Jakiś czas temu w pewien sobotni wieczór usiadłam przed
komputerem z zamiarem obejrzenia filmu. Prosta sprawa, wchodzę na filmweb, na
którym dziesiątki tytułów uśmiechają się do mnie, że przecież dodałam je do „chcę
obejrzeć”. I tu sprawa się komplikuje, bo do tego nie jestem przekonana, to za
ambitne na mój zmęczony umysł, a to ma słabe oceny. Zwykle kończy się na tym,
że włączam serial, ale tym razem przypomniała mi się wtedy głośno reklamowana
komedia, to jest „Millerowie”. A co, zobaczyć można. Większych nadziei nie
miałam, ba!, byłam pełna uprzedzeń, bo większość tego typu komedii jest według
mnie bardziej żałosna niż zabawna. Ale jak będzie tak źle, to wyłączę po 15
minutach. Nie wyłączyłam, a wręcz przeciwnie- obejrzałam jeszcze raz. Nie tego
samego wieczoru, rzecz jasna.
Dave wiedzie spokojne życie dilera marihuany, aż pewnego
dnia pomaga bezdomnej dziewczynie zaatakowanej przez grupkę zbirów. Zostaje przy
tym okradziony z całego towaru, ale jego szef wspaniałomyślne mu wybacza, o ile
tylko mężczyzna zawiezie „odrobinę” zioła do Meksyku. W ten sposób Dave z
pomniejszego dilera ma stać się międzynarodowym przemytnikiem. Byłoby dużo
łatwiej, gdyby nie wyglądał na podejrzanego typka, ale nie oszukujmy się,
wygląda. Nie rezygnuje jednak i wpada na genialny pomysł- kto by podejrzewał
kochającą się rodzinkę o niecne zamiary? Dave prosi więc o pomoc dziewczynę,
której pomógł, chłopaka, który mieszka obok i chciał kupić od niego towar oraz sąsiadkę
striptizerkę. Dobrali się wszyscy, nie ma co, a teraz pora na wycieczkę do
Meksyku… Kamperem pełnym marihuany.
„Millerowie” to typowa amerykańska produkcja, a nie żadna
komedia wysokich lotów z humorem na poziomie, aluzjami i sarkazmem, żarty są
proste i dosadne, tak żeby każdy „zrozumiał”. Nie zmienia to faktu, że film
jest zabawny dzięki sporej ilości zaskakujących sytuacji. Pojawia się wiele
epizodycznych postaci, które wprowadzają zamieszanie i prowokują do śmiechu.
To, że przy filmie mogłam się dobrze bawić jest zasługą aktorów, którzy dobrze
poradzili sobie z rolami. Rose (Jennifer Anniston) z wyzywającej striptizerki w
platynowych włosach z dnia na dzień zmienia się w skromnie ubraną mamuśkę z dzieckiem
na ręku, a Dave (Jason Sudeikis) wybiera fryzurę na typowego urzędasa i ustawia
przybrane dzieci do pionu.
Film ma nie tylko wymiar humorystyczny, bo mimo pozornie
płytkiej fabuły pojawiają się tu głębsze wątki. Bohaterowie dogryzają sobie i
kłócą się, a mimo to pojawia się między nimi silna więź i zależy im na sobie,
troszczą się o siebie i razem zmierzają ku wspólnemu celowi. Budzą sympatię, a
nie niechęć czy pogardę do swojego zachowania. Oczywiście żarty są typowe dla
takich komedii, czyli niewybredne, podobnie jak zdjęcia, typu pokazywanie
części intymnych, więc na pewno nie jest to film dla dzieci. Pod tym względem jest
dość podobny do znanego „Kac Vegas”, który jednak kompletnie nie przypadł mi do
gustu, a pozostawił niesmak, za to przy „Millerach” pośmiałam się i miło
spędziłam czas. Idealna komedia, gdy mamy ochotę na lekki film z obiecującymi
aktorami. Na pewno nie każdemu się spodoba, ale to kwestia gustu. A polecam
dotrwać do końca, najlepsze są sceny wycięte!
Moja ocena: 8/10



