi, którzy nie dostrzegali tego, co tracą. Starszy i Amy to główni bohaterowie, którym także nie mam nic do zarzucenia, umili mi tą wędrówkę przez kolejne zadrukowane strony.

                „W otchłani” to rewelacyjna powieść dystopijna, przy wszystkich swych zaletach niepozbawiona także oryginalności. Przyjemnie było oderwać się od stale przewijających się przez współczesną literaturę schematów i zatonąć w tym kosmicznym świecie pełnym tajemnic i niedopowiedzeń. Na brak akcji nie można narzekać, ponieważ na każdym kroku dzieje się coś, co wtrąca czytelnika z równowagi i każde pochłaniać kolejne strony. Styl pisarski Beth Revis jest bardzo obrazowy, łatwo wsiąknąć w przedstawioną przez nią rzeczywistość. Polecam tę powieść fanom historii  z akcją rozgrywającą się w przyszłości, a sama z niecierpliwością wyczekuję kolejnego tomu i następnej dawki tajemnic.

                Moja ocena: 8.5/10 

Trylogia "W otchłani":                              

1. W otchłani
2. Milion słońc
3. Shades of earth







sobota, 24 marca 2012

"Entliczek - pentliczek" - Agatha Christie

              Zwiastuny nowej sprawy dla Herkules Poirota są bardzo niepozorne – to tylko trzy błędy w liście przepisywanym przez jego sekretarkę. W tym momencie trzeba jednak wyjaśnić, że panna Lemon jest sekretarką idealną, perfekcyjną, niezastąpioną. Rzetelnie wypełnia swoje obowiązki i w pełni oddaje się pracy, nie mając czasu ani chęci na zawracanie sobie głowy błahostkami. Co więc spowodowało owe pomyłki, pierwsze w jej karierze u boku słynnego detektywa? Wkrótce Poirot zapoznaje się ze sprawą trapiącą panią Hubbart, siostrę owej zatrudnionej u niego sekretarki.
                
              W domu studenckim dzieją się rzeczy nie tyle tajemnicze, co po prostu dziwne. Bo kto zdrowy na umyśle mógłby ukraść jeden pantofelek z pary, stetoskop, stare spodnie flanelowe i na dodatek wykręcić żarówki? Możecie powiedzieć, że to kleptoman, ale czy taka osoba pocięłaby na strzępy plecak i jedwabną chustkę należącą do jednej z mieszkanek domu? Czynności te noszą znamiona czystej ludzkiej złośliwości, co po przypatrzeniu się relacjom łączącym członków wspólnoty studenckiej, wydaje się bardziej niż możliwe. Jednak sytuacja przybiera groźniejszy obrót, gdy umyślnie zostają zniszczone notatki stanowiące owoc kilkumiesięcznej pracy – to już nie tylko drobny psikus, a mieszkańcy zaczynają się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Jak Herkules poradzi sobie z tą sprawą? Czy zapobiegnie kolejnemu nieszczęściu?
               
              „Entliczek-pentliczek” to emocjonujący kryminał autorstwa Agathy Christie, o której słyszał każdy. Jest to najsłynniejsza pisarka w swoim gatunku na świecie, po jej śmierci wciąż możemy zachwycać się dziełami z jej, jakże imponującego, dorobku, przetłumaczonego na ponad  40 języków. W recenzowanej przeze mnie powieści będziecie mieli do czynienia z tajemnicą równie niepozorną i wydawałoby się- banalną, co zagmatwaną. Nie ma się jednak czemu dziwić, Christie to w końcu mistrzyni wprowadzania czytelnika w błąd, mimo dostarczenia mu wszelkich niezbędnych do rozwikłania sprawy wskazówek. Co między innymi podoba mi się w jej książce? Tak jak i w pozostałych swych dziełach pisarka wykładka nam wszystko na tacy i jeśli starczy nam sprytu i inteligencji, jesteśmy w stanie rozwikłać te sprawy. W odróżnieniu od wielu autorów kryminałów, którzy przy rozwiązaniu problemu posługują się informacjami, które detektyw/policjant/oficer śledczy zdobył bez naszej wiedzy, u Christie zaskakuje nas sposób rozumowania, nie poszlaki uzyskane w tajemnicy przed czytelnikiem.

 Podczas lektury wciąż analizowałam fakty i snułam kolejne teorie co do winnego – w „Entliczku-pentliczku” musi nim być osoba spośród przedstawionej tu, zamkniętej społeczności studenckiej. Ułatwia to czytelnikowi prowadzenie śledztwa na własną ręką, nie mówię jednak, że dotarcie do prawdy będzie proste. W trakcie czytania byłam na dobrym tropie, pewne szczegóły udało mi się rozszyfrować, ale ku swemu ubolewaniu muszę przyznać, że nie udało mi się rozwiązać sprawy znikających rzeczy w domu studenckim na Hickory Road. To, co przygotowała dla czytelnika pisarka było dla mnie wielkim zaskoczeniem- takiego obrotu sprawy, przynajmniej częściowo, się nie spodziewałam! Ale to tylko zachęca do sięgnięcia po kolejne kryminały Agathy Christie- może następnym razem się uda?

Za każdym razem wrażenie robi na mnie także styl powieści Christie, tak niepodobny do większości kryminałów, w których największą rolę odgrywa szybkie posuwanie się naprzód i rozwój akcji, a doznania artystyczne schodzą na dalszy plan. Jednak język, jakim posługuje się pisarka w pełni mnie satysfakcjonuje, czyta się lekko i przyjemnie, co nie oznacza, że język jest banalny i podwórkowy, wręcz przeciwnie. Chciałabym podkreślić fakt, że w powieściach tej autorki czytelnik nie znajdzie wielu scen pościgów, walk, ścigania złoczyńców, czy też mknącej naprzód akcji. Moim zdaniem, to bardzo dobrze, bo takie elementy w kryminale zwykle bardziej mnie zniechęcają niż zachęcają. U Christie główną rolę odgrywa podążanie śladem poszlak i zaskakujące rozwiązanie zagadki, często w zamkniętych obiekcie i społeczności, bez udziału osób z zewnątrz. Tylko detektyw, podejrzani, tajemnice i czytelnik – czyli arcydzieło spod pióra Agathy Christie. Lektura obowiązkowa dla fanów kryminałów i nie tylko.

Moja ocena: 10/10 

wtorek, 13 grudnia 2011

"Mężczyzna w brązowym garniturze" - Agatha Christie


Recenzja, którą zamierzam dzisiaj dodać jest już dość stara, bo napisałam ją kilka miesięcy temu. Nie ma to chyba jednak większego znaczenia, bo sama książka to nie żadna nowość wydawnicza, a kryminał autorki, o której słyszał każdy - Agathy Christie.
                                       ...
Przerażony mężczyzna ginący w niewyjaśnionych okolicznościach pod kołami pociągu. Zamordowana kobieta odnaleziona w przeznaczonej do wynajęcia posiadłości nad Tamizą. Drogocenne diamenty skradzione w Afryce z pilnie strzeżonego miejsca. Oskarżeni o kradzież eksploratorzy z Ameryki Południowej, po których słuch zaginął podczas wojny. I tajemniczy Pułkownik, o którym mówią wszyscy, lecz którego nie zna nikt.
Co okaże się elementem łączącym wszystkie kawałki układanki? Oczywiście oprócz postaci Anny Beddingfeld, poszukującej wielkiej przygody. Czy nie zatęskni za normalnością gdy to, czego szukała, samo do niej przyjdzie? Jej życie wykona obrót o 180 stopni, niejednokrotnie narażając na szwank zdrowie bohaterki. Jednak to, czy los zawsze będzie obchodził się z nią łaskawie, pozostaje niewiadomą. Na własne życzenie młoda kobieta znajdzie się w wirze niebezpiecznych zdarzeń. Od tego czasu nic już nie będzie takie samo.
Anna Beddingfeld, entuzjastka wszelkiego rodzaju wyzwań i niebezpieczeństw, marzy o wyrwaniu się z małej wioski i wyruszeniu w szeroki świat. Jej pragnienie spełnia się po śmierci ojca, znanego profesora archeologii, który nie pozostawia jej zbyt wielu funduszy. Nieustraszona dziewczyna, natrafiając w Londynie na ślad wielkiej tajemnicy, stawia wszystko na jedna kartę i wydając ostatnie oszczędności wypływa w rejs do Afryki Południowej.
„Mężczyzna w brązowym garniturze” to jedna z pierwszych powieści kryminalnych Agaty Christie, najbardziej znanej na świecie autorki, której książki przetłumaczono na 45 języków świata. Jej dorobek przedstawia się równie imponująco- to prawie 100 powieści kryminalnych, obyczajowych i zbiorów opowiadań. Pierwszą książkę Christie napisała w wieku 30 lat, ostatnią w roku śmierci.
Powieść „Mężczyzna w brązowym garniturze” czyta się jednym tchem. Spójna fabuła, szybko następujące po sobie wydarzenia i niespodziewane zwroty akcji powodują, że trudno jest oderwać się od perypetii bohaterów. Dodatkowe emocje przynosi uważne śledzenie wszystkich poszlak i analizowanie zachowań podejrzanych, w celu wcześniejszego niż główna bohaterka odpowiedzenia na nasuwające się pytanie: „Kto jest winny?”. Mnie bardzo zaskoczyło zakończenie, zupełnie się nie spodziewałam takiego obrotu sprawy. Byłam nawet trochę rozczarowana, że moje podejrzenia się nie sprawdziły, ale na pewno sięgnę po kolejną książkę tej autorki, może wtedy się uda. To jest właśnie zaleta powieści Christie- nie są one w żadnym stopniu przewidywalne i za każdym razem zaskakują. Język posiada charakterystyczne słownictwo, znamionujące ubiegły wiek, jednak nie przeszkadza to zupełnie w zagłębianiu się w fabułę.
Bardzo podobały mi się postacie wykreowane przez pisarkę. Każda posiada zupełnie inne cechy i osobowość. Niektóre od początku budzą naszą niechęć, inne sympatię. Komizm pewnych postaci powoduje, że mimo ich całkowitego braku poczucia humoru potrafią nas rozbawić. Przykładam jest Guy Pagett, niedostrzegający żadnych ironii, biorący wszystko na poważnie, idealny, pracowity i uczciwy sekretarz, doprowadzający swoimi przymiotami do pasji nieidealnego przełożonego.
Według mnie książka była naprawdę dobra. Agata Christie jak zwykle po mistrzowsku stworzyła niebanalną historię, w której umieściła wyjątkowych na swój sposób bohaterów. Powieść z pewnością spodoba się wielbicielom talentu pisarki oraz fanom kryminału.
Przesłaniem niesionym przez tę historię jest: „Nie wszystko jest takim jakim się wydaje”. Często kierujemy się pozorami, co nie okazuje się mieć dla nas dobrych skutków. Ludzie, którzy rzekomo stoją po naszej stronie mogą robić to dla własnych korzyści. Dlatego trzeba sięgać głębiej, pod skorupę pozytywnej powierzchowności, by ocenić, co jest dla nas naprawdę dobre. I tym należy się kierować. 

Moja ocena: 4/6


poniedziałek, 12 grudnia 2011

And the only solution was to stand and fight. "Intruz" - Stephenie Meyer

                 Pewnie wielu z Was miało w rękach, a pewnie także przeczytało w całości książkę, o której będzie mowa w tej notce. Zdaję sobie sprawę, że raczej nie będę oryginalna publikując jej recenzję, ale ta pozycja naprawdę mi się spodobała, a że w związku z tym miałam wenę i chęci, wyszło jak wyszło.
                                                    ...
                  Nikt nie spodziewał się, że tak może wyglądać przyszłość Ziemi. Że nie będzie żadnej wielkiej katastrofy, na skutek której nasza planeta przestanie istnieć we wszechświecie. Nie nastąpi też zagłada ludzkości spowodowana naturalnym biegiem rzeczy, wyczerpaniem się zasobów ziemskich ani Sądem Ostatecznym. A jednak wszystko ulegnie całkowitej zmianie.

                Czy może byś coś gorszego niż koniec świata? Zapewne tak, jeśli uznamy za przerażającą perspektywę całkowitej utraty kontroli nad swoim życiem. Bo kto chciałby zostać opanowanym przez nieznanego wroga? Być zepchniętym w najdalsze zakamarki swojego umysłu, nie mieć władzy nad ciałem, sterowanym przez kogoś innego i możliwości podejmowania decyzji? Ciężko jest wyobrazić sobie wspólną egzystencję dwóch osobowości. A jednak taka rzeczywistość spotyka Melanie i Wagabundę - człowieka i duszę. Musi byś trudno dzielić wszystkie uczucia, myśli i wspomnienia z kimś, kogo się nienawidzi. Tym bardziej, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca, a coś wymyka się spod kontroli.

                Stephenie Meyer to znana na świecie pisarka. Sławę zawdzięcza przede wszystkim sadze "Zmierzch", bardzo popularnej wśród młodych czytelników. Autorka ukończyła literaturę angielską na Brigham Young University. Obecnie wraz z rodziną mieszka w Arizonie. Powieść z gatunku fantastyki zatytułowaną "Intruz", w przeciwieństwie do swoich poprzednich dzieł, przeznaczonych głównie dla młodzieży, napisała z myślą o dorosłych czytelnikach.

                Na tle historii o wampirach, aniołach i wielkich miłościach, którymi czytelnicy są obecnie zasypywani przez rynek książek, "Intruz" pozytywnie się wyróżnia. Jest to coś świeżego i zaskakującego w dzisiejszej literaturze. Meyer miała dobry pomysł, a jego wykonaniu także nie potrafię nic zarzucić. Chciałabym znaleźć i przedstawić jakieś wady, bo przecież wszystko ma swoje słabe strony. Ale nie mogę. Może nie ma takowych albo to ja ich nie dostrzegam, pozostawiam to do oceny czytelnikowi.

                Gdy już rozpoczęłam swą przygodę z "Intruzem", z trudem przerywałam czytanie, by znaleźć czas na takie prozaiczne czynności jak na przykład jedzenie czy spanie, które tylko przeszkadzały mi w zagłębianiu się w fabułę. Z ręką na sercu mogę przyznać, że książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Przypadły mi do gustu i niezwykła historia, rozwój akcji i bohaterowie, do których się przywiązałam, jeśli można tak powiedzieć co do postaci fikcyjnych. Cieszyłam się z ich sukcesów, wzruszałam podczas wyjątkowo dramatycznych scen, martwiłam, gdy coś szło źle. Wszystko to działo się przez 500 kart powieści, może nie jest to mało, ale czyta się łatwo i przyjemnie. Żałowałam, że to już koniec. Szczerze polecam "Intruza" czytelnikom, którzy lubią być stale zaskakiwani i nie tolerują nudy oraz osobom szukającym oryginalnej i nieszablonowej pozycji wśród współczesnej literatury.

Moja ocena : 5+/6


Florence And The Machine  - Only if for a night
http://www.youtube.com/watch?v=MkJK2KVFsi0  


Udanego popołudnia!