Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2013

Przędza - Gennifer Albin



Adelice to szesnastoletnia dziewczyna, która właśnie wraca do domu po oblanym egzaminie. I nie, nie obawia się gniewu rodziców, niezadowolonych z wyniku ważnych tekstów, wręcz przeciwnie. Rodzice na wieść o niepowodzeniu cieszą się i świętują wraz z dwoma córkami. Gdyby Adelice zdała egzamin i okazała swoje zdolności do tkania zostałaby zabrana przez Gildię i umieszczona w ich siedzibie, gdzie szkoliłaby się na Kądzielniczkę, czyli bogatą, wpływową i rozpoznawalną kobietę. Jednak dziewczyna nie chce takiego życia, a rodzice od lat ostrzegali ją przed Gildią i uczyli jak ukrywać swój niezwykły talent i robić wszystko na opak. Teraz w atmosferze radości i rozluźnienia rodzina żartuje i je tort, rzadki smakołyk w tym domu, w tych czasach. Ale chwila… Rozlega się wołanie i pukanie do drzwi i już wszystko jest jasne, rodzice zdają sobie sprawę, że ich córce wbrew oczekiwaniom wcale nie udało się nie ujawnić swojego daru. Tylko szybka ucieczka może ich uratować, ale czy rząd mógłby do tego dopuścić? Wiadomo, że bez względu na wolę Adelice, dziewczyna i tak wyląduje w Gildii, a zdrada w rodzinie zostanie ukarana.

„Przędza” autorstwa Gennifer Albin wprowadza czytelnika w antyutopijny świat, w którym nadrzędną rolę odgrywa Gildia. Organizacja ta skupia Kądzielniczki i uczące się w tym kierunku dziewczęta. Po skończonym szkoleniu kobiety zajmują się tkaniem na krosnach, ale nie jest to zwyczajne tworzenie ubrań, nic podobnego! Kądzielniczki zajmują się tkaniem rzeczywistości. To aż przerażające, że cały świat może być zapisany w tkaninie i powieszony na krośnie, a pojedynczy człowiek to jedna nitka, którą z łatwością można spruć. Posiadanie takich zdolności niesie ze sobą władzę, więc od razu widać, że Arras to totalitarny świat, w którym rząd i Gildia kierują życiem zwykłego człowieka. Bo przecież w jakim demokratycznym kraju młode dziewczęta z talentem do tkania są siłą odrywane od swoich rodzin?

Okładka „Przędzy” jest bardzo kolorowa, tęczowa i podobne wyobrażenie budzi świat przedstawiony w książce. Autorka przywiązuje dużą wagę do opisania procesu tkania i jego efektów wizualnych. Wiemy, że wszystko prezentuje się kolorowo, pięknie i niezwykle, ale tak naprawdę trudno mi było wyobrazić sobie o czym pisze Gennier Albin, chyba dlatego, że jej wizja jest oryginalna i oderwana od rzeczywistości. To dodaje światu przedstawionemu klimatu baśniowości, mi Kądzielniczki przywodzą na myśl panie tkające w wysokiej wieży zaczarowanego zamku (czy coś w tym rodzaju). W każdym razie chodzi o baśń, bo tak po trosze należy traktować tę historię. Nie da się jej odnosić do rzeczywistości i traktować na „zdrowy rozum” jak to zwykle jest w innych antyutopijnych powieściach. Mnie się nie podobało to, że przez dłuższy czas nie miałam pojęcia o co chodzi w tkaniu, splotach widzianych przez główną bohaterkę, funkcjonowaniu Gildii.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić wielu rzeczy, o których opowiada autorka, a nawet po poznaniu wyjaśnień na pewne tematy miałam wrażenie, że są one dość mętne i niejasne. Tak było właśnie, gdy Adelice opisywała swoje życie w siedzibie Gildii. Akcja toczyła się bardzo szybko i nagle dowiedziałam się, że minęło już kilka tygodni odkąd dziewczyna tam przebywa. Szkoda tylko, że zaledwie kilka stron poświęcono jej normalnemu funkcjonowaniu, a i tak fragment ten pochodził jeszcze z początkowego etapu szkolenia. Liczyłam na dużo ciekawsze opisy zajęć Kądzielniczki, a tymczasem większość miejsca autorka poświęciła miłosnym rozterkom Adelice, jej pięknym strojom i bywaniu na wystawnych przyjęciach. Swoją drogą podróż dziewczyny po Arrasie w towarzystwie ambasadora przypominała mi tourne z Igrzysk Śmierci, kiedy to Katniss i Petea odwiedzali poszczególne dystrykty. Poza tym w „Przędzy” także wielką wagę odgrywał wygląd zewnętrzny, młodość, makijaż, piękne stroje.

W „Przędzy” pojawia się wiele intryg, w które przez swój niewyparzony język wplątuje się Adelice. Nie są to jednak ciekawe perypetie, a raczej narażanie się wielu osobistościom i ich pogróżki. O świecie przedstawionym dowiedziałam się tak naprawdę dość mało, a o zajęciu Kądzielniczki same podstawy. Miłosne perypetie głównej bohaterki są niezbyt ciekawe, a rodzące się uczucie przedstawione zbyt szybko, miałam wrażenie, jakby Adelice wyznawała miłość po kilku dniach znajomości i paru pocałunkach. Oczywiście dziewczyna, według mnie, wybrała niewłaściwego mężczyznę i oczywiście, w powieści pojawia się trójkąt miłosny, bo ona nie umie się zdecydować na początku. Główna bohaterka nie jest płaczliwa i nudna jak flaki z olejem, ale aż do przesady odważna i śmiała, co pomaga jej wplątywać się w kłopoty. Nie potrafiłam wciągnąć się w tę książkę, słabo do mnie przemówiła, chyba nie miała w sobie tego czegoś, bo niekiedy pomimo paru wad książka potrafi zachwycić, w tym przypadku tak nie było. Dziwi mnie to, bo koncepcja jest oryginalna i powinna mnie zainteresować. Uważam, że Gennifer Albin nie dopracowała swojego pomysłu, czy też za mało na jego temat ujawniła. Przez większą część książki nie wiemy też czym jest Arras, choć to akurat jest podstawową tajemnicą fabularną. Za to zakończenie mi się spodobało, było dość niespodziewane i ciekawa jestem, co stanie się w kontynuacji, bo z tego co wiem, ma się taka pojawić. Mimo to nie uważam „Przędzy” za wartą uwagi, jest dość przeciętna i nie porwała mnie.

Moja ocena: 6/10

sobota, 27 kwietnia 2013

Nowa Ziemia - Julianna Baggott



Kiedy nastąpił Wybuch doszło do pogromu ludzkości, większa część populacji zginęła, a część odniosła straszne obrażenia i nie chodzi tu o poparzenia, rany, utratę kończyn. Wielu ludzi zostało stopionych z przedmiotami, z którymi akurat mieli kontakt, na przykład ze słuchawkami do telefonu, lalką, kuchenką. Niektórzy w ten sposób są złączeni ze zwierzętami, a jeśli stali się przez to niebezpieczni i nieludzcy, nazywa się ich Bestiami. Niektóre osoby stąpiły się z innymi ludźmi, tworząc niebezpieczne Grupony, jak sama nazywa wskazuje poruszające się w grupach, co ułatwia im walkę i przetrwanie. Z kolei Pyły, chyba najbardziej groźne, złączyły się z ziemią i bytują ukryte pod nią, gotowi schwytać i pożreć każdego, kto znajdzie się w ich zasięgu. Te wszystkie groźne stwory żyją poza kopułą, wśród nieszczęśników, którzy każdego dnia mogą spodziewać się śmierci. Negatywnie wpływa na nich też wpływ szkodliwego promieniowania. Inaczej wygląda życie w kopule, w której przetrwała tylko elita. Wiedzie ona bezpieczne, zupełnie normalne życie, lecz jak głosi propaganda, chcą pomóc „nieszczęśnikom”. Jednak od czasu Wybuchu sprzed 9 lat, nie podjęli ku temu żadnych kroków.

Właśnie taki świat przedstawia Julianna Baggott w swojej trylogii Świat po wybuchu, której pierwszą część stanowi „Nowa Ziemia”.  Apokaliptyczna wizja świata w tej powieści jest niezwykle prawdziwa i przemawia do wyobraźni. Tylko nielicznych Czystych nie dosięgły jej skutki, ale reszta ludzkości na zawsze nosić będzie swoje piętno. Wykreowany przez autorkę świat poznajemy z perspektywy Pressii, żyjącej poza kopułą wraz z dziadkiem. Zbliżają się jednak 16. urodziny dziewczyny, kiedy to będzie ona musiała oddać się w ręce OPR i rozpocząć walkę przeciw mieszkańcom kopuły. Z kolei Partridge jest Czystym, ale nie podobają mu się poczynania ojca tyrana. Przeżywa śmierć matki i brata, chciałaby opuścić kopułę i poznać świat poza nią.

Nowa Ziemia to doskonała antyutopia, która już od pierwszych stron wprowadza czytelnika w inną rzeczywistość. Z jednej strony akcja cały czas się rozwija i nie można narzekać na zbyt wolne tempo, a z drugiej ważną rolę odgrywają opisy świata współczesnego i tego sprzed wybuchu oraz historie bohaterów. Wszystkie elementy są świetnie zrównoważone, dzięki czemu nie czekałam na ciekawsze fragmenty, ponieważ każdy akapit miał swoją wartość i przesłanie. Podczas czytania książki nie miałam chwil zwątpienia ani zastrzeżeń co do niej. Możecie powiedzieć, że takich historii jest mnóstwo, ale ta naprawdę wyróżnia się spośród nich, czego nie da się stwierdzić po samym opisie fabuły, trzeba po prostu przeczytać. Może i wątek kopuły się już pojawiał, choćby w GONE, u Kinga i zapewne też innych twórców, ale tutaj został przedstawiony w Inny sposób. Przede wszystkim kopuła została stworzona przez człowieka, ale też nie odgrywa aż tak ważnej roli, pełni przede wszystkim funkcję oddzielającą od siebie dwie grupy ludzi.

Do fabuły i akcji nie mam żadnych uwag, zostały one zgrabnie i ciekawie poprowadzone. A co ze stylem autorki? Otóż Julianna Baggott sprawnie posługuje się piórem, pisze ciekawie i obficie, ale też z klasą, czyli używa bogatego słownictwa i ładnie wyraża swoje myśli, oczywiście jak na taki gatunek powieści. Opisy łączą się z historią w taki sposób, że trudno je uznać za osobny element, przez który trzeba przebrnąć. Są częścią fabuły i podobnie jak ona wciągają i składają się na doskonałą lekturę. A fabuła niesie ze sobą mnóstwo tajemnic, autorka lubi na każdym kroku zaskakiwać czytelnika. Pojawiają się nowe wątki i odpowiedzi, których nawet nie podejrzewaliśmy. Nawet wątek miłosny nie jest w tej powieści tak oczywisty, spodziewałam się tego, co lubią czynić prawie wszystkie autorki, a jednak nie. Nawet trójkąta nie było! Podejrzewam, że zachęci to bardzo wielu potencjalnych czytelników.

Ogromną zaletą powieści są jej bohaterowie i to nie tylko ci główni, którzy zrobili na mnie nawet mniejsze wrażenie niż drugoplanowi. Ciężko mi oceniać Pressię, bo wzbudzała we mnie różne odczucia, za to Partridge’a bardzo polubiłam. Ale najbardziej zaciekawił mnie El Capitan, czyli dowódca, który stopił się podczas Wybuchu ze swoim bratem Helmudem, noszonym teraz przez niego na plecach. Polubiłam też dziadka Pressi, dziewczynę Partridga i szereg postaci, o których nie mogę wspomnieć z uwagi na to, że dopiero później pojawiaj się w powieści. Julianna Baggott stworzyła rewelacyjną historię, w której zachwyt budzą pomysł na świat przedstawiony, ciekawi bohaterowie i częste zaskakiwanie czytelnika. Polecam serdecznie, a sama nie mogę się doczekać „Nowego przywódcy”. Całe szczęście, że premiera już wkrótce.

Moja ocena: 9.5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Egmont.

Świat po wybuchu:
1.Nowa Ziemia
2.Nowy Przywódca
3.Nowe Jutro

piątek, 12 kwietnia 2013

Partials. Częściowcy - Dan Wells


Jedenaście lat temu zbudowani przez ludzi Częściowcy zbuntowali się przeciw nim. Ich przeznaczeniem było walczyć w wojnie izolacyjnej, którą wygrali. Dopiero później miała miejsce katastrofa, która zniszczyła dotychczasowy świat. Częściowcy stworzyli wirusa RM, wystarczająco silnego, by zabić ponad 99% ludzkości. Kilkadziesiąt tysięcy ocalałych zamieszkuje wyspę i jest przekonanych, że na całym świecie mało kto się ostał. Największą klęską jest fakt, że od jedenastu lat żaden noworodek nie przeżył. Wszyscy umierają najwyżej kilka dni po narodzinach na skutek działania wirusa. Sytuacja grozi wyginięciem ludzkości, więc Senat podejmuje coraz bardziej radykalne środki. Najbardziej znaczącym jest Ustawa Nadziei, która nakazuje kobietom od osiemnastego roku życia zachodzić w ciążę. Ludzie liczą na to, że takie prawo spowoduje w końcu narodziny odpornego dziecka, to jednak jeszcze nie nastąpiło.


Właśnie taki świat prezentuje Dan Wells w swojej antyutopijnej powieści pod tytułem „Partials”, będącej pierwszą częścią serii. Ludzkość swoimi działaniami doprowadziła do „końca świata”, tworząc okrutne, przerażająco silne i bezwzględne maszyny, bo właśnie tak w powieści przedstawieni są Częściowcy. Ich wyrwanie się spod kontroli doprowadziło do wytworzenia wirusa, ale to nie jedyny problem społeczeństwa. Senatowi, który sprawuje coraz bardziej dyktatorską władzę, sprzeciwia się Głos- ruch rewolucjonistów. Wells porusza w powieści wiele tematów, takich jak wojna, totalitarna władza, zagłada ludzkości, a nawet medycyna, choć w hipotetycznym wydaniu, bo na przykładzie nieistniejącego w naszym świecie wirusa. Akurat te medyczne fragmenty mogą nie być zrozumiałe dla każdego, bo mimo że autor starał się je opisać w obrazowy sposób, trzeba było się wysilić, by do końca pojąć proces powstawania i rozprzestrzeniania się wirusa. Nie każdemu się to spodoba, gdyż nie wszystkich taka tematyka po prostu interesuje.


Ale jaki w tym świecie jest punkt zaczepienia dla fabuły? Otóż poznajemy Kirę, szesnastoletnią dziewczynę będącą na stażu w szpitalu. Gdy jej przyjaciółka zachodzi w ciążę, dziewczyna chce za wszelką cenę znaleźć lekarstwo na śmiertelną chorobę. Kira nie była mi specjalnie bliska podczas lektury, podobnie jak większość innych bohaterów. Nie byłam w stanie się z nimi zżyć i przeżywać ich losów w takim stopniu, jak bym chciała. Nie przekonali mnie do siebie, ale traktuję ich neutralnie, nie są największą wadą. Za to akcja według mnie strasznie się wlecze. Większą część książki stanowią opisy wędrówek bohaterów, którzy przedzierają się przez chaszcze, walczą z wrogiem oraz obserwujemy inne sceny typowe dla powieści akcji. Książce tylko w pewnych momentach udawało się mnie wciągnąć, ale zwykle czytanie szło mi powoli i żmudnie. Zdarzało mi się nawet wyłączać i nie wiedzieć o czym przed chwilą przeczytałam.

"Jeśli pewnego dnia, mimo naszych wysiłków i najgłębszej determinacji, upadniemy, niech stanie się to dlatego, że pokonał nas wróg, a nie dlatego, że pokonaliśmy się sami."


„Partials” dzieli się na kilka części, a podział ten jest słuszny, gdyż możemy w fabule wyróżnić kilka najważniejszych etapów. W ich obrębie występuje prawie wyłącznie ten główny temat, na którym skupia się akcja. Za mało jest wątków pobocznych i różnorodności, fabuła jest monotematyczna i przez to może znudzić. Do stylu Wellsa nie mam zastrzeżeń, jest prosty i dobrany odpowiednio do przesłania książki, czyli bez kwiecistego języka, metafor i ozdobników. Ale jednak z jakiegoś powodu czytało mi się kiepsko, choć może to wina fabuły i braku akcji. A co z zalet? Przyznaję, że zaintrygował mnie jeden z bohaterów, a autorowi w niektórych kwestiach udało się mnie zaskoczyć. Nie zmienia to faktu, że w powieści nie ma wielu zagadek i tajemnic, których rozwiązanie wywarłoby na mnie wielkie wrażenie. Zakończenie przyjęłam z zaciekawieniem, ale było to ostatnie kilkadziesiąt stron, które nie rekompensują poprzedniej części powieści.


Sięgając po „Partials” liczyłam na coś zupełnie innego. Chciałam antyutopijnej historii, która zwali mnie z nóg i okaże się czymś oryginalnym, na to zapowiadało się z opisu wydawcy. Niestety potencjał pomysłu Wellsa został zmarnowany przez skupienie się na niewłaściwych wątkach, czyli nie na samej intrydze dotyczącej Częściowców i ich tajemnic. Za wiele miejsca zajęły wyprawy, przygotowania do nich i rozterki bohaterów nie wnoszące nic nowego. Wątek miłosny oczywiście występuje, ale na szczęście nie odgrywa głównej roli i nie powiela schematu, którego się spodziewałam na początku. Ale przede wszystkim byłam przekonana, że Dan Wells pokaże świat z perspektywy Częściowców, a nie zwyczajnej dziewczyny, wtedy powieść miałaby dużo lepszy start. Niestety jestem rozczarowana, a zapowiadało się tak pięknie…

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

sobota, 23 marca 2013

Próby ognia - James Dashner


               
             Thomas i jego przyjaciele przeżyli horror, uwięzieni przez długi czas w labiryncie z krwiożerczymi bestiami, swoimi własnymi słabościami i lękami, nie pamiętając jak wcześniej wyglądało ich życie, na dodatek sami nawzajem stanowili dla siebie  zagrożenie. Nie wiedzieli przez kogo zostali umieszczeni w tym miejscu, a niektórzy spośród nich współpracowali wcześniej z wrogiem.  Tylko grupie wybranych udało się przetrwać i opuścić to koszmarne miejsce. Teraz są bezpieczni, zostali uratowani przez przyjazną im organizację. Dowiedzieli się jak wygląda prawdziwy świat, który stoi na progu zagłady. Ale najważniejsze jest to, że w końcu mogą przestać się bać, mogą najeść się, porozmawiać z przyjaciółmi, położyć do łóżka, a kontrolę nad swoim życiem oddać dorosłym. Chyba w to nie uwierzyliście? Bo oni niestety uwierzyli, że to już koniec prób, a nie ma nic gorszego niż odzyskać nadzieję, by zaraz zostać jej pozbawionym. DRESZCZ rozpoczyna fazę drugą i ostrzega: miejcie się na baczności, nie wierzcie temu co widzicie ani temu co czujecie.

                „Próby ognia” to druga część trylogii dla młodzieży Więzień labiryntu napisanej przez Jamesa Dashnera. Autor wprowadza nas do antyutopijnego świata, ale rządzące nim prawa są dla nas tajemnicą. Początkowo nie wiemy nawet jak ten świat wygląda, jesteśmy bowiem wraz z bohaterami uwięzieni w labiryncie bez wyjścia, a wszyscy chłopcy mają wykasowaną pamięć i nie wiedzą co działo się zanim znaleźli się w tym miejscu. Jednak wraz z końcem pierwszej, a początkiem kolejnej części poznajemy DRESZCZ, zostajemy wypuszczeni na zewnątrz i dowiadujemy się coraz więcej. Świat jest zniszczony przez palące słońce, wśród ludności szaleje zaraza nazywana Pożogą. Grupa A zostaje nią zakażona przez organizatorów prób, a nagrodą za przeżycie kolejnego etapu ma być lekarstwo na chorobę. Chłopcy muszę się więc postarać, nikt nie wybiera śmierci.

                Jestem przekonana, że fani Więźnia labiryntu z ogromną niecierpliwością oczekiwali na kontynuację. Nie wiem jak wytrzymałam aż tyle czasu bez jej przeczytania, ale teraz będzie jeszcze gorzej, po tej książce boję się, jak wytrwam do premiery finalnej części. Ale po kolei: uwielbiam świat wykreowany przez Dashnera! Ten człowiek jest geniuszem, bo ileż mamy na rynku podobnych do siebie antyutopii? Cała masa zbliżonych historii, które może i są ciekawe, ale zwykle czegoś im brakuje i nie potrafią tak poruszyć czytelnika. Natomiast ta trylogia rozstraja moje serie, gdy zaczynałam przygodę z nią Więzień labiryntu był jedną z pierwszych książek o takiej tematyce jakie przeczytałam. Często po skończeniu książki, nawet gdy się nią zachwycam, to po ochłonięciu dostrzegam jej wady i mój entuzjazm mija. Natomiast z książkami Dashnera jest inaczej, są świetne i nie można temu zaprzeczyć.

Próby ognia od pierwszych stron zaskakują, pomysły autora budziły moje oszołomienie i tak bardzo chciałabym w końcu poznać wszystkie odpowiedzi! Ale autor nie zaspokaja tej chęci, bo zakończenie pozostawia nas z uczuciami nie do opisania, a w organizmie niemalże szaleje Pożoga. Początek był bardzo dobry, bo wprowadza nas w taki sposób w świat książki, że nie możemy jej porzucić, gdy akcja cały czas przyspiesza. Oczywiście były nudniejsze momenty, gdy działo się niewiele, ale to jak w każdej powieści. Poza tym autor wykorzystał tym razem jako jedną ze scenerii otwartą przestrzeń, na której nie da się wiele przedstawić. Do rzeczy, które mniej mi się podobały należy rozdzielenie bohaterów, przez co prym wiódł Thomas oraz jego nowa przyjaciółka, która pierwszy raz pojawia się w Próbach ognia. Żałuję, że nie było więcej scen z udziałem moich ulubionych bohaterów, czyli Minho i Newta. Jednak zapowiada się na to, że w kontynuacji znów będziemy mogli oglądać całą plejadę postaci.

           Dashner nie przestaje zaskakiwać i to zawsze z tej strony, której najmniej się spodziewamy. Ostatnie strony wzburzyły we mnie krew i wywołały niedowierzanie, ale powinnam się tego spodziewać, ten autor lubi w taki sposób kończyć książkę. Przynajmniej od początku ma pomysł na całą trylogię, a nie wymyśla na siłę w miarę pisania kolejnych części, jak to często widać w innych seriach. Od początku trzyma się celu i sukcesywnie do niego zmierza, a zakończenie trylogii będzie z całą pewnością spektakularne i niezapomniane, jestem tego pewna! Już zapowiedź ostatniej części, którą przeczytałam na końcowych stronach Prób ognia wywołała u mnie dreszcze, dosłownie. Druga część była może mniej mroczna, ale działo się w niej sporo ciekawych rzeczy, a sytuacje spotykające bohaterów budzą w czytelniku przerażenie. Przykładowo występujący w Więźniu Labiryntu Buldożercy zostali zastąpieni Poparzeńcami, nie mniej strasznymi. Charakterystyczny dla Streferów język nadal występuje, nawet w większej dawce i nowej odsłonie, sami przekonajcie się dlaczego. Jestem bardzo zadowolona z tej powieści, historia nadal trzyma poziom i jest zapowiedzią niesamowitego zakończenia trylogii. 

         
            Moja ocena: 9.5/10

Trylogia Więzień Labiryntu:
1. Więzień labiryntu
2. Próby ognia
3. Lek na śmierć

sobota, 19 stycznia 2013

Delirium - Lauren Oliver




Gdybyście znaleźli się w świecie Leny, czyli nie tak znowu odległej od nas przyszłości, prawdopodobne jest, że zdiagnozowano by u Was chorobę: niebezpieczną, zaraźliwą, śmiertelną. Możecie się śmiać, ale ta choroba to miłość i tak, naukowcy, władze, społeczeństwo, naprawdę w to wierzą tudzież wykorzystują propagandę do kontrolowania ludzi. W wieku 18 lat każdy musi przejść obowiązkowy zabieg, który zapobiega późniejszemu popadnięciu w chorobę, a przynajmniej teoretycznie tak jest, bo medycyna nie zawsze tutaj wygrywa. Miały miejsce sytuacje, że poddani leczeniu kompletnie na nie nie reagowali i w imię miłości gotowi byli nawet zginąć. Tak było w przypadku matki Leny, która uważana jest przez rodzinę za czarną owcę, do której najlepiej się w ogóle nie przyznawać. Nawet jej córka nie potrafi zrozumieć postępowania matki i pragnie jak najszybciej odbyć zabieg, by w końcu być bezpieczna.

Jednak w dniu kiedy Lena znajduje się w laboratorium, gdzie ma zostać poddana szeregowi testów, decydujących o jej późniejszym życiu, niespodziewanie mają miejsce pewne komplikacje. Nie zagłębiając się w szczegóły wyjawię tylko, że o zaistniały incydent Lena podejrzewa zbuntowanych przeciw władzom buntowników, żyjących w Głuszy i nieuznających idei życia bez miłości. Podczas tego zdarzenia dziewczyna zauważa także przystojnego chłopaka, którego tak łatwo się już ze swojego życia nie pozbędzie…

„Delirium” autorstwa Lauren Oliver to antyutopijna powieść dla młodzieży przedstawiająca wizję przyszłego świata, w którym dla miłości nie ma miejsca. Pisarka miała świetny pomysł, choć owoce jej wyobraźni mogą szokować. Nawet przytulanie, okazywanie sobie uczuć, słuchanie emocjonalnej muzyki czy taniec to przejawy choroby, buntu, zagrożenia dla państwa. I z takimi przypadkami należy się rozprawiać za wszelką cenę. Pomysł na fabułę był jak najbardziej ciekawy i oryginalny (chyba?), choć nie do końca byłam przekonana, czy autorka w pełni go wykorzysta i w sumie dalej nie jestem pewna, czy to zrobiła, obawiam się, że nie. Jednak wszystko wskazuje na to, że naprawiła to w kontynuacji, która zapowiada się jeszcze lepiej niż „Delirium”.

Właściwie początek jest dość schematyczny, aż do czasu, gdy Lena lepiej poznaje Alexa. Wtedy zaczyna się robić ciekawie i więcej się dzieje, choć z drugiej strony nie poznajemy świata przedstawionego w takim stopniu jak moglibyśmy sobie życzyć, to zaledwie jego niewielki wycinek. Uczucie pomiędzy bohaterami nie jest przesadzone czy irytujące, rozwija się na tyle powoli i subtelnie, że da się kibicować Lenie i Alexowi, co szczególnie widoczne jest przy zakończeniu. Z mojej strony było ono burzliwe i pełne emocji, nie potoczyło się po mojej myśli, ale dalej mam nadzieję i z tą myślą sięgnę po część drugą. Za to bardzo denerwuje główna bohaterka, która jest tchórzliwa, naiwna, nie potrafi sama myśleć, walczyć o swoje i wierzy w rządową propagandę. Na szczęście jest tak tylko na początku, bo pod wpływem Alexa i swojej przyjaciółki (którą swoją drogą bardzo polubiłam), dziewczyna zmienia się i pokazuje pazurki.

Co do akcji, raz dzieje się sporo i nie można się oderwać od lektury, innym razem jest przeciętnie, jednak uważam, że końcówka to rekompensuje, bo dopiero przy niej przekonałam się, jak mi się ta książka podobała. Język jest typowo młodzieżowy, nie ma w nim żadnych znaków szczególnych, nie przeszkadza, ale też nie nadaje smaku książce. Mimo czasem denerwującej bohaterki, nudniejszym momentom i nie do końca wykorzystanemu pomysłowi, całość oceniam bardzo pozytywnie, polecam i wręcz nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po „Pandemonium”. Nie wolno zostawiać czytelnika w takim napięciu!


            Moja ocena: 8/10


sobota, 11 sierpnia 2012

Wśród ukrytych. Wśród oszustów - Margaret Haddix


                 W świecie, w którym brakuje żywności dla wszystkich ludzi Luke jest „nielegalnym trzecim dzieckiem” co w praktyce oznacza, że nie powinien istnieć. Wprowadzone przed laty prawo zabrania małżeństwom na posiadanie więcej niż dwojga potomstwa, a nieegzekwowanie przepisów skutkuje nawet śmiercią. Jednak nie wszyscy ludzie popierają politykę rządu, a do tej właśnie grupy należą rodzice Luke’a . Kochają oni chłopca i chcą zapewnić mu wszystko co najlepsze. Ponieważ mieszkają oni na farmie, z dala od innych ludzkich siedzib, ich trzecie dziecko może całymi dniami przebywać na farmie, bawiąc się ze swoimi starszymi braćmi i pomagając rodzicom. Jednak w pewnym momencie sytuacja diametralnie się zmienia, bowiem w pobliżu domu Garnerów pojawiają się robotnicy, którzy rozpoczynają wycinanie tutejszego lasu. W jego miejsce ma powstać ekskluzywne osiedle dla notabli. Od tej chwili Luke nie może opuszczać swojego pokoju położonego na strychu, a nawet wyglądać przez okna na świat. Przez większość czasu przebywa zupełnie sam w swojej samotni, nie mogąc bawić się ze swoimi rówieśnikami ani poznawać świata. Początkowo przyjmuje to z pokorą i zrozumieniem, jednak stopniowo zaczyna się buntować i marzyć o lepszym życiu, jako wolny człowiek. Dodatkowo zmiany w jego myśleniu powoduje dziwny incydent- wyglądając na zewnątrz, zauważa ruch w oknie domu notabli, w którym nikogo o tej porze być nie powinno. 

                „Wśród ukrytych. Wśród oszustów” to pierwszy wydany w Polsce tom, rozpoczynający młodzieżową serię „Dzieci cienie” autorstwa Margaret Haddix. W wykreowanym przez  Amerykankę świecie nastąpił kryzys, na skutek którego według niektórych ludzi konieczne było ograniczenie populacji. Efektem stało się prawo zabraniające posiadanie więcej niż dwojga dzieci. Wiele osób uważa je za ograniczanie praw człowieka, w związku z czym na świecie jednak pojawiają się nielegalne dzieci, zmuszone ukrywać się przed Policją Populacyjną. W powieści Haddix bardzo dużą rolę odgrywają motywy takie jak przyjaźń, rodzina, walka o wolność. Pokazane są także rządy totalitarne, gdzie władze głoszą propagandę, wykorzystując zwykłych ludzi dla własnych korzyści.

                Za zasługą prostego i przyjemnego języka, pozbawionego zbędnych opisów i ozdobników, książkę od początku czytało mi się bardzo przyjemnie, choć nie od pierwszych stron byłam nią zachwycona. Najpierw poznajemy Luke’a i jego rodzinę, występują także retrospekcje z dzieciństwa chłopca. Życie dziecka jest monotonne, a nastrój ten udzielał się również mi, ale stopniowa akcja zaczyna się rozkręcać. Warto wspomnieć, że polskie wydanie zawiera w sobie dwie części „Dzieci Cieni”, co okazało się według mnie dobrym zabiegiem, bo jedna część liczy zaledwie 200 stron i wydanie ich osobno byłoby bezsensowne.  Akcja pierwszej części toczy się na terenie domu chłopca i w jego okolicach, podczas lektury byłam średnio przekonana do fabuły. Jednak potem tajemnicze „coś” się zmienia ( nie zdradzę o co chodzi!) i książka bardzo wciąga. W końcu dzieją się rzeczy nieoczekiwane, akcja jest bardziej wartka, choć nie zabraknie też opisów spokojniejszych dni.

                Rzadko zdarza mi się aż tak wczuwać w to, co przeżywają bohaterowie. Może wpłynęła na to sympatyczna powierzchowność Luke albo jego młody wiek. Nie od początku byłam do niego przekonana, ale wraz z kolejnymi wydarzeniami kibicowałam mu coraz bardziej. Niejednokrotnie byłam wściekła i smutna z powodu sytuacji, w jakich się znajdował, ludzi, jakich spotykał i rozczarowań, jakich doznawał. Trzeba przyznać, że lektura była bardzo emocjonującą i zaangażowałam się w przygody chłopca. Pewnych rzeczy dotyczących kluczowych zagadek fabuły się spodziewałam, ale inne totalnie mnie zaskoczyły! Myślałam „O nie, już po nich”, a tu nagle ktoś niespodziewany wkracza i zaczyna się zabawa. To samo muszę powiedzieć o zakończeniu- tego się nie spodziewałam! Pozostaje mi tylko zdobyć kolejny tom i poznać dalsze przygody Luke’a.

Nie przypadł mi za to do gustu wiek chłopca. Ma on zaledwie 12 lat, przez co jego poczynania i sposób myślenia są dziecinne, a przynajmniej początkowo jest to bardzo widoczne. Trochę mnie to raziło, bo wolałabym czytać o nieco dojrzalszych postaciach.  Podejrzewam, że gdyby głównym bohaterem był chociażby szesnastolatek, o innym spojrzeniu na świat i innych problemach, wtedy książka spodobałaby mi się jeszcze bardziej. Ale trzeba Luke’owi przyznać, że pomimo początkowej naiwności i tchórzostwa zmienił się na skutek tego, co przeżył.

                Pomimo kilku wad, takich jak nużący początek książki i nieco dziecinne spojrzenie głównego bohatera na świat, książka bardzo mi się spodobała. Nie zabrakło mi interesujących postaci i mam tu na myśli nie tylko młodzież. Poza tym „Dzieci cienie” bardzo wciągają, szczególnie od drugiej części, gdzie ma miejsce znacząca zmiana w życiu Luke’a. Sporo zaskakujących wydarzeń, tajemnic i ich nieoczekiwane rozwiązanie powinny usatysfakcjonować miłośników antyutopii.

                Moja ocena: 8/10


piątek, 27 lipca 2012

Dotyk Julii - Tahereh Mafi


Julia spędziła 264 dni w czterech ścianach z jednym oknem. Odosobnienie jest nie tyle karą za morderstwo, o które została oskarżona, a raczej próbą chronienia przed nią świata. Nikt nie może dotknąć dziewczyny, bez poddania się tym samym bolesnym torturom, prowadzącym nawet do śmierci. Nikogo nie obchodzi, że Julia nie robi tego naumyślnie, a swoją „umiejętność” traktuje jak przekleństwo. Któż chciałby daru, skazującego go na wieczną samotność? Niespodziewanie dziewczynie zostaje przydzielony współwięzień o imieniu Adam, który od samego początku ją do siebie przyciąga. Zachowuje się, jakby chciał zostać jej przyjacielem, ale czy dziewczyna może mu zaufać? Tymczasem ktoś wyrywa ją z jej więzienia, próbując zaangażować w walkę u swego boku…

„Dotyk Julii” to pierwsza część trylogii autorstwa Tahereh Mafi. Książka ta należy do gatunku paranormal romance i jak pewnie wielu z Was zauważyło, była ostatnimi czasy intensywnie promowana. Ja także zachwyciłam się piękną okładką, ciekawym opisem i dałam się skusić słowom, głoszącym „Dotyk Julii” jako coś zupełnie nowego i oryginalnego. Najbardziej chyba zaintrygowały mnie przekreślenia i poetycka treść na tylnej stronie okładki. Zdecydowałam się, kupiłam i przekonałam się, że jest to kolejny przykład przerostu formy nad treścią. Przede wszystkim trudno jest wczuć się w tę książkę i jej dziwność. Nie mogłam się przyzwyczaić do ściągniętych z księżyca porównań, kilkukrotnego powtarzania słów i gadania, żeby tylko gadać- bez sensu. Chyba autorka lubiła swoją rozrzutność w używaniu środków stylistycznych, bo tutaj nic nie jest powiedziane dosłownie. Przykładowo: Julia nie wspomina, to jej zamrożone myśli unoszą się w martwej przestrzeni. I w tym stylu jest napisana cała książka, ależ mnie to denerwowało, ba, do szaleństwa doprowadzało! Prawie nic się nie dzieje, za to w głowie dziewczyny trwa nieustanna gonitwa myśli, a to się roztrzaskuje na kawałki, a to kręgosłup jej się zawiązuje w supeł, a to rozbija się o ścianę nicości. 

Ale nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać, bowiem Julia wychodzi ze swojego więzienia, a istnienie osobnika płci męskiej przyjmuje w końcu do wiadomości i przestaje się nad nim bezustannie rozwodzić. I ku memu zdziwieniu następuje moment przełomowy, kiedy to poetycka, wymyślna i przesadzona forma przestaje mi przeszkadzać i zaczynam śledzić losy bohaterów. Przede wszystkim oprócz idealnego, dobrego i przystojnego Adama, na horyzoncie pojawia się również Warner. Czarny charakter zdolny do wszystkiego, niepozbawiony jednak uroku osobistego i magnetycznego przyciągania. Może Julii aż tak bardzo nie przyciągał, ale ja go polubiłam, to najlepsza postać w tej książce, dodająca jej kolorytu. Warner bardzo przypominał mi Caine’a z „Gone”, ze względu na niego byłam ciekawa dalszego ciągu „Dotyku Julii”. Głównej bohaterki raczej nie polubiłam, Adama także średnio, ponieważ był zbyt wyidealizowany. Postaci poza Warnerem są raczej nijakie i nienastrajające odbiorcy pozytywnie.

Fabuła książki jest szablonowa i przewidywalna, mamy tu do czynienia z typowym miłosnym trójkątem, a jednocześnie jesteśmy od początku świadomi, kogo wybierze główna bohaterka. Właściwie nic ciekawego się nie dzieje, a przynajmniej mnie „Dotyk Julii” nie zaskoczył ani razu. Od pewnego momentu niby można nazwać akcję wartką, ale mnie rozmaite ucieczki, gonitwy i strzelaniny nie zainteresowały. Zabrakło mi jakiegoś punktu kulminacyjnego, zaskakującego i robiącego wrażenie, miałam wrażenie, że wszystko co się dzieje nie ma większego sensu. Jeśli chodzi o świat książki, to poza tym, że został zniszczony na skutek działalności człowieka, prawie nic o nie wiemy. Tylko kilka widoków z okna czy nieudolna historyjka. A przecież w tego typu książkach kreacja świata jest bardzo ważna!

Myślę, że ta historia ma potencjał, choć autorka trochę przesadziła z poetycką formą, która w mniejszej dawce mogłaby być przyjemna. Przez większość czasu się nudziłam, od pewnego momentu czytało mi się już przyjemnie , a losy bohaterów mnie wciągnęły. Fabuła nie była ani nieprzewidywalna, ani oryginalna. Z postaci przypadł mi do gustu Warner i tylko ze względu na niego być może zapoznam się z kontynuacją. Ta książka ma bardzo wiele niedociągnięć, jednak mimo wszystko spełniła rolę lekkiego i niezapadającego w pamięć czytadła na wakacyjne popołudnie. Nie polecam ani nie odradzam.

Moja ocena: 5/10

czwartek, 26 lipca 2012

Las zębów i rąk - Carrie Ryan


                 Czy gdyby Mary spędziła nad strumykiem o jedną chwilę krócej, wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdyby Harry nie zapytał jej, czy zechce spędzić z nim resztę życia; gdyby nie dowiedziała się, że jego brat, którego kocha, wybrał jej przyjaciółkę; gdyby poszła z matką na spacer przy siatce, odgradzającej wioskę od Lasu zębów i rąk, jak to miała w zwyczaju – czy wtedy byłaby dziś szczęśliwa? Może nie trafiłaby do katedry Siostrzeństwa, nadal żyłaby w zgodzie z ukochanym bratem i miała szczęśliwą rodzinę z biegającymi po domu dziećmi? Pozostał jej już tylko żal, zastanawianie się „co by było gdyby…” i marzenia o oceanie, towarzyszące jej bezustannie podczas ucieczki i walki o życie. Jakie dramatyczne wydarzenia, które całkowicie zmieniły życie dziewczyny i doprowadziły do przewartościowania jej priorytetów, zostały zapoczątkowane tamtego dnia? 

                „Las zębów i rąk” to pierwsza część trylogii opowiadającej o świecie , który składa się z małej wioski otoczonej drucianą siatką, odgradzającą osadę od lasu zamieszkanego przez Nieuświęconych. Nieznane są przyczyny ich powstania, wiadomo tylko, że na skutek tajemniczego wirusa powstały osoby, których celem jest zakażanie żywych. Normalni ludzie po ugryzienie przez te bestie staliby się w niedługim czasie tacy sami jak one. Władzę w osadzie sprawuje Siostrzeństwo, które nakazuje spokojne życie w zgodzie z Bogiem, pełne poświęcenia. Jednak mieszkańców wciąż ogarnia strach na myśl o tym, co zdaje się być nieuniknione – w końcu Nieuświęconym uda się przedrzeć przez ogrodzenie i zdobyć wioskę. A co będzie potem? Najpewniej tylko śmierć, ponieważ wszystkim mieszkańcom wpaja się, że poza lasem pełnym umarłych nie ma już nic – są ostatnimi ludźmi na świecie. Autorką tej trylogii, należącej do, jak to można wyczytać na okładce, literatury spekulatywnej, jest Carrie Ryan. Owa amerykańska prawniczka po sukcesie swojej powieści postanowiła poświęcić się pisarstwu. Nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc ukazała się już kolejna część trylogii – „Śmiercionośne fale”.

                Już pierwsze strony książki Carrie Ryan niosą ze sobą obietnicę niezapomnianej przygody. Czytelnik jest powoli wprowadzany do stworzonego przez autorkę świata, którego centrum jest wioska otoczona lasem Nieuświęconych. Niemal od początku jesteśmy świadkami znaczących dla fabuły zdarzeń. Nie przeszkadza to jednak zapoznać się z interesującymi obyczajami panującymi w wiosce. I już tutaj objawia się oryginalność książki, bowiem Ryan miała wiele pomysłów na świat, zwyczaje ludzi i fantastyczne istoty, które odróżniają „Las zębów i rąk” od współczesnych książek. Nie znajdziemy tu wampirów, wilkołaków czy demonów, są za to Nieuświęceni, którzy wydali mi się być wzorowani na tradycyjnych zombie.

                Podobało mi się, że autorka nie rozmieściła czasu akcji w obrębie kilku dni. Często bywa bowiem tak, że mnóstwo dziwnych rzeczy ma miejsce z dnia na dzień, co chwilę dzieje się coś ważnego, co zmniejsza wiarygodność książki, przynajmniej dla mnie. Tymczasem u Ryan nieraz bohaterowie czekają tygodniami przed zrealizowaniem planu lub podjęciem walki. Nie znaczy to, że czytelnik wtedy się nudzi, ponieważ upływ czasu jest zwykle jedynie zaznaczony, a szczegółowo opisane tylko bardziej znaczące zdarzenia. Poza tym „Las zębów i rąk” posiada specyficzny klimat, mroczny, pełen tajemnic i oczekiwania na kolejny cios. Z niecierpliwością śledziłam losy bohaterów, książka bardzo mnie wciągnęła, w czym z pewnością udział miał styl pisarski Carrie Ryan, który bardzo przypominał mi ten obecny w powieściach Cassandry Clare. Obydwie pisarki w podobny sposób bawią się słowami, kreując niezwykły świat i przyciągając do niego czytelnika. Nigdy nie nudzą, a zachęcają do dalszej lektury i przy tym są bardzo pomysłowe.

                Ryan nie ugina się pod presją „doprowadzenia bohaterów do końca”. Mam tu na myśli to, że zwykle w książkach już na początku zakładamy, że główny cel misji musi się powieść, a główne postaci dotrwają do końca, bo jakżeby nie. Ponadto na początku już wiemy,  którzy bohaterowie będą razem, a ich życie uczuciowe, choć skomplikowane, zmierza ku wiadomemu celowi. Przyzwyczajona do takiego biegu rzeczy dałam się zwieść, a jakie czekało mnie zaskoczenie…   „Las zębów i rąk” wymyka się schematom, tutaj niczego nie możemy być pewni: trup ścieli się gęsto, a miłość nie jest wystarczającą motywacją do przeżycia. 

                Bohaterowie występujący w książce są świetnie wykreowani i niepowtarzalni. Choćby postaci męskie – jak ja już mam dość tych przystojnych, heroicznych i wiecznie pewnych siebie bohaterów, którym wszystko się udaje i z łatwością zdobywają serca swych wybranek. W powieści Ryan większą wagę ma charakter i postępowanie postaci, a nie ciągłe przypominanie, jak ktoś nieziemsko wygląda. Książkowe kobiety także przypadły mi do gustu. Przede wszystkim w „Lesie zębów i rąk” nie ma takiego parcia na wątek miłosny, dla bohaterów romantyczne uczucia nie są najważniejsze, nie wariują oni z miłości, doprowadzając czytelników śledzących ich losy do irytacji i zgrzytania zębami. Dla nich liczą się też inne rzeczy: rodzina, przyjaźń, walka o marzenia. Symbolem marzeń jest właśnie ów nieuchwytny ocean. Na opowieściach o nim wychowała się Mary, a ta dziewczyna nie ustąpi, póki nie dopnie swego i nie zanurzy się w słonych falach.

                „Las zębów i rąk” to fascynująca opowieść o świecie, w którym liczy się przetrwanie i poświęcenie, a nie prawdziwa miłość. Jednak bohaterom przyjdzie się zmierzyć z nieznanym, a jaki będzie kres tej podróży? Książka autorstwa Carrie Ryan wymyka się schematom, jest oryginalna i niepowtarzalna. Przede wszystkim głównym wątkiem nie jest uczucie pomiędzy bohaterami, jak to we współczesnej literaturze bywa. Liczą się marzenia, przetrwanie, rodzina, ale wszystko z umiarem. Postaci są bardzo ciekawe i jedyne w swoim rodzaju, a mroczny i pełen napięcia klimat książki nie pozwala się od niej oderwać. Także styl Ryan nie jest nudny i zwyczajny, sprawia za to, że czyta się z przyjemnością. Teraz już wiem, co wielu fanów widzi w tej trylogii i mogę polecić ją serdecznie tym, którzy jeszcze nie mieli okazji przeczytać. Z niecierpliwością oczekuję chwili, gdy będzie mi dane zapoznać się ze „Śmiercionośnymi falami”.
 
                Moja ocena: 9/10                                   


 W skład trylogii wchodzą:                  

1. Las zębów i rąk
2. Śmiercionośne fale
3. Miejsca ciemne i puste








                                                                  Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

logo





niedziela, 8 lipca 2012

W otchłani - Beth Revis


                   Na pewno macie czasem trudności z podejmowaniem decyzji, zarówno tych mniej jak i bardziej ważnych. Nie wiecie co zrobić, boicie się zmian i tego, że Wasz uporządkowany świat odwróci się do góry nogami. Jednak nikt nie stawia przed Wami wyboru: albo dacie się zamrozić na 300 lat, albo zostaniecie na Ziemi, straciwszy jednak swoich rodziców. Amy od początku jest zdeterminowana. Bardzo trudno jest jej pogodzić się z faktem utraty przyjaciół, ukochanego i całego dotychczasowego życia, ale miłość do rodziców zwycięża. Wraz z nimi zostaje umieszczona na statku kosmicznym lecącym do planety, na której możliwa jest normalna egzystencja. Podróż ma jednak trwać 300 lat, a na ten czas cała trójka zostaje zamrożona w komorze kriogenicznej. I wszystko byłoby w porządku, bo Amy obudziłaby się i spotkała z tymi, których kocha najbardziej na świecie, a jej rodzice zaangażowaliby się w zaludnianie nowej planety. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ktoś rozmrozi dziewczynę 49 lat i 266 dni za wcześnie.

                „W otchłani” to pierwsza część trylogii dystopijnej autorstwa Beth Revis, opowiadającej o funkcjonowaniu w zamkniętej społeczności statku kosmicznego, podróżującego w kierunku wymarzonej planety. W tej powieści nie zabraknie rządzy władzy, mrocznych tajemnic, walki o marzenia i zaczątków nieśmiałego romansu. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, w ogóle nie byłam nią zainteresowana, tematyka wszechświata i międzygwiezdnych podróży kojarzyła mi się głównie z powieściami science -fiction, które kompletnie mi nie leżą. I mimo wielu zachęt, nie potrafiłam się przemóc i pomyśleć o tej nowości wydawniczej w sposób pozytywny. A jednak gdy przyszło co do czego, gdy na własne oczy ujrzałam tę hipnotyzującą okładkę, przypomniałam sobie liczne entuzjastyczne opinie i przekartkowałam kilka stron, nie mogłam się oprzeć magii kosmosu. Zaczęłam czytać, a trzeba przyznać, że „W otchłani” wciąga od pierwszych stron i nie są to tylko czcze słowa. Przepadłam wśród historii międzygwiezdnej podróży, w świecie, gdzie kłamstwa zdają się być na porządku dziennym, a ciągle pojawiające się pytania bez odpowiedzi rodzą kolejne wątpliwości. Nie sposób się połapać w tych wszystkich zagadkach i domyślić rozwiązania, choć Beth Revis wszystko dogłębnie przemyślała i logicznie uporządkowała. W mojej głowie wciąż roiło się od teorii spiskowych, które wymyślałam na przemian z głównymi bohaterami – wielka szkoda, że żadna z nich się nie potwierdziła.

                „W otchłani” czyta się bardzo szybko i przyjemnie, choć moje tempo było trochę spowolnione przez wykańczające upały. Nie mogę odmówić pisarce talentu z jakim wkracza, by podbić świat literatury fantastycznej. Od samego początku ciekawie przedstawia świat, nie zanudzając czytelnika wieloma opisami, a zamiast tego od razu przechodząc do rzeczy. Nie znaczy to, że opisów nie ma w ogóle, ale są one wkomponowane w historię, a przede wszystkim ciekawe – dotyczące budowy statku, rozmieszczenia miasta, wielu nowoczesnych urządzeń i ich funkcji. W książce dominuje akcja, bowiem przez cały czas coś się dzieje i nie ma czasu na chwilę nudy. Gdy sytuacja trochę się unormuje, znienacka nadchodzi kolejna katastrofa, a tajemnice mnożą się jak szalone. Było tyle zagadek i kłamstw, że nie sposób domyślić się zakończenia. Nawet gdy wydaje nam się, że wiemy już wszystko, pojawia się szczegół obracający naszą niezachwianą pewność w pył. Największym atutem tej powieści jest właśnie owa wartka akcja i atmosfera tajemnicy, która nie opuszcza nas aż do ostatniej strony.

                Lekturę uprzyjemnia przyjemny w odbiorze język autorki oraz krótkie rozdziały z narratorem pierwszoosobowym podzielone na te napisane przez Amy i Starszego. Dla mnie było to zaletą, gdyż w najciekawszych chwilach fabuła była przerwana, przez co nie sposób było nie czytać dalej. Dużym plusem są także świetni bohaterowie, bardzo bliscy czytelnikowi. Każdy z nich popełniał błędy, czasem zaskakiwali mnie swym postępowaniem, ale dzięki temu byli nieprzewidywalni. Najbardziej polubiłam Harleya, czyli sympatycznego artystę, próbującego wyrazić swe uczucia za pomocą obrazów. Ciężko mu było odnaleźć się zamkniętemu w metalowej pułapce, jaką był statek, wyróżniał się na tle innych ludzi, którzy nie dostrzegali tego, co tracą. Starszy i Amy to główni bohaterowie, którym także nie mam nic do zarzucenia, umili mi tą wędrówkę przez kolejne zadrukowane strony.

                „W otchłani” to rewelacyjna powieść dystopijna, przy wszystkich swych zaletach niepozbawiona także oryginalności. Przyjemnie było oderwać się od stale przewijających się przez współczesną literaturę schematów i zatonąć w tym kosmicznym świecie pełnym tajemnic i niedopowiedzeń. Na brak akcji nie można narzekać, ponieważ na każdym kroku dzieje się coś, co wtrąca czytelnika z równowagi i każde pochłaniać kolejne strony. Styl pisarski Beth Revis jest bardzo obrazowy, łatwo wsiąknąć w przedstawioną przez nią rzeczywistość. Polecam tę powieść fanom historii  z akcją rozgrywającą się w przyszłości, a sama z niecierpliwością wyczekuję kolejnego tomu i następnej dawki tajemnic.

                Moja ocena: 8.5/10 

Trylogia "W otchłani":                              

1. W otchłani
2. Milion słońc
3. Shades of earth







niedziela, 1 lipca 2012

Deklaracja - Gemma Malley



                Jest rok 2140. Wtedy właśnie poznajemy Annę, od wieku dziecięcego uczącą się w Grange Hall jak być Użyteczną. Jak na razie jest tylko Nadmiarem i obciążeniem dla Matki Natury. Brzmi dziwnie? Tak wygląda świat w przyszłości. Od czasu, gdy wynaleziono leki na długowieczność, populacja planety zwiększyła się z zastraszającą prędkością. W końcu jeśli ludzie nie umierają, a wciąż ich przybywa, musi wreszcie zabraknąć dla nich miejsca i zasobów naturalnych. Dlatego właśnie wprowadzono Deklarację. Jeśli ją podpiszesz,  będziesz otrzymywał leki i przestaniesz się starzeć, ale też odbiorą Ci przywilej wydania na świat potomstwa. Oczywiście zdarzają się przestępcy, którzy zostają rodzicami, ale i tak prędzej czy później trafiają do więzienia, a i dzieci stają się Nadmiarami, które jeśli mają szczęście trafiają do zakładu, gdzie przygotowuje ich się do służby Legalnym. Jeśli nie, mogą nawet zostać zamordowani, w końcu zgodnie z przepisami nie mają prawa żyć. 

                „Deklaracja” to pierwsza część trylogii antyutopijnej autorstwa Gemmy Malley. Według przedstawionej tutaj wizji przyszłości, na świecie zaczęło brakować miejsca dla wszystkich ludzi, co spowodowało liczne problemy. Wszystko to wynika z faktu, iż ludzie zaczęli nadużywać gościnności Ziemi i przestali się starzeć. Nie pojawiają się już nowe pokolenia, a pojedyncze jednostki, narodzone wbrew prawu, stają się Nadmiarami. Wciąż wmawia im się, że nie mają prawa do życia, a jeśli już znaleźli się na naszej planecie, to powinni starać się jak najmniej zwracać na siebie uwagę i poświęcić resztę swej nędznej egzystencji, by służyć innym. Głównym motywem przedstawionym w powieści jest walka z władzami przyszłego świata, która posiada nieograniczoną kontrolę i decyduje o losach innych ludzi. Poza tym znajdą się tu wątki dotyczące przyjaźni i miłości, niestety dość ubogie.

                Początek książki napisany jest w formie pamiętnika Anny. Właściwie jest to tylko niedługi fragment, ale wydał mi się obiecujący i zachęcił do dalszej lektury.  Potem często pojawia się jeszcze taki sposób prowadzenia narracji, jednak przeważającą część stanowi punkt widzenia narratora wszechwiedzącego. Styl książki jest prosty w odbiorze i przyjemny, jednak brakowało mi tutaj większej ilości opisów. Ucierpiała na tym kreacja świata powieści, miałam wrażenie, że oprócz ośrodka, w którym przebywa główna bohaterka i bogatych historii, nie wiem o nim nic. Chodzi mi tu głównie o wygląd. Nie mogę powiedzieć, by styl pisarki był obrazowy i pomagał wizualizować sobie otoczenie, z tym było marnie, miałam trudności z wyobrażeniem sobie tego świata. Za to nie brakowało ciekawych historii związanych z miejscami występującymi  w książce.

                Bohaterowie „Deklaracji” także pozostawiają sporo do życzenia, są mało wyraziści i mdli, może oprócz czarnego charakteru, jakim jest przełożona Grange Hall. Za to główne postaci takie jak Anna czy Peter, nie wzbudziły mojej sympatii. Dziewczyna słucha wszystkiego, co mówią o niej inni: obelg, poniżania, a najgorsze jest to, że w pełni się z tym zgadza i uważa, że nie jest godna tego, by żyć. A jej rodzice są według niej przestępcami i nienawidzi ich za to, że dzięki nim znalazła się na świecie. Nawet rozsądniejszej osobie, jaką jest Peter, nie daje przemówić sobie do rozumu. Z kolei chłopak jest od początku w nią zapatrzony, co wydaje się być nieco sztuczne. Wątek uczucia, które zawiązuje się między tym dwojgiem w ogóle nie jest wiarygodny. Anna to jakby nie było piętnastoletnia dziewczyna, a miałam wrażenie ,jakbym czytała o dwunastolatce, była tak niedojrzała.

                „Deklaracja” to interesująca powieść przedstawiająca przyszłość naszej planety w oryginalny sposób, na tym pomyśle książka bardzo wiele zyskuje i choćby dlatego warto ją przeczytać. Czasami bywała przewidywalna, przynajmniej ja się wiele rzeczy domyśliłam wcześniej, ale zakończenie jednak mnie zaskoczyło. Bohaterowie mnie nie zaciekawili, bowiem ich kreacje były słabe pod względem psychologicznym. Anna to postać szczególnie irytująca, ale nie zawsze, gdyż niekiedy nawet ją lubiłam. Kreacja świata nie do końca mnie zachwyciła, było tutaj wiele historii, które mnie wciągnęły, gorzej jednak z obrazowym przekazem. Sporo było za to akcji, na tym skupiła się pisarka. „Deklarację” polecam wielbicielom powieści antyutopijnych, jednak trzeba się przygotować na to, że świat nie jest do końca dopracowany i możecie potem czuć niedosyt. Mam nadzieję, że kolejne części będą lepsze, a ja chętnie się z nimi zapoznam. 

              Moja ocena: 7/10

Trylogia "Deklaracja":

1. Deklaracja
2. W sieci
3. The legacy

sobota, 12 maja 2012

W pierścieniu ognia - Suzanne Collins



               
               Po wygraniu Głodowych Igrzysk Katniss i Petta wracają do swojego dystryktu, gdzie czeka ich ciepłe przyjęcie przez stęsknione rodziny, przyjaciół i dumnych mieszkańców Dwunastki. Niestety nie mogą liczyć na szybkie zapomnienie koszmaru minionych miesięcy, gdyż trwają przygotowania do Tournee Zwycięzców, podczas którego będą podróżować po całym państwie Panem, biorąc udział w publicznych wystąpieniach i spotykając się z rodzinami poległych na arenie. Stosunki między dwojgiem bohaterów znacznie się skomplikowały od czasu, gdy Peeta wyjawił uczucia jakimi darzy Katniss. Teraz oboje unikają się, nie potrafiąc wrócić do normalności. Każdy szuka sposobu na ucieczkę od rzeczywistości- dla ich mentora ową metodą jest alkohol, który mimo tego, iż jego wychowankowie powrócili cali i zdrowi do domu, nie potrafi uporać się z duchami przeszłości.
                 
               Tymczasem wyjazd na Tournee zbliża się nieubłaganie. Znów daje o sobie znać prezydent Snow, który daje Katniss ultimatum- musi w dalszym ciągu udawać miłość do Peety i przekonać o swych uczuciach cały kraj. W innym razie po powrocie do Dwunastki może nie zastać tam ludzi, których kocha. Dziewczyna ponownie walczy, lecz tym razem już nie tylko o własne życie. Nawet nie zdaje sobie sprawy, do czego nieświadomie zachęca rodaków. Scena z jagodami, która rozegrała się na arenie stała się symbolem- miłości czy walki?
               
               Gdy druga część bestsellerowych Igrzysk Śmierci, które pokochały tysiące ludzi i ja również, trafiła w końcu w moje ręce, z zapałem przystąpiłam do lektury, mając nadzieję na powtórzenie wrażeń z tomu pierwszego. Owszem, nadzieję miałam, ale co tak niezwykłego mogłoby wydarzyć się po raz kolejny? W gruncie rzeczy nie sądziłam, że „W pierścieniu ognia” okaże się tak dobrą książką jak jej poprzedniczka. A co myślę teraz? Druga część była jeszcze lepsza! O wiele lepsza! Była cudowna, rewelacyjna i niezastąpiona. Bo rzadko zdarza mi się książka, przy której ani razu moje myśli nie popłynęły innym torem, odrywając się od fabuły i wracając do rzeczywistości. A tak było w przypadku „ W pierścieniu ognia”. Czytałam nie mogąc się oderwać, w szkole, w domu, cały czas. Przez tę książkę wstałam wcześniej z łóżka (!) i prawie nie zdążyłam na autobus. Pochłonęła mnie tak, że myślałam o niej zasypiając i wstając rano. Podczas lektury skupiałam się tylko na losach Katniss i jej przyjaciół, nie musiałam po kilka razy czytać tego samego zdania, jak to często mi się zdarza, bo zaczęłam myśleć o czymś innym. A to mówi samo za siebie – „W pierścieniu ognia” to świetna powieść antyutopijna, czyli zarazem należąca do jednego z moich ulubionych gatunków.
               
               Możecie myśleć, że po Głodowych Igrzyskach w części pierwszej, ciekawiej już nie będzie. Jesteście w wielkim błędzie, bo będzie jeszcze lepiej. Podziwiam pisarkę za pomysły przewijające się przez jej głowę, bo to, co przygotowała dla swoich czytelników jest szalenie zaskakujące. Wena jej nie opuściła, przynosi nam kolejną dawkę emocję i silnych wrażeń, dawkę uzależniającą. Wraz z czytaniem kolejnej części poprzeczka, którą ustawimy dla przyszłych książek, gwałtownie podskoczy do góry. W powieści „W pierścieniu ognia” znajdziecie wszystko, co Was zachwyciło w „Igrzyskach śmierci” i jeszcze więcej. Podczas czytania niejednokrotnie na mojej twarzy zagościł uśmiech, podczas tych dobrych i podnoszących na duchu momentów. Znacznie częściej jednak miałam w oczach łzy, nawet nie w jakiś szczególnie smutnych chwilach, gdy ktoś umiera, zostaje ranny czy okaleczony- nie martwcie się, w tej części nie będzie tak źle, jak podobno jest w kolejnej, ja jeszcze nie wiem, jestem dopiero w trakcie czytania „Kosokłosa”. Łzy w oczach miałam w momentach wzruszających, gdy pojawiały się z pozoru mało znaczące gesty, które jednak niosły ze sobą olbrzymią ilość wartości, takich jaki miłość, odwaga, poświęcenie, przyjaźń. Na szczęście łzy się po policzkach nie polały, bo zastygły w przerażeniu całym tym okrucieństwem, brutalnością i złem, jakie występuje w książce. Nawet teraz, pisząc te słowa się wzruszam (nie płacz!), bo takie książki też trzeba czytać! Nie zawsze mamy do czynienia z dobrem, nie zawsze będziemy świadkami szczęśliwych zakończeń, nie zawsze będziemy zadowoleni z tego, o czym przeczytaliśmy. Znam osoby, które po skończeniu tej serii  znienawidziły ją za to, jaka jest okrutna. Ale ja nie lubię cukierkowych historii, tak dalekich od rzeczywistości. „W pierścieniu ognia” przypomina nam o całym złu tego świata i o tym, że nigdy nie wolno nam do czegoś takiego doprowadzić.
               
               Suzanne Collins bardzo wiernie oddaje wszystkie wydarzenia i maluje słowami, dzięki czemu mogłam idealnie wyobrazić sobie każdy kawałek świata, o którym opowiada. Miałam wrażenie, jakbym oglądała film, z tym że kadry miałam w głowie dzięki talentowi pisarki i oczywiście niesamowitej historii, która tak przemawia do czytelnika. Bardzo spodobało mi się zastosowanie czasu teraźniejszego i pierwszej osoby w narracji, bo cały czas czułam, że te wydarzenia rozgrywają się dokładnie w tej chwili, a ja jestem ich uczestniczką.
              
                „W pierścieniu ognia” polecam z całego serca wszystkim czytelnikom, nie tylko miłośnikom powieści fantastycznych czy antyutopijnych. Jest to bowiem książka uniwersalna, którą można odbierać nie tylko jako opowieść o fikcyjnym świecie. Przekazuje nam ona mnóstwo uczuć, emocji, wartości ważnych w życiu człowieka i pokazuje jego okrucieństwo oraz walkę ze złem za wszelką cenę. Nie wiem czy jakakolwiek książką, którą kiedykolwiek przeczytałam, jest równie godna polecenia, dlatego czytajcie! Polecam absolutnie i bezapelacyjnie.

Moja ocena: +10/10

      Na koniec polecam Wam piosenkę o Igrzyskach w wykonaniu Birdy, która jest fantastyczna


czwartek, 29 grudnia 2011

"Więzień Labiryntu" - James Dashner


            Strefowicze nie znają prawdziwego świata, znajdującego się poza murami labiryntu. Żyją na niewielkiej przestrzeni, otoczonej ze wszystkich stron kamiennymi ścianami, wznoszącymi się wysoko w niebo. Tylko cztery wrota umożliwiają opuszczenie przymusowego miejsca pobytu. Jednak to, co znajduje się za nimi, jest chyba nawet gorsze od przebywania  w Strefie, gdzie są przynajmniej bezpieczni, mają co jeść, pić, a co tydzień otrzymują windą zaopatrzenie. Natomiast labirynt to przerażająca plątanina kamiennych korytarzy, zmieniających co noc położenie,  po których krążą Bóldożercy- obrzydliwe stworzenia- maszyny, z którymi spotkanie nie jest przyjemnym przeżyciem.  Strefowicze nie wiedzą, jak znaleźli się w tym miejscu. Jedyne ich wspomnienia to pojawiające się od czasu do czasu, niepowiązane z konkretnymi osobami, miejscami, czy sytuacjami, obrazy z przeszłości. Tak jakby ktoś wykasował im pamięć. Nie znają ludzi, którzy im to zrobili, nazywają ich jednak Stwórcami.
Coś się zmienia, gdy pewnego dnia w Strefie pojawia się Thomas. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo co miesiąc, tak zwanym Pudłem, przybywa do labiryntu chłopiec. Ale właśnie. Co miesiąc. Chłopiec. A tymczasem w następnej dobie pojawia się dziewczyna, pierwsza w dwuletniej już historii Strefy. Oznajmia, że nic już nie będzie takie jak dawniej. I nie myli się.  
„Więzień Labiryntu” to pierwsza część trylogii fantastycznej o tym samym tytule, która stała się bestsellerem na rynku amerykańskim. Jej autorem jest James Dashner, twórca kilku serii książkowych dla młodszych czytelników, wraz z rodziną mieszkający w stanie Utah. Cała trylogia ukaże się w Polsce nakładem wydawnictwa „Papierowy Księżyc”, druga część – „Próby ognia”- w marcu 2012 roku. Planowana jest ekranizacja „Więźnia Labiryntu” przez wytwórnię 20th Century Fox.
Zaczynając lekturę, po przeczytaniu zarówno jej opisu jak i pozytywnej recenzji, miałam co do „Więźnia Labiryntu” wysokie wymagania. Nastawiłam się na historię, która mnie zadziwi, wciągnie, wprowadzi w nastrój tajemnicy i grozy. I nie zawiodłam się.
Początkowo książka jest po prostu ciekawa. Wraz z głównym bohaterem dopiero zapoznajemy się z sytuacją, tak jak i on niewiele wiemy o Strefie i jej mieszkańcach. Stopniowo zostajemy wprowadzeni w zasady rządzące tym małym światem. Dopóki jeszcze zasady istnieją. Bo wkrótce sytuacja znacznie się komplikuje, w labiryncie dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy, a Thomas musi zagłębić się w ocean tajemnic ze swojej przeszłości, żeby zapobiec katastrofie. Dodatkowo interesujące jest to, że wie o sobie tyle co nic, a każde pojawiające się wspomnienie może okazać się i dla niego, i dla czytelnika, szokujące.
Język powieści jest prosty w odbiorze, czyta się łatwo i przyjemnie. Do pewnego momentu, dla takich jak ja fanów pięknego wysławiania się w stylu „Cukierni pod Amorem”, wada mogą być dialogi pomiędzy bohaterami. Slang, zarówno współczesnej młodzieży jak i książkowych Strefowiczów, łączy się, tworząc mieszkanką pojawiającą się nagminnie w początkowej części powieści. Bardzo irytowały mnie ciągłe kłótnie między postaciami, owocujące bogatymi wiązankami wymyślnych wyzwisk. Ile razy można używać słów typu „smrodas”, „sztamak”, „klump”?  Byłam tym tak zniechęcona, że moim jedynym marzeniem było, żeby tylko bohaterowie się w końcu uspokoili. Na szczęście moje pragnienie spotkało się z pozytywnym odezwem, bowiem wkrótce natężenie żargonu znacznie zmalało, a Strefowicze zaczęli prowadzić inteligentne rozmowy i udzielać ciekawych informacji. Poza tym, przy takiej akcji, na niektóre wady dialogów można przymknąć oko.
A co to jest za akcja ! Według mnie godna największego podziwu. O ile za „szybkie zwroty akcji” uważałam te z książek, w których dzieje się nieporównywalnie mniej, nie wiem, co mogłabym powiedzieć o tych z „Więźnia Labiryntu”. Czytałam w dzień, w nocy, z rana, gdy wstałam, przy jedzeniu kolacji, reagując złością na każdy hałas przeszkadzający mi w lekturze. Mogę powiedzieć: „ Oj dzieje się, dzieje”. Od czasu, gdy akcja się rozkręca, nieustannie pojawiają się nowe problemy, zmiany w Strefie, wspomnienia w głowie Thomasa, poszlaki, czy wskazówki podsuwane przez Stwórców. Podczas czytania, gdy mogłam kątem oka zauważyć, że zbliża się koniec rozdziału, zasłaniałam zakładką ostatnie linijki tekstu, bo tak mnie kusiło, żeby zerknąć. Tym bardziej, że często właśnie pod koniec rozdziałów dzieje się coś niezwykłego, co nie pozwala przerwać lektury i każe czytać dalej.
Nie wiem, jak opisać moje uczucia po skończeniu książki. Zdradzę tylko, że nawet ostatnie strony nie przestają zaskakiwać. A gdy przeczytałam słowa z okładki: „Przetrwałeś Labirynt. Jesteś jednym z wybrańców. Ale czas prób jeszcze się nie skończył.”, czułam się jakbym naprawdę to ja brała udział w tych wydarzeniach. Niesamowita książka ! Mogę tylko niecierpliwie oczekiwać na kolejną część i mieć nadzieję, że dorówna pierwszej. Polecam !

                                  Z N A J D Ź   W Y J Ś C I E   A L B O    G I Ń.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 25 grudnia 2011

"Igrzyska Śmierci" - Suzanne Collins


W dwunastu dystryktach należących do państwa Panem, powstałego na ruinach dawnej Ameryki Północnej, nic nie budzi większego lęku niż Głodowe Igrzyska. Bo co musi czuć osoba, której dziecko, siostra, brat, chłopak albo dziewczyna, zostaje wyznaczona do walki na śmierć i życie z 23 innymi uczestnikami w wieku od 12 do 18 lat? Z pewnością dla większości z nich tragedią byłoby, gdyby to oni znaleźli się na z góry przegranej pozycji. Niewielu ludzi zachowałoby się jak Katniss, która z miłości do siostry zgłasza się zamiast niej do udziału w igrzyskach. Odważna dziewczyna musi zmierzyć się z silniejszymi od siebie przeciwnikami, często od dzieciństwa szkolonymi po to, by zabijać. A także z chłopcem,  który uratował jej życie. Czy miłość może być sposobem na przetrwanie?
Gdy już znajdą się na arenie wszystkie chwyty są dozwolone. Zabijaj albo giń to właściwie żaden wybór. Nikt nie zamierza się poddawać. Każdy ma w swoim dystrykcie rodzinę, która na niego czeka, kibicuje ze wszystkich sił i będzie opłakiwać w razie śmierci. Trzeba więc walczyć, aż nie zginą wszyscy z wyjątkiem tego jednego zwycięzcy, dopóki okrutna gra się nie skończy. Cały jej przebieg jej przez kilka tygodni transmitowany na żywo w telewizji całego państwa, każdy krok trybuta jest śledzony przez kamery, każde słowo nagrywane i znane wszystkim mieszkańcom państwa Panem, każda śmierć jest wyłącznie kolejną atrakcją dla widzów.
Owe Głodowe Igrzyska to symbol nieograniczonej władzy Kapitolu, zarządzającego wszystkimi dystryktami i trzymającego w ręku ludzkie istnienia, gdzie nieznane jest pojęcie wolności słowa. To przypomnienie, że istniejąca sytuacja nigdy się nie zmieni, że ludzie nadal będą pracować ponad siły, żeby potem umierać z głodu. To ostrzeżenie, że karą za nieposłuszeństwo jest śmierć, a zdarzenie sprzed lat, gdy trzynaście dystryktów zbuntowało się przeciwko Kapitolowi, nie może się powtórzyć. To ofiara z ludzkich istnień.
„Igrzyska Śmierci”  to powieść antyutopijna, pierwsza część trylogii autorstwa Suzanne Collins, twórczyni cyklu „Underland Chronicles” oraz bajek, opowiadań i programów telewizyjnych dla dzieci. Pisarka wraz z rodziną mieszka w Connecticut. W marcu 2012 roku odbędzie się premiera ekranizacji powieści.
Akcja „Igrzysk Śmierci” toczy się bardzo szybko, ciągle dzieje się coś nowego, czytelnik nie ma czasu na nudę. Sytuacja zmienia się diametralnie, przynajmniej od chwili, gdy rozpoczyna się walka na arenie. A jednak czegoś mi brakowało, mianowicie uczuć. Więcej wiemy o tym, co dzieje się w opisywanym świecie niż w głowie bohaterki. Jednak po skończeniu lektury i długich przemyśleniach, doszłam do wniosku, że o to właśnie chodzi. „Igrzyska Śmierci” są pozbawione wszechobecnego w dzisiejszych czasach patosu. Katniss nie zachowuje się jak skrzywdzona przez los dziewczyna, która na każdej stronie książki będzie się nad sobą użalać, obnosić ze swoją rozpaczą, bezradnością i samotnością w świecie, gdzie stawką jest jej życie. Na kartach powieści Suzanne Collins nie znajdziemy złotych myśli, którymi raczyłaby nas główna bohaterka. To mądra dziewczyna, wie co jest naprawdę ważne. Ma w sobie siłę, by się nie poddawać, godnie przyjąć to, co ją czeka i w głębi serca, pomimo otaczającego ją zła, pozostać tą samą osobą. Przede wszystkim jednak kieruje nią miłość. Za wszelką cenę stara się nie zawieść ludzi, których kocha. Lektura skłania czytelnika do przemyśleń: ”Czy to, co zostało przedstawione jako literacka fikcja, aby na pewno nią jest ?”
Chciałabym móc napisać, że „Igrzyska” bawią i wzruszają. Ale to nie byłaby prawda. O tej historii można powiedzieć wiele. Owszem: szokuje, przeraża, skłania do refleksji, niekiedy doprowadza do łez. Ale na pewno nie bawi. To opowieść o okrucieństwie, śmierci, woli przetrwania i walce ze złem.
„Igrzyska Śmierci” polecam czytelnikom zainteresowanym powieściami przedstawiającymi katastrofalną wizję przyszłości i na długo zapadającymi w pamięć. Bo do takich powieści „Igrzyska” należą. Warto przeczytać. 

Moja ocena: 6/6



poniedziałek, 12 grudnia 2011

And the only solution was to stand and fight. "Intruz" - Stephenie Meyer

                 Pewnie wielu z Was miało w rękach, a pewnie także przeczytało w całości książkę, o której będzie mowa w tej notce. Zdaję sobie sprawę, że raczej nie będę oryginalna publikując jej recenzję, ale ta pozycja naprawdę mi się spodobała, a że w związku z tym miałam wenę i chęci, wyszło jak wyszło.
                                                    ...
                  Nikt nie spodziewał się, że tak może wyglądać przyszłość Ziemi. Że nie będzie żadnej wielkiej katastrofy, na skutek której nasza planeta przestanie istnieć we wszechświecie. Nie nastąpi też zagłada ludzkości spowodowana naturalnym biegiem rzeczy, wyczerpaniem się zasobów ziemskich ani Sądem Ostatecznym. A jednak wszystko ulegnie całkowitej zmianie.

                Czy może byś coś gorszego niż koniec świata? Zapewne tak, jeśli uznamy za przerażającą perspektywę całkowitej utraty kontroli nad swoim życiem. Bo kto chciałby zostać opanowanym przez nieznanego wroga? Być zepchniętym w najdalsze zakamarki swojego umysłu, nie mieć władzy nad ciałem, sterowanym przez kogoś innego i możliwości podejmowania decyzji? Ciężko jest wyobrazić sobie wspólną egzystencję dwóch osobowości. A jednak taka rzeczywistość spotyka Melanie i Wagabundę - człowieka i duszę. Musi byś trudno dzielić wszystkie uczucia, myśli i wspomnienia z kimś, kogo się nienawidzi. Tym bardziej, że taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca, a coś wymyka się spod kontroli.

                Stephenie Meyer to znana na świecie pisarka. Sławę zawdzięcza przede wszystkim sadze "Zmierzch", bardzo popularnej wśród młodych czytelników. Autorka ukończyła literaturę angielską na Brigham Young University. Obecnie wraz z rodziną mieszka w Arizonie. Powieść z gatunku fantastyki zatytułowaną "Intruz", w przeciwieństwie do swoich poprzednich dzieł, przeznaczonych głównie dla młodzieży, napisała z myślą o dorosłych czytelnikach.

                Na tle historii o wampirach, aniołach i wielkich miłościach, którymi czytelnicy są obecnie zasypywani przez rynek książek, "Intruz" pozytywnie się wyróżnia. Jest to coś świeżego i zaskakującego w dzisiejszej literaturze. Meyer miała dobry pomysł, a jego wykonaniu także nie potrafię nic zarzucić. Chciałabym znaleźć i przedstawić jakieś wady, bo przecież wszystko ma swoje słabe strony. Ale nie mogę. Może nie ma takowych albo to ja ich nie dostrzegam, pozostawiam to do oceny czytelnikowi.

                Gdy już rozpoczęłam swą przygodę z "Intruzem", z trudem przerywałam czytanie, by znaleźć czas na takie prozaiczne czynności jak na przykład jedzenie czy spanie, które tylko przeszkadzały mi w zagłębianiu się w fabułę. Z ręką na sercu mogę przyznać, że książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Przypadły mi do gustu i niezwykła historia, rozwój akcji i bohaterowie, do których się przywiązałam, jeśli można tak powiedzieć co do postaci fikcyjnych. Cieszyłam się z ich sukcesów, wzruszałam podczas wyjątkowo dramatycznych scen, martwiłam, gdy coś szło źle. Wszystko to działo się przez 500 kart powieści, może nie jest to mało, ale czyta się łatwo i przyjemnie. Żałowałam, że to już koniec. Szczerze polecam "Intruza" czytelnikom, którzy lubią być stale zaskakiwani i nie tolerują nudy oraz osobom szukającym oryginalnej i nieszablonowej pozycji wśród współczesnej literatury.

Moja ocena : 5+/6


Florence And The Machine  - Only if for a night
http://www.youtube.com/watch?v=MkJK2KVFsi0  


Udanego popołudnia!