Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka słów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2013

Ósemka wygrywa - Janet Evanovich



Stephanie Plum pracuje jako łowczyni nagród w firmie poręczycielskiej, czyli zajmuje się aresztowaniem i  doprowadzaniem do sądu osobników, którzy w odpowiednim terminie nie doprowadzą się sami. Oznacza to bójki i zabawę w podchody z typami spod ciemnej gwiazdy. Aktualnie jeden szczególnie daje jej się we znaki, po tym jak przeszkodziła mu w lanchu. Poza tym Stephanie podjęła się zlecenia powierzonemu przez sąsiadkę. Córka i wnuczka starszej pani zaginęły, a tej sytuacji miało zapobiec zabezpieczenie w postaci domu. Teraz chce go zabrać były mąż Evelyn. Stephanie musi więc jak najszybciej dowiedzieć się o miejscu pobyty kobiety i jej córki. Jej przeciwniczką jest stojąca po drugiej stronie barykady Kobieta- Kot, czyli świetna tropicielka, a przy tym była partnerka pociągającego Komandosa. Stephanie jest z nim w bliskich stosunkach, ale nie obraziłaby się, gdyby były one jeszcze bliższe.

„Ósemka wygrywa” autorstwa Janet Evanovich to ósma część serii o przygodach Stephanie Plum. Książka, nazywana przez wtajemniczonych „Śliwką” to humorystyczno- detektywistyczna opowieść, a przynajmniej takie zaklasyfikowanie jest najbliższe prawdzie. Zabawne perypetie głównej bohaterki i jej przyjaciół okraszone są zagadką kryminalną, inną w każdej części. Oczywiście nie jest ona tak rozbudowana i nieprzewidywalna jak w prawdziwym kryminale, ale jakiś motyw przewodni fabuły musiał być. Bo w gruncie rzeczy książka nie oferuje więcej niż kilka zabawnych zdarzeń.

„Ósemka wygrywa” należy do grupy powieści „o niczym”, która śmieszy i odpręża, ale nie ma żadnego przesłania i nie porusza tematów typu miłość, przyjaźń, nie promuje odpowiednich wartości. Bo trudno mówić o miłości, gdy chodzi o flirty Stephanie Plum. Przeszkadzało mi to spłycenie historii, bo jednak wolę książki, których fabuła do czegoś prowadzi. Nawet w przypadku „52 powodów” mogłam być zadowolona z zakończenia, uśmiechnąć się pod nosem i uznać, że nie zmarnowałam czasu. Natomiast jeśli chodzi o Śliwkę, zabrakło mi czegoś, dzięki czemu historię Stephanie bym zapamiętała. Niby niedawno skończyłam lekturę, a już wiele z niej nie pamiętam. Język powieści jest potoczny, aż za bardzo, ale dobrze wpisuje się w klimat książki.

Czytelnicy lubią serię autorstwa Janet Evanovich ze względu na specyficzny humor. Według mnie jest to typowy humor seriali, w którym śmiech w tle ma przypominać o tym, że my też powinniśmy być rozbawieni. Albo raczej humor komedii, w których śmieszyć nas mają brzydkie słowa i niewybredne porównania. Niestety, takie są moje odczucia. Oczywiście książka potrafiła mnie rozśmieszyć, ale pozostało niemiłe wrażenie, bo taki humor do mnie nie trafia. Rozumiem, że jest to typowe czytadło, które nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego, ale jednak rozczarowało mnie, że książka nie ma żadnej wartości, nawet takiej podstawowej, emocjonalnej. Była dla mnie po prostu „pusta”. Chyba komedie bez puenty nie są moim powołaniem.

Moja ocena: 5/10

czwartek, 9 maja 2013

Michael Vey. Więzień celi 25 - Richard Paul Evans



Nazywam się Michael Vey i chciałbym opowiedzieć Wam moją historię. Wszyscy uważają mnie za zwyczajnego dzieciaka, niektórzy nawet za ofermę. Faktem jest, że nie jestem zbyt lubiany, mam tylko jednego przyjaciela, ale za to najlepszego i zawsze mogę na nim polegać. Jest trochę dziwny, tak samo jak ja, ale za to bardzo mądry. A co ze mną jest nie tak? Pewnie nie słyszeliście o zespole Tourette’a, ale właśnie to mi dolega. Po prostu czasami, gdy się denerwuję mrugam, robię grymasy i przełykam ślinę jak szalony, nie panuję nad tym. Ale przejdźmy do najważniejszego, jestem „elektryczny”. Potrafię naładować kogoś prądem przy dotknięciu i to całkiem niezłą dawką, przez co jestem trochę niebezpieczny. To moja największa tajemnica, o której wiedzą tylko mama i Ostin. To znaczy teraz wiedzą też chuligani, których poraziłem, gdy próbowali zdjąć mi spodnie i najładniejsza dziewczyna w szkole, która była tego świadkiem. Rozmawiałem z nią dziś po południu i jest fantastyczna, a co najciekawsze, też ma swoją tajemnicę. 

„Michael Vey. Więzień celi 25” to najnowsza powieść Richarda Paula Evansa, opowiadająca o nastoletnim chłopcu obdarzonym niezwykłą mocą. Dzięki poznanej dziewczynie Michael dowiaduje się, że na świecie są też inne podobne do niego dzieciaki. Moc niesie ze sobą niebezpieczeństwo, nieznani osobnicy poszukują Michaela i pozostałych nastolatków, by wykorzystać ich do własnych celów i zyskać władzę nad światem. Miałam już okazję czytać powieść Evansa „Obiecaj mi” i choć podobała mi się, nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Byłam jednak ciekawa jak autor poradzi sobie w zupełnie innym gatunku, czyli młodzieżówce z wątkami paranormalnymi.

Zaś w towarzystwie pana Dallstroma, Jacka albo Taylor mrugałem jak stary, zepsuty neon.

Powieść zapowiadała się naprawdę dobrze, już fragment książki udostępniony na stronie wydawnictwa zdołał mnie rozbawić i nastroić pozytywnie. Bo faktem jest, że poczucie humoru stanowi dobrą stroną książki, choć występuje stanowczo za rzadko, ale przynajmniej na początku wybuchałam śmiechem. W książce niewątpliwie wiele się dzieje, akcja pędzi naprzód, a wydarzenia następują szybko po sobie. Niestety nie do końca mi się to podobało, bo przy mnogości wątków i zdarzeń nie widziałam punktu kulminacyjnego, do którego fabuła zmierzała. Brakowało mi chwili refleksji i przedstawienia sensu tej książki, bo dużo się działo, ale to nie wystarczy, żeby zadowolić czytelnika. Wyobraźcie sobie, że ktoś opowiada Wam, bez przerwy na oddech, ciekawą historię, w której mnóstwo się dzieje, ale nie doceniacie jej w pełni, bo nie wiecie do czego zmierza i jaka jest jej puenta. Tak właśnie czułam się przy lekturze, przytłoczona i bez obrazu całości zaplanowanej przez autora.

Bohaterowie książki są nastolatkami i przy czytaniu bardzo wyraźnie się to odczuwa. Owszem, są sympatyczni i można ich polubić, ale jednocześnie są zbyt dziecinni jak na ich wiek. Raziła mnie ta naiwność, czasem wypowiedzi i zachowanie, a przede wszystkim utrudniało mi to zżycie się z nimi. Tak więc kreacje postaci są raczej średnie, bo oprócz mocy i oczywistych cech są oni do siebie podobni i niczym się nie wyróżniają. Jeśli chodzi o język powieści jest on podobny do bohaterów, czyli zwyczajny. Brakuje opisów, przeważają dialogi i akcja. Za to autorowi udało się kilka razy zaskoczyć mnie z najmniej spodziewanej strony, choć fabuła jako całość jest dość przewidywalna.

Nie potrafię opisać czego mi zabrakło, ale niestety „Michael Vey” nie ma w sobie tego czegoś, co uczyniłoby z książki coś więcej niż przeciętne czytadło. Miałam co do niego wielkie nadzieje i niestety się rozczarowałam. To nie tak, że mi się nie podobało, bo czytało mi się doprawdy przyjemnie i z ciekawością. Jednak jest za dużo średnich elementów, ani dobrych, ani złych. Należą do nich kreacje bohaterów, styl autora, realizacja pomysłu. Otóż to, bo właśnie pomysł był obiecujący, ale wykonanie średnie. Autor aż za bardzo skupił się na mknącej naprzód akcji i kolejnych wydarzeniach, tak że zapomniał spojrzeć na całość. Nie należy po książce zbyt wiele oczekiwać, takie typowe czytadło na kilka wieczorów.

Moja ocena: 6.5/10