Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pieczęć ognia - Gesa Schwartz



Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z różnorodności otaczających ich istot. Wydaje im się, że są panami tego świata, a tymczasem magiczne stworzenia towarzyszą im na każdym kroku. Już nawet nie mówiąc o równoległych rzeczywistościach, ale choćby takie gargulce. Monumentalne i niezniszczalne, górują nad okolicą stojąc na dachach budynków, bynajmniej nie w celach ozdobnych. Tylko dniem kamienieją, natomiast nocą patrolują okolicę i mogą schodzić do własnego, niedostępnego dla ludzi świata. Takim gargulcem jest właśnie Grim, który ponadto należy do Naczelnej Policji Gargulcowej i jest najwyższym rangą Cienioskrzydłym. Teraz ma pełne ręce roboty, gdyż nieuchwytny sprawca morduje potężne magiczne istoty, a fala strachu ogarnia świat.

Pieczęć ognia to pierwsza część serii opowiadającej o świecie gargulców. Stworzenia te mają własny kodeks, który między innymi zabrania kontaktów z ludźmi, w przeszłości bowiem niewłaściwe działania zaowocowały wyniszczającą wojną, a nikt nie chce po raz drugi popełnić tego samego błędu. Nie wszystkim jednak podoba się rzucenie Czaru Zapomnienia na ludzi, przez który nie mogą oni zobaczyć gargulców. Konflikt w tej sprawie i inne intrygi zagrażające światu magicznych stworzeń przedstawia właśnie typowo fantastyczna powieść „Pieczęć ognia”.

Świat przedstawiony książki jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w gatunku fantasy. Rozbudowane opisy dotyczące miasta magicznych stworzeń, cała ideologia gargulców, interesujące mity z zamierzchłych czasów, cała podstawa książki została dobrze przemyślana i nie mam co do niej zastrzeżeń. Główni bohaterowie to Grim, ale także Mia, pochodząca ze świata ludzi, co czyni intrygę bardziej skomplikowaną. W książce nie brak tajemnic, a największą jest samobójstwo ojca Mii oraz tajemnicza księga przekazana jej przez brata. Świat ludzi został zgrabnie połączony ze światem magicznych stworzeń.

Moje zarzuty tyczą się natomiast sposobu poprowadzenia akcji. Według mnie książka jest zbyt rozwleczona, przez co nie wciąga tak jak powinna. Ponadto styl autorki bynajmniej mnie nie urzekł, słowa wychodzące spod jej pióra nie miały tej magii, która by oczarowała czytelnika. Sposób pisania nie uzupełnia powieści, a raczej niweczy efekt osiągnięty przez dobry pomysł autorki na świat przedstawiony i główną intrygę. Szczerze mówiąc, przez sporą część książki byłam znudzona i liczyłam na jakiś punkt kulminacyjny, który nie nastąpił, moje emocje przez cały czas utrzymywały się na podobnym poziomie.

Ale nie to jest najgorsze, a wątek romantyczny. Od początku spodziewałam się, że między głównymi bohaterami zacznie się coś dziać i nie byłam z tego powodu zachwycona. Po pierwsze, Grim jest gargulcem, czyli istotą z kamienia, a Mia człowiekiem, to jednak najmniejszy problem. Dziewczyna strasznie mnie irytowała, a jej uczucia były przedstawione w tak dziwny i niewiarygodny sposób, to jak mówi o nagłym poczuciu bezpieczeństwa czy swojej tęsknocie, bez przesady. Już wkrótce miałam jej dość, a Grim też nie wzbudził moich ciepłych uczuć. Coś jest nie tak z tymi bohaterami, skoro żadnego nie polubiłam, oboje wydali mi się zbyt niewiarygodni i sztuczni.

„Pieczęć ognia” to książka mająca swoje mocne i słabsze strony. Bardzo podobał mi się barwny, żywy świat przedstawiony i pomysłowa intryga, czego niestety nie mogę już powiedzieć o nudnym sposobie pisania autorki i bohaterach, którzy przez całą lekturę po prostu działali mi na nerwy. W końcowym bilansie powieść wypada przeciętnie i nie poleciłabym jej szerszemu gronu potencjalnych czytelników, choć zdaję sobie sprawę, że odbiór „Pieczęci ognia” zależy głównie od podejścia do bohaterów, a Wasze odczucia co do nich mogą być nieco inne.


Moja ocena: 6/10

niedziela, 13 października 2013

GONE. Światło - Michael Grant



W ostatniej części GONE będzie miało miejsce ostatnie starcie bohaterów z wrogą siłą, gaiaphage. Bariera w końcu stała się przezroczysta i teraz wszyscy dorośli mogą obserwować wydarzenia rozgrywające się w kopule i bynajmniej nie są zachwyceni obrazami, które ukazują się ich oczom. Początkowo uważali biedne dzieci za ofiary, teraz stały się one zagrożeniem, część społeczeństwa jest nawet za unicestwieniem ETAPu wraz z jego mieszkańcami. Inni głosują za przeprowadzeniem procesów i skazaniem prowodyrów. Na razie jednak bariera jeszcze istnieje, choć wszyscy przeczuwają nadciągający koniec. Większość nastolatków uważa, że nie wyjdzie z tego cało, a gaiaphage zatriumfuje.

Chyba każdy wie, o czym opowiada seria GONE autorstwa Michaela Granta, a jeśli nie, wystarczy zajrzeć do recenzji poprzednich tomów. Zyskała ona na świecie wielką popularność i grono oddanych fanów, do których i ja należę, polecając te książki zawsze i wszędzie. Za co tak uwielbiam GONE? Przede wszystkim za wspaniałych bohaterów. W kolejnych tomach pojawia się coraz więcej postaci, niektóre odchodzą, ale wszystkie są charakterystyczne, realne i nie wyidealizowane. Mają swoje wady i zalety, możemy ich potępiać lub podziwiać, a przede wszystkim nie pozostają tacy sami, lecz pod wpływem strasznych wydarzeń zachodzą w nich zmiany.

Książki Granta opowiadają o młodzieży i do takiego też grono odbiorców są skierowane, lecz mimo to nie są złagodzone i przymykające oko na pewne wydarzenia. Wręcz przeciwnie, autor nie unika brutalnych, strasznych scen, dzięki czemu do czytelnika w pełni dociera okrucieństwo świata ETAPu. Jednak historia ma jeszcze jedną zaletę, a mianowicie jest kompletnie nieprzewidywalna. Czytelnik w żadnym momencie książki nie może nawet w przybliżeniu spodziewać się tego, co wydarzy się za chwilę. Co do ostatniego tomu wszyscy fani mieli wielkie nadzieje, ale też odczuwali niepokój o losy swoich ulubionych bohaterów. Jak to więc jest z tym „Światłem”, czy warto było czekać?

Krótka odpowiedź, zdecydowanie tak. Historia dalej zaskakuje, a akcja mknie naprzód. Pojawiają się chwile refleksji, a przemyślenia bohaterów działają także na czytelnika, pobudzając jego wyobraźnię. Trup ściele się gęsto, Grant jest bezlitosny dla swoich postaci i uczuć odbiorcy. Niestety książka jest prawie o połowę krótsza od poprzednich części, choć tak jak zawsze nie można się od niej oderwać. Zakończenie jest dobre, choć nie tak spektakularne, jakie myślałam, że będzie. Oczywiście Michael Grant nie jest autorem, po którym można się spodziewać happy endów, ale zawsze powtarzam, że dzięki temu książki lepiej zapadają w pamięć i wywołują więcej emocji. Przy końcu można było się wzruszyć, współczuć swoim ulubieńcom, uronić łzy. Doczekałam się zakończenia wątku mojej ulubionej pary i jestem nim w pełni usatysfakcjonowana. Czegóż chcieć więcej? Polecam z całego serca tę cudowną serię!

Moja ocena: 10/10

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Klątwa opali - Tamora Pierce



Rebecca Cooper właśnie rozpoczyna służbę w Gwardii Starościńskiej. Od pierwszego dnia zaczyna prowadzić dziennik, w którym spisuje kolejne dni mijające na ściganiu bandytów, wyłapywaniu grasujących po targu złodziejaszków i wsadzaniu za kratki agresywnych rodziców. Bowiem członkowie Gwardii, potocznie nazywani Psami, zajmują się walką z przestępczością w mieście. Pracują na kilka zmian, dlatego wyróżniamy Straż dzienną czy wieczorną, a także w różnych rejonach, Becca chce działać w Niższym Mieście. Jest to miejsce najbardziej niewdzięczne i niebezpieczne, ale dziewczyna się w nim wychowała i dobrze zna jego zakamarki. Teraz jest dopiero Szczenięciem, ale trafia pod opiekę wybitnych Psów, Tunstalla i Goodwin. Są to postacie specyficzne, budzące u niej lęk i respekt, ale ma nadzieję, że współpraca ułoży się dobrze. Tym bardziej że już wkrótce wpadają na trop większej afery, niż przeciętni kieszonkowcy.

Klątwa Opali autorstwa Tamory Pierce to książka trochę przygodowa, w głównej mierze detektywistyczna, a dodatkowo rozgrywająca się w czasach odpowiadających średniowieczu, aczkolwiek świat przedstawiony wygląda inaczej niż nasz. Nawet wątki fantastyczne się znajdą, a uosabia je postać głównej bohaterki, która nie dość, że pracuje w służbach odpowiadających naszej policji, to jeszcze zbiera informacje od gołębi i potrafi rozmawiać z Pyłami. Autorka miała duże pole do popisu, ponieważ połączyła ze sobą wiele różnych pomysłów, a i kryminalnych intryg nie zabrakło. W dodatku Klątwa Opali to dopiero pierwszy tom „Kronik Cortallu”.

Akcja powieści Tamory Pierce rozgrywa się w czasach średniowiecznych, więc język nie jest uwspółcześniony, ale też nie ma problemów z jego zrozumieniem. Czas akcje bardziej widoczny jest w opisach miasta i żyjących w nim mieszkańców, które są ciekawe i realistyczne, autorka skupiła się na prostych ludziach z najbiedniejszej dzielnicy. Kolejne dni służby w Gwardii opisywane są bardzo dokładnie w formie dziennika przez Beccę. Warto wspomnieć, że dziewczyna naprawdę cieszy się swoją pracą i pragnie osiągnąć w niej jak najwięcej. W przeciwieństwie do swoich rówieśników nie jest do niej zmuszana z braku lepszego zajęcia. Dziewczyna to robiąca pozytywne wrażenie bohaterka, jest odważna i silna, ma własne zdanie i konsekwentnie dąży do celu, choć z drugiej strony jest nieśmiała w kontaktach z ludźmi. Na uwagę zasługują jej szczególne zdolności, czyli porozumiewanie się z gołębiami i ulicznymi pyłami.

Jeśli chodzi o kryminalny aspekt książki, występują w niej dwie główne intrygi. O ile rozwiązanie pierwszej jest dość oczywiste, to równoległa już tak przewidywalna nie jest. Obstawione przeze mnie dwa typy niestety się nie sprawdziły, wyprzedziłam Beccę dopiero pod koniec o kilka stron. Natomiast codzienne zmagania Psów z przestępczością w Niższym Mieście nie są zagadką logiczną, a raczej scenami typowymi dla książki przygodowej. Poza Beccą wartymi uwagi bohaterami są jej opiekunowie Tunstall i Goodwin, bo już nastoletni przyjaciele dziewczyny specjalnie się nie wyróżniali i wrażenia na mnie nie wywarli.

Klątwa opali nie jest książką rewelacyjną, ale też się przy niej nie nudziłam. Stale coś się dzieje, życie bohaterki obfituje w wiele wrażeń. Intryga detektywistyczna jest dość ciekawa i w połowie nieprzewidywalna. Kilka postaci budzi pozytywne uczucia, wywołuje uśmiech na twarzy, oni się pisarce udali, choć niektórzy są przeciętni. Język powieści jest przystępny i zachęcający do lektury, jednak Klątwa opali nie wciągnęła mnie aż tak bardzo, żebym nie mogła się od niej oderwać. Podsumowując, całkiem niezła młodzieżówka z wątkiem detektywistycznym.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar

wtorek, 16 kwietnia 2013

Tak blisko - Tammara Webber



Jacqueline przez kilka lat była związana z Kennedym. Wydawał jej się chłopakiem idealnym, to dla niego przyjechała na Uniwersytet Stanowy, zamiast pójść za marzeniami do Akademii Muzycznej. Nic nie zwiastowało tego co miało się wydarzyć, a mianowicie wyboru chłopaka, który zrywa z dziewczyną w imię wolności. Jacqueline jest na skraju załamania, ale wkrótce znajduje sposób na wykaraskanie się z kłopotów, sposób w osobie nieznanego tutora, który ma jej pomóc w nadrobieniu zaległości. Z drugiej strony pojawia się inny tajemniczy mężczyzna, tym razem poznany w realnym życiu, a nie przez Internet, ale w straszniejszych okolicznościach. Lucas ratuje Jacqueline, która zostaje zaatakowana na pustym parkingu po wyjściu z imprezy przez przyjaciela swojego byłego chłopaka. Kim tak naprawdę jest Lucas i skąd zna imię dziewczyny?

„Tak blisko” to powieść dla starszej młodzieży autorstwa Tammary Webber. Zawsze opieram się przed nazywaniem dobrych książek romansami, bo potencjalni czytelnicy mogliby pomyśleć, że to taka płytka i niezbyt mądra opowiastka, taki jest niestety stereotyp po wymówieniu słowa „romans”. W przypadku „Tak blisko” nie użyję tego słowa, jest to bowiem historia pięknej miłości, ale porusza także inny ważny i trudny temat, jakim jest gwałt. Zniechęconych uspokajam więc, że możecie książkę spokojnie przeczytać i nie zrażać się z powodu tematyki romantycznej. Powieść jest dużo bardziej dojrzała i poruszająca niż można by się spodziewać, chociażby spojrzawszy na okładkę. Po powieści pani Webber nie spodziewałam się niczego niezwykłego. Ale często nasze oczekiwania nie pokrywają się zupełnie z rzeczywistością, bo oto z dwóch książek: Partials i Tak blisko, spodziewałam się, że ta pierwsza będzie niezwykła i wciągnie mnie bez reszty. Przecież miłosnych historii dla nastolatków jest całe mnóstwo i nie zwykły mnie one zaskakiwać. Tymczasem właśnie „Tak blisko” kompletnie mnie oczarowało, tak że przeczytałam książkę w zaledwie jeden dzień i wręcz nie mogłam się od niej oderwać.

Co takiego magicznego jest w powieści Tammary Webber? Sama się nad tym zastanawiam, ale ważną rolę odgrywa sposób przedstawienia zdarzeń. Narracja pierwszoosobowa jest prowadzona przez główną bohaterkę, a sama historia zaczyna się od sceny próby gwałtu i spotkania z nieznajomym, który ratuje dziewczynę. Znajdujemy się w samym środku wydarzeń i na dalszych stronach jest podobnie, powoli dowiadujemy się, jak to wszystko się zaczęło. Autorka odkrywa karty stopniowo, a nie zarzuca nas na samym początku faktami z życia Jacqueline, by potem przerzucić się na mknącą naprzód akcję. Wszystko jest idealnie wyważone, ale i tak książka pochłania i ciężko jest odłożyć ją na bok. Zwykle robię sobie przerwy przy czytaniu i zajmuję się czymś innym, ale tym razem już za pierwszym podejściem przeczytałam na raz prawie 100 stron. W powieści nie ma nudnych momentów, autorka ma zdolność do przedstawienie wszelkich zdarzeń i retrospekcji w intrygujący sposób. Ale nie to jest najważniejsze, bo nie samą szybką akcją książka żyje.

Siłą książki są jej bohaterowie. Lucas to młody mężczyzna z tych ”niegrzecznych” jak twierdzi Jacqueline i jej przyjaciółki: kolczyk, tatuaże i inne bajery. W sumie nie spodziewałam się, że tak go polubię, ale świetny jest! Ciężko go rozgryźć, z jednej strony jest skryty, tajemniczy i doświadczony przez życie, a z drugiej troskliwy i opiekuńczy, Lucas to człowiek pełen kontrastów. A jak jest z Jacqueline? Przyznam, że bardzo rzadko w pełni solidaryzuję się z główną bohaterką, zawsze mnie coś w którejś razi, a to zbyt wygadana i pewna siebie, a to głupiutka i naiwna, a to taka nieudana sierotka. Natomiast Jacqueline jest postacią świetnie wykreowaną, choć nie pozbawioną wad. Nawet bohaterowie drugoplanowi, tacy jak wykładowca ekonomii, kolega Jacquelin z zajęć czy jej przyjaciółka byli ciekawi i prawdziwi. Szacunek za takie świetne kreacje!

Główną rolę w powieści odgrywa wątek miłosny i nie będę mówić, że jest on nieważny i drugoplanowy, bo bez niego nie byłoby tej książki. We wszystkich scenach z udziałem Lucasa i Jackie czuć tę chemię między nimi i myślę, że każdy będzie im kibicował. Wątek romantyczny nie jest subtelny, pojawiają się nawet lekko zabarwione erotycznie sceny, ale bez przesady, w końcu książka jest dla starszej młodzieży. Miłość w powieści kwitnie, a jej opisanie podobało mi się bardzo. Ważnym tematem jest też gwałt, do którego na początku powieści nie dochodzi, a co stanie się później, nie zdradzę. Autorka bardzo dobrze przedstawia uczucia dziewczyny: strach przed oprawcą i tym, że przyjaciele ani policja jej nie uwierzą, prześladujące ją złe wspomnienia. Jednak są też sposoby, by się bronić i poradzić sobie z tą sytuacją, a Jacqueline z nich korzysta.

Małą wadą jest to, że nie obyło się bez przewidywalności. Autorka nie wykorzystuje wyświechtanych motywów, ale za to wprowadzone przez nią intrygi nie są trudne do rozpracowania dla czytelnika. Pewnych elementów, które z założenia miały być dla mnie zaskoczeniem, domyśliłam się dużo wcześniej niż nastąpiło ich wyjaśnienie. Mimo to z ciekawością czekałam, jak zareaguje na rewelacje główna bohaterka. Nie rzutuje to na powieść, ponieważ jest ona wspaniała i ma masę dobrych stron, a złych nie zauważyłam. Książką „Tak blisko” jestem zachwycona i polecam ją serdecznie wszystkim zainteresowanym poznaniem pięknej historii miłosnej.

Moja ocena: 8.5/10
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar :)


piątek, 12 kwietnia 2013

Partials. Częściowcy - Dan Wells


Jedenaście lat temu zbudowani przez ludzi Częściowcy zbuntowali się przeciw nim. Ich przeznaczeniem było walczyć w wojnie izolacyjnej, którą wygrali. Dopiero później miała miejsce katastrofa, która zniszczyła dotychczasowy świat. Częściowcy stworzyli wirusa RM, wystarczająco silnego, by zabić ponad 99% ludzkości. Kilkadziesiąt tysięcy ocalałych zamieszkuje wyspę i jest przekonanych, że na całym świecie mało kto się ostał. Największą klęską jest fakt, że od jedenastu lat żaden noworodek nie przeżył. Wszyscy umierają najwyżej kilka dni po narodzinach na skutek działania wirusa. Sytuacja grozi wyginięciem ludzkości, więc Senat podejmuje coraz bardziej radykalne środki. Najbardziej znaczącym jest Ustawa Nadziei, która nakazuje kobietom od osiemnastego roku życia zachodzić w ciążę. Ludzie liczą na to, że takie prawo spowoduje w końcu narodziny odpornego dziecka, to jednak jeszcze nie nastąpiło.


Właśnie taki świat prezentuje Dan Wells w swojej antyutopijnej powieści pod tytułem „Partials”, będącej pierwszą częścią serii. Ludzkość swoimi działaniami doprowadziła do „końca świata”, tworząc okrutne, przerażająco silne i bezwzględne maszyny, bo właśnie tak w powieści przedstawieni są Częściowcy. Ich wyrwanie się spod kontroli doprowadziło do wytworzenia wirusa, ale to nie jedyny problem społeczeństwa. Senatowi, który sprawuje coraz bardziej dyktatorską władzę, sprzeciwia się Głos- ruch rewolucjonistów. Wells porusza w powieści wiele tematów, takich jak wojna, totalitarna władza, zagłada ludzkości, a nawet medycyna, choć w hipotetycznym wydaniu, bo na przykładzie nieistniejącego w naszym świecie wirusa. Akurat te medyczne fragmenty mogą nie być zrozumiałe dla każdego, bo mimo że autor starał się je opisać w obrazowy sposób, trzeba było się wysilić, by do końca pojąć proces powstawania i rozprzestrzeniania się wirusa. Nie każdemu się to spodoba, gdyż nie wszystkich taka tematyka po prostu interesuje.


Ale jaki w tym świecie jest punkt zaczepienia dla fabuły? Otóż poznajemy Kirę, szesnastoletnią dziewczynę będącą na stażu w szpitalu. Gdy jej przyjaciółka zachodzi w ciążę, dziewczyna chce za wszelką cenę znaleźć lekarstwo na śmiertelną chorobę. Kira nie była mi specjalnie bliska podczas lektury, podobnie jak większość innych bohaterów. Nie byłam w stanie się z nimi zżyć i przeżywać ich losów w takim stopniu, jak bym chciała. Nie przekonali mnie do siebie, ale traktuję ich neutralnie, nie są największą wadą. Za to akcja według mnie strasznie się wlecze. Większą część książki stanowią opisy wędrówek bohaterów, którzy przedzierają się przez chaszcze, walczą z wrogiem oraz obserwujemy inne sceny typowe dla powieści akcji. Książce tylko w pewnych momentach udawało się mnie wciągnąć, ale zwykle czytanie szło mi powoli i żmudnie. Zdarzało mi się nawet wyłączać i nie wiedzieć o czym przed chwilą przeczytałam.

"Jeśli pewnego dnia, mimo naszych wysiłków i najgłębszej determinacji, upadniemy, niech stanie się to dlatego, że pokonał nas wróg, a nie dlatego, że pokonaliśmy się sami."


„Partials” dzieli się na kilka części, a podział ten jest słuszny, gdyż możemy w fabule wyróżnić kilka najważniejszych etapów. W ich obrębie występuje prawie wyłącznie ten główny temat, na którym skupia się akcja. Za mało jest wątków pobocznych i różnorodności, fabuła jest monotematyczna i przez to może znudzić. Do stylu Wellsa nie mam zastrzeżeń, jest prosty i dobrany odpowiednio do przesłania książki, czyli bez kwiecistego języka, metafor i ozdobników. Ale jednak z jakiegoś powodu czytało mi się kiepsko, choć może to wina fabuły i braku akcji. A co z zalet? Przyznaję, że zaintrygował mnie jeden z bohaterów, a autorowi w niektórych kwestiach udało się mnie zaskoczyć. Nie zmienia to faktu, że w powieści nie ma wielu zagadek i tajemnic, których rozwiązanie wywarłoby na mnie wielkie wrażenie. Zakończenie przyjęłam z zaciekawieniem, ale było to ostatnie kilkadziesiąt stron, które nie rekompensują poprzedniej części powieści.


Sięgając po „Partials” liczyłam na coś zupełnie innego. Chciałam antyutopijnej historii, która zwali mnie z nóg i okaże się czymś oryginalnym, na to zapowiadało się z opisu wydawcy. Niestety potencjał pomysłu Wellsa został zmarnowany przez skupienie się na niewłaściwych wątkach, czyli nie na samej intrydze dotyczącej Częściowców i ich tajemnic. Za wiele miejsca zajęły wyprawy, przygotowania do nich i rozterki bohaterów nie wnoszące nic nowego. Wątek miłosny oczywiście występuje, ale na szczęście nie odgrywa głównej roli i nie powiela schematu, którego się spodziewałam na początku. Ale przede wszystkim byłam przekonana, że Dan Wells pokaże świat z perspektywy Częściowców, a nie zwyczajnej dziewczyny, wtedy powieść miałaby dużo lepszy start. Niestety jestem rozczarowana, a zapowiadało się tak pięknie…

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

środa, 6 marca 2013

Wyrzutki - John Flanagan



                Hal to bystry chłopiec z wieloma pomysłami, szczególnie jeśli chodzi o wynalazki. Niektóre z jego działań kończą się klęską, ale sporo konstrukcji jego autorstwa zasługuje na pochwałę. Ale ta książka nie jest o utalentowanym młodzieńcu i jego wynalazkach. Talent Hala umożliwił mu jednak wprowadzenie rewolucyjnych zmian w projekcie łodzi, która ostatecznie staje się jego własnością. Chłopiec znajduje sobie załogę złożoną z takich jak on, trochę odrzuconych przez społeczność chłopców. Niebawem zaczną się wybory do drużyn, a potem długie i trudne zajęcia, istna szkoła przetrwania, która ma uczynić z dzieciaków dorosłych wojowników. Wszystko wskazuje na to, że załoga „Czapli” będzie musiała wspólnie zmierzyć się z negatywnie do nich nastawionymi kolegami. Czy zasłużą sobie na ich szacunek i przyjaźń, lub chociaż kompletnie się nie skompromitują? Czas pokaże… 


                Wyrzutki to pierwsza część trylogii fantasy Drużyna, która skierowana jest głównie do młodzieży. Autorem jest znany z cyklu Zwiadowcy John Flanagan, który po raz kolejny wykazuje się pomysłowością i sprawnym władaniem piórem. Jednak tym razem zabiera nas do świata Skandian, który mieliście może okazję już odwiedzić wraz z Willem ze „Zwiadowców”. Spotkamy kilka już poznanych postaci, znowu będzie młody, trochę zagubiony główny bohater, ale ostatecznie historia będzie zupełnie inna. Hal jest odrzucony przez rówieśników z racji swojego pochodzenia – jest w połowie Arauleńczykiem. Jego przyjaciele także z różnych względów nie radzą sobie w towarzystwie. Wyrzutki w pewnym sensie można odnieść do współczesnego świata i rządzących nim praw, a książka nie tylko zabawia nas ciekawymi wydarzeniami, ale też niesie pewien przekaz i przedstawia uniwersalne wartości, co jest charakterystyczne dla twórczości Flanagana. Wieczna walka między dobrem a złem, w której nie ma miejsca na odcienie szarości,  a jej rezultat wcale nie jest taki oczywisty.


                Szczerze mówiąc Zwiadowcy znudzili mi się wraz z czwartą częścią, przez którą nie przebrnęłam. Jednak lubiłam styl autora, dlatego postanowiłam zmierzyć się z jego inną serią. Obawiałam się, że fabuła będzie bardzo podobno do poprzednich książek- ciągle jakieś bitwy, konne pościgi, zastosowanie sprytnych forteli i spektakularne zwycięstwo dobra. Początek książki przywitałam z rezerwą, czytałam sobie powolutku, aż w pewnym momencie, nie wiem dokładnie jak i kiedy, ale wsiąkłam w tę historię. I jestem pozytywnie zaskoczona, bo owszem, proza Flanagana zawsze była ciekawa, ale w końcu jest to książka o kilkunastoletnich chłopcach i chyba bardziej się podoba czytelnikom w młodszym wieku, nie tylko ze względu na bohaterów, ale też styl. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale tym razem było inaczej. Nie było ważnych misji, zleceń od samego władcy i chłopca ratującego całe królestwo. Była gromadka nieporadnych, odizolowanych od reszty dzieciaków, które musiały nauczyć się radzić sobie  w życiu.


                Flanagan miał mnóstwo pomysłów na utrudnienie drużynie „Czapli” życia. Kilkutygodniowy trening będzie dla nich szkołą przetrwania i walką o poważanie wśród rówieśników. Wiele różnorodnych zdarzeń, ciekawe konkurencje i zaskakujące rozwiązania do końca utrzymały mnie w napięciu. Styl autora jest lekki i przyjemny, ale nie stroni on od używania bogatego słownictwa i opisów, nie zbyt długich, takich ciekawych i w sam raz. Język jest charakterystyczny dla czasów, w których rozgrywa się akcja, porównując Skandię do naszego świata można uznać, że wydarzenia mają miejsce w średniowieczu, choć w kraju pogańskim. Bohaterów jest naprawdę wielu, a każdy z nich jest inny i ciekawy, potrafią zyskać sympatię czytelnika, a ich zabawne uwagi wywołują szczery uśmiech na twarzy.


                Wyrzutki to bardzo dobry wstęp do kolejnej serii John’a Flanagana. Świat znany ze „Zwiadowców”, ale spojrzenie z perspektywy Skandian to możliwość, którą każdy fan pierwszego cyklu o przygodach Will’a, Hala i ekipy powinien wykorzystać. Nie-fan także, bo może nie zna jeszcze prozy Flanagana, a może zna, ale Drużyna spodoba mu się bardziej? Bo mnie się chyba nawet bardziej podoba! Niby zawsze sądziłam, że to książki, które kochają ciut młodsi ode mnie, a jednak ta historia niesamowicie mnie wciągnęła w wir wydarzeń, przez te 400 stron żyłam życiem naszych młodych bohaterów. Ja dałam się porwać, a jak będzie z Wami, drodzy czytelnicy?

                Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar! :)
Seria Drużyna:
1. Wyrzutki
2. Najeźdźcy
3. Pościg

czwartek, 24 stycznia 2013

Blask - Amy Kathleen Ryan



Empireum to statek kosmiczny, od wielu lat zmierzający w stronę nowej Ziemi, która ma zostać zaludniona i uzdatniona do zamieszkania na niej. Ponieważ na naszej planecie źle się dzieje, grupa wybrańców otrzymuje misję, która ma wpływ na przetrwanie ludzkości. Podczas podróży nie zabraknie problemów, jak chociażby ten z bezpłodnością. Na szczęście kryzys zostaje zażegnany, a na świat znów przychodzą dzieci. Waverly jest najstarszą dziewczyną na statku i wszyscy oczekują od niej, że wyjdzie za mąż i urodzi potomstwo. Jej ukochany Kieran jest natomiast następcą kapitana i cieszy się wielkim poważaniem. Gdy w końcu decyduje się oświadczyć swojej wybrance, ta zaczyna mieć wątpliwości: czy naprawdę chce, by tak wyglądało jej życie? Wkrótce jednak wszyscy będą mieć większe zmartwienia, bo podróżujący równolegle inny statek, Nowy Horyzont, dokonuje ataku na załogę Empireum. Jaki jest cel tej napaści i prawdziwe intencje oprawców?

Blask jest pierwszą częścią trylogii Gwiezdni wędrowcy autorstwa Amy Kathleen Ryan. To porywająca kosmiczna dystopia, której akcje rozgrywa się na statku przemierzającym przestworza w drodze do Ziemi Obiecanej, jaką dla jego załogi jest nowa planeta. Przyczyną tej eskapady jest katastrofalny stan Ziemi, która nie nadaje się już do użytku. Zgodnie z planem ekipa podróżująca Empireum i Nowym Horyzontem ma rozpocząć proces zasiedlania innej planety, a w przyszłości zostanie na nią sprowadzona reszta populacji. Takie jest założenie, jednak czy kiedykolwiek uda się dotrzeć do upragnionego miejsca? W książce pokazana jest wizja społeczeństwa całkowicie kontrolowanego przez samozwańczych przywódców, którzy uważają się także za wysłanników Boga. Wszelki bunt jest brutalnie tłumiony, a swoich poglądów lepiej nie wypowiadać na głos.

Ile już książek było porównywanych do Igrzysk śmierci? Podobna wzmianka znajduje się na okładce Blasku: „Fani Igrzysk Śmierci przemkną przez nią i będą czekać na kolejny tom”. I nie są to bynajmniej czcze przechwałki, bowiem świat powieści mimo tego, że jest osadzony w kosmosie, to jednak założenia ma całkiem podobne. Wymiar brutalności i okrucieństwa  jest tutaj mniejszy, jednak zdziwiło mnie, że Blask jest tak mocny i działający na czytelnika. Nie jest to kolejna młodzieżówka, która ma na chwilę zająć uwagę, zadowolić wyobraźnię i zaspokoić ciekawość. Blask jest zaskakująco mądry i dojrzały, porusza tematy, o których przy książce tego typu byśmy w ogóle nie pomyśleli. Gdzie leży granica wiarą a fanatyzmem? Co jest bardziej niebezpieczne: oszukiwanie ludzi, by sprawować nad nimi władzę, czy prowadzenie ich za pomocą słów, w które samemu się wierzy?

Ta powieść jest tak niejednoznaczna, fascynuje mnie. Siedzi mi w głowie i nie potrafię opowiedzieć się po jednej stronie. Tu nie chodzi o samo rozwiązanie akcji i kluczowe zdarzenia, a bardziej o to, co zostaje potem: wątpliwości. Nie potrafię stwierdzić kto ma rację, co jest kłamstwem a co prawdą, które zachowanie jest właściwe, a które prowadzi do zguby. Blask rodzi tyle pytań, na które ciężko jest odpowiedzieć, głęboko zapada w pamięć. Jego atutem obok niezwykłej fabuły jest właśnie ta problematyczność. Nawet uczucie między bohaterami nie zostało przedstawione schematycznie. Kathleen i Kieran. Wydaje się, że zależy im na sobie, ale podczas wielu prób ich poglądy się weryfikują, a uczucia zmieniają. Na szczęście autorka nie stworzyła miłości idealnej, którą próby tylko umacniają, bo przecież bohaterowie to tylko ludzie i nie jest możliwe, by wbrew swoim przekonaniom i przeżyciom dalej pozostawali tacy sami. Ponadto na ich drodze staje Seth, który od lat kocha Kathleen. Na pierwszy rzut oka standardowy trójkąt miłosny, ale to nie takie proste, bo nie wiadomo, kogo wybierze główna bohaterka i jak się sprawy potoczą, choć w każdej książce z takim wątkiem jest to widoczne jak na dłoni. Zwykle lubię czarne charaktery, szukam u nich dobrych stron i kibicuję im, gdy już stwierdzę, że są warci uwagi. Jednak tutaj Setha wręcz znienawidziłam, ciemna strona mocy to jedno, ale szaleństwo to zbyt wiele. Ale oczywiście autorka gra na psychice czytelnika i koniec końców nie wiem, co powinnam myśleć. Czy to, w co wierzyłam może okazać się kłamstwem?

Jeszcze zanim Blask ukazał się na rynku pojawiało się sporo dyskusji na temat tego, czy będzie przypominał „W otchłani”. Na szczęście jest tak tylko z pozoru, bo pokrywa się jedynie wątek podróży statkiem kosmicznym. „W otchłani” to bardziej młodzieżówka z wątkiem kryminalnym, opowiadająca o dzieciach, które dopiero poznają miłość i podejmują parę złych decyzji. Poza tym nie ma takiej siły przebicie i nie działa silnie na czytelnika, choć jest dość ciekawa. „Blask” to rewelacyjna i niesłychanie dojrzała historia, która porusza wiele ważnych tematów i nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Pozostawia z uczuciem niedosytu, przez co już nie mogę się doczekać kontynuacji, będę jej pilnie wypatrywać! Świat powieści jest dokładnie i w ciekawy sposób przedstawiony, bohaterowie są nieprzewidywalni i nie do końca poznajemy zakamarki ich umysłów. Pasjonująca lektura, która wciągnęła mnie tak, że przeczytałam ją w jeden dzień. Polecam z całego serca!

 Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu Jaguar



wtorek, 20 listopada 2012

Nevermore. Cienie - Kelly Creagh


„Nevermore. Cienie” to kontynuacja mrocznego romansu paranormalnego autorstwa Kelly Creagh, w którym świat snów miesza się z rzeczywistością. Na skutek wydarzeń, które miały miejsce jakiś czas temu Isobel zostaje bez ukochanego, odcięta od krainy marzeń na zawsze. Ale czy aby na pewno? Czirliderka nie zamierza odpuszczać i podejmuje walkę o odzyskanie Varena. Sprawę ułatwia fakt, że mroczne siły nie chcą zostawić jej w spokoju, a dawni wrogowie znów się odzywają. Zachowanie Isobel budzi niepokój jej rodziców i otoczenia, dziewczyna zdaje się być zobojętniała na wszystko. Jej życie nabiera sensu, gdy ustala plan działania, a do gry włącza się jej serdeczna przyjaciółka.

Poprzednia część przygód Varena i Isobel bardzo mi się podobała, zauroczył mnie mroczny świat snów i jego magia. Ciekawa byłam, jak autorka poprowadzi dalej akcję i tak jak się spodziewałam, główny bohater prawie w ogóle się w książce nie pojawiał. Przypomniało mi to sytuację z „Księżyca w nowiu” Stephenie Meyer. Gdy zabrakło tam Edwarda, powieść stała się nudna i odebrałam ją dużo gorzej od pozostałych części. W przypadku Nevermore było podobnie, bo mimo że nie lubię takiego typu chłopaka, to Varen mnie oczarował i zaciekawił. Gdy zabrakło jego aury, spokojnych, refleksyjnych wypowiedzi i tajemnic z przeszłości, całość utraciła blask. Miałam do towarzystwa tylko Isobel i choć zdążyłam kiedyś obdarzyć ją sympatią, to przy ciągłym obcowaniu z jej depresyjnym nastrojem, kłamstwami i głupimi pomysłami, miałem jej serdecznie dość.

Styl autorki nie zmienił się od poprzedniego tomu, wciąż pisze przystępnym, młodzieżowym językiem, jednocześnie nie spłycając go do poziomu sieczki rodem z ulicy. Słowa spod jej pióra czyta się przyjemnie i bez większego wysilania umysłu. Wysiłek pojawia się, gdy zaczynamy się nudzić, a chcemy książkę skończyć. Tak, fabuła jest nudna i chyba nie do końca przemyślana. Dalsze pociągnięcie akcji nie przyniosło Nevermore korzyści. Gdyby tylko Kelly Creagh miała lepszy pomysł na tę część! Ale niestety, nie wprowadza on absolutnie nic nowego do tego, co już wiemy. Ciągle tylko sny, nachodzenie przez zjawy, rozterki sercowe i kłótnie z rodzicami, płycizna i banał. I jeszcze to zakończenie, które nie ma moim zdaniem sensu i właściwie przywraca nas do punktu wyjścia. Jak na mój gust ta część mogłaby w ogóle nie powstać, po prostu jest niepotrzebna. Chociaż pewnie fanom spodoba się możliwość powrotu do świata książki, ale ja samym spotkaniem z bohaterami się nie zadowolę, aż tak tej książki nie kocham, żeby się zadowolić byle czym.

Tak więc jedynego bohatera, który ożywia tę historię zabrakło, ale jako namiastka ciekawej postaci wystarczyć musi Gwen, najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki. Jej rola w książce jest dosyć znaczna, dziewczyna weryfikuje poglądy Isobel, miesza się we wszystkie sprawy i rozśmiesza czytelnika. Poza tym reszta bohaterów nie ma w sobie nic niezwykłego, nie są wybitni, ale też nie straszą złą kreacją. Tak więc, niestety, jestem srogo rozczarowana brakiem pomysłu na fabułę tej części. Chcę jednak przeczytać kolejny tom, ponieważ poziom nie spadł, bohaterowie się nie zmienili, tylko tego jednego znaczącego zabrakło. A mam nadzieję, że ciekawie będzie, jakoś rozsądnie wypada to zakończyć!

 Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



wtorek, 9 października 2012

Życie, które znaliśmy - Susan Pfeffer


                Cała Ameryka i nie tylko entuzjazmuje się mającym nastąpić w najbliższym czasie uderzeniem asteroidy w Księżyc. Jest to główny temat wiadomości i programów telewizyjnych, audycji radiowych, lekcji w szkole i rozmów znajomych. Ludzie przygotowują się do zbliżającej się nocy niczym do wielkiego święta, niektórzy zamierzają obserwować chwilę zderzenia za pomocą teleskopów. Miranda także zamierza wraz z matką i braćmi przyglądać się pamiętnej chwili, jednak nie ma pojęcia, że jej skutki mogą być tragiczne. Dotychczas jej życie skupiało się na relacjach rodzinnych, spotkaniach z przyjaciółmi i rozwoju zainteresowań, takich jak łyżwiarstwo figurowe, pływanie czy astronomia. Dziewczyna niejednokrotnie była wściekła na cały świat i nie doceniała tego, co ma. Nadchodzące czasy będą dla niej i jej najbliższych ciężką próbą. 

                „Życie, które znaliśmy” to pierwsza część dystopijnej trylogii „Ocaleni”, autorstwa Susan Pfeffer. Gdy rozpoczynamy książkę, świat, z jakim będziemy mieli do czynienia na jej stronach dopiero się tworzy. Z początku taki sam, jaki znamy, w chwili zderzenia asteroidy z Księżycem i jego wypadnięcia z orbity, zaczyna się przeobrażać. Pojawiają się kataklizmy, które zrównują miasta z ziemią i całkowicie unicestwiają niektóre tereny. Powodzie i gigantyczne fale tsunami to dopiero początek, z czasem zaczyna się robić jeszcze ciężej, a zagrożenie staje się najwyższym priorytetem. Żeby nie zepsuć Wam zabawy nie wyjawię, co jeszcze przygotowała dla czytelników autorka, ale jedno jest pewne – w takim świecie z pewnością nie chcielibyście żyć. Jej wizja przyszłości jest przerażająca, gdyby dotyczyła nas osobiście, ale jeśli o niej czytamy, ciekawość przeważa szalę.

                Bardzo spodobała mi się narracja pierwszoosobowa w postaci pamiętnika pisanego przez Mirandę.  Wszystkie wydarzenia poznajemy z jej perspektywy, czytamy o wielu subiektywnych odczuciach głównej bohaterki, jej emocjach i lękach. Dzięki temu lepiej możemy zaobserwować jej przemianę, zachodzącą wraz z upływem czasu. Z początku przejmująca się błahostkami dziewczyna, zaczyna się śmiać ze swoich dawnych problemów, tak ciężko jej rodzinę doświadcza los. Ale nie tylko sposób wprowadzenia czytelnika w fabułę przypadł mi do gustu, choć autorka ma świetny styl i lekkie pióro, a więc czytało się niesamowicie dobrze. Przede wszystkim Susan Pfeffer miała świetny pomysł na fabułę, konstrukcja świata nie zmienia się w jej książce na skutek działań człowieka, a z powodu niezależnego od woli ludzkości uderzenia asteroidy. Jestem świadoma faktu, że gdyby nie ciekawie poprowadzona narracja, pomysł by nie wystarczył, jednak w tym przypadku nawzajem się one dopełniają.

                Zwróciłam też uwagę na sposób przedstawienia głównej bohaterki i jej najbliższych. Miranda nie jest nieomylna, odważna, najmądrzejsza i zdolna do heroicznych czynów. Nie wyrusza na wyprawę, by uratować świat przed kataklizmami, a  jej los nie obchodzi wielu ludzi oprócz rodziny i przyjaciół. Zwykle w tego typu książkach postaci mają ważną misję, wszyscy na nich liczą i chcą, by przywrócili życie do normy, co z czasem robi się nudne. Tymczasem pamiętnik Mirandy skupia się na życiu dziewczyny, jej braci, rodziców, przyjaciół i kilku dalszych znajomych. Głównym motywem jest tutaj przetrwanie, dlatego nie oczekujcie rozmaitych scenerii i przygód pełnych niebezpieczeństw, bo czegoś takiego nie znajdziecie. Mnie się to bardzo podobało, z ciekawością obserwowałam jak poradzi sobie rodzina i dzięki wciąż temu samemu miejscu akcji lepiej widoczne były zmiany zachodzące w życiu bohaterów na przestrzeni czasu. Poza tym lubię różne strategie, więc podczas lektury zastanawiałam się, jak na miejscu Mirandy postąpiłabym ja, interesujące doświadczenie.

                Prawie zawsze, nawet w książce, która moim zdaniem była świetna i odebrałam ją bardzo pozytywnie, znajduję i opisuję jakieś wady i drobne usterki. Czasem może się nawet wydawać, że lektura nie przypadła mi do gustu. Ale wynika to z tego, że staram się zwracać uwagę na wszystko, by czytelnicy mieli jak najdokładniejszy obraz moich odczuć po skończeniu książki. Jednak tym razem nie mam pojęcia, co mogłabym zaliczyć do wad, tak bardzo „Życie, które znaliśmy” mi się spodobało. Umiejscowienie akcji na małym obszarze, pamiętnikowy sposób przedstawiania zdarzeń i liczne emocje przewijające się przez strony tworzą bardzo interesującą pozycję książkową, którą polecę przede wszystkim  fanom dystopii i antyutopii. Czas spędziłam z nią niezwykle milo, choć zleciał zdecydowanie za szybko i na dodatek niemal niepostrzeżenie. Z niecierpliwością czekam na kontynuację, ciekawe, co jeszcze się wydarzy.

                Moja ocena: 9/10

Za mile spędzony czas dziękuję:


I jeszcze piosenka, która pasuje moim zdaniem do książki :)



piątek, 21 września 2012

Nevermore.Kruk - Kelly Creagh


                Zbliża się ważny dla całej szkoły mecz futbolowy, gdy profesor Swanson zadaje swoim uczniom projekt na temat dowolnego, nieżyjącego pisarza amerykańskiego. Praca ma odbywać się w grupach dwuosobowych. Jakby nie wystarczało, że nasza bohaterka będzie musiała się pomęczyć zamiast przygotowywać do występu w zespole czirliderek, to jeszcze nauczyciel przydziela jej jako partnera Varena. Dziewczyna nigdy nie miała okazji rozmawiać z tajemniczym i nieco przerażającym chłopakiem, a teraz będzie zmuszona spędzić z nim sporo czasu. Varen odstrasza ją nie tylko mrukliwymi odzywkami i jawną wrogością, ale też samym wyglądam- got, ubierający się na czarno i na wiele możliwych sposobów wyrażający swój bunt i konszachty z siłami zła. Jednak Isobel będzie musiała zmierzyć się z czymś gorszym niż nieprzyjazny kolega, bo praca nad twórczością Edgara Allana Poego rozpoczyna serię niefortunnych i budzących grozę zdarzeń. Świat snów stanie przed nią otworem.

                „Nevermore. Kruk” to pierwsza część trylogii, opowiadającej o dwójce zupełnie różnych charakterów. Varen i Isobel zbliżają się do siebie w zwyczajnych okolicznościach, ale to co ma miejsce później, już tak zwykłe nie jest. Książka należy do gatunku paranormal romance, a fabuła może wydać się na pierwszy rzut oka kiczowata czy groteskowa. Autorka funduje nam jednak więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. Zamiast nadnaturalnych stworzeń, na kartach powieści znajdziemy historię życia i twórczości Edgara Allana Poego, na szczęście w odpowiedniej dawce. Czeka nas wiele niezwykłych zdarzeń, których sieć zacieśnia się wokół nastolatków oraz mroczna tajemnica, ściśle związana z Varenem i jego fascynacją nieżyjącym pisarzem. Tę różnorodną i inną od innych historię stworzyła Kelly Creagh, pragnąc w ten sposób oddać hołd Poemu, choć tak wielkie znaczenie jego postaci nadała dopiero po pewnym czasie, początkowo miał być tylko jednym z elementów „Nevermore”. Jak widać nigdy nie wiadomo, kiedy książka zacznie żyć własnym życiem.

                Rzadko mi się to zdarza, ale „Nevermore” wciągnęło mnie już po kilku pierwszych stronach. Dziwię się osobom , które uważają początek za nudny, bo moim zdaniem właśnie on umożliwia nam przyjemne wkroczenie do świata bardziej emocjonujących zdarzeń. Nie od razu pojawiają się tajemnice i czyhające w ciemnościach potwory, ale spodobał mi się opis stopniowego zacieśniania się relacji między Isobel a Varenem. Drobne gesty i ciekawe sytuacje powoli rozbudzają ciekawość czytelnika, tak właśnie było w moim przypadku. O (nie)codziennych perypetiach bohaterów czytało mi się bardzo przyjemnie, aż w pewnym momencie się zaczęło. Pojawia się mroczny klimat, najpierw znikomy, ale w końcu jest już wszędzie, wypełniając nasze umysły i przyprawiając o dreszczyk niepokoju. Gdybym miała opisać książkę autorstwa Kelly Creagh za pomocą kolorów, byłaby to czerń, szarość i biel. Amerykańska pisarka barwnie przedstawia rzeczywistość, czyniąc całą historię bardzo realną. Jednak, o dziwo, gdy aspekt dotyczący Edgara Allana Poego zaczął się mocniej zarysowywać, moja zainteresowanie nieco opadło. Nie wszystko do mnie przemówiło, ale takich fragmentów wiele nie było, choć plasują się głównie przy zakończeniu.

Zaznaczam, że początkowo postać Varena budziła moją niechęć- farbowany got prezentujący odpychającą postawę i zły na cały świat, nie mógł należeć do grona moich ulubionych męskich bohaterów. Jednak z czasem polubiłam go i uważam, że jego kreacja wyjątkowo się autorce udała. Podobnie było z Isobel- dziewczyna nie jest pustą czirliderką, której jedyną ambicją jest machanie pomponami i spacerki ze swoim ładnym chłopakiem. Bohaterka traktuje hobby nie jako świetną okazję do popisania się, ale głównie jako sport, sprawia jej to po prostu radość, tak jak wielu z nas czytanie i recenzowanie. Poza tym spodobała mi się jej postawa, nie ulega przyjaciołom i chłopakowi, gdy postępują źle, potrafi sprzeciwić się grupie i zawalczyć w myśl własnych przekonań.

Mimo niektórych nudnych fragmentów, które przemówiły do mnie mniej, jestem pod wrażeń umiejętności i wyobraźni Kelly Creagh. Wykreowała ona świat, gdzie sfera snów odgrywa rolę równie ważną, co rzeczywistość, w której żyjemy. Ciekawe postaci nawet mnie nie zirytowały, a stanowi to wielki plus. Dzięki obrazowemu językowi „Nevermore.Kruk” wciąga niesamowicie i zdawałoby się nawet, że to my jesteśmy uczestnikami rozgrywających się zdarzeń. Z niecierpliwością czekam na chwilę, gdy dane będzie mi zapoznać się z kontynuacją – to jeszcze nie koniec.

 Moja ocena: 8/10

TUTAJ znajdziecie ciekawy wywiad z autorką "Nevermore" :)


sobota, 11 sierpnia 2012

Wśród ukrytych. Wśród oszustów - Margaret Haddix


                 W świecie, w którym brakuje żywności dla wszystkich ludzi Luke jest „nielegalnym trzecim dzieckiem” co w praktyce oznacza, że nie powinien istnieć. Wprowadzone przed laty prawo zabrania małżeństwom na posiadanie więcej niż dwojga potomstwa, a nieegzekwowanie przepisów skutkuje nawet śmiercią. Jednak nie wszyscy ludzie popierają politykę rządu, a do tej właśnie grupy należą rodzice Luke’a . Kochają oni chłopca i chcą zapewnić mu wszystko co najlepsze. Ponieważ mieszkają oni na farmie, z dala od innych ludzkich siedzib, ich trzecie dziecko może całymi dniami przebywać na farmie, bawiąc się ze swoimi starszymi braćmi i pomagając rodzicom. Jednak w pewnym momencie sytuacja diametralnie się zmienia, bowiem w pobliżu domu Garnerów pojawiają się robotnicy, którzy rozpoczynają wycinanie tutejszego lasu. W jego miejsce ma powstać ekskluzywne osiedle dla notabli. Od tej chwili Luke nie może opuszczać swojego pokoju położonego na strychu, a nawet wyglądać przez okna na świat. Przez większość czasu przebywa zupełnie sam w swojej samotni, nie mogąc bawić się ze swoimi rówieśnikami ani poznawać świata. Początkowo przyjmuje to z pokorą i zrozumieniem, jednak stopniowo zaczyna się buntować i marzyć o lepszym życiu, jako wolny człowiek. Dodatkowo zmiany w jego myśleniu powoduje dziwny incydent- wyglądając na zewnątrz, zauważa ruch w oknie domu notabli, w którym nikogo o tej porze być nie powinno. 

                „Wśród ukrytych. Wśród oszustów” to pierwszy wydany w Polsce tom, rozpoczynający młodzieżową serię „Dzieci cienie” autorstwa Margaret Haddix. W wykreowanym przez  Amerykankę świecie nastąpił kryzys, na skutek którego według niektórych ludzi konieczne było ograniczenie populacji. Efektem stało się prawo zabraniające posiadanie więcej niż dwojga dzieci. Wiele osób uważa je za ograniczanie praw człowieka, w związku z czym na świecie jednak pojawiają się nielegalne dzieci, zmuszone ukrywać się przed Policją Populacyjną. W powieści Haddix bardzo dużą rolę odgrywają motywy takie jak przyjaźń, rodzina, walka o wolność. Pokazane są także rządy totalitarne, gdzie władze głoszą propagandę, wykorzystując zwykłych ludzi dla własnych korzyści.

                Za zasługą prostego i przyjemnego języka, pozbawionego zbędnych opisów i ozdobników, książkę od początku czytało mi się bardzo przyjemnie, choć nie od pierwszych stron byłam nią zachwycona. Najpierw poznajemy Luke’a i jego rodzinę, występują także retrospekcje z dzieciństwa chłopca. Życie dziecka jest monotonne, a nastrój ten udzielał się również mi, ale stopniowa akcja zaczyna się rozkręcać. Warto wspomnieć, że polskie wydanie zawiera w sobie dwie części „Dzieci Cieni”, co okazało się według mnie dobrym zabiegiem, bo jedna część liczy zaledwie 200 stron i wydanie ich osobno byłoby bezsensowne.  Akcja pierwszej części toczy się na terenie domu chłopca i w jego okolicach, podczas lektury byłam średnio przekonana do fabuły. Jednak potem tajemnicze „coś” się zmienia ( nie zdradzę o co chodzi!) i książka bardzo wciąga. W końcu dzieją się rzeczy nieoczekiwane, akcja jest bardziej wartka, choć nie zabraknie też opisów spokojniejszych dni.

                Rzadko zdarza mi się aż tak wczuwać w to, co przeżywają bohaterowie. Może wpłynęła na to sympatyczna powierzchowność Luke albo jego młody wiek. Nie od początku byłam do niego przekonana, ale wraz z kolejnymi wydarzeniami kibicowałam mu coraz bardziej. Niejednokrotnie byłam wściekła i smutna z powodu sytuacji, w jakich się znajdował, ludzi, jakich spotykał i rozczarowań, jakich doznawał. Trzeba przyznać, że lektura była bardzo emocjonującą i zaangażowałam się w przygody chłopca. Pewnych rzeczy dotyczących kluczowych zagadek fabuły się spodziewałam, ale inne totalnie mnie zaskoczyły! Myślałam „O nie, już po nich”, a tu nagle ktoś niespodziewany wkracza i zaczyna się zabawa. To samo muszę powiedzieć o zakończeniu- tego się nie spodziewałam! Pozostaje mi tylko zdobyć kolejny tom i poznać dalsze przygody Luke’a.

Nie przypadł mi za to do gustu wiek chłopca. Ma on zaledwie 12 lat, przez co jego poczynania i sposób myślenia są dziecinne, a przynajmniej początkowo jest to bardzo widoczne. Trochę mnie to raziło, bo wolałabym czytać o nieco dojrzalszych postaciach.  Podejrzewam, że gdyby głównym bohaterem był chociażby szesnastolatek, o innym spojrzeniu na świat i innych problemach, wtedy książka spodobałaby mi się jeszcze bardziej. Ale trzeba Luke’owi przyznać, że pomimo początkowej naiwności i tchórzostwa zmienił się na skutek tego, co przeżył.

                Pomimo kilku wad, takich jak nużący początek książki i nieco dziecinne spojrzenie głównego bohatera na świat, książka bardzo mi się spodobała. Nie zabrakło mi interesujących postaci i mam tu na myśli nie tylko młodzież. Poza tym „Dzieci cienie” bardzo wciągają, szczególnie od drugiej części, gdzie ma miejsce znacząca zmiana w życiu Luke’a. Sporo zaskakujących wydarzeń, tajemnic i ich nieoczekiwane rozwiązanie powinny usatysfakcjonować miłośników antyutopii.

                Moja ocena: 8/10


piątek, 8 czerwca 2012

GONE. Faza piąta: ciemność - Michael Grant


Wyobrażasz sobie, że pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, znajdujesz się w innym świecie? Nie, nie chodzi o przeniesienie się do innego wymiaru czy podróż w czasie. Znikają wszyscy dorośli, zostaje tylko młodzież do 15 roku życia, czyli właściwie dzieci. Muszą same radzić sobie w ciężkiej rzeczywistości. Opiekować się niemowlakami, gasić pożary, zarządzać miastem. Co właściwie się stało? Nad Perdido Beach pojawiła się wielka kopuła, otaczająca miasto i okolicę ze wszystkich stron, nawet pod ziemią. Nie ma żadnej możliwości ucieczki, trzeba skupić się na przeżyciu. Jak do tego doszło? Teraz, po tak długim okresie czasu, który spędzili w tym miejscu już wiedzą, kto zapoczątkował katastrofę, a może raczej – ratunek. Od tamtego pamiętnego dnia, w którym po raz ostatni ujrzeli swoich rodziców, przelało się wiele łez, a śmierć zebrała ogromny plon. Populacja miasta stale się zmniejsza. Czy ktokolwiek z dzieci ujrzy jeszcze dawny świat?

Przetrwali już tak wiele. Zmierzyli się z paniką, zaspokoili głód, zdobyli wodę, pertraktowali z krwiożerczymi zębakami, walczyli o elektrownię, uwalniali umysły spod wpływu Gaiaphage, uśmierzyli epidemię śmiertelnej choroby, uchronili się przez zgubnym wpływem prorokini. Mają świadomość, że zbliża się koniec i nie będę w stanie zrobić nic więcej. Któż bowiem może wygrać z ciemnością? Bez światła nie ma życia. Rośliny nie rosną, nie da się zdobyć pożywienia ani uchronić przed atakiem kojotów i Drake’a w całkowitej, wszechobecnej czerni, gdy nie widzisz nawet końca własnej ręki. Wiedzą, że nadciąga. ETAP w końcu znalazł sposób, by ich pokonać i pozbawić nadziei. W ciemności kryje się strach, rozpacz i śmierć. A temu, że bariera powoli powleka się  czernią, nie potrafi zaradzić nawet wszechmocny Sam-przywódca, król Caine czy Genialna Astrid.

„GONE. Faza piąta: ciemność” to jak sama nazwa wskazuje piąta już część serii autorstwa Michaela Granta, opowiadającej o życiu w zamkniętej społeczności ETAP-u, całkowicie oddzielonej od reszty świata. W kolejnych tomach przygód młodych bohaterów, zmagają się oni z nadprzyrodzoną siłą, zwaną Ciemnością lub Gaiaphage, co jest klasycznym przykładem walki dobra ze złem, jednak nie tak oczywistej, bo często ta granica między czarnym a białym się zaciera. Choć z pewnością mogłyby pojawić się głosy obalające moje stwierdzenia uważam, że Grant stworzył coś nowatorskiego i oryginalnego w literaturze młodzieżowej. Z założenia do tej grupy odbiorców kierowana jest książka jednak myślę, że mogłaby przypaść do gustu niejednego dorosłemu. Seria „GONE” jest miłą odskocznią od wciąż przewijających się przez półki księgarni powieści, w których królują wilkołaki, wampiry, demony czy zmiennokształtni. Zwykle wielką rolę odgrywają w nich romanse między bohaterami. W powieściach Granta też się takie pojawią, jednak nie grają one pierwszych skrzypiec, wciąż myślą przewodnią jest bowiem rozwikłanie tajemnic dotyczących ETAP-u. Oprócz tego znajdziemy tu wspomniane już przeze mnie wątki miłosne, przyjaźń, walkę o władzę, odkrywanie siebie. 

W „GONE” spotkacie szeroką gamę postaci, które stanowią wielki plus tej serii. Są one bardzo prawdziwe, zupełnie od siebie różne, a jednocześnie nieprzesadzone. Ot zwykli ludzie, tacy jak my. Na przełomie kolejnych tomów możemy doświadczać istotnych zmian w nich zachodzących. Wszystkie próby, które musieli przejść, przeszkody, które stanęły im na drodze i okrucieństwo, na które musieli patrzeć każdego dnia, spowodowały trwałe przemiany w ich psychice. Kiedyś beztrosko spędzali czas, opalając się na plaży czy surfując, nie musząc się martwić niczym oprócz nadchodzących sprawdzianów czy kłótni z rodzicami. A potem nieznana siła rzuciła ich na głęboką wodę, gdzie musieli walczyć, kierować innymi i zabijać. Część z nich załamała się i poddała, leżą w prowizorycznych grobach wykopanych przez Edilia. Inny próbowali walczyć, stracili oczy, nogi, rozum. Większość poddała się woli mądrzejszych i bardziej zdeterminowanych, żyją w strachu na łodziach, czekając aż Sam lub Caine powiedzą im, co powinni robić. Nieliczni dalej stoją w pierwszym rzędzie, choć byli torturowani, łamani i oskarżani przez wszystkich o całe zło. Nie ustają w wysiłkach, by je pokonać i wydostać się z tego piekła. O ile ETAP nie jest jeszcze gorszym miejscem.

To była bardziej analiza, a teraz powiem trochę o swoich uczuciach. Ta seria jest rewelacyjna. Podziwiam Granta za jego pomysł i inwencję. Za to, że po tych prawie 2 000 stron nadal potrafi mnie zaskakiwać. Kiedy wkraczam w świat Gone, za każdym razem czuję się uczestniczką tych zdarzeń, a nie zwykłym czytelnikiem. Skradam się po lesie wraz z Astrid, czołgam wąskim korytarzem w stronę Gaiaphage lub czekam w ciemności na przybycie Drake’a. Tak dobrze znam tych bohaterów i żałuję, gdy kolejny z nich ginie, ale właśnie taki jest świat ETAP-u. Okrutny, brutalny, straszny. Niektóre sceny są tak obrzydliwe, że nie da się tego opisać. A jednocześnie pobudzają wyobraźnię, podobnie jak cała ta książka. Czytelnik ciągle snuje teorie, bo tajemnic jest wiele, a wyjaśnień już mniej. 

A teraz o tym, co mi się nie podobało. Przede wszystkim zabrakło mi Diany i Caine’a, którzy są moimi ulubionymi bohaterami. W „Kłamstwach” i „Pladze” było sporo wspólnych scen z ich udziałem, natomiast w piątej części już mniej, a przynajmniej rzadko występowali razem. Pewnie osobie, która woli innych bohaterów nie będzie to przeszkadzać, ale ja uwielbiam akurat ich i chciałabym czytać o tej parze, nie-parze cały czas! Podczas lektury moje wyobrażenia na ich temat ciągle się zmieniało, aż nie wiedziałam, które z nich jest gorsze. Czasem myślę, że Caine to drań, innym razem, że Diana jest zbyt okrutna. Jednak uwielbiam momenty, w których postępują właściwie,  kiedy opada ta maska zła i chęci władzy. Oby takich więcej w kolejnym tomie. Najmniej chyba zmienił się Sam, od początku raz chce być przywódcą, potem stwierdza, że to nie dla niego. I tak w kółko, jestem ciekawa czy kiedyś to się skończy. 

Według mnie kiepskim pomysłem było pokazanie już w prologu obszaru zza bariery. Gdyby tak się nie stało, byłabym bardziej pobudzona do rozmyślań i snucia teorii. Z drugiej strony, kiedyś trzeba się dowiedzieć. Podobał mi się też zabieg, jakim było pokazanie ETAP-u z punktu widzenia Małego Pete’a, którego ciekawe spojrzenia na świat i niezwykłe umiejętności bardzo cenię. Zakończenie powaliło mnie na kolana, ta książka jest chora i kompletnie pokręcona. Cały czas staje mi przed oczami ostatni obraz, wyglądający w mojej wyobraźni groteskowo. Ale pozytywnie.

Mogę jeszcze sporo powiedzieć, ale chyba trochę przesadziłam, jest zbyt długo, ale może dotrwacie do końca. Jestem fanką serii, co przemawiało przeze mnie podczas pisania, mi podobało się wszystko. „Ciemność” to lektura obowiązkowa dla wszystkich zwolenników „GONE”, a dla osób jeszcze niezaznajomionych ze światem Etap-u również. Mam nadzieję, że książka porwie Was tak samo jak mnie, a owe 450 stron w zawrotnym tempie przeleci Wam przez palce. Polecam!

Moja ocena: 10/10 
 
Seria "GONE:                                                             
1. Faza pierwsza: niepokój  
2. Faza druga: głód
4. Faza czwarta: plaga
5. Faza piąta: ciemność
6. Faza szósta: światło (Premiera planowana na 2012 rok)
 

czwartek, 5 kwietnia 2012

"Zwiadowcy. Ziemia skuta lodem." - John Flanagan


              W kolejnej części przygód grupy przyjaciół, czekają na nich nowe zadania. Will i Evanlyn, po wygranej przez króla Duncana bitwie, zostają porwani przez wrogów w celu sprzedania ich jako niewolników. Teraz płyną więc statkiem w kierunku Skandii, obawiając się, co czeka ich na miejscu. Wciąż przygotowują się do ucieczki, wypatrując sposobności, by umknąć czujnym strażnikom. Za wszelką cenę muszą też utrzymać w tajemnicy fakt, iż Evanlyn jest w rzeczywistości córką króla Duncana, którego całej rodzinie poprzysiągł zemstę Rogan, władca Skandian. Tymczasem Halt snuje plany odnalezienia Willa, oczekując zgody na wyprawę od zwierzchnika zwiadowców i króla. Mimo że pozwolenia nie otrzymuje i jest potrzebny w Araluenie, nie może zostawić Willa w potrzebie. Dla młodego chłopca, którego darzy tak wielką sympatią, zdolny jest poświęcić wszystko: pozycję, dumę, wieloletnie przyjaźnie, zaufanie władcy. Z poczuciem, że uczynił co powinien i z Horace’m u boku, wyrusza odszukać Willa i sprowadzić go do domu.
               
              „Ziemia skuta lodem” to trzecia część cieszącej się ogromną popularnością serii „Zwiadowcy”, z której głównie znany jest John Flanagan. W swoich powieściach z gatunku fantastyki, stworzył on świat, którego odpowiednikiem u nas jest średniowiecze. Najważniejszą rolę odgrywają w nim wartości moralne takie jak: odwaga, honor, poświęcenie, wierność. Araluen to kraj mlekiem i miodem płynący, którym włada król Duncan. W „Zwiadowcach” znajdziemy zamki z rozsianymi wokół wioskami i pracującymi w nich ludźmi; chatki w lesie zamieszkane przez szkolących się zwiadowców; rycerzy toczących między sobą pojedynki na śmierć i życie; odległe krainy, z którymi prowadzi się wojny lub zawiera sojusze. W tej scenerii poznajemy historię Willa i jego przyjaciół. Chłopiec jest sierotą wychowującą się na zamku barona Aralda do czasu, gdy spotyka Halta i otrzymuje szansę na stanie się członkiem elitarnego korpusu zwiadowców. Kiedy przyjmuje propozycję, jego życie się zmienia, odkrywa tkwiący w nim potencjał, znajduje cel, do którego pragnie dążyć, zawiera przyjaźnie. Duży wpływ w kształtowaniu się jego charakteru odgrywa Halt, który staje się dla chłopca autorytetem oraz Horace, kiedyś wróg, a teraz najserdeczniejszy przyjaciel.

Flanagan stworzył wspaniały świat, po którym z przyjemnością podróżowałam wraz z bohaterami. Czasem zdarzenia i zachowania postaci są trochę naiwne, ale dzięki temu książka bardziej przywodzi na myśl baśń: „Dawno, dawno temu, w królestwie Araluen, mieszkał chłopiec o imieniu Will, który pragnął zostać rycerzem”. Cała fabuła jest klasycznym przykładem walki dobra ze złem, w której zwykle zwycięża dobro. „Zwiadowcy” niosą ze sobą wiarę i nadzieję, na przykładzie postępowania postaci przypominają, co się naprawdę liczy, jest ważne.

Z radością po raz kolejny spotkałam się z bohaterami powieści, którzy po tylu przygodach stali się mi bliscy. Są oni przedstawieni na zasadzie kontrastu- źli i dobrzy, nie mają zarówno pozytywnych jak i negatywnych cech, są wyidealizowani. Moimi ulubionymi bohaterami są Halt i Evanlyn. Halt to doświadczony zwiadowca, szorstki i raczej nieprzyjemny dla ludzi, mrukliwy i niechętny do podejmowania rozmowy. Uwielbiam jego żartobliwe, sarkastyczne uwagi, wypowiadane z pełną powagą, bez mrugnięcia okiem. Cieplejsze, choć skrywane uczucia, żywi do Willa, który znalazł się pod jego opieką. Pod jego wpływem zwiadowca zaczyna się zmieniać. Wzruszyło mnie, jak wiele potrafił poświęcić dla dobra chłopca. Z kolei Evanlyn to przyjaciółka Willa, córka króla Duncana, przyzwyczajona do wygód i bezpiecznego życia. Zaimponowała mi swoją odwagą, wytrwałością i umiejętnością przystosowania się do zupełnie dla niej nowej sytuacji. Gdy została porwana przez Skandian nie poddała się, lecz dzielnie pracowała i znosiła trudy podróży, aż w końcu, narażając życie, uratowała Willa i zaopiekowała się nim.

Bardzo podoba mi się styl Flanagana, pisarz ma lekkie pióro, dzięki czemu jego książki czyta się bardzo szybko i z zainteresowaniem. Słownictwo jest charakterystyczne dla czasów w których rozgrywa się akcja, co jednak nie przeszkadza, a wydaje się całkiem naturalne. Autor ma także poczucie humoru, czemu wiele razy dał wyraz, tworząc zabawne sytuacje i dialogi między postaciami. Wszystkie te czynniki: barwny język, fascynujący świat, ciekawie wykreowani bohaterowie i ich niezwykłe przygody, czynią ze „Zwiadowców” wartościową powieść godną polecenia. Szczególnie spodoba się czytelnikom lubiącym powieści z akcją rozgrywającą się w czasach odpowiadających średniowieczu, z motywami fantastycznymi i specyficznym klimatem.

Moja ocena: 9/10


środa, 18 stycznia 2012

"Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu." - John Flanagan


                 
                Wśród pustkowi Gór Deszczu i Nocy Morgarath planuje zemstę. Piętnaście lat temu, gdy próbował przemocą objąć we władanie królestwo Araluen, został zwyciężony przez wojska króla Duncana i zjednoczonych z nim wpływowych osobistości. A przecież miał przewagę liczebną! Armia wargali, z wyglądu podobnych do ludzi, lecz o mniejszej od nich inteligencji, była praktycznie nie do pokonania. Porażka Morgaratha to wina zwiadowcy, szpiega na usługach państwa. Ale to się więcej nie powtórzy. Były baron Gorlanu rośnie w siłę i wkrótce upomni się o to, co w jego mniemaniu mu się należy.
                Tymczasem na zamku Redmont nadszedł Dzień Wyboru, podczas którego pięcioro sierot, wychowanków dobrodusznego barona Aralda, zostanie przydzielonych do swoich przyszłych fachów. Horace, Alyss, George i Jenny nie muszą się niczym martwić – każde z nich posiada wybitne uzdolnienia i umiejętności, które z pewnością zrobią wrażenie na Mistrzach. Problemem jest jedynie Will – niski, wątły i raczej słaby chłopiec, nie wyróżniający się niczym szczególnym. Chciałby zostać uczniem Szkoły Rycerskiej i tak jak jego ojciec, poległy w bitwie, być rycerzem w służbie królestwa Araluen. Czy jego marzenie się spełni?  Czy osiągnie upragniony cel mimo braku fizycznych predyspozycji? A może spotka go coś o wiele lepszego? Coś, dzięki czemu wreszcie znajdzie swoje miejsce w świecie…

                „Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu” to pierwsza część serii fantasy „Zwiadowcy” autorstwa Johna Flanagana. Opowiada ona o życiu w królestwie Araluen, świecie rycerzy, zwiadowców, władców i intryg. Pisarz jest Australijczykiem, mieszka z rodziną w ojczystym kraju. Urodzony w 1944 roku Flanagan pracował w agencji reklamowej, telewizji, aż w końcu zasłynął talentem pisarskim, wygrał nawet Australian Book Publishers Association's of the Year. Cykl „zwiadowcy” jego autorstwa liczy 11 części, z czego 9 ukazało się w Polsce, a premiera kolejnej z nich ma się odbyć wkrótce.
                
                 Fabuła powieści koncentruje się na powrocie Morgaratha i stawieniu mu czoła przez mieszkańców królestwa. Jest to główny wątek, centralny punkt całej powieści. Nie brakuje jednak wątków pobocznych, takich jak: przedstawienie społeczeństwa zwiadowców i rządzących nim prawa, opis życia codziennego w Araluen, prawdziwa przyjaźń zawiązująca się między młodymi ludźmi. Wszystkie te elementy składają się w spójną całość i zmierzają do zasadniczej części fabuły, tytułowych ruin Gorlanu.
                John Flanagan wykreował niezwykle realistyczny świat, w który możemy się z łatwością przenieść dzięki lekturze „Zwiadowców”. Nie znajdziemy w nim wiele magii i czarów, oprócz nieziemskich stworów takich jak wargale czy kalmary zamieszkujące Góry Deszczu i Nocy. Poza tym jednak bohaterowie mogą liczyć tylko na siebie, najważniejszą bronią są spryt i inteligencja. Różdżki czy czarodziejskie proszki tutaj nie pomogą, bo takowych nie ma. Niemałą rolę w powieści odgrywają wartości moralne: honor, odwaga, poświęcenie, przyjaźń, przekazywane nam wraz z kolejnymi stronicami książki. Tematem przewodnim jest tutaj walka dobra ze złem.
                
                  "Jeśli przewyższyłeś kogoś, nie chełp się z tego powodu. Bądź wielkoduszny, 
                   pochwal go za to, w czym dobrze się sprawił. Porażka zaboli go, ale on nie 
                  da tego po sobie poznać. Ty zaś powinieneś pokazać, że potrafisz to docenić. 
                  Pochwałami możesz zyskać sobie przyjaciela. Przechwałki to jedynie sposób 
                  na to, by przysporzyć sobie wrogów."
                 
                 Stworzeni w wyobraźni Flanagana, a następnie przeniesieni do świata książki bohaterowie trzymają poziom. Nie są to bezbarwne, nudne postacie, pozbawione osobowości i indywidualnych cech, bardziej irytujące niż budzące sympatię.  Często, czytając powieści różnego rodzaju, rozczarowuję się bohaterami, którzy psują efekt ciekawej fabuły i porywającej akcji. O ile w tej kwestii jestem bardzo wymagająca, o tyle postaci ze świata „zwiadowców” bardzo przypadły mi do gustu. Dobroduszny, będący ojcem dla sierot, wznoszący oczy ku niebu, gdy ktoś nie rozumie jego poczucia humoru baron Alard, burkliwy, wiecznie nachmurzony Halt, osiłkowaty, gotowy pomóc przyjaciołom w potrzebie Horace, serdeczny i wesoły zwiadowca Gilan, nieustraszony Will. Cała gama barwnych i budzących sympatię czytelnika postaci.
                „Zwiadowców” polecam osobom chętnie sięgającym po fantastykę, lubiącym klimatyczne powieści opisujące niezwykłe przygody w średniowiecznym świecie z nietuzinkowymi bohaterami i ciekawą fabułą. Zapewniam, że się nie rozczarujecie.

                Moja ocena: 9/10

piątek, 6 stycznia 2012

"Błękitnokrwiści" - Melissa De La Cruz


Błękitnokrwiści to elita Manhattanu, członkowie najbogatszych rodów, właściciele muzeów, klubów i większości obiektów rozrywkowych, modele, aktorzy, redaktorzy, biznesmeni. Osoby posiadające największą władzę, by w razie potrzeby pociągnąć za sznurki i dostać dokładnie to, czego chcą. To także uczniowie prywatnej szkoły średniej Duchesne, rozpieszczona młodzież, której życie polega głównie na trwonieniu majątków rodziców i brylowaniu w towarzystwie przez bywanie w najmodniejszych klubach i na najlepszych imprezach sezonu. Błękitnokrwiści nie zawahają się przed niczym, są w końcu nieśmiertelni. W ich żyłach płynie błękitna krew. Nic nie może ich zniszczyć. Taka jest przynajmniej powszechna wśród wampirów opinia. Mimo ich pragnienia władzy i popularności zwykli ludzi, Czerwonokrwiści, nie zdają sobie sprawy z ich istnienia, a może raczej z tego, kim są, bo oprócz pozycji społecznej niczym widocznie się nie różnią od przeciętnych śmiertelników.
 Schuyler także jest uczennicą elitarnego Duchesne, jednak w niczym nie przypomina swoich rówieśników, wśród których nie cieszy się popularnością. Jedynymi jej przyjaciółmi są Oliver i Dylan, nowy uczeń ich szkoły, tak jak i oni niezbyt lubiany. Z resztą znajomych pozostaje w obojętnych, a nawet wrogich stosunkach. Schuyler to  ładna dziewczyna o oryginalnej, eterycznej urodzie, którą jednak ukrywa ubierając się w za duże, przez wielu uznawane za dziwaczne, rzeczy i nie dbając o swój wygląd. Nie interesuje jej opinia innych ludzi, oprócz zdania jej przyjaciół.
 Mimi to bardzo bogata, piękna i rozpieszczona dziewczyna, której nikt nie odważy się sprzeciwić, rządząca cała szkołą i posiadająca własny dworek składający się z zapatrzonych w nią, spełniających każdą zachciankę i oddanych jej, lub tylko sprawiających takie wrażenie, ludzi i Błękitnokrwistych. Dla niej jedynymi zmartwieniami są wątpliwości, którą sukienkę ubrać na najbliższą imprezę, jak dobrać do niej kolczyki i którego chłopca wziąć ze sobą. Jej brat, Jack, to wyłączając wygląd, całkowite przeciwieństwo Mimi. W odróżnieniu od głośnej, rozgadanej i zawsze na topie siostry, to raczej cichy, wycofany, ale zarazem nieziemsko przystojny chłopak, któremu serca oddało wiele uczennic Duchesne.
 Bliss jest jedną z przybocznych Mimi, określana nawet mianem przyjaciółki, choć nie wiem, czy relację między nimi można nazwać przyjaźnią. Mimi wykorzystuje dziewczynę, by jeszcze jaśniej świecić na jej tle, a Bliss godzi się na to, byleby tylko nie stać się znowu wyrzutkiem, jak to miało miejsce, gdy przeprowadziła się z rodziną na Manhattan.
 „Błękitnokrwiści” to pierwsza część serii fantastycznej opisującej życie wampirze elity Manhattanu, której twórczynią jest Melissa De La Cruz, autorka m. in. „Zapachu spalonych kwiatów”. Pisarka ukończyła Uniwersytet Columbia ze specjalizacją język angielski i historia sztuki. Obecnie mieszka w Los Angeles.
 W książce występuje narracja trzecioosobowa, jednak w wampirzy świat jesteśmy wprowadzani z punktu widzenia kilku osób, dzięki czemu możemy dokładnie przyjrzeć się życiu poszczególnych warstw społeczeństwa błękitnokrwistych, a także różnicom w charakterze postaci. Niestety, są one przedstawione albo jako swoje całkowite przeciwieństwa, aż do przesady, albo pozbawione osobowości i nijakie. Nie polubiłam żadnego z wykreowanych przez autorkę bohaterów, mogłabym za to stworzyć Top listę, którzy z nich byli bardziej denerwujący.
 Już po przeczytaniu kilku stron książki odechciało mi się czytania, a po dwudziestu zastanawiałam się, czy nie przerwać lektury i dać sobie z nią spokój. Ciągłe opisy strojów, budynków, różne nazwy ulic i firm nie nastrajają pozytywnie, podobnie jak brak akcji. Dla pocieszenia powiem jednak, że prawie nic nie dzieje się tylko przez pierwszych dwieście stron ! Potem akcja się „rozkręca”, co oznacza, że możemy zagłębić się w poszukiwania informacji w bibliotece. Pewnie nie brzmi to zachęcająco, ale tak miało być, nie będę namawiać do czytania „Błękitnokrwistych”. Tym bardziej, że zakończenie właściwie nic nam nie wyjaśnia i trzeba sięgnąć po kolejną część. Cóż, ja podziękuję.
 Moje przemyślenia po lekturze książki: mnóstwo nazw własnych, nieznanych i niewiele mówiących większości czytelnikom adresów, firm, marek odzieżowych; stanowiące przeważającą część książki opisy bogatych wystrojów domów, ubioru postaci (torba z Chanel, buty od Versace) i cała ta snobistyczna otoczka + minimum akcji + wampiry = przepis na bestseller !  Bo jeśli „Błękitnokrwiści” określani są mianem bestselleru, a tak wyczytałam na okładce, to zwątpiłam we współczesną literaturę. To chyba najgorsza książka, jaką przeczytałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie polecam, nie warto tracić czasu, chyba że ktoś sam chce się przekonać, że nie było warto.

Moja ocena: 3,5/10