Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

Filmowa Niedziela: Millerowie




Jakiś czas temu w pewien sobotni wieczór usiadłam przed komputerem z zamiarem obejrzenia filmu. Prosta sprawa, wchodzę na filmweb, na którym dziesiątki tytułów uśmiechają się do mnie, że przecież dodałam je do „chcę obejrzeć”. I tu sprawa się komplikuje, bo do tego nie jestem przekonana, to za ambitne na mój zmęczony umysł, a to ma słabe oceny. Zwykle kończy się na tym, że włączam serial, ale tym razem przypomniała mi się wtedy głośno reklamowana komedia, to jest „Millerowie”. A co, zobaczyć można. Większych nadziei nie miałam, ba!, byłam pełna uprzedzeń, bo większość tego typu komedii jest według mnie bardziej żałosna niż zabawna. Ale jak będzie tak źle, to wyłączę po 15 minutach. Nie wyłączyłam, a wręcz przeciwnie- obejrzałam jeszcze raz. Nie tego samego wieczoru, rzecz jasna.

Dave wiedzie spokojne życie dilera marihuany, aż pewnego dnia pomaga bezdomnej dziewczynie zaatakowanej przez grupkę zbirów. Zostaje przy tym okradziony z całego towaru, ale jego szef wspaniałomyślne mu wybacza, o ile tylko mężczyzna zawiezie „odrobinę” zioła do Meksyku. W ten sposób Dave z pomniejszego dilera ma stać się międzynarodowym przemytnikiem. Byłoby dużo łatwiej, gdyby nie wyglądał na podejrzanego typka, ale nie oszukujmy się, wygląda. Nie rezygnuje jednak i wpada na genialny pomysł- kto by podejrzewał kochającą się rodzinkę o niecne zamiary? Dave prosi więc o pomoc dziewczynę, której pomógł, chłopaka, który mieszka obok i chciał kupić od niego towar oraz sąsiadkę striptizerkę. Dobrali się wszyscy, nie ma co, a teraz pora na wycieczkę do Meksyku… Kamperem pełnym marihuany.


„Millerowie” to typowa amerykańska produkcja, a nie żadna komedia wysokich lotów z humorem na poziomie, aluzjami i sarkazmem, żarty są proste i dosadne, tak żeby każdy „zrozumiał”. Nie zmienia to faktu, że film jest zabawny dzięki sporej ilości zaskakujących sytuacji. Pojawia się wiele epizodycznych postaci, które wprowadzają zamieszanie i prowokują do śmiechu. To, że przy filmie mogłam się dobrze bawić jest zasługą aktorów, którzy dobrze poradzili sobie z rolami. Rose (Jennifer Anniston) z wyzywającej striptizerki w platynowych włosach z dnia na dzień zmienia się w skromnie ubraną mamuśkę z dzieckiem na ręku, a Dave (Jason Sudeikis) wybiera fryzurę na typowego urzędasa i ustawia przybrane dzieci do pionu. 


Film ma nie tylko wymiar humorystyczny, bo mimo pozornie płytkiej fabuły pojawiają się tu głębsze wątki. Bohaterowie dogryzają sobie i kłócą się, a mimo to pojawia się między nimi silna więź i zależy im na sobie, troszczą się o siebie i razem zmierzają ku wspólnemu celowi. Budzą sympatię, a nie niechęć czy pogardę do swojego zachowania. Oczywiście żarty są typowe dla takich komedii, czyli niewybredne, podobnie jak zdjęcia, typu pokazywanie części intymnych, więc na pewno nie jest to film dla dzieci. Pod tym względem jest dość podobny do znanego „Kac Vegas”, który jednak kompletnie nie przypadł mi do gustu, a pozostawił niesmak, za to przy „Millerach” pośmiałam się i miło spędziłam czas. Idealna komedia, gdy mamy ochotę na lekki film z obiecującymi aktorami. Na pewno nie każdemu się spodoba, ale to kwestia gustu. A polecam dotrwać do końca, najlepsze są sceny wycięte!

Moja ocena: 8/10

niedziela, 12 stycznia 2014

Filmowa Niedziela: Milczenie owiec



„Milczenie owiec” chodziło za mną od dłuższego czasu, wiele słyszałam o tym filmie, widziałam go wysoko w rankingach, można powiedzieć, że to swego rodzaju klasyka thrilleru. Do obejrzenia zachęcała mnie jednak przede wszystkim fabuła, gdyż jestem fanką wszelkich zagadek i tego typu historii. Główną bohaterką jest Clarice Starling, która dopiero zaczyna swoją karierę w FBI. Jako że była obiecującą studentką, zostaje skierowana do przeprowadzenia wywiadu z od lat odsiadującym wyrok mordercą, doktorem psychiatrii Hannibalem Lecterem. Udziela on jej informacji pomocnych w ujęciu przestępcy, który obdziera swoje ofiary ze skóry. W zamian jednak chce zwierzeń Clarice, pragnie poznać jej wspomnienia z przeszłości.

„Milczenie owiec” to dobry thriller psychologiczny. Wbrew pozorom główna tajemnica, jaką jest tożsamość psychopaty zwanego Buffalo Bill w świadomości widza zostaje zepchnięta na drugi plan. Motywy jego brutalnych, szalonych działań nie są nawet w połowie tak intrygujące jak postać Hannibala Lectera, który nie grasuje na wolności, a jedynie siedzi w więzieniu. Nawet z tego miejsca budzi jednak niepokój i skupia na sobie całą uwagę widza, dzieje się to za sprawą genialnej kreacji Anthony’ego Hopkinsa. Nie można zaprzeczyć, że to jego postać tak podnosi poziom filmu i czyni z niego coś więcej niż przeciętny obraz.


Aspekty psychologiczne w filmie zostały oddane idealnie, działanie umysły seryjnego mordercy, psychopaty i kanibala budzi przerażenie, ale też fascynuje. W końcu Hannibal w przeszłości był lekarzem, a dopiero po godzinach ujawniał swoje zbrodnicze skłonności. Obecnie nawet będąc za kratkami stwarza pozory porządnego człowieka, choć coś w jego postawie niepokoi i nie pozwala tym pozorom zaufać. Dopiero szanse na ucieczkę wyzwalają w Hannibalu jego „prawdziwe ja”. Lecter jest niesłychanie inteligentny, ma genialny umysł i w pełni wykorzystuje tę przewagę. Kusząc agentkę FBI informacjami, które mogłyby jej pomóc w ujęciu poszukiwanego mordercy zaczyna poznawać tajemnice jej umysłu, a dziewczyna tę niebezpieczną grę podejmuje.

W rolę Clarice wciela się Jodie Foster, która świetnie odegrała swoją rolę. Jest silną, odważną kobietę, czym zjednała sobie moją sympatię, jedynie sztuczki Lectera powodują, że czasami traci rezon. Dzięki wyzwalaniu pozytywnych uczuć u odbiorcy może się on w pełni wczuć w odczucia głównej bohaterki i przejmować jej losami, tak jak ja martwić się, czy Hannibalowi nie uda się zwieść dziewczyny i zmienić jej poglądów, a od tego jest przecież specjalistą. Ponure obrazy, zatrute umysły i niewinna dziewczyna tworzą sceny fascynujące dla widza.


O ile aspekt psychologiczny filmu i relacje bohaterów zostały doskonale ukazane, o tyle główny wątek był mało interesujący i zupełnie się zgubił. W pewnym momencie nie miał dla mnie w ogóle znaczenia, w tej historii liczy się tylko Clarice i Lecter, a dzięki ich genialnej grze aktorskiej reszta odchodzi w zapomnienie. Wątek z Buffalo Billem nie jest powodem, dla którego ten film polecam, bo nie wyróżnia się on dzięki niemu na tle tak wielu innych thrillerów. Jednak dzięki Jodie Foster i Anthony’emu Hopkinsowi film „Milczenie owiec” staje się więcej niż dobry.


Moja ocena: 7.5/10

niedziela, 1 grudnia 2013

Filmowa niedziela: W pierścieniu ognia


Po zakończeniu Głodowych Igrzysk zwycięzcy wracają do swojego dystryktu, gdzie mają zapewnione spokojne i dostatnie życie. Niestety, tak tylko się mówi, bo naprawdę Katniss i Peeta znajdują się stale w świetle reflektorów, a szczegóły z ich prywatnego życia chłonie całe Panem. Prezydent Snow obawia się Katniss, która dla wielu ludzi stała się symbolem powstania i sprzeciwu władzy, dlatego pragnie ją zmusić do posłuszeństwa, a w najgorszym razie wyeliminować. W dystrykcie 12. dzieje się coraz gorzej, zostają tam sprowadzeni nowi strażnicy, którzy sieją terror i spustoszenie. Tymczasem Katniss i Peeta udaję się w tournee po kraju, podczas którego mają ostatnią szansę na przekonanie społeczeństwa o prawdziwości swoich uczuć, a przez to uratowania bliskich. 


Zwiastun pokazuje praktycznie najważniejsze sceny i mówi wiele o filmie, dlatego miałam pojęcie, jak bardzo emocjonująca będzie ekranizacja w „Pierścieniu ognia”. W sali kinowej zasiadłam dopiero, gdy prawie wszyscy go obejrzeli i przedstawili swoje zdanie na jego temat. Co tu dużo mówić, film od początku był świetny. Tak jak w poprzedniej części charakteryzacja bohaterów i scenerie stały na najwyższym poziomie. Twórcom udało się uchwycić zarówno przepych Kapitolu jak i biedę panującą w poszczególnych dystryktach. W drugiej części pojawiło się kilku nowych aktorów, ja najlepiej zapamiętałam Finnicka, którym chyba wszyscy się teraz zachwycają i ja również powiem, że był super oraz Johanne, bardzo charakterystyczną postać.




Słynny trójkąt znowu występuje w pełnym składzie. W tej części, o ile wcześniej Gale też lubiłam, jeszcze bardziej wysuwa się na pierwszy plan Peeta i zalety jego charakteru oraz miłość do Katniss. Nie wiem jak ktoś może przedkładać Gale’a nad Peetę, biorąc pod uwagę nie tylko różnicę w ich postępowaniu w tym filmie, ale też wiedzę o tym, co wydarzy się w kolejnej części, chyba tylko ze względu na urodę aktora. Peeta jest uroczy, jego uczucia w stosunku do Katniss szczere, jest zdolny do aktów największego poświęcenia, a i zachowanie dziewczyny względem niego ulega zmianie. Osoby, które nie lubią jego postaci czy tez w ogóle wątku miłosnego uspokoję, że było stanowczo za mało scen z ich udziałem i o ile sama uważam, że ten film nie jest o miłości tylko o większych rzeczach, to i tak mi ich brakowało.

Prawie półtorej godziny zajęło przedstawienie zdarzeń w 12. Dystrykcie i całym Panem, a dopiero ostatnia godzina przenosi widza na arenę, co według mnie jest bardzo rozsądną porcją. O ile wydarzenia podczas Igrzysk są na pewno ciekawe i znaczące, to obawiałam się, że nie zostanie w pełni przedstawiona waga sytuacji na zewnątrz, a w książce właśnie te elementy lubię najbardziej. Myślę, że nie ma osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia sceny brutalnego chłostania, zabijania prowodyrów buntu, przemówienie Katniss i Peety podczas tournee. Takie obrazy wzbudzają ogromne emocje, na mnie szczególnie zadziałały sceny rozmowy Katniss z Prim, uniesienia palców w górę w symbolu zjednoczenia z trybutami (i wszelkie rozdzierające spojrzenia Peety). 
„W pierścieniu ognia” było 10 razy lepsze od pierwszej części. Dopiero kontynuacja w pełni oddała realia panujące w Panem, sylwetki bohaterów, pozwoliła dostrzec tragedię sytuacji. Scen między Katniss i Peetą nie było tak wiele jak się spodziewałam, ale wszystkie były bardzo emocjonalne. Jednak to nie one mnie wzruszały, bo największe wrażenie wciąż robi odwaga bohaterów, ich niezłomność, nadzieja ludzi na wyzwolenie. Film jest rewelacyjny, mogłabym go oglądać jeszcze wiele razy. Co zaskakujące, udało się mu wywołać u mnie podobne emocje jak książka, a to duże osiągnięcie. Już nie mogę się doczekać „Kosogłosa”, a jednocześnie boję się jak zniosę kolejną, w końcu dużo tragiczniejszą część.

Moja ocena: 10/10

PS. Czy ja też podczas filmu nie usłyszałam ŻADNEJ z piosenek wymienionych w soundtracku do filmu? Dopiero na koniec przy napisach pojawiło się Imagine Dragons. Może tak mnie akcja zaaferowała, że na nic więcej nie zwracałam uwagi?



niedziela, 24 listopada 2013

Filmowa niedziela: Carrie (2013)


Carrie to samotna, zamknięta w sobie dziewczyna, wyśmiewana przez rówieśników i nazywana dziwadłem. Mieszka sama z matką, która jest religijną fanatyczką, a atmosfera panująca w domu i zachowania rodzicielki odbijają się na Carrie. Momentem kulminacyjnym w jej życiu jest epizod w szkole, kiedy to dziewczyna staje się pośmiewiskiem. Jednak Carrie odkrywa w sobie niezwykłą moc telekinezy, czyli przenoszenia przedmiotów siłą umysłu, która dodaje jej pewności siebie, odwagi, ale też poczucie władzy. Dziewczyna jest bardzo nieszczęśliwa do czasu, gdy chłopak, który skrycie jej się podoba, zaprasza ją na bal maturalny. Co prawda ma dziewczynę i Carrie węszy podstęp, ale dla udanego wieczoru oddałaby wszystko.

Już zwiastun filmu zdradza bardzo wiele, pokazując wszystkie najważniejsze sceny, co może się nie podobać, gdyż psuje element zaskoczenia. Jednak z drugiej strony u mnie dokładniejsze pokazanie fabuły wzbudziło ciekowość, bo nie wiedziałam, jak dojdzie do poszczególnych zdarzeń. Koniec końców moje wyobrażenie na temat filmu różniło się od faktycznego przebiegu akcji. Toczy się ona szybko, każda scena ma jakiś cel, wprowadza widza w odpowiedni nastrój niepokoju i podnosi napięcie. Już pierwsza minuta filmu sprawiła, że moja ręka z popcornem zamarła w połowie drogi do ust i stwierdziłam, że może skończę przy… e, mniej krwawej scenie.



Na pierwszy plan wysuwa się genialna gra Julianne Moore, wcielającej się w rolę matki Carrie. Udało się jej zagrać fanatyczną wariatkę, której sam widok budził u mnie dreszcz zgrozy. Przy każdej scenie z jej udziałem zastygałam w bezruchu czekając, kiedy w końcu zrobi coś szalonego. Najstraszniejszym miejscem akcji jest dom Carrie, z którego aż bije atmosfera strachu i szaleństwa. Jak można dorastać w takim otoczeniu? Grozy dodaje jeszcze muzyka i zawodzący śpiew, a cytaty z Biblii wymawiane przepełnionym szaleństwem głosem Margaret to już w ogóle. W takich elementach przejawia się atmosfera filmu, tego horroru nie tworzy przelewająca się krew (choć paradoksalnie tej jest mnóstwo), lecz emocje bohaterów, myśli skrywające się w zakamarkach ich głów.

Przed obejrzeniem filmu nie czytałam książki, więc nie dane mi było ich porównać, podobnie jak nie znam starszej ekranizacji. Wiem jedno, ta bardzo mi się podobała. Lubię horrory, choć się ich boję, a przy każdym gwałtownym ruchu strasznej Margaret White podskakiwałam w fotelu (inni widzowie tak nie reagowali). Julianne Moore jest gwiazdą tej ekranizacji, ale Chloë Moretz, wcielająca się w rolę Carrie także bardzo dobrze sobie poradziła, choć słyszałam głosy, że książkowa Carrie była mniej urodziwa. Film jest dość przewidywalny, co jednak nie odbiera mu straszności. Tylko zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało, bo widok Carrie w krwi był bardziej obrzydliwy niż przerażający, a poza tym końcówka była trochę mniej logiczna, ale mimo to szczerze polecam. Warty obejrzenia, trzymający w napięciu horror.



niedziela, 8 września 2013

Filmowa niedziela: Nostalgia anioła




„Nostalgia anioła” przedstawia historię 14-letniej dziewczynki, która została brutalnie zamordowana. Pewnego dnia nie wróciła ze szkoły i mimo wszczęcia śledztwa nie znaleziono jej ciała ani nie oskarżono o zabójstwo właściwego człowieka. Susie znajduje się na granicy między niebem a ziemią, w pięknej kranie. Nie może jednak zaznać spokoju, zapomnieć i odejść do nieba, dopóki morderca nie zostanie ukarany, a jej rodzina nie pogodzi się ze stratą. Dziewczynka obserwuje rozpacz swoich rodziców, szukającego zemsty i popadającego w obsesję ojca, nie radzącą sobie z życiem matkę, młodszą siostrę i jej dorastanie, a także swojego ukochanego, który nie może o niej zapomnieć. Próbuje pomóc im zaznać spokój i dać nadzieję.



„Nostalgia anioła” to dramat z wątkiem nadprzyrodzonym. Wbrew pozorom nie jest to kryminał, nie zastanawiamy się kto jest mordercą i nie tropimy kolejnych wskazówek. Widz od początku zna jego tożsamość, w przeciwieństwie do filmowych bohaterów. Jednak nie na tym polega główny motyw filmu, ważniejsze jest życie rodziny Salmonów po śmierci ukochanej Susie, ich radzenie sobie ze stratą, rozpaczą, poszukiwanie prawdy. Opowiada bardzo smutną, ale też wzruszającą historię, ma wielką siłę oddziaływania. Wizja życia po śmierci i przedstawienie raju jest piękne i malownicze, a doznania wizualne ulepsza jeszcze wspaniale dobrana, melancholijna muzyka.


W główną rolę wciela się Saoirse Ronan, grająca Susie Salmon. Wielu widzom może być znana z goszczącego niedawno na ekranach kin filmu Intruz. Właśnie po jego obejrzeniu zapragnęłam zobaczyć aktorkę w innym wcieleniu i był to strzał w dziesiątkę. Saoirse Ronan jest doskonała w tym co robi, w bardzo przekonujący i wzruszający sposób zagrała dziewczynkę- anioła i przysporzyła mi wielu wzruszeń. Jednak reszta aktorów także dała radę, właściwie cała rodzina Salmonów bardzo przypadła mi do gustu, a szczególnie babcia, tata i siostra Susie. Ta ostatnia od początku ma podejrzenia co do mordercy i nie spocznie, póki nie pozna prawdy na temat tego, co przydarzyło się jej starszej siostrze.



Film nie jest przeznaczony dla miłośników szybkiej akcji, a bardziej dla widzów lubiących refleksyjne, emocjonalne i silnie oddziałujące obrazy. Poczynania rodziny Salmonów po zaginięciu Susie przeplatane są z retrospekcjami z przeszłości i dnia morderstwa. Reżyser P eter Jackson nie przedstawia brutalnie i bezpośrednio zabójstwa, a mimo to jego aluzje i pojedyncze migawki z czasu zdarzenia przerażają i pobudzają wyobraźnię. Czasem stosuje zabiegi, przez które nie wiemy, co dzieje się naprawdę, a co w wyobraźni dziewczynki, kiedy kończy się życie na ziemi, a zaczyna to pomiędzy. Akcja filmu toczy się w 1973 roku, a zdjęcia do niego rozpoczęto w roku 2007. Wizualnie film jest przepiękny, z przyjemnością śledziłam kolejne sceny i mimo braku szybkiej akcji film niesamowicie mnie wciągnął, a zwykle przy oglądaniu rozpraszam się na milion sposobów, przy „Nostalgii anioła” mi się to nie zdarzyło. Wzruszyłam się jakiś milion razy, ale nie za sprawą ckliwych, przesłodzonych scen, jakich nie cierpię. „Nostalgia anioła” to naprawdę cudowny, klimatyczny i zapadający w pamięć film, serdecznie polecam! Nie da się przejść koło niego obojętnie.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 1 września 2013

Filmowa niedziela: Miasto kości




W ciągu ostatniego tygodnia blogosfera zapełniła się opiniami na temat najpopularniejszego ostatnio filmu, czyli „Miasta kości”. Każdy miał okazję wtrącić swoje trzy grosze, więc ja także z niej skorzystam, oczywiście ostatnia. A to wszystko dlatego, że wcale nie zamierzałam oglądać tego filmu, powstałego na podstawie mojej ukochanej serii. Przynajmniej od czasu, gdy poznałam obsadę. Przecież Jace’m powinien być Alex Pettyfer! W końcu to jego podobizna zdobi okładkę pierwszej części Darów Anioła i tak właśnie wyobrażałam sobie głównego bohatera. Tymczasem w rolę Jace Waylanda w filmie wciela się Jamie Campbell Bower, co było mi bardzo nie w smak, w końcu Jace miał być przystojny, a Jamie kompletnie mi się nie podoba, łagodnie mówiąc. Do tego Lily Collins, która wydała mi się dziwna i trochę nie ma miejscu, ale z nią to akurat najmniejszy problem. Jak zobaczyłam Aleca to padłam! Kevin Zegers w ogóle nie przypomina postaci książkowej, przede wszystkim wygląda dużo za staro.



Trwałam więc w swoim postanowieniu nie obejrzenia filmu, jednak zaledwie kilka dni po premierze przeczytałam parę pozytywnych recenzji i nagle zechciałam wybrać się do kina, co też kilka dni później uczyniłam. Pierwsze minuty filmu bardzo mi się spodobały, ze względu na ładne zdjęcie i przyjemnych bohaterów (w pierwszej scenie występowali Clary, Jockelyn i Luke). Wszystko razem bardzo mi pasowało do klimatu książki, więc stwierdziłam, że może nie będzie tak źle. Mój entuzjazm trwał do czasu, gdy na scenę wkroczyli Jace, Alec i Isabelle. Jamie Campbell Bower nie podobał mi się z wyglądu w ogóle, co do tego zdania nie zmienię, jednak nie ukrywam, że swoją rolę zagrał chyba dobrze. Za to taka Isabelle była kompletnie nietrafiona i nijaka. Postać książkowa miała być piękna i nieustraszona, zupełnie inaczej wyglądała też relacja Clary-Isabelle, przecież te dziewczyny za sobą nie przepadały! Tymczasem w filmie niemal od początku zostają przyjaciółkami. Aleca w filmie było mało i pełnił funkcję takiego zapychadła, żeby było. Sceny z nim były śmieszne, ta niechęć do Clary i słowa „Zostaw Jace w spokoju” wypadały sztucznie. Za to pozytywnie zaskoczyła mnie Lily Collins, która była IDEALNĄ Clary już od pierwszej sceny filmu! Zagrała wyśmienicie i gładko wcieliła się w postać książkowej bohaterki. Na uwagę zasługuje także cudowny, uroczy Simon. W książce ta postać jest nudna i wkurzająca, ale w filmie nie da się go nie lubić! Oczywiście w książce nie był też takim przystojniakiem. Robert Sheehan został świetnie wybrany do tej roli.


Kończę rozwodzić się nad bohaterami i przechodzą do fabuły. Już na początku można zauważyć rozbieżności między filmem a książką. Nie obejdzie się tutaj bez małych spoilerów. Szczególnie raziła mnie jedna scena. Kiedy Clary walczy z demonem w swoim domu, podpala wybuchową ciecz, znajdując się kilka centymetrów od niej, niemal ze stopą w kałuży. Wybuch rozsadza kuchnię, szyby wypadają z okien, ale Clary oczywiście nic się nie dzieje, bo schowała się w lodówce za otwartym drzwiami. Śmieszne trochę. I nierealne. A co do rozbieżności, jest ich mnóstwo i to w bardzo ważnych kwestiach. Szczególnie przy końcu filmu jest to widoczne, nie miałam bladego pojęcia, co tam się wyprawia. Może dlatego, że książkę czytałam kilka lat temu, ale nie sądzę. Jestem pewna, że osoby, które nie czytały książki będą miały problemy ze zorientowaniem się o co chodzi, w sumie ja dalej nie jestem tego pewna. A wszystko przez pędzącą na złamanie karku akcję. Film trwa ponad 2 godziny, a mimo to wydarzenia rozgrywają się bardzo szybko. Została przez to spłycona relacja Clary- Jace. Uczucie między nimi wydaje się pojawiać znikąd, być trochę nierealne i przesłodzone. Zresztą filmowego Jace odbierałam zupełnie inaczej niż książkowego.



Przedstawienie relacji między bohaterami i ich osobowości ucierpiało na rzecz szybkiej akcji. Z historii Nocnych Łowców i urzekającego romansu zrobiono film akcji, w którym na każdym kroku ma miejsce kolejna rozróba. Nie podobało mi się to! Bohaterowie cały czas się lali, naprawdę cały czas. Szczególnie pod koniec filmu, wtedy to już się wyłączałam i czekałam, aż przestaną, nudne trochę to było. Film mimo wszystko przypadł mi do gustu, a jest to zasługą świetnej gry aktorskiej, wyłączając niektóre przypadki i doborem obsady. Poza tym zdjęcia i scenerie są urzekające! Instytut i pomieszczenie w nim przepiękne, cudowne! Można patrzeć i patrzeć. Efekty specjalne też są dość realistyczne w porównaniu do innych produkcji. Na koniec zamieszczam podsumowanie, jakie rzeczy mi się podobały, a jakie nie. Film nie jest bardzo dobry jeśli liczy się na podobieństwo do książki, zgadza się jedynie ogólny zarys fabuły, a zakończenie zmieniono kompletnie. Mnóstwo szybkiej akcji jednym się spodoba, innych znudzą bijatyki. Za to wizualnie wszystko jest zrealizowane pięknie i idealnie, tak właśnie wyobrażałam sobie świat Nocnych Łowców.





Na plus:

-Lily Collins(Clary) i Robert Sheehan (Simon) świetnie pasowali do swoich ról!

-Instytut Nocnych Łowców został przepięknie przedstawiony

-mrożąca krew w żyłach scena, gdy Clary znajduje cały pokój obwieszony dziwnymi znakami, fajne!

-Madame Dorothea, jej mieszkanie i sceny z jej udziałem

-Luke i Jocelyn, bardzo dobrze zagrali

-spięcia między Simonem a Jace’m

-świetnie przedstawiony Magnus





Na minus:

-nierealistyczna scena walki z demonem

-Jace ze swoimi kolczykami w uszach wyglądał jak pirat/przemytnik, a nie Nocny Łowca

-zakończenie nie ma nic wspólnego z książką

-Valetine wyglądał jak Dothracki dzikus z „Gry o tron”, a nie elegancki Valetine z białymi włosami z książki

-mało zabawnych, znanych tekstów Jace’a

-spłycenie relacji Clary-Jace

-Śpiąca królewna(?!)

-Cisi Bracia bardziej śmieszni niż straszni


Moja ocena: 7/10


sobota, 17 sierpnia 2013

Filmowo: Ostatnia piosenka



„Ostatnią piosenkę” jako książkę Nicholasa Sparksa czytałam ponad rok temu i wtedy chyba oceniłam ją całkiem nieźle, choć już wkrótce uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie zrobiła na mnie dużego wrażenia i szybko o niej zapomniałam. Po poznaniu innych dzieł tego autora nie umknęło mej uwagi, że „Ostatnia piosenka” jest schematyczna i podobna do pozostałych powieści z dorobku Sparksa. Z fabuły pamiętałam tylko ratowanie żółwi i główną, jakże przewidywalną intrygę. Skoro książka była średnia, po co w ogóle sięgać po film? Długo myślałam w ten sposób i opierałam się zobaczeniu ekranizacji, jakby nie było, dość znanej. A że posłuchałam piosenki, w której teledysku były sceny z filmu, postanowiłam go obejrzeć, może nie będzie tak źle.


Początek źle wróżył, była noc, ciemno i nudno. Na szczęście jedynie pierwsze minuty okazały się niefortunne, już po chwili moja niechęć minęła. W miarę oglądania przypominałam sobie kolejne sceny z książki i wydaje mi się, że zostały ona w miarę wiernie odwzorowane. Nie mam jednak tej pewności, bo jednak trochę czasu odkąd ją czytałam minęło. Nie przypominam sobie jednak, żeby w książce były takie zabawne dialogi, a w filmie bohaterowie nieźle ironizowali, spodobało mi się. Co najważniejsze, zostali oni idealnie dobrani. I proszę nie zrażać się Miley Cyrus, bo dziewczyna podołała i naprawdę ją polubiłam, na pewno bardziej niż nijaką książkową Ronnie… Uwagę pań przykuje przystojny Will, ale mi najbardziej spodobało się dobranie aktorów do ról ojca i brata Ronnie. Braciszek dziewczyny był doprawdy uroczy i potrafił zdobyć sympatię odbiorcy. Podobnie było z ojcem nastolatki, który odegrał swoją rolę bardzo prawdziwie i wzruszył czy rozbawił zapewne nie tylko mnie.



Moje obawy co do filmu okazały się zupełnie nieuzasadnione, oglądało się go bardzo przyjemnie i z uśmiechem na twarzy. Z drugiej strony zawirowania fabuły potrafią wzruszyć, ekranizacja wywołała u mnie mnóstwo emocji, jak dawno żaden film ani nawet książka. Jestem pewna, że nie stałoby się tak, gdyby w filmie nie zagrali tak dobrzy i prawdziwi aktorzy. Nie należy się zniechęcać z powodu słabej pisanej wersji „Ostatniej piosenki”, tylko czym prędzej zabierać się za film, który jest naprawdę dobry. Polecam!

Moja ocena: 8/10


sobota, 15 czerwca 2013

Na dużym ekranie: Wielki Gatsby




Wielki Gatsby. Film ze świetnym, hipnotyzującym zwiastunem, który wręcz kazał mi udać się do kina i zobaczyć nową produkcję z najwspanialszym Leonardo DiCaprio( ach ta „Wyspa tajemnic”! A „Incepcja” to dopiero było coś). Więc posłuchałam, choć nie spieszyłam się zbytnio i w końcu w zeszłym tygodniu miałam okazję zobaczyć  Gatsby’ego na dużym ekranie. Relacja będzie krótka, gdyż o filmach nie umiem opowiadać tak dużo jak o książkach :P

Plus należy się za obsadę, genialna! Przede wszystkim DiCaprio, który idealnie pasował do roli bogatego romantyka Gatsby’ego. W każdym filmie ma inną twarz, a w tym również bardzo mi się spodobał. Rolę narratora pełni Nick Carraway (Tobey Maguire), który opowiada nam swoją historię. Może Daisy (Carey Mulligan) nie była idealna, coś tam zgrzytało chwilami, ale mimo to jestem zadowolona z aktorów, bo to dzięki nim film był tak dobry.

„Wielkim Gatsby’m” nie jestem zachwycona, a to wszystko z powodu samej fabuły, która nie wydała mi się zbyt fascynująca. Liczyłam na coś mocniejszego i zaskakującego, ale historia rozwijała się wolno i wielkich zwrotów akcji w niej zabrakło. Było jednak kilka robiących wrażenie scen. Aktorzy robili co w ich mocy, by z takiej w gruncie rzeczy sielankowej, zwyczajnej (dla mnie taka była) historii miłosnej wyciągnąć jak najwięcej i należą się im za to brawa. Film powstał na podstawie książki, więc nie należy zarzucać jego twórców, że ich pomysł do najciekawszych nie należał, widać tak było w wersji pisanej. Ktoś czytał? Bo może to jednak scenarzyści trochę spłycili tę historię? Ciekawa jestem Waszych opinii. Bo naprawili to w realistyczny sposób przedstawiając tamte czasy, kolorowe i szalone życie, jakie wiodła elita społeczna i choć mogło się ono wydawać fantastyczne, to jednak zachowanie ludzi mnie przerażało.

Całą historię uświetniał genialny soundtrack! Piosenki były przepiękne i dobrze dopasowane, w najważniejszych scenach pojawiały się odpowiednie nuty, które wzmacniały odbiór filmu. Teraz ich sobie słucham. :) Muzyka jest unowocześniona, niepasująca do tamtych czasów, ale taki zabieg wypadł tutaj bardzo dobrze. Jak zakończy się film można było przewidzieć dużo wcześniej, a przy końcu zabrakło mi wielkich emocji. Zapadła za to cisza, gdy już napisy leciały, a nikt się nie odzywał. Po wyjściu było ze mną podobnie. :) Podsumowując sama historia nie jest najciekawsza, ale twórcy doskonali odzwierciedlili życie w tamtych czasach, a i aktorzy dali radę. Więc polecam, warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10


niedziela, 7 kwietnia 2013

Na dużym ekranie: Intruz


Intruza” Stephenie Meyer czytałam półtora roku temu i większą część fabuły niestety zapomniałam. W miarę oglądania filmu przypominałam sobie coraz więcej, ale nie mam 100% pewności, czy film wiernie oddaje książkową rzeczywistość. Zauważyłam znacznie zmienioną tylko jedną scenę, ale reszta w większości pokrywa się z książką. W dodatku ta zmiana nie ma żadnego wpływu na całość! To tylko poboczny wątek. Z ciekawości weszłam na stronę filmwebu, żeby sprawdzić jak innym się podobało. Opinie są podzielone, ale w przypadku negatywnych głosów jestem naprawdę zaskoczona. Jeden z zarzutów to znaczne skrócenie filmu i pominięcie wielu scen. Według mnie wszystkie najważniejsze aspekty zostały przedstawione i bez przesady, ten film trwał ponad 2 godziny! Naprawdę mieli z niego zrobić 4 godziny albo podzielić na dwie części? Komu by się chciało czekać rok na kontynuację? A i tak pojawiłyby się zarzuty, że robią dwa filmy, bo lecą na kasę. Moim zdaniem „Igrzyska śmierci” były dużo bardziej uproszczone.


Niektórzy widzowie narzekali też na grę aktorską i obsadę. Serio? Według mnie to jest właśnie największa zaleta tego filmu! Obsada została dobrana genialnie. Wcześniej nie interesowałam się tym, jacy aktorzy zostali wybrani do poszczególnych ról, dzięki czemu do kina poszłam bez uprzedzeń i mogłam się na własne oczy przekonać, czy sprostali zadaniu. Aktorka grająca główną rolę, czyli Melanie/Wagabundę (Saoirse Ronan), spisała się znakomicie. Budziła we mnie bardzo podobne uczucia co książkowa bohaterka. Udało jej się jednocześnie przedstawić delikatną, cichą Wandę, a w innych scenach grała zdecydowaną i silną Melanie. Bardzo ją polubiłam i uważam, że wykonała kawał dobrej roboty. Dużo gorzej byłoby, gdyby rolę powierzono jakiejś bardziej znanej twarzy.


Bardzo dobrze spisali się też filmowi Jared(Max Irons) i Ian(Jake Abel ). Nie dość że przystojni, to jeszcze utalentowani. ;) Udało im się zagrać tak, że budzili we mnie identyczne uczucia jak bohaterowie książki. Z jednej strony od początku filmu bardziej podobał mi się Jared, ale potem zaczęłam czuć do niego niechęć i stwierdziłam, że dużo lepszy jest Ian. Cudowny był! <3 Aktor doskonale pokazał opiekuńczość, troskę i miłość do Wandy. Wszystkie te uczucia były widoczne w jednym spojrzeniu. Chyba widać, że jestem zachwycona? Ale bardzo podobali mi się w swojej roli także Jeb(William Hurt) i Jamie(Chandler Canterbury). Cała piątka świetnie się spisała i realistycznie oddała kreacje bohaterów książkowych, a co najważniejsze, wywołali u mnie dokładnie te same emocje. Uwielbiam ich! :)


Z takich małych wad: niektóre scenerie(chodzi mi głównie o podróż przez pustynię) wyglądały sztucznie i wydawały się stworzone komputerowo. W filmie brakowało efektów specjalnych, które mogłyby urozmaić widoki. Teraz mamy mnóstwo technologii, które sprawiają, że obraz wygląda pięknie, ale tu raczej ich nie wykorzystano. W przypadku „Intruza” postawiono na grę aktorską i wywołanie emocji u odbiorcy, a nie na ładną otoczkę i ja to kupuję. Rozumiem, że nie każdy film ma wiele milionów dolarów, żeby stworzyć obraz na miarę Skyfall. Uważam, że nie przeszkadza to w odbiorze ekranizacji, ale lojalnie uprzedzam, żeby ktoś nie poczuł się zawiedziony. 


Jestem bardzo zadowolona z oddziaływania filmu na widza. Aktorzy zagrali niezwykle realnie i przy wielu scenach można było się wzruszyć. Niektóre momenty były cudowne, smutne, piękne, romantyczne. Ile razy podczas tego filmu musiałam gwałtownie mrugać, by powstrzymać łzy, a i tak mi się obraz trochę rozmazywał? Za to już kocham ten film! Ale nie zawsze jest tak smutno, niektóre teksty Mel były naprawdę zabawne i sala wybuchała śmiechem. To się twórcom udało, bo nie raz takie sceny w filmach zamiast śmiesznie wypadają żenująco. Wspomnę jeszcze, że uwielbiam sceny z Ianem i w ogóle jego postać. Musicie to zobaczyć! A, jeszcze jedno: ujrzenie twarzy Wagabundy w lusterku pod koniec filmu było komicznym przeżyciem. I z ciekawostek: w castingach do filmu uczestniczyli m.in. Dianna Agron, Ian Somerhalder i Liam Hemsworth. Dobrze, że jednak ich nie wybrali. ;) 

Moja ocena: 9/10



piątek, 5 października 2012

Na dużym ekranie: "Jesteś bogiem"

"Jesteś bogiem" to film przedstawiający losy legendarnego zespołu hip-hopowego Paktofonika, który powstał w 1998 roku. Właściwie zaledwie niewielką część scen z ekranu można uznać za prawdziwą, gdyż głównie jest to wyobraźnia i interepretacja twórców. Historia trzech chłopaków z blokowisk, którzy dążą do spełnienia marzeń sprawia, że nie tylko fani zespołu będą zainteresowani filmem i nie tylko im się on spodoba.



Chronologia zdarzeń jest zaburzona i niekiedy trudno jest połapać się, co wydarzyło się najpierw. Jednak dzięki temu zabiegowi fabuła jest bardziej zaskakująca i stale dzieje się coś ważnego, także coś za coś ;) Klimat filmu jest raczej przygnębiający, ale pojawia się także kilka zabawnych scen i mam nadzieję, że w zamierzeniu miały one wywoływać uśmiech na twarzy.



Nie należę do fanów Paktofoniki, bo nigdy nie słuchałam muzyki tworzonej przez ten zespół, choć z hip-hopem już bardziej miałam do czynienia. Jednak mimo to film zrobił na mnie duże wrażenie.  Pięknych scenerii i efektów specjalnych tu nie znajdziemy, ale takie filmy też lubię. Na przykład komedie romantyczne z reguły mnie nudzą, wolę gdy ekranizacja zapada w pamięć i daje do myślenia, a "Jesteś bogiem" to właśnie czyni. Wywołuje też wiele emocji, pod koniec uroniłam nawet kilka (akurat, kilka...) łez.





 Było wiele świetnych scen, podkład muzyczny doskonale pasował i moje odczucia były jeszcze silniejsze. Chyba najbardziej podobał mi się moment, który możecie znaleźć w zwiastunie- koncert PFK, te uniesione w górę ręce i słowa"O rany, rany, jestem niepokonany", świetne :) 


Dziwi mnie tylko zachowanie niektórych nastolatków, którzy śmieją się, gdy tego robić nie należy i rzucają tak głupimi tekstami, że a coś mi się dzieje. Zakończenie, kompletna cisza, a z tyłu śmiechy i głupkowate uwagi. Film bardzo polecam, także osobom, które nie miały z Paktofoniką do czynienia, bo to przede wszystkim historia walki o marzenia i ucieczki od szarej rzeczywistości. Warto obejrzeć ;)



Może i jestem "sezonowym fanem, bo film", ale i tak będę słuchać, bo mi się podoba i tyle :))))


Oglądaliście? Wybieracie się? :)



niedziela, 1 kwietnia 2012

Podsumowanie marca i Igrzyska śmierci



Marzec był dość udany, jeśli chodzi o liczbę przeczytanych książek, tym bardziej, że jedna z nich była prawdziwą cegłą :) Pomimo kilku słabszych pozycji wiele mi się spodobało i trafiło w moje gusta. Recenzji było tylko siedem, ale postaram się poprawić i recenzować wszystkie przeczytane w danym miesiącu książki, z drobnymi wyjątkami w przypadku serii. Dziękuję Wam, drodzy czytelnicy, że wpadacie do mnie, by zapoznać się z recenzjami, ewentualnie stosikami, czy co tam jeszcze wymyślę :)

Ilość książek przeczytanych:  jedenaście
-„Pachnidło”  7/10
-„Krzywe 10”  9/10 (w kategorii młodzieżowych, polskich obyczajówek zasługuje na tę notę)
-„Zieleń szmaragdu”  9/10
-„Entliczek pentliczek”  10/10
-„Uciekinier”  5.5/10
-„Dallas ‘63” 8/10
-„Wystarczy, że jesteś” 6/10
-„Obiecaj mi” 8/10
-„Zabójczy wirus” 7/10
-„Zwiadowcy. Ziemia skuta lodem” 8.5/10

Ilość książek zrecenzowanych:  siedem ( w tym sześć marcowych i jedna z poprzedniego miesiąca: „Stowarzyszenie wędrujących dżinsów”)

Ilość przeczytanych stron:   3818 

Najlepsze pozycje: „Zieleń szmaragdu”, „Entliczek-pentliczek”

Największe odkrycie: „Dallas ‘63”

Rozczarowanie: „Uciekinier”


W marcu odwiedziły mnie 843 osoby, zostawiając 156 komentarzy. Blog posiada aktualnie 76 obserwatorów. Dziękuję za odwiedziny! :)

Współpraca: Pod koniec marca rozpoczęłam także współpracę z portalem upadli.pl, zostając redaktorem, z czego bardzo się cieszę  :)


W kwietniu chciałabym przeczytać 12 książek, to jest o jedną więcej niż w marcu. Planuję, żeby znalazł się wśród nich przynajmniej jeden kryminał Agaty Christie, książki Kasi Michalak, kryminał skandynawski i powieść Sparksa/Evansa/Picoult. Ukażą się także recenzje „Dallas ‘63”, „Obiecaj mi”, „Zabójczy wirus” i w najbliższym czasie trzeciej części „Zwiadowców”. Te na pewno, a co jeszcze – zobaczymy :) 




Chciałabym także wspomnieć o filmie, który obejrzałam w tym miesiącu. Dla nikogo pewnie nie będzie zaskoczeniem, że mam na myśli „Igrzyska śmierci”. Na ekranizację bestsellerowej powieści udałam się kilka dni po premierze, a moje wrażenia były bardzo pozytywne. Na szczególną pochwałę zasługuje odtwórczyni roli Katniss, która idealnie wywiązała się z zadania i w pełni oddała osobowość tej postaci. Polubiłam także postacie Hymitcha, Rue, Prim i Peety, choć jeśli chodzi o tego ostatniego, początkowo nie byłam do niego przekonana, aktor nie specjalnie mnie przekonał. Potem jednak uznałam, że jest całkiem w porządku ;D Ścieżka dźwiękowa była świetna, idealnie komponowała się z fabułą. Mam jednak też trochę zastrzeżeń, przede wszystkim jeśli chodzi o klimat filmu, nie był on tak okrutny i brutalny jak książka, a przecież to jest jego główne przesłanie. Pominięto też istotne sceny i skrócono zakończenie. Jednak ostatecznie oceniam ekranizację na plus i zachęcam do obejrzenia ;)