Nowy rok świetnie się zaczyna, gdyż styczeń obfituje w wiele ciekawych premier książkowych. "Czarny książę" to moje must read, stanowi kolejny tom serii rozpoczętej przez "Mistrza", choć jest to odrębna historia. "Nigdy, przenigdy" to drugi tom nowej serii autorki Pretty Little Liars, którą mam w planach, może będzie lepszy od serialu. Mam też nadzieję, że "Krucjata" będzie równie dobra co poprzednia książka Philippy Gregory. Wprost nie mogę się doczekać, by poznać zakończenie serii "Więzień labiryntu", czuję, że będzie ono niezapomniane, oby tylko premiera nie została znowu przełożona. Równie ciekawa jestem trzech tytułów, które zostaną wydane przez Jaguara. Już nie mogę doczekać się stycznia!
W samym środku dnia gdzieś na odludziu z piskiem opon hamuje
samochód, z którego wyskakuje kobieta, nastoletni chłopiec i satyr, czyli
połączenie człowieka z kozłem, także w wieku nastoletnim. Za nimi nadciąga
powoli niemal ślepy i głuchy potwór. Grupa kieruje się biegiem w stronę
wzgórza, na którym wznosi się farma, złowrogie monstrum w końcu łapie trop i z
rykiem rzuca się w pościg. A Obóz Herosów jest już tak blisko…
Kilka godzin wcześniej Percy przyjeżdża do domu na wakacje.
Przez resztę roku mieszka w szkole z internatem dla trudnej młodzieży. Jego
główny problemem są zarówno trudności w nauce jak i nieustanne sprowadzanie na
siebie kłopotów. Ale czy to jego wina, że na wycieczce szkolnej nauczycielka
zmienia się nagle w szaleńca i rzuca na niego z pazurami, po czym znika, a cała
szkoła udaje, że taka osoba nigdy nie istniała? Cóż, w takich warunkach trudno
być normalnym nastolatkiem. Tym bardziej że nawet po powrocie do domu oprócz
kochającej mamy czeka na ciebie ojczym, Śmierdziel Gabe, który jest dokładnie
taki, jak nazwa wskazuje.
„Złodziej pioruna” to pierwsza część serii o przygodach
Percy’ego Jacksona autorstwa Ricka Riordana. Opowiada o chłopcu, który w wieku
dwunastu lat dowiaduje się, że jest herosem, a spotkanie bogów na Ziemi nie
jest niczym dziwnym, jeśli wiesz gdzie ich szukać. Riordan kreuje
rzeczywistość, w której świat śmiertelników jest nierozerwalnie związany ze
światem bogów. Dotychczas mimo wielu rekomendacji wydawało mi się, że ze
względu na wiek bohaterów seria ta wyda mi się zbyt dziecinna i nie odniosę
przez to przyjemności z lektury. Na szczęście okazało się być zupełnie inaczej,
gdyż perypetie Percy’ego, jego przyjaciela z kopytami i nad wyraz mądrej
towarzyszki wciągają i bawią. Pisząc te słowa uświadamiam sobie podobieństwo bohaterów
do sławnego trio z „Harry’ego Pottera” i choć serii Rowling nic nie dorówna, to
Riordan także tworzy oryginalny świat i charakterystycznych młodych bohaterów.
Wielkim plusem jego książek jest poczucie humoru, które
przejawia się na każdym kroku, a to w komicznych sytuacjach, a to w dialogach.
Poza tym bieg akcji zaskakuje, co jest dość niespodziewane w powieści
skierowanej docelowo do młodszych nastolatków. W świecie przedstawionym pojawia
się wielu bohaterów znanych z mitologii, zarówno bogów jak i potworów, a także
mityczne miejsca, takie jak Kraina Zmarłych czy Olimp, przedstawione w barwny,
niezwykle obrazowy sposób. Riordan z łatwością posługuje się słowem pisanym,
język jego powieści jest lekki, trafiający do czytelnika, a przy tym wiele
przekazujący. Czytelnik może dokładnie wyobrazić sobie świat książki, a jednocześnie
nie zmęczyć się natłokiem opisów. Życzę innym pisarzom, by każda książka była
tak wciągająca jak proza Riordana.
Weronika to szesnastolatka zmęczona toksycznymi relacjami
zarówno w domujak i w szkole. Z jednej
strony matka, która się nią nie interesuje, wiecznie dokuczający i wytykający
wszystkie błędy brat i ojciec, a z drugiej brak znajomych poza jedną najlepszą
przyjaciółką, która myśli tylko o sobie i doprowadza Weronikę do depresji swoim
gadaniem. Początkiem zmian staje się wycieczka z inną klasą, podczas której
dziewczyna poznaje sympatycznego chłopaka o imieniu Łukasz, który wydaje się
być nią zainteresowany. Dziewczyna jest uszczęśliwiona i ma nadzieję na rozwój
tej znajomości i owszem, rozwój sytuacji następuje, ale w innym kierunku niż
się Weronika spodziewała. Kończy się na tym, że dziewczyna podczas ferii
zimowych wyjeżdża na warsztaty teatralne, nie mając pojęcia o teatrze, a co
więcej, wcale nie zainteresowana tematem.
Ewa Nowak to jedna z moich ulubionych autorek, a jej książki
kupuję w ciemno, podobnie było z „Bransoletką”. Powieść ta nie należy do serii
„miętowej”, została wydana nakładem innego wydawnictwa i faktycznie można
zauważyć nieco inną konstrukcję powieści. Przede wszystkim mamy do czynienia z
narracją pierwszoosobową, „Bransoletka” jest napisana w formie dziennika.
Dzięki temu mamy dostęp do wszystkich myśli i uwag dziewczyny, a że jest ona
osobą dość zbuntowaną i przynajmniej początkowo negatywnie nastawioną do
wszystkiego, jej przemyślenia mogą irytować. Łączy się z tym kwestia typowego
dla nastolatków, potocznego języka, który nie do końca przypadł mi do gustu.
Ale koniec uwag technicznych, przejdźmy do treści. Jak
zawsze fabuła niesamowicie wciąga, gdy już zaczęłam, nie mogłam odłożyć książki
aż do poznania zakończenia. Swoją drogą zauważyłam, że tylko polskie książki
poruszające tematykę codziennego życia młodzieży tak mnie pochłaniają, z
zagranicznymi jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że realia są nam bliższe? Łatwo
jest utożsamić się z postaciami kreowanymi przez autorkę, ich marzeniami i
problemami. Nie oznacza to, że darzyłam sympatią główną bohaterką, przez długi
czas mnie ona denerwowała, w mojej głowie nieraz pojawiał się głosik
krytykujący jej poczynania. Poza Weroniką pojawia się wiele innych postaci,
akcja rozgrywa się na warsztatach i są to ich uczestnicy.
Bardzo charakterystyczna jest Salomea, która z początku
wydaje się szalona, ale z czasem jej nauki robią wrażenie nawet na Weronice.
Dziewczyna przechodzi powolną przemianę i zaczyna dostrzegać problemy w swoim codziennym
życiu, stara się je zażegnać. Pojawia się niejednoznaczny wątek miłosny, który
w powieści odgrywa nadrzędną rolę, ale też zupełnie niespodziewany, trudniejszy
temat. „Bransoletce” nie brak też sytuacyjnego humoru, a perypetie nastolatków
śledzi się z przyjemnością. Książka nie dorównuje najlepszym częściom serii
miętowej, ale i tak jest całkiem dobra. Uwaga, wciąga!
Po zakończeniu Głodowych Igrzysk zwycięzcy wracają do
swojego dystryktu, gdzie mają zapewnione spokojne i dostatnie życie. Niestety,
tak tylko się mówi, bo naprawdę Katniss i Peeta znajdują się stale w świetle
reflektorów, a szczegóły z ich prywatnego życia chłonie całe Panem. Prezydent
Snow obawia się Katniss, która dla wielu ludzi stała się symbolem powstania i
sprzeciwu władzy, dlatego pragnie ją zmusić do posłuszeństwa, a w najgorszym
razie wyeliminować. W dystrykcie 12. dzieje się coraz gorzej, zostają tam
sprowadzeni nowi strażnicy, którzy sieją terror i spustoszenie. Tymczasem
Katniss i Peeta udaję się w tournee po kraju, podczas którego mają ostatnią
szansę na przekonanie społeczeństwa o prawdziwości swoich uczuć, a przez to
uratowania bliskich.
Zwiastun pokazuje praktycznie najważniejsze sceny i mówi
wiele o filmie, dlatego miałam pojęcie, jak bardzo emocjonująca będzie ekranizacja
w „Pierścieniu ognia”. W sali kinowej zasiadłam dopiero, gdy prawie wszyscy go
obejrzeli i przedstawili swoje zdanie na jego temat. Co tu dużo mówić, film od
początku był świetny. Tak jak w poprzedniej części charakteryzacja bohaterów i
scenerie stały na najwyższym poziomie. Twórcom udało się uchwycić zarówno
przepych Kapitolu jak i biedę panującą w poszczególnych dystryktach. W drugiej
części pojawiło się kilku nowych aktorów, ja najlepiej zapamiętałam Finnicka,
którym chyba wszyscy się teraz zachwycają i ja również powiem, że był super
oraz Johanne, bardzo charakterystyczną postać.
Słynny trójkąt znowu występuje w pełnym składzie. W tej
części, o ile wcześniej Gale też lubiłam, jeszcze bardziej wysuwa się na
pierwszy plan Peeta i zalety jego charakteru oraz miłość do Katniss. Nie wiem
jak ktoś może przedkładać Gale’a nad Peetę, biorąc pod uwagę nie tylko różnicę
w ich postępowaniu w tym filmie, ale też wiedzę o tym, co wydarzy się w
kolejnej części, chyba tylko ze względu na urodę aktora. Peeta jest uroczy,
jego uczucia w stosunku do Katniss szczere, jest zdolny do aktów największego
poświęcenia, a i zachowanie dziewczyny względem niego ulega zmianie. Osoby,
które nie lubią jego postaci czy tez w ogóle wątku miłosnego uspokoję, że było
stanowczo za mało scen z ich udziałem i o ile sama uważam, że ten film nie jest
o miłości tylko o większych rzeczach, to i tak mi ich brakowało.
Prawie półtorej godziny zajęło przedstawienie zdarzeń w 12. Dystrykcie
i całym Panem, a dopiero ostatnia godzina przenosi widza na arenę, co według
mnie jest bardzo rozsądną porcją. O ile wydarzenia podczas Igrzysk są na pewno
ciekawe i znaczące, to obawiałam się, że nie zostanie w pełni przedstawiona
waga sytuacji na zewnątrz, a w książce właśnie te elementy lubię najbardziej.
Myślę, że nie ma osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia sceny brutalnego
chłostania, zabijania prowodyrów buntu, przemówienie Katniss i Peety podczas
tournee. Takie obrazy wzbudzają ogromne emocje, na mnie szczególnie zadziałały
sceny rozmowy Katniss z Prim, uniesienia palców w górę w symbolu
zjednoczenia z trybutami (i wszelkie rozdzierające spojrzenia Peety).
„W pierścieniu ognia” było 10 razy lepsze od pierwszej
części. Dopiero kontynuacja w pełni oddała realia panujące w Panem, sylwetki bohaterów,
pozwoliła dostrzec tragedię sytuacji. Scen między Katniss i Peetą nie było tak
wiele jak się spodziewałam, ale wszystkie były bardzo emocjonalne. Jednak to
nie one mnie wzruszały, bo największe wrażenie wciąż robi odwaga bohaterów, ich
niezłomność, nadzieja ludzi na wyzwolenie. Film jest rewelacyjny, mogłabym go
oglądać jeszcze wiele razy. Co zaskakujące, udało się mu wywołać u mnie podobne
emocje jak książka, a to duże osiągnięcie. Już nie mogę się doczekać „Kosogłosa”,
a jednocześnie boję się jak zniosę kolejną, w końcu dużo tragiczniejszą część.
Moja ocena: 10/10
PS. Czy ja też podczas filmu nie usłyszałam ŻADNEJ z
piosenek wymienionych w soundtracku do filmu? Dopiero na koniec przy napisach
pojawiło się Imagine Dragons. Może tak mnie akcja zaaferowała, że na nic więcej
nie zwracałam uwagi?